komisarz Warski

Sługi Boże – reż. Mariusz Gawryś, Polska 2016
Adam Forman, Sługi Boże, Wydawnictwo Agora 2016

slugi-boze

Jaki plakat (okładka książki), taki film. Bartek Topa w katedralnym mroku, na karku czuje oddech monumentalnych rzeźb, które z racji wielkości i pozycji widzą więcej. On błądzi po omacku. W sinej ciemności – dyktowanej nocną porą i staraniem tych, którzy pod osłoną czerni chcą niejedno zataić. Komisarz Warski: zmęczony i zdeterminowany. Po przejściach. Z gnatem w ręce, bo jak trzeba (choć nie można), to strzela. 

Tak rozpoczyna się film: obława na pedofila, który przestraszonej dziewczynce maluje paznokcie czerwonym lakierem i szminką barwi usta. Już jest w potrzasku, ale jeszcze może szantażować, osłaniając się dzieckiem. Warski strzela bez negocjacji. Wkrótce dostaje nakaz terapii i jasno widzimy, co sądzi o „szczerych rozmowach” na kozetce. „-Z czym mamy problem?” – zagaja psycholog. „- Nie wiem, z czym pan ma problem.” – ripostuje i przekierowuje „reflektor” Warski. Taki jest, nikt go nie będzie wydelikacał i prześwietlał. Mroczne sprawy, jedna za drugą. Zdążył już sobie spieprzyć życie prywatne, mieszka wśród nierozpakowanych pudeł. Wycisza się w wodzie albo chociaż oddaje jej część niemego krzyku. Tak go widzimy, gdy zaczyna się nowa, gruba sprawa.

Kombinuję, jak pisać, by nic nie zdradzić, bo wszystko jest nadto. Trzeba zobaczyć bez spojlerów. Może ci, którzy robią rekonesans, szybciej łapią trop. Ale ci, którzy wiedzą malutko lub nic (jak ja), mają większą frajdę. Udał się film. Polecam. Niezły polski thriller kryminalny

Po pierwsze: świetny Warski. Bartek Topa ma dobrą passę. Nie tylko on: tu są dobrze rozpisane role. Blisko przy Topie pojawia się Julia Kijowska, grająca policjantkę z Niemiec (Ślązaczkę). Jest Adam Woronowicz, jak zwykle świetny w roli typa pełnego dwuznaczności. Krzysztof Stelmaszyk gra watykańską szychę, tyleż cyniczną, co dowcipną. Foremniak piękną, tajemniczą kobietę. Role wyraźne i nieoczywiste. Miałam co rusz wrażenie, że wyczuwam zagrożenie i fałsz, ale tropy bywały mylne. Myślę więc: – Uważaj na nią. Oszukuje. – Widzisz, kręci coś na boku. – Ale układ! Grubymi nićmi szyte. – Rany! Więc w sumie, choć niemiły, to jednak nie taki najgorszy. etc. Super niespodzianki. Dobrze zagęszczone. Tempo narasta, wręcz wariuje. Co nieprawdopodobne, staje się rzeczywiste, nawet przekonujące. I tak jak w zupie „dookoła ogródka”: i marchewka, i groszek, i seler, i ziemniaczek, i wszystko inne. Czyli: służby specjalne – te z poprzedniej epoki i te nowe, farbowane; watykańskie „przedsiębiorstwo” (jak mówi Kuntz); przywiązanie do tradycji z wykwitami nietolerancji (chodzi o chorał gregoriański śpiewany przez kobiety); i kobiecość uwodzicielsko chora; i przekrwione oczy ofiar dziwnie naznaczonych etc. Ładny miks. I do tego wszystko jest szyte na miarę: według prawideł gatunku. Bez szukania „formy bardziej pojemnej”, w której znalazłyby ujście ewentualne zakusy na arcydzieło. Jest porządnie. Z dobrym muzycznym tłem i piosenką, która chyba najsilniej wybija się tu klimatem: „Biegnij dalej sam” (Fisz Emade Tworzywo)

Jasna rzecz, że to jest film, którego nie może nie obejrzeć ktoś, kto lubi Wrocław. Bo miasto pięknie się prezentuje, nawet jeśli mrocznie. I z lotu ptaka, i z bliska. Da się rozpoznać scenerię, ale też nie jest tak, że film folderuje miasto turystom. 

I żeby do końca nie zdradzać, czego dotyczy śledztwo i dokąd prowadzi, powiem tylko, że epizodziki też pamiętam i są świetne. Na przykład scena z tatarem na śniadanko, gdy Warski doradza jajko, a Kuntz go raczej nie chce. Albo gdy Warski z Rudzkim o diable gadają – pierwszy sugeruje, że szef chóru ma go chyba pod skórą i pewnie jest ich dwóch (schizofrenicznie), a drugi imputuje Warskiemu, że siedzi w nim cały Legion. Wiele smaczków. Z samolotem do Rzymu, co leci na północ, czyli w najwłaściwszym kierunku.

Skoro o filmie więcej mówić nie chcę (bardzo go zarazem polecając), to może o książce? Pewnie za chwilę tajemnica bardziej się rozjaśni, bo dziś jeszcze trzeba było tropić. Otóż odpowiednikiem filmu jest książka o tym samym tytule, która o miesiąc poprzedziła premierowy seans. Napisał ją Adam Forman, który nie istnieje. A ściślej: istnieje jak ten diabeł w kilku wcieleniach. Reklama Agory odsłania kilka twarzy, z których każda mówi: Adam Forman to ja, a książka jest o tym. Czyżby taki był podział pracy, że każdy zajął się innym aspektem? Więc zacytuję, dziwiąc się niezmiernie, jak to jest, że czterech facetów pisze jedną książkę, w dodatku – sądząc po filmie – sensowną.

Można posłuchać i popatrzeć TUTAJ:

  1. Mariusz Gawryś: „To książka o milczeniu i próbie przebicia się przez to milczenie”.
  2. Piotr Głuchowski: „To historia o gniewie i zemście, ale także o wybaczeniu”.
  3. Maciej Strzembosz: „To książka o przeszłości, która powraca i przynosi zbrodnię”.
  4. Paweł Goźliński: „To opowieść o tym, jak wniknąć w ludzką osobowość i wykorzystać ją dla własnych celów”.

wywrotka

„Życie często rozgrywa się w dwóch setach: najpierw cię usypia, dając ci złudzenie, że nad wszystkim panujesz, a w drugiej części meczu, gdy widzi, że jesteś już rozluźniony i bezbronny, przypuszcza kolejny atak i niszczy cię do szczętu”.
(Virginie Despentes, Vernon Subutex. Tom 1)

Jedna rzecz to to, że tyle mam w głowie tekstów, filmów, o których chciałam napisać, że już mi się mieszają. Nie wszystkie motylki wkłuję do gablotki, niektóre będą sobie fruwać dalej. By nie pozwolić na ulotnienie się zbyt wielu, sięgnę po trik łączenia w grupy, a co za tym idzie: obcinania co nie pasuje i wybiórczego koncentrowania się na tym, co wspólne. 

Druga rzecz – no nie wiem, wierzyć w znaki? Dlaczegóż to gdzie nie spojrzę, tam wywrotka? Temu się kończy miłość, tamtemu zdrowie, komuś innemu praca. Niektórym wszystko naraz. Mam ochotę zapakować się w zbroję ze stali nierdzewnej, by mnie nie dźgnęło. A różne znaki na ziemi i na niebie przemawiają złowieszczo. Do siebie brać, czy wyluzować? Bohater powieści Virginie Despentes (którego wezmę pod lupę kiedy indziej), po 25 latach prowadzenia sklepu muzycznego „Rewolwer” ląduje na bruku. Ma na karku cztery dychy (prawie pięć), w oczach błysk, w głowie historię rocka, w „adresowniku” namiar na dziesiątki kumpli i setki eksprzyjaciółek, a mimo to: ulica i to nie każda, bo nie ma samowolki w świecie bezdomnych. Mówi się, że ZMIANA to wartość sama w sobie – szansa, wyjście ze strefy komfortu, wyzwanie. Eeee… No, też mi, ale gdzieeee… Naocznie widać, że nie każda zmiana dobra.

