Dunkierka

Dunkierka, reż. Chrstopher Nolan, Wielka Brytania &co, 2017

Do pisania o filmach wojennych podchodzę z nieśmiałością dużą, bo co ja tam wiem. Myli mi się, kto-gdzie-jak dowodził. Jakie strategie tworzą ukryte tło zdarzeń. Nie rozróżniam broni, pojazdów, samolotów. Nawet o znaczeniu bitew muszę coś doczytać (przed lub po). Dunkierka plasuje się na liście zdarzeń mi znanych, ale jeśli dorzucę coś od siebie, to nie po to, by zdawać test z historii. Opowiem o sile seansu najnowszego filmu Nolana, o torpedzie strachu, w jakiej na własne życzenie się znalazłam. 

Stawiam Dunkierkę wyżej niż Szeregowca Ryana, Przełęcz ocalonych czy Helikopter w ogniu. A przecież Spielberg, Gibson, Scott swej rangi nie tracą. Do innych wielkich filmów wojennych analogii nie przeprowadzam, choć można przy tej okazji jakiś klasyk sobie przypomnieć.

Bardzo zsynchronizowana opowieść. Równie zasadnie można by zacząć uwagami o muzyce, stronie wizualnej czy scenariuszu. Są sprzężone, wszystkie strefy działają równocześnie. 

Akcja rozpisana na tydzień, przełom maja i czerwca w 1940 – operacja „Dynamo”. Osaczone wojska alianckie – angielskie i francuskie (trzeba rozróżnić) – nie mają szans w walce z wrogiem. Należy więc ewakuować żołnierzy przez Kanał La Manche. Na horyzoncie plaży w Dunkierce mgliście „widać” ojczysty ląd. Dom jest niemal w zasięgu zmysłów, wzmacniając tęsknotę i bezradność. Siły zbrojne nie przysyłają na ratunek okrętów wojennych, czekających w gotowości na obronę Brytanii. Nadzieja w małych, licznych, łodziach i jachtach. A żołnierzy na plażach Dunkierki są setki tysięcy. Jakie szanse ma każdy z nich, by być uratowanym? Im ich więcej, tym nadzieje na życie mniejsze. 

Wiadomo, że wielka ewakuacja stała się symbolem „zwycięskiej porażki”. Na francuskim brzegu porzucono broń i wcale niemałą liczbę poległych żołnierzy, na brzeg angielski dotarło ich 338 tysięcy 226. W jednej z końcowych scen, gdy wchodzą do pociągu, którym pojadą w głąb lądu, niewidomy starzec wita ich słowami:
– Brawo!
– Myśmy tylko ocaleli.
– To wystarczy!
Napięcie między doświadczeniem przegranej i wygranej wpisane jest też w scenę czytania gazety. Jeszcze nie wiedzą, jaki będzie społeczny komentarz do ewakuacji, strach przed wstydem waży się z ulgą po totalnym zmęczeniu minionego tygodnia. Mnie się to rozdarcie nie udziela. 
Przeżyć – wystarczy. Wreszcie przestaję się bać, rozumiem tylko sen, w który się chronią, odreagowując piekielną, natężoną czujność. Film Nolana nie zajmuje się tym, co odłoży się w psychicznej pamięci. Wystarczająco dużo się zdarzyło, by ocaleni zapamiętali ekstremalne stany i reakcje.

Fenomenalne jest to, że scenariusz Nolana nie koncentruje się na żadnej spektakularnej historii. Można wybrać, który z bohaterów silniej zaanektuje naszą uwagę. Każdy, kto wchodzi w pole akcji, wprowadza swój los w grę. Gra zagarnia coraz więcej ludzi i coraz mniej daje im szans. Nie dowiemy się o tych postaciach zbyt wiele. Poza tym, że pod Dunkierką dotknęli śmierci, ostatecznie lub tylko czując jej przedsmak.

Dunkierka. 1

Skoro więc nie śledzę „przygód”, nie uruchamiam sentymentalnych kontekstów, nie mam wglądu w biografię, w relacje, w bagaż cudzy, to uruchamiam własny. Przez niespełna dwie godziny jestem nad Dunkierką w błękicie nieba i wody, w kabinie myśliwca z Farrierem (Tom Hardy), który traci kontrolę nad zasobami paliwa. Albo z Collinsem (Jack Lowden), lądującym na pełnym morzu, w stawiającej opór kabinie napełniającej się wodą. Albo na jachcie Dawsona (Mark Rylance), który kieruje się w stronę odwrotną do ucieczki. I trudno nie rozumieć, że wyciągnięty z morza żołnierz dygocze ze strachu (Cilian Murphy). Jeszcze gorzej: nie w myśliwcu jestem i nie na jachcie, lecz w zatapiającej się łajbie albo pod wodą, na której unosi się i za chwilę zapłonie warstwa ropy. Na mostku wśród tysiąca innych pod ostrzałem bombowców.

