pokot

Pokot – reż. Agnieszka Holland, Polska&co. 2017
pokotW dwóch zdaniach: 1) Oglądałam z zainteresowaniem, podobały mi się sceny, nastrój i aktorzy. 2) Opowieścią się nie przejęłam. Jeśli to wina mojej stępionej wrażliwości, to mam problem. Jeśli nie, to coś w tej opowieści szwankuje.

W Dolinie Kłodzkiej (mrocznej tak, że nikt jak William Blake by tego nie wyraził) w mgle i w lasach rozgrywa się dramat. Seryjnie giną ludzie według dość czytelnego klucza: to okoliczni myśliwi, typy wręcz karykaturalnie wredne. Klucz uściśli się na końcu, ale związek między ofiarami jest na tyle czytelny, że można typować kolejne. Mroczność dotyczy nie tyle aury i ludzkich trupów, co zabijania zwierząt – niemądrze i na potęgę. Giną myśliwi, giną zwierzęta. Nawet te, które mają czas ochronny. W łowieckim kalendarzu są przecież obok okresów przyzwalających na łowy, również czasy azylu – dla jeleni, borsuków, dzików, lisów, saren czy bażantów. Nie przestrzega się prawa, a dla głównej bohaterki sama reglamentacja jest absurdalna – dlaczego jeden dzień różnicy czyni śmierć legalną bądź bezprawną?

Duszejko, kobieta 60-letnia, nierdzenna, samotna, nie pojmuje oczywistości. Razi ją to, na co większość jest znieczulona. Protestuje, odwołuje się do empatii i litości, szuka – daremnie – wsparcia na komisariacie. A władza też ludzie, też sobie lubi zapolować, powycinać i „czynić ziemię poddaną”. Duszejko wie, że mają ją za starą (1) natrętną (2) wariatkę (3). Ten poćwiartowany jeleń na rysunku z plakatu wytatuowany jest słowami, którymi Duszejko mogłaby skwitować to, co obserwuje: immorality, corruption,  greed,  ruthlessness,  cruelty, stupidity, gluttony, hypocrisy. Niemoralność, korupcja, chciwość, bezwzględność, okrucieństwo, głupota, żarłoczność,  hipokryzja. Na krawędzi desperacji łatwo o impuls zemsty.

Duszejko jest mądrą wiedźmą, wie swoje i swoje czuje. Można by o niej powiedzieć to, co ona mówi o Dobrej Nowinie (bohaterce drugiego planu): „jest jak jabłoń, która nie pyta się buka jak rosnąć”. Holland, zapytana w wywiadzie, co łączy tę postać z bohaterami jej poprzednich filmów, mówi że: „złożoność postaw, ekstremalizm wyborów, szaleńczy bunt przeciwko większości, ekspresja bezsilności. Wszyscy [Rimbaud, Socha, Palach] czują się reprezentantami świata, który nie ma żadnych możliwości, żeby się bronić. Ich bunt można podciągnąć pod formę terroryzmu. A terroryzm – skąd się bierze i dlaczego jest – ciekawi mnie przynajmniej od czasu Gorączki.”

No tak, szlachetna terrorystka, do której lgną inne dobre dusze, również zdegustowane tym, że władza jest w niewłaściwych rękach, że dobro jest bezsilne, i że trzeba wziąć stery w swoje ręce, bo w naprawianiu świata nikt nas nie wyręczy.

Otóż – intryga kryminalna, radykalizm zemsty, w ogóle: ideowość tego filmu są czymś, co biorę w pakiecie, ale bez przekonania. Prawda, że zadawanie śmierci żywym istotom jest uzurpacją. Żyjemy w świecie, który wyposażył naszą mentalność w hipokryzję – „mięsko” widzimy w oderwaniu od procesu przetwarzania go z kogoś, kto żył. Nawet przekonujemy się wzajemnie, że to biblijny nakaz, a nie cywilizacyjny nawyk. Dobrze, że Pokot stawia temat radykalniej, lecz sama nie wiem, na ile jest radykalny. Duszejko totalnie odebrałaby prawa do zabijania. Czy o to tu chodzi? Czy może o większą świadomość. Mogę tę koncepcję przyjąć jedynie dzięki słowom Wiktora Zborowskiego (z wywiadu): „To nie jest opowieść o zemście, o braku sprawiedliwości czy niesprawiedliwości. To opowieść o zaniku czułości wobec ludzi, zwierząt, roślin, tego wszystkiego, co żyje. To jest krzyk w poszukiwaniu ginącej czułości.”