„W obliczu katastrofy Vernon trzyma się pewnych zasad: zachowuje się jak facet, który nie zauważył niczego szczególnego. Patrzył, jak wszystko wokół zapada się w zwolnionym tempie, a potem proces destrukcji uległ przyspieszeniu. Postanowił jednak być obojętny i zachować fason.”

W najlepszych z obejrzanych w sierpniu filmach zachodzi analogia.

Komuna

Anna (Trine Dyrholm) jest dziennikarką telewizyjną, piękną, spełnioną 40-letnią kobietą. Z mężem i córką przy boku, i jeszcze z dużym domem, który mąż właśnie otrzymał w spadku. Dom tak ogromny, że zginęliby w nim we troje, więc Anna – mająca chęć na coś nowego – rzuca pomysł: załóżmy komunę. Na plakacie doborowe towarzystwo, pod jednym dachem dzielące się posiłkami, organizacją codzienności i mniej lub bardziej spektakularnymi przypadkami, które podsuwa im los. Anna w środku, w niebieskim golfie, promienna. 

Nie da się oddzielić tego, co przydarzy się jej rodzinie, od tego, co wydaje się tematem głównym filmu Vinterberga (komuna). Zniknęła gdzieś prywatność, możliwość ukrycia przed światem bólu, wyjścia z foremki radzącej sobie ze wszystkim dojrzałej kobiety. Ani poryczeć w poduszkę przez tydzień, ani zapić do imentu, ani potrzaskać talerzy i kubków, bo bractwo przecież musi na czymś jeść. W pracy też lustra, kamery i milionowa publiczność. 

Na czym polega wywrotka? Ano na tym, że mąż się zakochał. W dwudziestolatce, podobnej do Anny jak kropla do kropli, tylko oczy ma piwne, nie niebieskie. I lat o dwadzieścia mniej. Proszę sobie wyobrazić taką scenę, gdy siedzą obie na ławce: Anna przyjęła strategię akceptacji nieuchronnego, więc próbuje polubić Emmę, która też z szacunkiem wyznaje: zawsze panią podziwiałam, OD DZIECKA (!). Nawiązuje do tego, że od berbecia oglądała ją na szklanym ekranie. Dziecko wyrosło i zabrało jej faceta, cóż. Jeden domownik więcej. Wywrotka w miłości pociąga za sobą kilka innych, bo nieszczęścia chodzą jak nie w parach, to stadem. 

Mniejsza o perypetie, zatrzymam się na jedne scenie: Erik wyznaje Annie, że jest jakaś „ona”, że coś się zmieniło. Noc, bliskość, niczego niepodejrzewająca Anna, bezpieczna przy Eriku i odprężona. Erik gnieciony w środku dyskomfortem sytuacji. Anna w samym centrum katastrofy. Jak reaguje? A jak może zareagować? Ma zamienić miłość w nienawiść? Założyć mundur asertywnej mścicielki? Rozpłakać się i zaklinając rzeczywistość, oczekiwać, że wyznanie było żartem? Szantażować? Nie wiem, co jeszcze mogłaby zrobić, ale robi to, co doskonale rozumiem. Z kosmiczną empatią wspiera Erika, któremu jest niezręcznie. Przecież nadal go kocha i jeśli wszystko się zmieni, to jedno nie. Jakby problem był wciąż czymś wspólnym, co ich łączy. Erik natomiast właśnie zrzucił z serca stukilowy głaz. Leciutko mu się zrobiło, więc ciągnie dalej: wiesz, ale nie będę mógł z tobą spać. Uważam, że to kluczowa scena filmu.

Wszystko, co dalej wydarzy się Erikowi i Annie zostało rozpisane w tej wymianie zdań. To, że Erik uwierzył, że to się dzieje poza nim, że „zakochało mu się” i w sumie: i szczęśliwy jest, i biedny, bo przecież znokautować Anny nie chciał. To, że coraz śmielej będzie wprowadzał Emmę w swoje życie, już nie wnikając w emocje Anny. To że uwierzyli oboje w dojrzałość Anny, nie biorąc pod uwagę, że strata miłości (jeszcze w tym momencie nieuświadomiona, więc w stanie hibernacji), będzie destrukcyjną torpedą. Nie do udźwignięcia. Chyba że… zacznie się coś naprawdę od nowa. Tu sytuacja przypomina drugi film: Co przynosi przyszłość. Rzecz w tym, że „nowe” nie oznacza tu nowej oferty (miłości, pracy, pomocnej dłoni), lecz decyzję, by ruszyć bez asekuracji w coś, co wydaje się pustką (oby nie). Komuna to film Trine Dyrholm, dostała za rolę Anny Srebrnego Niedźwiedzia. Absolutnie zasłużenie.

Co przynosi przyszłość

Nathalie ma lat mniej więcej tyle co Anna. Uczy filozofii francuskich licealistów. Tak jak jej mąż, z którym dogadują się od lat. W jej życiu wiele jest punktów stałych, niekoniecznie wygodnych, lecz zaakceptowanych i przyprawionych tym, co lubi najbardziej. Bo Nathalie wie, co lubi. Wie, co myśli, co jest dla niej ważne. Gdyby się pogubiła, wiedziałaby, od czego zacząć rozpoznanie. 

A konkretnie: lubi uczyć i łączyć filozofię z życiem. Ma dwoje dzieci, które wyfruwają z gniazda i którym daje dużo wolności. Jest na każde wezwanie swej chorującej na depresję matki. Przewidywalność to – rzecz jasna – pozory, bo ani prywatność, ani świat wokół Nathalie nie zastygają w jednej formie. Mąż odejdzie do innej. Jedno po drugim zobowiązanie zamieni się w wolność, która może ciążyć, może przynosić lekkość. Nathalie umie ją unieść.

Bardzo mi się ten film podobał (obejrzałam dwa razy), ale nikogo nie namawiam, nie zapewniam, że fajny, że ma takie nie inne przesłanie. Wiele zależy od tego, jak łączy się epizody i jaką nadaje się im wagę. Tym, co scala tę historię jest postać. Można powiedzieć: rola Isabelle Huppert. Nie mogłam oderwać oczu od drobnej, dynamicznie przemieszczającej się, wciąż będącej w drodze Nathalie. Jest niejednoznaczna, wcale nie wiem, czy dobra z niej córka, matka, żona czy wcale nie. Nauczycielką jest świetną, zdecydowanie. Nie muszę jej oceniać. Fascynuje mnie spójność, wierność sobie. To, że wywrotka, choć sporo jej zabiera, nie niszczy jej. 

Jest wytrącona z równowagi: śmiercią matki, słowami męża, nadszarpnięciem zawodowej pozycji, rozbieżnością w podejściu do życia jej ulubionego ucznia. Jest krucha. Jeśli mówię, że zna odpowiedzi i umie podjąć decyzję, to powinnam dodać, że jej odpowiedzi są otwarte. Swoją drogą: odważnie (po francusku) reżyserka aplikuje widzowi sporo cytatów z filozoficznych ksiąg. Zwróciłam uwagę szczególnie na ten odczytany podczas pogrzebu. O niepewności, która jest kwintesencją ludzkiego życia. O ile łatwiej byłoby wiedzieć coś na pewno. Tymczasem żyjemy wśród przypuszczeń i założeń – gdy chodzi o to, czy istnieje Bóg (wspomniany cytat) lub gdy pytamy, co jest trwałe, co przelotne.

I pomimo tej kruchości, niepewności i braku podpórek Nathalie wcale nie zawalił się świat. Siła w tym, że akceptuje zdarzenia i niezwykle szybko przechodzi do działania. Coś zakończy, przetnie, postawi kropkę. Do niczego się nie nagina. Nie szuka nowej miłości, nie angażuje się w żaden ruch, by zagłuszyć samotność. I właśnie w ten sposób przychodzi do niej przyszłość. Odsłaniając tylko tyle, co jest teraz.

Też Srebrny Niedźwiedź z tego roku, dla reżyserki. 

Co przynosi przyszłość (L’avenir), reż. Mia Hansen-Løve, Francja 2016
Komuna (
Kollektivet). reż. Thomas Vinterberg, Dania, Szwecja, Holandia 2016

Boska Florence

Boska Florence, reż Stephen Frears, USA & Wielka Brytania 2016 

Meryl Streep as Florence Foster JenkinsFlorence Foster Jenkins wcale nie wydaje mi się „boska”. Przeraża mnie. Za nic nie powiem, że jest śmieszna czy godna litości – ale stanąć po jej stronie nie umiem.