Dunkierka. 3

Scenariusz, który sygnalizuje potencjał bohaterów, ale za nim nie idzie, to ryzyko. Słusznie podjęte. Zmultiplikowanie bohaterów, wtłoczenie na plażę statystów, balansowanie między otwartą przestrzenią nieba, wody, piasku a klaustrofobiczną cieśnią kabin – potęguje strach. Kolorystyka obrazów – czasem błękit, często sinoniebieski, szary, beż i cała paleta ciemności. Operatorem jest Hoyte Van Hoytema, chciałabym zapamiętać. Muzycznie prowadził mnie przez seans Hans Zimmer. Nie umiem opisywać muzyki, ale kto wie, czy to nie główna siła, która wpędziła mnie w lęk. Swą monotonią narastającą. Cały czas sugerując jakąś eksplozję, ale w heroizm nie wchodząc. Właśnie osaczenie – czasem, przestrzenią, dźwiękiem jest tym, co działa silniej niż herosi i ich ewentualne tragizmy i heroizmy.

Jak powstawała Dunkierka? (materiał z vloga Na gałęzi)

Dunkierka

 

Olli Mäki

Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia (Hymyilevä mies), reż. Juho Kuosmanen, Finlandia 2016

Premiera w połowie lipca. Widziałam, bo byłam na seansie „kina w ciemno” (MUZA).  

Fowiści zgłosiliby veto: film czarno-biały. Amatorzy soundtracków mogliby poczuć niedosyt: nie ma muzyki spoza planu (na planie – niewiele). A ja mówię: zaskoczenie, niespodzianka, bardzo w punkt.

Chwytliwy slogan głosi, że to „fińska love story”, ale bardziej „fińska story” niż „love…”. Opowieść ma zaczepienie w prawdziwej historii – w biografii tytułowego Olli, boksera, który miał dla Finów wywalczyć mistrzostwo świata w 1962 roku.

Fabuła krąży wokół tego sportowego eventu. W Helsinkach rozegra się wielki pojedynek: Amerykanina (który ma tytułu bronić) i Fina (który ma mu go odebrać). Olli to prowincjonalny piekarz z Kokkoli (w tym mieście urodzi się też reżyser – 27 lat po pamiętnym bokserskim starciu). Skoro po tylu latach kręci się o Ollim Mäkim filmy, znaczy, że była to w fińskim sporcie persona. Póki co jest świeży, skromny, uważnie rozpoznający swe cele i uczucia. Cel: nie sprawić zawodu, czyli wygrać, uczucie: „chyba się zakochałem”, czyli Raija. 

Wszystko jest takie niepozorne! Dzisiejszy świat glamour, szeroko otwarty dla sportowych celebrytów, jeszcze nawet nie raczkuje (albo ledwie). Owszem, ekipa fotoreporterów ma śledzić przygotowania, robi się kilka ustawek (nic nieznaczącą Raiję usuwając w cień). Żadnych tam pstrykniętych ukradkiem zdjęć paparazzich. A były przecież widowiskowe okazje – np. gromada zapiętych na ostatni guzik dziennikarzy wkraczająca do łaźni, gdzie goluteńcy bokserzy.

Największym zaskoczeniem jest to, co poza fotograficznym kadrem. Życie codzienne w malutkich mieszkankach, spanie kątem u trenera (w dziecięcym pokoju, skąd przegnano dzieciaki), amatorskie zbijanie wagi. Jest szum i są oczekiwania, ale ich skala budzi uśmiech. Podobała mi się scena kościelna. Olli jest gościem na czyimś weselu. Nieważni nowożeńcy, mężczyźni teatralnym szeptem chcą wydobyć z weselnego gościa, ile to on musi ważyć i jakim cudem schudnie. Biedny Olli nie mógł przecież startować w tej kategorii wagowej, do której naturalnie przynależał, bo w wadze lekkiej triumfował niegdyś trener. Olli musi zmarnieć do 57 kg, do wagi piórkowej, a i tak cud-miód, że nie do koguciej. 

Wszystko, co mnie ujmuje w fińskiej opowieści o człowieku, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, jest rozpięte między prostą i minimalistyczną mimiką młodego boksera a promienną i mądrą twarzą Raiji. Skupienie i jasność. Więc jednak „love” głównym tematem? Jednak nie. Historia tych dwojga rozwija się dyskretnie, w domysłach, bez dramatyzmu. Prawie jej nie ma, choć tworzy mocne tło.