To, co udane, to gra zmiennymi konwencjami. Bo to jak podają źródła: i baśń, i thriller. A jeszcze ważniejsza okazuje się groteska. Słowem: choć w poglądach wiele przegięć, to są one podane z dużą dawką umowności. Gdy zaprzyjaźniony entomolog mówi o holocauście żuczków, to owszem, przekonuje tym Duszejko, ale to przecież nie na serio! Groteskowy jest listonosz. Świetny jest Dyzio grany przez Jakuba Gierszała (moja najulubieńsza postać!). Odmieniec, naznaczony padaczką. Wykluczenie – smutna sprawa, ale już inne maniactwa Dyzia są uroczo zabawne, a scena, w której wraz z Duszejko tłumaczą w konspiracji Blake`a zasługuje na nagrodę w kategorii: „pisarz w filmie”. Absolutnie rewelacyjny jest Wiktor Zborowski jako Świętopełk Świerczyński, któremu Duszejko zdiagnozowała „testosteronowy autyzm”. Z groteską bywa zabawnie, lecz choć przewrotna, to nie aż tak, by nie przebiło jej życie. Podobno w kręceniu filmu pomogło lokalne koło łowieckie. Podobno było świadome, że to jest film, w którym nie kocha się polowań.

Tak wyszło, że nie napisałam niczego o Agnieszce Mandat. A zasługiwałaby na oddzielny wpis, bo udało jej się wprowadzić prawdę w to, co literacko jest chyba mniej wiarygodne. Wyznam, że wciąż nie jestem do końca przekonana do fabuł Olgi Tokarczuk. Nie znam monumentalnych Ksiąg Jakubowych, więc wypowiadam się jak laik. Lubię Prawiek... i Biegunów, lecz nie zapadają mi te narracje w pamięć. Prowadź swój pług przez kości umarłych też do mojej wyobraźni nie trafia. Agnieszka Holland twierdzi, że ta proza jest filmowa. Ona wie lepiej niż ja. Ja bym na to nie wpadła.

manchester by the sea

Manchester by the Sea – reż. Kenneth Lonergan, USA 2016

manchester-by-the-sea

Bank rozbity. Najlepszy film w oscarowym wyścigu. Aż trochę żal innych dobrych, które muszą zejść na drugi plan. Film nie do przeoczenia. Najlepiej bez wcześniejszych rozczytań. Pójść do kina, obejrzeć tę opowieść, pośmiać się, poczuć ból, oniemieć, zdziwić tym, ile emocji i dramatu nosimy pod skórą – wszyscy, choć Lee Chandler ma historię szczególną. 

Nie spojleruję, gdy nie muszę, ale po gwiazdkach tekst na „po seansie”.
Swoją drogą: piszę, żeby się zmierzyć, ale żaden komentarz niczego do filmu nie wniesie.
Wszystko już w nim jest.
Fenomenalnie rozpisane, zagrane, wyreżyserowane.
***

Można założyć, że kluczowy dramat dotyczy postaci granej przez Caseya Afflecka – Lee Chandlera. Dotknęła go tragedia, naznaczyła traumą, rozwaliła życie. Wypaliła do cna. Ale to życie nadal trwa – rozgrywało się „przed” i wciąż dopisują się nowe wątki „po”. Tragedia jest punktem zwrotnym, lecz wcale nie w niej umieszczone jest centrum opowieści. 