Film, owszem, obejrzeć warto. Meryl Streep gra brawurowo. Dorównują jej Hugh Grant (mąż i menedżer Florence) oraz Simon Helberg (akompaniator). Dużo znaczy „dotrzymać kroku” Meryl Streep, tym bardziej, że to ona wciela się w postać najbarwniejszą, wokół której pozostali wirują.

Zaletą filmu są aktorzy. I to, że opowieść jest biograficzna. Naprawdę ktoś taki istniał: Florence Foster Jenkins (1868-1944). Opiekunka i sponsorka nowojorskiego życia muzycznego w I połowie XX wieku. Aktorka w Klubie Verdiego, specjalizującym się w żywych obrazach, w nieco nadętych inscenizacjach migawek historycznych. W jednej z pierwszych scen Meryl Streep, omotana suknią i akcesoriami, zwisa na sznurze nad kompozytorem-impotentem, zwiastując mu natchnienie. Jest w połowie ósmej dekady życia. Od pięćdziesięciu lat żyje z syfilisem, który pokonuje swą miłością do muzyki i wiarą w misję. Zapewne też wsparciem swego towarzysza życia. 

Kocha muzykę. Wyobraża sobie, że pięknie śpiewa, a iluzję tę podtrzymują w niej najbliżsi i ci, których przepłacono, by klaskali podczas koncertów. Idą na to miliony. A ona – jak dziecko – daje się nabrać. Nie słyszy samej siebie? Wierzy, że chcieć, to móc? Liczy na to, że pasja zastąpi warsztat? 

Nie mogę o tym filmie pisać. Jest tak żałośnie smutny! Odrobinę też śmieszny – bawił mnie image Florence: przyciężkawy, z diademami i fikuśnymi ozdobami. Głos „najgorszej śpiewaczki świata” wprawiał mnie w konsternację. Okrutnie zadrwił z niej los. Podobno jej nagrania krążą do dziś w kampowym obiegu, sprawiając, że Florence still alive. Ale żałość jest żałością. Co innego tworzyć kicz celowo, co innego siedzieć w nim po uszy nieświadomie.

Nie myślałam o filmie po seansie. Raczej o tym, jakim cyrkiem może być życie, gdy zaplączemy się w „złudzeniach, które pomagają żyć”. Powszechna praktyka. Przecież nikt nie żyje nieustannie w pełnej świadomości. Mamy tysiące podpórek i prawo do tego, by nie nazbyt serio przejmować się nagą prawdą. Można przymykać oko. Dodawać optymistyczny komentarz do każdej wywrotki. Odsuwać od siebie informacje zwrotne, które mogłyby schłodzić miłe ciepełko. 

Rozumiem, że jest w postaci Florence Jenkins jakaś alternatywna „interpretacja” rzeczywistości. Że być może ten „pismak” z „The Post”, który nie chce przyjąć łapówki, bo woli nazywać rzeczy po imieniu, jest ograniczony w swym profesjonalizmie. Może cierpliwa obecność męża, który dopiero późną nocą, gdy ulula żonę do snu, wymyka się do drugiego domu, do innej kobiety, do świata, o którym Florence nie ma pojęcia… – może to się da pogodzić z miłością. Coś takiego film sugeruje. Na litość Boską! Udławić się można takim fałszem. O ileż sensowniej jest uznać – jak czyni to postać grana przez Hugh Granta – że choć chciało się być wybitnym aktorem, zostało się jedynie statystą, niż fruwać jak mucha nad g…m.

Przepraszam za tę nieelegancką frazę. Zdołowała mnie ta komedia.

żywopłot

Dorit Rabinyan, Żywopłot, Smak Słowa 2016

Zywoplot

Literacka premiera drugiej połowy sierpnia. Trafił do mnie egzemplarz recenzencki i dobrze, że zdarzył się taki traf. Warto było poznać.

Kilka wabików: izraelska Nagroda Bernsteina, rekomendacja Amosa Oza i szum wokół recepcji książki w Izraelu (zakazy, stempel „niewłaściwego” wpływu na czytelników). Tym ostatnim nie należy się sugerować, bo to absurd i choć mówi co nieco o Izraelu, to prawie nic o książce. Natomiast Oza warto posłuchać (nawet jeśli to reklama na okładce). Rzeczywiście, Żywopłot to przede wszystkim opowieść o miłości, która rozkwita w ciągu kilku miesięcy w mroźnym Nowym Jorku (2002 – zima stulecia).

Spotkali się w obcym im mieście, bo tam, skąd pochodzą, los pewnie nie dałby im szansy. Liat jest Izraelką z Tel Awiwu, Hilmi – Arabem urodzonym w Hebronie. A więc miłość, której kontekstem jest splot zadawnionych sporów między nacjami, odwieczny i niewygasający konflikt. Przeszkody, które tam, w Tel Awiwie czy Ramallah, były namacalne (strefa okupacyjna, mury, strażnicy), na drugiej półkuli są żywopłotami rozrastającymi się w głowach. Z jednej strony – można dać się porwać narracji o namiętności i czułości, która unieważnia granice, z drugiej (i to jest najciekawsze) – granice to stemple mentalne i nawet oderwane od bodźców politycznych czy społecznych nie znikają. Zostaje to, co zaszczepiła w nas kultura, tradycja, filtr, przez który patrzymy na świat. Historia Liat i Hilmika ujęta jest w zimno-gorące szczypce. W głowach (przynajmniej w głowie Liat) pali się czerwona lampka, że to tylko tymczasowe. Emocje próbują ten szlaban złamać, nagiąć do pragnień czy przeznaczeń.

Powieść ma rytm trzech pór roku: jesieni, zimy (i nieśmiałej aż po maj wiosny) oraz lata. Jesień to dwa pierwsze dni, które przesądziły o spotkaniu i dopasowaniu się. Zima to pestka z przyległym miąższem. Lato jest skórką epilogu. Sięgnęłam po powieść Dorit Rabinyan tuż po lekturze opowiadań Elizabeth Strout (Olive Kitteridge). Stąd lekki szok termiczny. Amerykanka opowiada o prowincjonalnej codzienności ludzi, których życiowa ścieżka robi właśnie ostatni zakręt. Posługuje się przy tym narracją mistrzowsko zwięzłą, precyzyjną. Pisarka izraelska wciąga od pierwszych stron w żywioł młodości: wielkie miasto, uczucie jak grom z jasnego nieba, narracja bardzo subiektywna. Znaki zapytania towarzyszyły mi w części jesiennej: bo przecież zaskoczyła mnie rozlewność obejmująca dwa dni, z których pierwszy jest chodzeniem ulicami Nowego Jorku tam i z powrotem. Lekki sceptycyzm powrócił, gdy czytałam końcowe sceny na plaży – również niesamowicie rozbuchane. Oczywiście, temperatura zdarzeń jest na tyle gorąca, że usprawiedliwia taki wybór. Choć lakoniczność też zdziałałaby swoje.

Podkreślę: żywiołem Żywopłotu jest młodość. Wiek bohaterów (dobiegają trzydziestki), gorączka romansu, wybory rozstrzygające o całym dalszym życiu. Ale nie tylko to. Coś więcej, coś w sposobie pisania Dorit Rabinyan zachęca, by analogiczną młodzieńczość (zuchwałość i nieśmiałość jednocześnie) odkrył w sobie czytelnik.
Doris Rabinyan1Wyobrażam sobie, że Liat mogłaby wyglądać tak, jak autorka. Tropów autobiograficznych jest kilka: dedykacja, żydowsko-irańskie korzenie bohaterki i pisarki, miejsca bliskie im obu. Czytać należy tę powieść jednak jak fikcję.