Jest jak antidotum na niepewność i presję świata. Jak lek, kompres i multiwitamina na spojrzenia, które widzą w nas kogoś, kim podobno mamy być. Raija patrzy prosto, z uśmiechem, gotowa roześmiać się w głos lub zrobić głupią minę. Niby nic nie znaczy, sama chętnie schodzi na drugi plan. Ale wówczas drugi plan staje się pierwszym. Tak to chyba widzi Olli. Jeśli więc w realnym życiu rzeczywiście związał się z Raiją, to pewnie się nie zatracił i równowagę utrzymał. Bo to właśnie taki film o równowadze. Zwłaszcza w chwili, gdy coś nas rozbuja i próbuje przestawić na nieznany nam tor. Wówczas jest tak, jak w tych scenach, gdy Olli wiózł rowerem Raiję siedzącą na przednim kole. Miało się na wywrotkę, a do celu dotarli.

Data bokserskiej walki – 17 sierpnia 1962 – bez względu na to, co się zdarzy na ringu, będzie datą szczęśliwą. I o to „bez względu” toczy się gra.

Olli Maki 3

w starym (dobrym) stylu

W starym, dobrym stylu (Going in Style), reż. Zach Braff, USA 2017

Nie przeżyłam katharsis i za kilka chwil pewnie zapomnę. Ale spędziłam w kinie miły wieczór, więc uwieczniam. 

Starsi panowie trzej, osiem dekad na karku, wdzięk i stetryczałość w symbiozie. Przywiązanie do stylu, którego dziś się już nie praktykuje (a żal). 

Oni sami fazę ekspansji mają za sobą, teraz znoszą dyktaturę ciała, młodszej generacji i bezosobowych skarlałych instytucji. Te ostatnie kondensują się w „osobie” banku.

Bank to wróg, okrada i pasie się cudzym. Jest przy tym machiną sprawnie działających bezmyślnych trybików, którym do rozumu trafić nie sposób, bo zamiast niego mają cukrową watę lub obligacje (karykaturalni urzędnicy). Idea jest podobna do tej, która organizowała (świetny!) film z tegorocznej puli oscarowej: Aż do piekła (Hell or High Water). Skoro bank okrada nas, weźmy mu, co nasze. Napad na bank, z którym mamy rachunki do wyrównania. Wspomniany film rozgrywał to w teksańsko-kowbojskiej scenerii. Tu jesteśmy w klimacie amerykańskiej aglomeracji (NY). Konwencja komedii ustala tonację. Oczywiście, będą klisze, uskoki od komplikacji, gładkie happy endy. Nie szkodzi. Można wręcz uznać to za nadwyżkę, aluzję do wcześniejszych tego typu pomysłów, do filmów, w których zagrali pierwszoplanowi aktorzy, do ich emploi.

Tercet składa się z: Michaela Caine`a (Joe), Morgana Freemana (Willie) i Alana Arkina (Albert). Dorzućmy Ann-Margret Olsson, która odmładza ww. obsadę o pół dekady (nie ma co przy tych liczbach szacować inaczej niż w dziesięcioleciach). Ann-Margret podchodami, wdziękiem, uporem zdobywa serce Alberta, który do życia zwykł podchodzić sceptycznie i jeśli w coś wierzył, to w jedno: że nie zamierza się z nikim wiązać. ;)

Panowie żyją samotnie, sercem Williego i myślami Joe rządzą ich wnuczki. Ach, no tak to właśnie jest, że jeden z przyjaciół jest emocjonalny (Freeman), drugi to bystrzak intelektu (Caine), trzeci cynik i ciut maruda (Arkin). Wystarczy, by wspólny los mogli sobie urozmaicać na miarę możliwości. Jak się spodziewamy, głównym urozmaiceniem ma być napad na bank. Zanim do niego dojdzie, zrozumiemy, dlaczego jest konieczny. Po pierwsze: dlatego, że film rozpoczyna się napadem (w którym Joe występuje w roli zafascynowanego obserwatora i oczka mu się świecą do takiej pomsty na gnębicielach). Po drugie: jesteśmy wtajemniczani w efekt gospodarczego przekrętu, który „mrozi” emerytury, cedując je na bankierów. A kiedy w skrzynce Joego widzimy najpierw kopertę żółtą (ostrzeżenie, że zabiorą dom), później czerwoną (egzekucja ww. ostrzeżenia), to jasna sprawa, że lont się pali, a „bomba” wybuchnie.