Najbardziej ujęło mnie wyważenie tego, co prywatne i tego, co przynależy do społecznych diagnoz. O konflikcie izraelsko-palestyńskim co nieco wiemy. Rabinyan nie próbuje tworzyć fresku historycznego ani ujmować tematu panoramicznie. Skupia się na tym, jak sytuacja stymuluje zachowania bohaterów. Kłócą się, mają świadomość, że po powrocie do kraju nie zyskają aprobaty najbliższych, próbują zgadywać, co siedzi w głowach tych, którzy nie dają im szans. Samych siebie zaskakują tym, ile mogą poświęcić i tym, jak sztywnieją im poglądy, gdy służą konfrontacji z kimś, kto może je zaatakować.

Mam dwa ulubione fragmenty, oba konfrontacyjne, z mięsistej części zimowej. Pierwszy to świętowanie szabatu w izraelskim gronie Liat. Zataja swój związek z Hilmikiem, przychodzi sama, ale cały czas zgaduje, jak byłby tu przyjęty, co mogłoby go urazić i czym on drażniłby Żydów. Ucztują, przekomarzają się, dyskutują o tym, co w kraju, o „żydowskiej racji” i „arabskim zbłądzeniu”. Wspominają wojsko, bo każdy z obecnych odsłużył swoje w izraelskiej armii. I wiedzą, że główny problem to arabski terroryzm. Schronieni w żydowskich smakach, piosenkach, modlitwach i przekonaniach jak w kokonie.

Drugi – to kolacja w restauracji wśród arabskich przyjaciół Hilmika. Są oboje, ale Liat poczuje się dotknięta, gdy nie otrzyma wsparcia ukochanego. I choć Hilmi jest wyjątkowo empatyczny i jak to tylko możliwe – apolityczny, to przecież bliżej mu do poglądów brata Wasima niż do izraelskiej koncepcji dzielenia ziemi i budowania wszędzie płotów. A Liat idzie w zaparte, oburza ją apodyktyczność Wasima, odczuwa ironię Zajnab, komentującej, że niby oczywista jest nieznajomość arabskiego wśród Izraelczyków, bo bliższy jest im starogrecki i flamandzki.

Językiem, w którym porozumiewają się bohaterowie jest angielski. Wcale niemało jest jednak hebrajskich i arabskich przebitek. Sprawiały mi one dużą przyjemność. W melodię języka Rabinyan wpisuje tożsamość, atmosferę rodzinnego domu, swojskość (i odmienność).

Może to, co można odnaleźć w powieści Rabinyan, nie doda wiele nowego do publicystycznych analiz, niegdyś już przeczytanych. Ale pozwala przyjrzeć się jak konflikty społeczne osadzają się nam w głowach, jak trudno je w sobie przełamać. Co akurat dotyczy nie tylko sporu izraelsko-palestyńskiego, bo daje się dostrzec dużo bliżej.

„Tam, przed ekranem telewizora, oglądając weekendowe wiadomości, ja i moja siostra ścierałyśmy się z rodzicami (…) i oskarżałyśmy okupację o wszystkie kłopoty, obrzucając wyzwiskami prawicowy rząd i żydowskich osadników. Natomiast tutaj, w Nowym Jorku, mówiłam nagle ich językiem, broniłam Izraela, usprawiedliwiałam jego politykę. I ze wszystkich ludzi na świecie właśnie z Hilmim nie udawało mi się zgodzić w niczym. Nienawidziłam tego. Nie rozumiałam, dlaczego nawet my, bliscy sobie i kochający się ludzie, wciąż i wciąż ponosimy klęskę w miejscu, gdzie wszyscy doznają niepowodzenia od tylu już lat”.

 

fanatyk

Fanatyk (The Believer), reż. Henry Bean, USA 2001

Fanatyk. PlakatFilm sprzed 15 lat (nagrodzony w Sundance i nominowany tu i ówdzie). Głośny, więc czas najwyższy sprawdzić, czy rozgłos zasłużony. Założyłam, że będzie aktualny i może nawet wyjaśni odrobinę, jak się rodzi nietolerancja. Że może znajdę tu klucz do zachowań, które mnożą się jak grzyby po deszczu, wbrew logice i elementarnej przyzwoitości. 

Tytułowy „fanatyk” to Danny Balint – młody, zawzięty, inteligentny – posiadacz przekonań jedynie słusznych, więc absurdalnych. Żyd i antysemita w jednym.

Ten paradoks ma potencjał. Jeśli założyć, że źródłem fanatyzmu zazwyczaj bywa ignorancja, brak wiedzy na temat tego, co budzi w nas najpierw lęk, potem nienawiść – to tu jest inaczej. Danny był uczniem jesziwy, zna judaistyczną tradycję i świętości. Zna i nienawidzi. Całym swoim sercem i umysłem, ze wszystkich sił. Opowieść o fanatycznej nienawiści do Żydów staje się więc historią odrzucenia własnej tożsamości, autodestrukcją, buntem wobec tej nieakceptowanej (a rdzennej!) części samego siebie. Danny trwa w przekonaniu, że zwalcza żywioł zewnętrzny, coś, czym się brzydzi. Nieszczęście polega na tym, że napotkał próg nie do przeskoczenia. Mógłby go obejść, zawrócić, zmienić kierunek, zdystansować się. Odanagażować (!). Tymczasem zrobił z tego progu kamień probierczy i każdego kto próg przekracza, uważa za osobistego wroga. Tak bardzo odrzuca tę drogę, że staje się niczym wykrzyknik. Wrogiem numer jeden jest on sam, potencjalność, która w nim drzemie, a którą usiłuje wykastrować.

Co jest progiem? Ręka w rękę idą dwie archetypiczne sytuacje: gotowość Abrahama do złożenia w ofierze Isaaka oraz bierność Żydów w czasie Shoah. Reminiscencje dotyczące obu ofiar powracają we flashbackach. Oto na lekcji w jesziwie trwa dyskusja o sensie próby Abrahama. Dlaczego Bóg oczekuje, że Abraham zabije syna? Jedni wskazują, że przecież do tego nie dopuścił i zesłał baranka. Drudzy, że chodzi o próbę wiary, w której wyłącza się prywatną spekulację. Dodają, że łączą się tu dwa porządki: ludzki (racjonalny) i Boży (dla człowieka nie do ogarnięcia, wymagający pokory i zawierzenia). A Danny, czarna owca w potulnym stadku, uznaje tę opowieść za kompromitację judaizmu. Po pierwsze: dowodzi, że Bóg chce w ten sposób pokazać, że On jest wszystkim, człowiek niczym. Po drugie: Isaak umarł. Baranek nie ma tu nic do rzeczy. Abraham był gotowy zabić go, więc zabił – w swoim sercu. Danny wygłasza pełne buntu słowa. Nauczyciel marszczy brew i zaraz da mu po łapkach. A on czeka aż sam Bóg zareaguje na zniewagę – zagrzmi, uderzy w niego piorunem, znokautuje. Piskliwy nastolatek w okularach, domagający się osobistej odpowiedzi Boga na swój bunt. Gdy rolę Danny`ego przejmuje Gosling, zewnętrznie zmienia się wszystko, ale bunt się zamroził, osadził głębiej i jest tą samą potrzebą obrony Isaaka. Nie przypadkowo ostatnia scena to repetycja wchodzenia po schodach, w której któryś z żydowskich współbraci przyznaje Danny`emu rację: tak, Isaak umarł. 

Wszystko się bierze z tego przylgnięcia do własnej racji i potrzeby, by ktoś ją uznał. Ciekawe, że fanatyzm (antysemityzm) jest tu odpowiedzią na fanatyzm (podporządkowanie się dogmatom religijnym). 

Historia próby Abrahama ma swoje współczesne wcielenie w tragedii Żyda, któremu hitlerowcy zabili syna, gdy on na to patrzył. Nie była to ofiara dobrowolna, lecz z bezsilnością przyjęta, bez zemsty i buntu. Połączenie biblijnej prehistorii z hekatombą Holocaustu tworzy zręby ideologii Danny`ego. Precyzyjną wizję tego, kim jest „Żyd”, czym jest jego rasowa-genetyczna-kulturowa słabość. Z czym trzeba walczyć. Na pytanie „jak?”, odpowiedź brzmi: „radykalnie”. I o tym mówi akcja właściwa filmu. Profanacje, agresja, nienawiść, faszystowska nadbudowa ideologiczna. 

Pierwsze, co mi chodzi po głowie, to pytanie o inteligencję fanatyka. Brawurowa kreacja 22-letniego Ryana Goslinga daje tej postaci niesamowitą siłę. Pewność siebie, młodzieńczy urok, ideę, w którą wierzy, aurę buntu i odwagę „nazywania rzeczy po imieniu”. A nade wszystkim wewnętrzne pęknięcie, które temu, co tępe (i głupie) dodaje szlachetności. Danny Balint przykuwa uwagę, uczucia budzi mieszane. 

Istotną częścią filmu są wypowiedzi Danny`ego na zebraniach nazistowskich działaczy. Sieją zamęt. Zastanawiam się, czy mogą przekonywać. Bardziej przerażać konsekwencjami. Ale w odbiorze emocjonalnym… odbiór emocjonalny jest nieprzewidywalny i finałowa porażka nazizmu nie jest jednoznaczna. Może to dziwne, co wyznam, i może się mylę, ale tak mi się myśli. Otóż w redakcyjnej recenzji Fanatyka na FilmWebie pojawia się postulat, by pokazywać ten film młodzieży, zamiast słów i wykładów. Jasne, siłę kina doceniam i zgadzam się, że warto proponować filmy, które inspirują do myślenia. I rok temu postawiłabym tu kropkę. A dziś myślę, że uwzględniłabym to, co wiem o ludziach, których do filmu zapraszam i czy mam wystarczająco dużo czasu, by mogła wybrzmieć dyskusja. I czy wiedziałabym, co począć, gdyby ta dyskusja dryfowała w stronę, która wyda mi się niebezpieczna. Słowem: podeszłabym ostrożniej. Bo odbiór nie byłby tak jednoznaczny jak ledwie kilka lat temu.

Fanatyzm w filmie Henry`ego Beana przejawia się w trzech odsłonach. Uniwersalnych. Są tacy jak Danny – agresywni wrażliwcy, nieobliczalni straceńcy, w których to, co żenująco głupie miesza się z tym, co jednak potwierdza, że szukają pod prąd i żarliwie, pielęgnując jakąś zadawnioną traumę. Są tacy, jak jego koledzy skinheadzi. Megalomańskie bezmózgowia z potrzebą wyładowania ekspresji na „innym” lub słabszym, którego winią za całe zło świata, a szczególnie za własny niedorozwój. I są tacy jak Curtis, chcący zbić na faszyzmie interes polityczny. To w jego domu organizowane są schadzki nazistów i ideologiczna propaganda. Te trzy wcielenia, połączone, rosną w siłę. „Polityczni” są z tej trójcy najmniej radykalni, obliczeni na zbijanie kapitału poparcia. Może najbardziej świadomi mechanizmów rozprzestrzeniania się nazizmu i najbardziej cyniczni. Wielu słów, wyrzucanych tak lekko przez Danny`ego, nie powiedzieliby. Ale jedno wezmą z mowy nienawiści bez skrupułów – populizm

W Fanatyku najsilniej uderzył mnie w pierwszej wypowiedzi Danny`ego. Jej siłą było wskazanie na „autentyzm” faszyzmu. Mówi Danny: „wszyscy” nienawidzą Żydów, a tylko my mamy odwagę się do tego przyznać. „Wszyscy” kryją się za poprawnością polityczną, która jest ściemą. A tylko my „nazywamy rzeczy po imieniu” i „mamy odwagę” napluć wrogowi w twarz.

No nie wiem, czy mnie się to śniło, czy całkiem niedawno słyszałam w realu coś analogicznego? Wezwanie, by nie przejmować się „poprawnością polityczną”, nie certolić się z demokracją, szanowaniem inności, tolerancją. Całkiem spokojnie wygłaszać antyhumanitarne przekonania i uznawać je za jedyne słuszne, a kto inaczej by twierdził, nie dba o swoich.

Krótko zwięźle: to jest film na dzisiaj.

Fanatyk 3

horyzonty

16. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty (21-31 lipca 2016)
NH 2016

Nowe Horyzonty, wiadomo. Moje jedenaste. Bardzo udana 16. edycja. Świeża, lecz z mnóstwem rozpoznawalnych elementów. Z fazą „pre”, „hic et hoc” i „post”. Najpierw przygotowania: studiowanie programu, namysł, co wybrać, jak pogodzić nachodzące na siebie czasy seansów. Potem gorączka oglądania.  Wreszcie: i żal, że już koniec, i sytość.

Tylko pięć dni. Mogłabym więc wyliczać, czego nie udało mi się wpisać w harmonogram. Na przykład tych wszystkich filmów, które są wyświetlane dopiero w drugiej połowie festiwalu. Najbardziej żal mi Komuny Thomasa Vinterberga (ukłon za Polowanie). Po macoszemu potraktowałam retrospektywy, którym na pewno warto było poświęcić czas: przegląd filmów Nanniego Morettiego  i Pippo Delbono. Każdy z nich miał tu 19 swoich filmów, a ja z tego wzięłam po jednym. Poza tym nie skusił mnie Konkurs NH. To znaczy kusił, ale nie uległam. Znaczy to, że mój wybór miał lekko stępioną „nowohoryzontowość”. Bo klucz był inny. Ani awangardowość, ani temat, ani przesuwanie granic, ani nawet unikalna okazja. Miały być dobrze skrojone opowieści. I właśnie opowiadacz interesował mnie najbardziej: jak buduje opowieść, co pomija, co uwzględnia, jak szerokie spektrum spraw zewnętrznych przywołuje, jaką ustala tonację, jak kończy. Oko ustawiłam na scenariusz, choć o „charakterze pisma” decydował i reżyser, i montażysta czy aktor.

Siedemnaście filmów i jedna opera

JULIETAKLIENTCMENTARZ WSPANIAŁOŚCITONI ERDMANNJA, DANIEL BLAKEMARTWE WODYEGZAMINSIERANEVADADOBRZE SIĘ KŁAMIE W DOBRYM TOWARZYSTWIEZJEDNOCZONE STANY MIŁOŚCIAQUARIUSBORIS bez BEATRICZEW PIONIE 224 TYGODNIEECCE HOMONIEZNAJOMA DZIEWCZYNABIANCAZagubiona autostrada

Pewnie większość tytułów trafi do kin. A ja niektóre obejrzę po raz drugi. Kto ciekaw prezentacji filmów, znajdzie ją na stronie festiwalu (TU). Rozdaję krótkie etykietki. Kolejność zgodna z hierarchią ważności.

1. Sieranevada – reż. Cristi Puiu, Rumunia
Przy stole spotyka się rodzina. Stypa, choć żałobnych akcentów niewiele. Rozmawia się w kuchni, pokoju, na korytarzu. Ciasna przestrzeń, kilkanaście osób, tematy zdawkowe, lecz obsesyjne. I totalna wiwisekcja tego, co nosimy w swoich głowach, tego, jak urządzamy swoje życie, jak wyglądają relacje z najbliższymi. Są pozory i jest podszewka. Trzy godziny i ani minuty nudy. Opowieść zbudowana dialogiem. Boże! Kto pisał te dialogi! Świetne! Dowcipne, polemiczne, takie wprost i zarazem z podtekstem. Reżyser wyznał na spotkaniu, że były w scenopisie, tekstów dodanych przez aktorów niewiele. A efekt budowany taką ilością dubli, że desperackie zmęczenie biesiadników oddaje 1:1 wycieńczenie odgrywających swe role aktorów. Wszyściutko tu jest: kłamstwa, zdrady, podejrzliwość, mania spiskowa, antyklerykalizm i tradycja. Ktoś zarzyga pokój, ktoś wyleje barszcz na nielubianą ciotkę, inna ciotka urządzi na oczach wszystkich sakramencką scenę małżeńską. Wszyscy są głodni, bo nie mogą się doczekać gołąbków. Arcydzieło. 