Najbardziej spektakularnymi scenami są te bankowe. I wprawka rabunkowa w supermarkecie – obrazuje, jak daleko od natury starszych panów jest fach złodziejski. Najmniej podobały mi się przeszarżowane epizody z Christopherem Lloydem, który gra staruszka-imbecyla w takim stadium demencji, że nie śmieszy, lecz żenuje. Mam dwie ulubione scenki. Pierwsza zabarwiona ironią, druga dziecięcym urokiem. (spojlerki małe, nieszkodliwe, lecz ostrzegam)

1) Scena niemal z początku. Joe, Willie i Albert oglądają telewizyjny show o randkowaniu.  Panna w finale wybiera jednego z trzech kandydatów, którzy wykosili konkurencję. Za chwilę wręczy mu różę. I właśnie to, że panowie oglądają bzdurny show, choć nie mają złudzeń co do fałszu takich podpubliczek – już to jest komiczne. Więcej, oni pannie (przez szybkę ekranu) udzielają rad, że skoro z tej miernoty ma jednak coś typować, to tylko jeden wchodzi w grę. Trzech facetów bezbłędnie przeprowadza wiwisekcję młodzieńców, niestety z błędem typuje wybór dziewczyny. Oto, co znaczy znać życie! Nic nie znaczy, bo zawsze zaskoczy nas cudza nieznajomość.

2) Scena, która preludium ma podczas napadu, a kulminację na policji. Nie wszystko w banku szło według planu. Willie emocjonalnie zareagował na ofertę dziewczynki, która rabusiom chciała oddać własną lalkę. „- Nie, od ciebie lalki nie wezmę. Masz taką samą, jak kiedyś moja wnuczka”. Nieopatrznie też daje dziewczęciu zerknąć na cyferblat swego zegarka. A tam fotka ukochanej wnusi. Policja, która z kamer odtworzyła to zajście, wykorzystuje dziewczynkę do wytypowania rabusia spośród szeregu podstawionych. Ale mała spryciara ma serce po właściwej stronie. Wie, komu współczuć, komu pomóc. Spisuje się na medal. A rozbrajająca jest końcówka tego epizodu. Dziewczynka z kamienną twarzą i pewnością mędrca zapewniała policję, że pamięć ma fenomenalną i że żaden z panów nie jest tym, któremu oferowała lalkę. Cudnie się rozpromienia przy wyjściu, gdy widzi znaną ze zdjęcia wnuczkę Williego. Och! A jakże! Pamięta, pamięta, ale sztamę trzymać potrafi! Panna na schwał!

Intrygę zostawiam lekko w tle, ale puentę ujawnię. Tą wyrażoną wprost są słowa z sekwencji początkowej (parafraza): społeczeństwo powinno dbać o starszych ludzi, jeśli nie dba, wystawia sobie marną wizytówkę. Puentą nie wyrażoną w słowach, lecz przecież oczywistą, jest pochwała przyjaźni, inteligentnej kontry, zrywu, by jeszcze pożyć i narzucić światu swoje warunki. Ładna puenta. :)

opowieść do wysłuchania

Długie milczenie grozi eksplozją. Ryzy nakładam i słowotoku nie będzie. Sam konkret. Opowiem co i dlaczego absorbuje moją uwagę. Oczywiście poza filmami, książkami, pracą i życiem powszednim.

CK Zamek (Poznań) – Centrum Praktyk Edukacyjnych – ogłasza wiosną konkurs na projekt Współdziałanie w kulturze. Muszą być dwie strony, edukacja i kultura, i jakaś grupa docelowa, której projekt będzie służył. Czegoś uczył i zapraszał do twórczego działania. Wystartowałyśmy z moją przyjaciółką i dano nam zielone światło. Wybrano siedem projektów do realizacji, również nasz.

Ja reprezentuję ZSO nr 4, Joanna ODN. Partnerów znalazłyśmy w Teatrze Nowym (Michał Pabian jest tam dramaturgiem, prowadzi również spotkania z tekstem i pisarzami – Czytnik) i w Radiu Poznań (Wanda Wasilewska specjalizuje się w reportażach społecznych). Działamy do połowy października.

Tytuł zdradza wszystko: „MOST ZAMIAST MURU. Opowieść do wysłuchania”. Dotyczy wykluczenia. Grupą docelową są osadzeni w Areszcie Śledczym na Młyńskiej. Robimy z nimi słuchowisko. W ten sposób opowieść zza muru zbuduje most i ma szansę pokazać, że po obu stronach można podobnie myśleć i czuć. A jeśli różnie, to też ciekawie.

Drugą grupą  są licealiści. Popracujemy z nimi nad wykluczeniem, które widzą wokół siebie lub którego doświadczają. I dobrze by było, gdyby i tu powstała jakaś opowieść. Te opowieści być może się spotkają.

Zaplanowałyśmy cykl warsztatów. Scenarzysta z Teatru Nowego pracuje z więźniami nad historią, która ma być opowiedziana. Fikcja, przefiltrowana przez ich sposób patrzenia. Potem aktor pomoże przygotować role, a reporterka wystąpi w roli reżyserki. Chłopaki z Młyńskiej zadziałają. Już ruszyli i idzie nieźle.

Młodych dopiero rozkręcamy. Mamy dla nich warsztaty tematyczne – „wykluczenie” i „inność”, mury i mosty. Spotkają się ze scenarzystą, reporterką społeczną, aktorką, która metodę dramy wykorzystuje w działaniach społecznych, również ze mną i z Joanną.

Trzymajcie kciuki, bo gra jest warta świeczki. :) Można nas polubić i obserwować na fanpage`u (KLIK).

Zapraszam :)

Kuracja Yaloma

Kuracja Yaloma, reż. Sabine Gisiger, USA 2014

Obejrzałam w kinie MUZA, w „tani czwartek”. W ofercie zdarzają się przy tej okazji różne cuda niewidy i to jest film z tej kategorii. Nie słyszałam wcześniej ani o Irvinie Davidzie Yalomie (ignorancja), ani o filmie (co wybaczalne, nie ma go nawet w indeksie FilmWebu). Warto było obejrzeć. Jeśli się komuś nadarzy okazja, proszę nie przegapiać. Dokument biograficzny, który trudno oceniać według kryteriów filmowych. Magnesem jest bohater. Dla tych lepiej zorientowanych w psychologicznym świecie znaczące może być nazwisko. Mnie ujął człowiek.

Druga dekada XXI wieku – Yalom (rocznik 1931) ma ponad 80 lat. Mieszka w pobliżu Palo Alto, już nie wykłada na Stanfordzie, lecz wciąż jest zawodowo czynny. Co zrozumiałe, gdy uwzględnimy zakres jego działań. To profesor psychiatrii, „ojciec psychoterapii”, pionier terapii grupowej. W Ameryce znany i popularny. Tym bardziej, że nie tylko badacz i praktyk, lecz również popularyzator i autor powieści. W Polsce wydawany przez Instytut Psychologii Zdrowia i przez Czarną Owcę.

Przyglądam się postaci bardzo otwartej i empatycznej, nieekspansywnej, skłonnej do zejścia na drugi plan. Uderza skromność, absolutny brak zachowań przywódczych (choć z powodzeniem występuje przed kilkutysięczną rzeszą słuchaczy na konferencji). Raczej introwertyk, z dobrze przepracowaną umiejętnością wchodzenia w relacje.

Pierwsze co mnie ujmuje to właśnie ta symbioza doświadczenia (podszytego zawodowym sukcesem) i świeżości. Profesjonalizm i „naiwność”. Pół wieku pracy terapeutycznej i gotowość do zaczynania kolejnego wyzwania jakby było pierwszym. Sztuka odkładania na bok gotowych mądrości. Mówi Yalom: pomagam ludziom, bo sam tę drogę przeszedłem wiele razy, czy nie tego oczekujemy od przewodnika? Nie w tym rzecz, że zna metę, ale że już szedł i widział, jak szli tą drogą inni, że też się wybiera w drogę. Chyba można zaufać?

Podoba mi się fragment z wyszperanego w Sieci wywiadu (TU), w którym odnosi się do Barucha Spinozy. Punkt wyjścia: namiętności są silniejsze niż rozum i często nas zwodzą. Nic dobrego nie wyniknie z tej konfrontacji. „Musimy zamienić rozum w namiętność”, uczynić z poznawania siebie przygodę. „Jako terapeutę prowadzi mnie to do chęci zwiększania wiedzy pacjenta o samym sobie. Często pytam: «Czyż nie jest interesujące, że ja wydaję się być bardziej zainteresowany tobą niż ty sobą samym? Dlaczego tak się dzieje?» Pomagam pacjentowi w zainteresowaniu się sobą samym, ażeby wraz z terapeutą byli podekscytowani wspólną pracą”.