2. 24 tygodnie – reż. Anne Zohra Berrached, Niemcy
Ważny społeczny problem, z którym mierzy się dwoje ludzi. Widzimy też postawy otoczenia, ale śledzimy przede wszystkim reakcje Astrid i Markusa. Sympatyczna para, rodzice 4-letniej Nele, spodziewają się drugiego dziecka. Ona występuje przed ludźmi jako komik, ma cięty, inteligentny dowcip. Błyskotliwa, niezależna, silna. Mąż wspierający i partnerski. Budzą sympatię. Podobnie jak ich pierwsza reakcja na wiadomość, że oczekiwane dziecko to syn, z Zespołem Downa, z poważną wadą serca i rokowaniami na serię katujących organizm operacji. Minimum sentymentalnych wzruszeń, maksimum rzeczowego mierzenia się z problemem. I udzielający się widzowi strach, że osobista siła ma swoje granice, że bardzo trudno sprostać zasadom, które przekonują w teorii, a w praktyce wymagają heroizmu i nie do końca świętych poświęceń. Chodzi o możliwość aborcji w 6. miesiącu ciąży. Dopuszczalną prawnie (w określonych okolicznościach), ale przebiegającą drastycznie. Olśniewająca Julia Jentsch jako Astrid. Poza tym dwa walory: otwartość, z jaką się mówi o swoich decyzjach i napięcie, które sprawiło, że czułam się, jakbym obejrzała mistrzowski thriller. Świetne. 

3. Zjednoczone stany miłości – reż. Tomasz Wasilewski, Polska
Rzecz o kobietach. I o czasach, które na ekranie ogląda się jakby przedpotopowe, a to początek lat 90. Z Kieślowskiego wzięty jest podgląd historii rozgrywających się tuż obok, na jednym z prowincjonalnych osiedli (pierwowzór: Inowrocław, w którym dorastał reżyser).
Kobiety są samotne, jakby na moment przed zakrętem. Zmiany wiszą w powietrzu. Nie wiadomo, co zrobić, by mieć na nie wpływ i pokierować nimi dobrze.
Samotna jest Agata (Julia Kijowska), choć w domu córka i mąż. Wpatrzona w młodego księdza, o którym śni, gdy kocha się z mężem. Samotność Renaty (Dorota Kolak) jest namacalna: za chwilę straci pracę szkolnej rusycystki, kiedyś mieszkała z siostrą, teraz z papużkami, jest najstarszą z bohaterek. Zapełnia pustkę podpatrywaniem sąsiadki. Są jeszcze dwie siostry: młodziutka Marzena (Marta Nieradkiewicz), konkursowa miss i instruktorka aerobiku oraz Iza (Magdalena Cielecka), dyrektorka szkoły. Marzena męża widuje na kasetach video, na których mówi do niej z saksów w Niemczech. Iza jest kochanką miejscowego lekarza, przełykającą właśnie gorycz porzucenia.
Jest trochę perwersyjnie, bardzo smutno i szalenie kobieco – w takim sensie, którego patriarchalny świat nie dostrzeże. Zagęszczaczem jest tutaj połączenie niechcianej samotności i wymuszonej konieczności zmiany. Bardzo dobry film. Jak wiadomo: Srebrny Niedźwiedź berliński za scenariusz. Nie dziwne, że na mojej liście filmowych opowieści lokuje się wysoko. 

4. Klient – reż. Asghar Farhadi, Iran, Francja
Charakter pisma Farhadiego. Bliżej Rozstania niż Przeszłości. Relacja między Emadem i Raną jest w stanie constans i zdarzy się coś, co ją podważy. Nie unieważni, ale uruchomi nieznane wcześniej reakcje. To przyjdzie z zewnątrz jako trauma. Uwolni lęk, wstyd, nieufność, chęć zemsty i agresję.
Jeszcze raz: Rana i Emad są małżeństwem aktorów. Emad pracuje również jako nauczyciel. W teatrze wystawiają Śmierć komiwojażera Artura Millera. Próby i rekwizyty z teatralnej sceny ujmują filmową fabułę w klamrę. Wymuszona trzęsieniem ziemi przeprowadzka osadzi ich w nowym mieszkaniu, które niespodziewanie trudno będzie oswoić.
O tym, co się zdarzyło, nie będą umieli mówić. Pamiętliwość i zdolność puszczenia w niepamięć okażą się rozstrzygające o tym, co dalej. Tyle. Film zasługuje na uważne rozczytanie. Świetny i słusznie nagrodzony w Cannes za scenariusz i pierwszoplanową rolę męską (Shahab Hosseini). 

5. Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie (Perfect Strangers / Perfetti sconosciuti) – reż. Paolo Genovese, Włochy
Kolacja w przyjacielskim gronie i wyzwanie: karty na stół. Karty, czyli telefony, czarne skrzynki z tajemną wiedzą o naszych skrytych kontaktach i interesach. Przedmiot osobisty niczym pamiętnik. Gra polega na tym, by wszystko, co w czasie spotkania nadejdzie – emaile, SMS-y, MMS-y, połączenia – było odbierane jawnie. Reszta jest kaskadą katastrof. Kłamiemy, zatajamy, udajemy. Tak brzmi teza i może niepokoić, że jest dość banalna, a opowieść ilustruje ją i uzasadnia. Warto jednak obejrzeć. Film elegancki, mainstreamowy, przewrotny, pełen zwrotów akcji i precyzyjnie zaplanowanych skojarzeń. Zgodnie z czechowowskim postulatem, że skoro wisi strzelba, to po to, by wystrzelić.

6. Egzamin (Graduation / Bacalauréat) – reż. Cristian Mungiu, Rumunia
Fabuła kręci się wokół matury, która – zdana odpowiednio dobrze – ma otworzyć Elizie drogę do Cambridge. Alternatywą jest pozostanie w Rumunii i studia na lokalnym uniwersytecie. Między tymi opcjami jest przepaść. Ojciec widzi w tym sens życia, swojego i córki. Wyrwać się stąd, gdzie nic się nie zmienia, korupcja i bylejakość tłamszą szansę na normalność. Próbował, wrócił z zagranicy do kraju i żałuje. Żyje uczciwie, lecz nie chce, by córka mierzyła się z tym samym brudem, wobec którego sam zobojętniał i zbezradniał. Maturę zdaje Eliza, przed egzaminem z uczciwości stoi ojciec.
Reżyser, obecny we Wrocławiu podkreślał rolę pierwszej sceny. Jest chyba bardzo krótka, bo mi umknęła. Ktoś odremontował fasadę swego mieszkania na osiedlu. Odnowiony kawałek w bylejakiej całości. Pytanie: zmieniać świat, by samemu móc żyć, czy żyć po swojemu w brudnym świecie, który nieustannie będzie pomniejszał i szargał nasz kawałek prywatności.
W ogóle: kino rumuńskie rządzi! 

7. Toni Erdmann – reż. Maren Ade, Niemcy, Austria
Pomysł na opowieść jest prosty: ojciec obserwuje, jak bardzo spięta, podporządkowana korporacji jest jego córka. Jak nie wie, czym jest zwyczajność, humor i szczerość. Ines wypracowuje sobie sukces (ogromnym, karkołomnym poświęceniem). Ojciec żadnych spektakularnych osiągnięć nie ma na koncie. Ma za to dwa wyostrzone zmysły: zmysł humoru  i obserwacji. Inteligentnie poprowadzony dowcip sytuacyjny sprawia, że ogląda się świetnie. Film żadnych szczególnych (formalnych) horyzontów nie przekracza, ale uczy wracać do siebie. Warto.

8. Julieta – reż. Pedro Almodóvar, Hiszpania
Jaki kontrast do filmów rumuńskich! Tam wszystko ma barwę szarą. Tu feeria kolorów. Julieta opowiada w szkole o greckich mitach. To preludium. A dalej będzie dużo archetypicznych sytuacji, w tym ta najważniejsza niczym z mitu o Demeter i Korze: utrata córki. Tajemnicze zniknięcie, po którym minęło już 12 lat i zabliźniły się prowizorycznie rany. Odżywają, budzą wspomnienia, stają się życiem właściwym. Raz: to jest film o znikaniu (i o tym, że jak ktoś odejdzie, to wcale nie znika z myśli i serca). Dwa: bardzo ładnie poprowadzona opowieść, w której czas teraźniejszy co rusz otwiera się na retrospekcje i wypływają nowe poszlaki. Klasycznie i przyjemnie. 