Drugie co mnie ujęło i zaskoczyło to wiara w literaturę i filozofię. Ani stawianie pytań, ani szukanie odpowiedzi nie zaczęło się na kozetce u Freuda. Notabene: Yalom odleżał obowiązkowe (dla studenta psychologii) psychoanalityczne seanse i nauczył się dzięki nim, jakie drogi omijać. Literatura i filozofia penetrują ludzką „duszę” od zawsze. Oczywiście, brzmi to deklaratywnie, gdy powiem, że Yalom uczy się od pisarzy i filozofów. Powiedzieć łatwo. Moim zdaniem już deklaracja jest ciekawa, idąca pod prąd obiegowych wyobrażeń o psychologii coachingowo-NLP-owskiej. Skuteczność, wymierność, rozwiązywalność, użyteczność… Można się uczyć od charyzmatycznych coachów, mówców występujących przed wypełnioną salą, można też od tych, którzy utrwalili swe rozważania w esejach czy fabułach. To się nie wyklucza. Ale przeczuwam, że literatura i filozofia wprowadzają w te poszukiwania oddech. Otwartość (filozofia) i paraboliczność (literatura). 

Zanim pojawił się pomysł studiów medycznych, Yalom zachłannie czyta. Potem odkrywa, że wiedzę może spożytkować w terapii. A po latach koło się zatacza i – mając doświadczenie praktyka – wraca do literatury. Pisze książki, bo nimi może trafić do ludzi inaczej, szerzej i głębiej. Nie bezpośrednią diagnostyką, lecz analogią i leczniczą siłą narracji. Yalom pisze książki, sięgając po doświadczenia terapeuty. Ale też powieści, w których ożywia filozofów: Kiedy Nietzsche szlochał, Kuracja Schopenhauera, Problem Spinozy. Super sprawa. Korci mnie, by przeczytać i trochę boję się, że pan Yalom aż nadto jest sympatyczny, by mieć na dokładkę literacki talent. ;) Tytuły bliższe obserwacjom psychoterapeuty to: Kat miłości…, Istoty ulotne…, Leżąc na kozetce, Patrząc w gwiazdy.

Trzecia sprawa – coś, co zostaje wyrażone nie słowami, lecz wynika z całej filmowej opowieści – to świadectwo życia. Lekarzu, ulecz się sam. Psychoterapeuto, wyklaruj swoje życie. No i tu jest pułapka. Gdyby Yalom był świetliście uporządkowany, zakrawałoby to na ściemę. Gdyby się zanadto pogubił, to można by bez żalu machnąć ręką na porady. Uważam, że mieści się w bezpiecznym środku, z tendencją ku jasności. Kluczowe, że mówi o sobie w sam raz – nie stawiając siebie w centrum i nie chowając się za teorię. 

Jest synem polskich Żydów, którzy przed wojną wyemigrowali do Stanów, założyli tam sklep i – nie asymilując się – nigdy nie wyszli z getta. Ojciec umiera, gdy Irvin jest nastolatkiem, relację z matką będzie przepracowywał całe życie. W roli antidotum wystąpi żona, niezależna, dowcipna, ale nie dominująca. Małżeństwo udało im się nad wyraz. Zazdrości go im ich czworo dzieci (każde po rozwodzie). Podpatrują wnuki. I jestem w stanie uwierzyć w terapię, patrząc na to jak stabilnie czuła się przy panu Yalomie pani Yalomowa. Jeśli w związku ktoś musi być tym, któremu zależy ciut bardziej, to oficjalnie w tę rolę wchodzi Irvin. Żona lekko kokietuje, że – ach, czasami wyfruwała w pragnieniach tu i tam, ale dodaje – on mnie zawsze bardzo ciekawił. Choć tym, co może w Irvinie Davidzie Yalomie ujmować najmocniej, jest właśnie to niesilenie się na atrakcyjność i deklarowanie stałości. 

tytułem wstępu

Nie wiem, co ten wstęp zapowiada – kolejny rozdział czy epilog? Babka wróżyła na dwoje. Ale fakt: dwa i pół miesiąca bez wpisu. Znów zawiesiłam się na polskim kinie (syndrom Wołynia i Pokotu). Jeden z możliwych wniosków sugeruje, że jest to kinematografia wampiryczna i trzeba ją z kinem światowym przeplatać, inaczej wyssie, zassie, zaczopuje wenę na amen. Niewykluczone, że magiczny wpływ na zamilknięcie miało też podwójne mierzenie się z Milczeniem (Endo i Scorsese`a). Wszystko bowiem może mieć skutki uboczne i stać się niechcianym antypre-tekstem. 