9. Martwe wody (Slack Bay / Ma Loute) – reż. Bruno Dumont, Francja
Dumonta miałam sobie raz na zawsze odpuścić (TU). Robi filmy nie dla mnie. Ale jak nie obejrzeć, skoro grają Fabrice Luchini i Juliette Binoche! Przerysowana arystokracja kontra „odrażający, brudni, źli” poławiacze omułków. Groteska pełną gębą. Nie wiem, czy kryje się za tym jakiś sens, ale wcale nie musi. Postuluję, by Dumont robił wyłącznie takie filmy, a problem niestrawnej metafizyki zniknie. Egzaltowana Binoche, garbaty, przymulony Luchini i gruby, baloniasty, ze skłonnością do przewrotek policjant. Flap bez Flipa. Gdy idzie, jakby ktoś balon o balon ocierał, tak to szumi. Zaskoczenie Dumontem. 

10. Ja, Daniel Blake – reż. Ken Loach, Wielka Brytania
Trochę niżej na liście niż Toni Erdmann, ale w podobnej tonacji. Mężczyzna z życiowym doświadczeniem mierzy się z nowocześnie absurdalną biurokracją, otaczając opieką młodą dziewczynę którą traktuje jak córkę. Ken Loach, więc kino społeczne. Demaskowanie tego, co życie społeczne zatruwa znieczulicą i co odbiera ludziom godność. Miałam podejrzenia, że będzie to film społecznie słuszny, oczywisty i nic ponadto. Dodatkiem jest humor. Hmm… może nie jest to kino wszech czasów, ale lepiej zobaczyć, niż przegapić. 

11. Nieznajoma dziewczyna – reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne, Belgia, Francja
Młoda dziewczyna (Adèle Haenel) pracuje na 200% jako lekarz i na 150% jako detektyw. Dlatego w ogóle nie znika z ekranu. Ma skupioną twarz, uważne spojrzenie, nakręca ją organiczne poczucie sprawiedliwości. Moja diagnoza: to kwintesencja młodzieńczości. Na pierwszy ogląd – niby nie, bo młodość szumi, eksperymentuje i wrze. Tu natomiast jest jasność, czystość, intuicja, nieustępliwość i upór. To nie musi z młodością przemijać. Zazwyczaj mija. Osią fabuły jest śledztwo. 

12. Cmentarz wspaniałości – reż. Apichatpong Weerasethakul, Tajlandia
Azjatycka prowincja z miejscem szczególnym: szpitalem, w który śpią żołnierze. Śpią nieustannie, raz po raz się wybudzając, by znów ni stąd ni zowąd zapaść w śpiączkę. Możliwe, że to ze względu na cmentarz, którym niegdyś był ten teren. Spoczywają tu generałowie, niestrudzeni w walkach, którzy teraz czerpią energię ze śpiących. Jenjira jest wolontariuszką i traktuje jednego z żołnierzy jak syna. Ich rozmowy (wyimaginowane?) są proste i baśniowe zarazem. Nie zrozumiałam politycznej metafory, którą sugerowały anonse. Ale ujęły mnie obrazy, poetyckość i cisza. Polecam miłośnikom Weerasethakula. ;) 

13. W pionie (Staying Vertical / Rester vertical) – reż. Alain Guiraudie, Francja
Reżyser zrobił furorę Nieznajomym nad jeziorem, którym mnie niegdyś odrzucił. Zadziwiająca obsesja filmowania genitaliów. We mnie budzi przesyt. Tym razem byłam w stanie docenić poczucie humoru i przewrotność. Absurdalne qui pro quo i inne niedorzeczności. Spokojnie można by zakwalifikować do kategorii „nocne szaleństwo” i oglądać mocno po zmierzchu, gdy już człowiekowi wszystko jedno, a chciałby się czymś zdziwić. 

14. Bianca – reż. Nanni Moretti, Włochy (1984)
Nanni Moretti opowiada po swojemu. Jak mówi: czasem dopracowuje scenariusz, a czasem woli improwizować, wplatać dygresje, happeningować. Sam przy tym świetnie sprawdza się jako ster, żeglarz i okręt (w jednym). Tu Moretti jako czterdziestolatek. Włoska wersja Dnia świra. Dobre. 

15. Ecce Homo – reż. Mirjam Kubescha (2001), Niemcy [dokument]
Film niemiecki, ale po włosku. Opowieść o Pippo Delbono i jego teatralnej trupie. Uzupełnienie retrospektywy twórczości. Matka Delbono, z którą był bardzo emocjonalnie związany, orzekła, że jest „prawdziwym łachudrą”. Poszedł więc szukać sobie podobnych: na miejskich placach, ulicach, w zakładach psychiatrycznych. Znalazł i poczuł się wśród nich szczęśliwy. I tworzyć teatr. Wielki, misiowaty Pippo, empatyczny i kruchy. Film ma jeden mankament: jest sprzed 15 lat, więc prezentacja aktorów z zespołu Delbono jest zamrożona w początkach. 

16. Aquarius – reż. Kleber Mendonça Filho, Brazylia
W zasadzie dobrze się ogląda, choć lekko irytuje. Epicka opowieść o Clarze, w którą wciela się Sonia Braga. Co tam będę mówić o filmie. Sonia Braga gra charyzmatycznie. Gra tyleż Clarę, co Sonię Bragę, która jest piękna, silna, zniewalająca, ani trochę mdła i dlatego wywołująca mdłości. Można by wyciąć te fragmenty (liczne!), w których rozwiązuje włosy albo właśnie je spina) i wykorzystać w reklamie szamponu. Dodam tylko, że postać, w którą się wciela, ma – rzecz jasna – rację i żaden termit jej nie podgryzie. Reżyser nakręcił wcześniej Sąsiedzkie dźwięki. W Aquariusie można to wyczuć. 

17. Opera filmowa: Zagubiona autostrada – reż. Natalia Korczakowska, Polska
Całkiem ciekawie, choć bez emocji. Podobał mi się David Moss (Mr. Eddy) w białym garniturze i Barbara Kinga Majewska (Alice/Renee). W ogóle: ekscentrycznie, eksperymentalnie, w bardzo interesującym miejscu (Narodowe Forum Muzyki). Moja percepcja nie doznała olśnienia i jeśli już, to jednak wybieram oryginał, film Lyncha. 

18. Boris bez Béatrice – reż. Denis Côté, Kanada
Przystojny aktor i jakieś echo powieści Mag Johna Fowlesa. Facet jest bufonem, niezdolnym do miłości. Więc trzeba mu to uświadomić i wymusić przemianę. Środki ku temu wiodące są przekombinowane. Tajemniczy decydent poddaje go próbom, rozdając prztyczki w nos. I tym mechanicznym sposobem Boris wychodzi na ludzi. Jedyna pomyłka tego festiwalu. Nudy.

Poza kanadyjską wpadką, pozostałe wybory warte były obstawienia. Zwłaszcza pierwsza jedenastka. Niewiele wiem o czasie dystrybucji, poza tym, że nr 3. już wchodzi do kin, nr 8. na początku września, nr 14. ma już 30 lat, więc trzeba go upolować gdzie indziej.

małe życie

Hanya Yanagihara, Małe życie, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015
Male zycieJak widać po napisach na okładce: nagłośniony tytuł. Każdy już kojarzy i co nieco wie. Nakład znika z księgarń błyskawicznie. Prawdopodobnie rzeczywiście jest czytany. Trudno zmierzyć, ile tych zakupionych egzemplarzy wchłonięto, jednak można założyć, że jeśli ktoś zaczął (przełamując strach przed grubym), najpewniej skończył, bo rzecz wciąga.

Nie od razu po lekturze biorę się do pisania. A gdy zaczynam szukać klucza, pojawiają się dwie opcje. Albo przyjrzeć się, na czym polega mechanizm przyciągania. Albo na odwrót – zająć się tym, co w mojej lekturze było brzęczykiem-przeszkadzaczem. Trzecia opcja – zwycięska – narzuca się po wysłuchaniu rozmowy z Hanyą Yanagiharą, w której padają odpowiedzi na moje niezadane pytania. To popytam dalej, ale zacznę od tematu i warsztatowych założeń Autorki. (Z najwyższej półki – 1.05.16)

Małe życie jest opowieścią o przyjaźni czterech amerykańskich chłopaków, którzy poznają się w college`u i pielęgnują tę więź przez całe życie. Stoją na początku zawodowych dróg, które mimo nierównych startów, powiodą ich do różnych spełnień. Jude to błyskotliwy prawnik, Willem staje się aktorem, Malcolm architektem, a J.B. malarzem, którego sukces przypieczętowały obrazy inspirowane zdjęciami przyjaciół. I tak jak kolejne wystawy J.B., tak cała powieść jest próbą przeniesienia relacji między bohaterami w wymiar uniwersalny (transcendentny). Gdyby wiązkę tematów uruchomionych w tej powieści sprowadzić do jednego, to trzeba wskazać właśnie na siłę przyjaźni – która ocala, nadaje sens codzienności, jest najwyższą instancją, choć nawet ona nie ma mocy ostatecznego rozbrojenia samotności i zaprzeszłych traum.