Szukając przyczyn racjonalnych, znajduję trzy. Po pierwsze nadmiar pretekstów. Kwietniowy konkurs filmowy (dla licealistów) przygotowuję cały rok, ale im bliżej mety, tym większa gorączka. Przeistoczyłam się więc, na miesiąc z okładem, w filmowy odkurzacz i oglądałam na tyle dużo, że nie dało się wcisnąć w rozkład doby ani chwili na tamaryszka. Czyste oglądanie plus wymyślanie zagadek. Ależ by mi blog napęczniał, gdybym nadążała z refleksją! Po drugie: odwyk. Mówi się, że potrzeba 21 dni, by wprowadzić jakąś czynność do nabytych przyzwyczajeń (jeśli dzień w dzień ma się ją w harmonogramie). To ile trzeba, by któryś z nawyków wyrugować? Może trochę więcej, ale każdy brzęczyk jest do usunięcia, więc i pisanie bloga, gdy zejdzie na czwarty plan, to szybko spada na dziesiąty. Nolens volens. Po trzecie – wpis Czary o tym, że tu i teraz, że gąsienica w ogrodzie, czyli czas na przepoczwarzanie (metamorfozy). A przede wszystkim – że czas blogów chyba minął. Dłuższą chwilę zajął mi namysł nad tym końcem.

Bo choć pewnie w każdej chwili powstaje iks nowych, to – tak mi się zdaje – energia ekspansji maleje. Blog to już nie prekursor sieciowych publikacji, lecz epigon. Daleko w tyle za vlogiem, za instagramem (tudzież bliźniaczymi portalami) i nawet kurzu po facebooku nie wącha. Gdzież mu do jego intensywnej nachalności, nieprzerwanej mobilizacji by być up to date! Otóż, nie tam trendy, gdzie blog. Co – paradoksalnie – może jednak dawać blogowi pewne fory. Takich jak ja jest może niewielu, lecz się zdarzają: bez przekonania do filmików nagrywanych roboczo, do selfie-dokumentacji, do hasztagów, hiperłącz i alarmów o cudzej aktywności.

No wiem, przesadzam. Są na pewno makroplusy w tym, nad czym wybrzydzam. A ja marudzę z nienadążania. Bo tak jak wyznaje Czara – inne formy są nie dla mnie. Niech żyje blogowa staroświeckość! Niech żyją blogi-dinozaury! Zwłaszcza te, podszyte jakąś silną (często tajemniczą) motywacją, która sprawia, że jest mus. Czasem dlatego, że czytelników krocie, czasem pomimo że kroci brak. Czasem dlatego, że posty są na poziomie profesjonalnych tekstów publicystycznych, a czasem, że w ogóle nie pretendują do zawodowstwa, jeno urokiem naturszczyka głoszą charyzmę autora. 

Co do mnie: bez założeń, bez liftingu, bez wyścigu i bez szans na Grand Prix – rozkrzewiam się dalej. Tamaryszek tak ma. Potwierdzają to dane z botanicznych encyklopedii.

Tyle tytułem wstępu.

ps.
Cokolwiek postanowi Czara, mam nadzieję, że o tym usłyszę i że przeczytam. Bo pisanie Czary to w blogowym wszechświecie crème de la crème. Odsyłam do Gąsienicy

pokot

Pokot – reż. Agnieszka Holland, Polska&co. 2017
pokotW dwóch zdaniach: 1) Oglądałam z zainteresowaniem, podobały mi się sceny, nastrój i aktorzy. 2) Opowieścią się nie przejęłam. Jeśli to wina mojej stępionej wrażliwości, to mam problem. Jeśli nie, to coś w tej opowieści szwankuje.

W Dolinie Kłodzkiej (mrocznej tak, że nikt jak William Blake by tego nie wyraził) w mgle i w lasach rozgrywa się dramat. Seryjnie giną ludzie według dość czytelnego klucza: to okoliczni myśliwi, typy wręcz karykaturalnie wredne. Klucz uściśli się na końcu, ale związek między ofiarami jest na tyle czytelny, że można typować kolejne. Mroczność dotyczy nie tyle aury i ludzkich trupów, co zabijania zwierząt – niemądrze i na potęgę. Giną myśliwi, giną zwierzęta. Nawet te, które mają czas ochronny. W łowieckim kalendarzu są przecież obok okresów przyzwalających na łowy, również czasy azylu – dla jeleni, borsuków, dzików, lisów, saren czy bażantów. Nie przestrzega się prawa, a dla głównej bohaterki sama reglamentacja jest absurdalna – dlaczego jeden dzień różnicy czyni śmierć legalną bądź bezprawną?

Duszejko, kobieta 60-letnia, nierdzenna, samotna, nie pojmuje oczywistości. Razi ją to, na co większość jest znieczulona. Protestuje, odwołuje się do empatii i litości, szuka – daremnie – wsparcia na komisariacie. A władza też ludzie, też sobie lubi zapolować, powycinać i „czynić ziemię poddaną”. Duszejko wie, że mają ją za starą (1) natrętną (2) wariatkę (3). Ten poćwiartowany jeleń na rysunku z plakatu wytatuowany jest słowami, którymi Duszejko mogłaby skwitować to, co obserwuje: immorality, corruption,  greed,  ruthlessness,  cruelty, stupidity, gluttony, hypocrisy. Niemoralność, korupcja, chciwość, bezwzględność, okrucieństwo, głupota, żarłoczność,  hipokryzja. Na krawędzi desperacji łatwo o impuls zemsty.

Duszejko jest mądrą wiedźmą, wie swoje i swoje czuje. Można by o niej powiedzieć to, co ona mówi o Dobrej Nowinie (bohaterce drugiego planu): „jest jak jabłoń, która nie pyta się buka jak rosnąć”. Holland, zapytana w wywiadzie, co łączy tę postać z bohaterami jej poprzednich filmów, mówi że: „złożoność postaw, ekstremalizm wyborów, szaleńczy bunt przeciwko większości, ekspresja bezsilności. Wszyscy [Rimbaud, Socha, Palach] czują się reprezentantami świata, który nie ma żadnych możliwości, żeby się bronić. Ich bunt można podciągnąć pod formę terroryzmu. A terroryzm – skąd się bierze i dlaczego jest – ciekawi mnie przynajmniej od czasu Gorączki.”

No tak, szlachetna terrorystka, do której lgną inne dobre dusze, również zdegustowane tym, że władza jest w niewłaściwych rękach, że dobro jest bezsilne, i że trzeba wziąć stery w swoje ręce, bo w naprawianiu świata nikt nas nie wyręczy.

Otóż – intryga kryminalna, radykalizm zemsty, w ogóle: ideowość tego filmu są czymś, co biorę w pakiecie, ale bez przekonania. Prawda, że zadawanie śmierci żywym istotom jest uzurpacją. Żyjemy w świecie, który wyposażył naszą mentalność w hipokryzję – „mięsko” widzimy w oderwaniu od procesu przetwarzania go z kogoś, kto żył. Nawet przekonujemy się wzajemnie, że to biblijny nakaz, a nie cywilizacyjny nawyk. Dobrze, że Pokot stawia temat radykalniej, lecz sama nie wiem, na ile jest radykalny. Duszejko totalnie odebrałaby prawa do zabijania. Czy o to tu chodzi? Czy może o większą świadomość. Mogę tę koncepcję przyjąć jedynie dzięki słowom Wiktora Zborowskiego (z wywiadu): „To nie jest opowieść o zemście, o braku sprawiedliwości czy niesprawiedliwości. To opowieść o zaniku czułości wobec ludzi, zwierząt, roślin, tego wszystkiego, co żyje. To jest krzyk w poszukiwaniu ginącej czułości.”

To, co udane, to gra zmiennymi konwencjami. Bo to jak podają źródła: i baśń, i thriller. A jeszcze ważniejsza okazuje się groteska. Słowem: choć w poglądach wiele przegięć, to są one podane z dużą dawką umowności. Gdy zaprzyjaźniony entomolog mówi o holocauście żuczków, to owszem, przekonuje tym Duszejko, ale to przecież nie na serio! Groteskowy jest listonosz. Świetny jest Dyzio grany przez Jakuba Gierszała (moja najulubieńsza postać!). Odmieniec, naznaczony padaczką. Wykluczenie – smutna sprawa, ale już inne maniactwa Dyzia są uroczo zabawne, a scena, w której wraz z Duszejko tłumaczą w konspiracji Blake`a zasługuje na nagrodę w kategorii: „pisarz w filmie”. Absolutnie rewelacyjny jest Wiktor Zborowski jako Świętopełk Świerczyński, któremu Duszejko zdiagnozowała „testosteronowy autyzm”. Z groteską bywa zabawnie, lecz choć przewrotna, to nie aż tak, by nie przebiło jej życie. Podobno w kręceniu filmu pomogło lokalne koło łowieckie. Podobno było świadome, że to jest film, w którym nie kocha się polowań.

Tak wyszło, że nie napisałam niczego o Agnieszce Mandat. A zasługiwałaby na oddzielny wpis, bo udało jej się wprowadzić prawdę w to, co literacko jest chyba mniej wiarygodne. Wyznam, że wciąż nie jestem do końca przekonana do fabuł Olgi Tokarczuk. Nie znam monumentalnych Ksiąg Jakubowych, więc wypowiadam się jak laik. Lubię Prawiek... i Biegunów, lecz nie zapadają mi te narracje w pamięć. Prowadź swój pług przez kości umarłych też do mojej wyobraźni nie trafia. Agnieszka Holland twierdzi, że ta proza jest filmowa. Ona wie lepiej niż ja. Ja bym na to nie wpadła.