To, co Yanagihara pisze o przyjaźni jest szalenie wzruszające. Jest tym, co chce się o przyjaźni usłyszeć, by móc w nią wierzyć. A tym, co z wywiadu z Autorką najbardziej mi pomaga w asymilacji powieści jest wyznanie: „chciałam, by to była współczesna baśń”. Wiele z moich niezaspokojonych głodów może się tym nasycić. 

Dlaczego baśń? 

  • czas historyczny został unieważniony. Współczesność, ale bez znaków rozpoznawczych. Realia polityczne i społeczne są umowne. Co nieco wynika z kontekstów kulturowych: projekty architektoniczne Malcolma, wystawy J.B, role filmowe Willema. To „nasze czasy”, bez sugerowania dat. Rekompensatą za mgliste realia świata zewnętrznego jest wnikliwość w ukazywaniu wnętrza. Monologi, introspekcje, wyznania.
  • główny bohater mierzy się z niewyobrażalnymi przeciwnościami losu. Ze wspomnianej czwórki tym głównym i jedynym pełnowymiarowym bohaterem jest Jude. Okrutnie potraktowany w dzieciństwie, nie umie uporać się z traumą, nie potrafi jej wypowiedzieć, znajdując alternatywne ujście w samookaleczaniu. Skala bólu, pustki, wstydu i pogardy do siebie, z którymi musi się mierzyć jest ogromna. Nieprawdopodobna wręcz, ale tu nie ma miejsca na licytację, bo życie ma licencję na urzeczywistnianie potworności, które się nie śniły naszym filozofom. I wszystko to zdarzyć się mogło. Baśń nie musi tłumaczyć, jak do tego doszło, kto był ślepy, kto obojętny. Zło jest silnie skrystalizowane. I zmaganie się z nim jest jak doświadczanie katharsis. Co prawda Jude nie doznaje oczyszczenia, ale czytelnikowi nie jest ono zabronione.
  • tyle samo dobra co zła; obie moce są zadziwiające i niewyczerpywalne. Kibicujemy, oczywiście, dobru. Temu, by Jude zaufał ludziom, którzy go pokochali i pozwolił sobie pomóc. Temu, by ci, którzy cierpliwie opatrują rany, nie musieli patrzeć na rozrywanie opatrunków. Temu by czas, miłość, przyjaźń, zrozumienie, akceptacja i Bóg wie co jeszcze zadziałały ozdrowieńczo. Ale walka między skrajnościami nigdy się nie zakończy.
  • historia jest na tyle odrealniona i prawdziwa zarazem, że jak każda baśń staje się lustrem, opowieścią, w której chcemy się przeglądać, angażując emocje, empatię, nadzieję na sprawiedliwość.

Ze wszech miar polecam powieść Hanyi Yanagihary, bo jest tym, czego potrzebujemy, by uruchomiły się w nas pewne tęsknoty, wypłakały się rozczarowania, by coś się uspokoiło. Bez wątpienia przeczytać warto.

Tymczasem – skoro z przeżyć już ochłonęłam – to powiem, czego mi żal

a) Jude jest postacią, która zapada w pamięć. Świetnie oddane są jego przekonania na temat siebie, paradoksalna wnikliwość w patrzeniu na świat i niezdolność zdystansowania się do własnych cierpień. To jest często chore, nieracjonalne, irytujące. Jude zniewala i odpycha, a w dodatku, co niepojęte, lecz przekonujące, niewiele się zmienia. Połączenie tak wielu barw i pozbawienie postaci spektakularnej przemiany jest świetnym zabiegiem. 

I niech już tak będzie, że wnikamy w psychikę i emocje Jude`a. To o wiele ciekawsze niż retrospektywne historie, które wyjawiają, co zdarzyło się naprawdę. Długo jesteśmy trzymani w tajemnicy, a gdy kurtyna się odsłania, coś na tym tracę. Jeśli już koniecznie mam otwartymi oczyma oglądać, co z Judem robił brat Luke, to przynajmniej doktora Taylora przegnałabym za kulisy. Głupio zabrzmi, gdy powiem, że te fragmenty są nudne, więc niech będzie, że są słabsze.

b) Szkoda, że takie postaci jak Willem, Harold i dr Andy są tak obłędnie jednowymiarowe. Stróże dobra i piękna. Na tyle ciekawie przedstawieni, że choć jednoznacznie dobrzy, dają się lubić. Ale bez pęknięć. Mam nadzieję, że w życiu to żaden problem, ale w literaturze jednak mankament. Jak na powieść o przyjaźni mało wiemy o pozostałych osobach z paczki. Tylko tyle, żeby w ogóle jakoś osadzić chłopaków w ich biografii. Kilka stron o rodzinie i jakimś kluczowym problemie, nie na tyle ważnym, by mógł równać się z problemem Jude`a. Więcej Malcolma! Więcej J.B. (świetna scena, w której wbrew sobie przedrzeźnia i rani Jude`a)

Jakby wszyscy pojawiali się w tej opowieści tylko po to, by dodać coś od siebie o Judzie. Ok, do zaakceptowania, jeśli przyjmiemy kryteria baśni. A mnie na przykład bardzo zainteresowała postać Any z pomocy społecznej, która pierwsza otworzyła Jude`owi drzwi do „normalności”. Opatrzyła rany, ale nie zdążyła nauczyć go mówić o przeszłości. Wiedziała, jak ważne jest, by ból się nie zakleszczył. Zabrakło jej czasu, by udrożnić wspomnienia Jude`a. I wracałam do tego, drążąc, czy rzeczywiście tak ważne jest, by nie pozwolić zbudować muru, czy czas jest aż tak kluczowy?

c) Może nie żal, ale niezrozumienie. Prawie nie ma tu kobiet. Te, które są, wydają mi się celowo zmarginalizowane: Any, Julie, India, żony Andy`ego czy Malcolma. Taki był zamiar. Yanagihara mówi, że chciała opisać fenomen męskiej przyjaźni. Mamy więc chłopaków i mężczyzn… i bardzo kobiecy sposób mówienia o nich. Z jednej strony pisarka sugeruje, że istnieje jakiś społeczny kod męskiej przyjaźni. Jaki? Bo przecież nie ten, który obserwujemy. Męska przyjaźń kojarzy mi się raczej z dogadywaniem się w milczeniu, z rozmowami na jakieś ideowe lub głęboko merytoryczne tematy i z działaniem, nawet z rywalizacją. Tymczasem bohaterowie Małego życia są ponadprzeciętnie empatyczni, wrażliwi, wręcz czuli. Gotowi do wyznań („kocham cię”). Nie, nie, nie twierdzę, że to niemęskie. W ogóle kategoria płci jest wtórna. I dziwię się, że tak przez Autorkę zaznaczona. 

***

Michał Nogaś jest tą powieścią zachwycony i nie boi się wielkich słów. „Arcydzieło”, „powieść totalna”. Ja bym się jednak bała. Przyznaję, że niełatwo ją ogarnąć i dawno nie miałam takiego wrażenia, że kończąc post, jestem na początku. Szkic szkicu etc. Ale to rzut na taśmę. Jutro rozpoczynam moją przygodę z 16. edycją Nowych Horyzontów. Filmy pewnie przegonią część lekturowych wrażeń, więc jeśli w ogóle cokolwiek powiedzieć o Małym życiu, to tylko dziś. 

Gdyby Ktoś zechciał mi jednak podsunąć coś do przemyśleń, to wrócę i domyślę. Albo przyjmę na wiarę. :)