Zanim dowiemy się, co się stało, jesteśmy wciągnięci w teraźniejszość. Przeszłość powraca w reminiscencjach (które dopowiadają, co w danym momencie potrzebne i budują napięcie). Okazuje się, że teraźniejszość i różne tonacje wspomnień są tak samo ważne, jak ten jeden punkt z przeszłości. Lee (dozorca z Bostonu, człowiek od każdej roboty i od żadnych pieniędzy) wraca do rodzinnego Manchester-by-the-Sea w stanie Massachusetts. Zmarł jego brat – Joe, trzeba więc pilnie działać i organizować nową rzeczywistość. I jeszcze zmierzyć się z absurdalnym testamentem, w którym Joe zawierza bratu opiekę nad swym 16-letnim synem, Patrickiem. Lee ma potężną blokadę przed wejściem w tę rolę, choć bratanka nie sposób nie lubić.

A więc nie tylko Lee. Są świetnie stworzone postaci drugiego planu. Pojawiający się we wspomnieniach starszy brat, Joe (Kyle Chandler) – dowcipny, zaradny, lubiany przez wszystkich, znany z dowcipów o rekinach. Randi (Michelle Williams), eksżona Lee, wspólniczka bólu po śmierci ich dzieci, gotowa zaczynać nowe, mimo że to, co minione, wciąż rani. Wspomniany już Patrick (Lucas Hedges), wrażliwy i przebojowy zarazem, mający przyjaciół, dwie – niewiedzące o sobie – dziewczyny (i tabun chętnych), niby pośród ludzi, lecz sam, zdany na nieswoje decyzje o swoim życiu. Miałby opuścić Manchester? Tu gra w drużynie hokejowej i w muzycznym zespole. Jeśli do tematów głównych wrzucić związek z miejscem i z ludźmi tworzącymi lokalną społeczność, to nie będzie to nadużycie. 

Jednak przede wszystkim Lee, (genialny, oszałamiający, fenomenalny) Casey Affleck. O nim też dowiadujemy się sporo z lakonicznych komentarzy innych. „TEN Lee Chandler!”. Gość, z którym chętnie poromansowałyby klientki z Bostonu i mamusie z Manchesteru. I na którego się skarżą, że nierozmowny, nietowarzyski, nie do życia. Jak „dorosły” nie pogada o wszystkim i o niczym. Może natomiast przyłożyć i wdać się w bójkę. Te barowe kontry to chyba jego jedyny sposób na danie ujścia emocjom i napięciu. Poza tym jest zgodliwy, jak człowiek z pustką w środku. 

Sceny, w których bezpośrednio odnosi się do tego, co utracił są nieliczne. 1) Reminiscencja pożaru, gdy wtapia się w obserwujących, nic już nie mogąc zmienić. Tylko obraz i oratorium Haendla w tle. 2) Scena na komisariacie – apogeum rozpaczy, gdy relacjonuje zdarzenia i czeka na sprawiedliwość. A gdy usłyszy, że zapomnienie o postawieniu ekranu przed kominkiem to nie zbrodnia i miliony ludzi robią podobne rzeczy każdej nocy – uleci nadzieja na karę. Weźmie to w swoje ręce. A skoro nie da się przeciąć od razu, to zafunduje sobie karę niepomiernie większą. Życie z poczuciem winy niewybaczalnej. Jest jeszcze 3) scena spotkania z Randi, o niezwykłym ładunku emocjonalnym. Gdy próbuję przypomnieć sobie, co mówi Lee, wydaje mi się, że nic – zaprzecza i ucisza Randi. Ale w tym poszarpanym dialogu dużo się mieści. Na przykład desperacja i pewność, że Lee już sobie nie zaufa, na żadną nową kartę od losu nie czeka. 

Dramatyczne wydarzenia, smutek oratoryjnej muzyki, okoliczności żałobne i ludzie poranieni życiem – to jedno. Można by po tych słowach zgadywać, że tonacja jest patetyczna. A wcale nie! Genialne jest właśnie to przemieszanie tragizmu i zwykłości, powagi i dowcipu. Affleck dokłada do tego swoją grę, Hedges – energię nastolatka, ale mistrzostwo trzeba przyznać scenarzyście-reżyserowi. Podziw dla Kennetha Lonergana! Trwam w zachwycie nad dialogami! Żadnej szarży. Affleck się chyba ani razu nie uśmiechnął, choć źródłem dowcipnych sytuacji czy słownych rozgrywek jest wielokrotnie. Rozmowy o grobie, wizyta w kostnicy, przejęzyczenia czy banalna wymiana codziennych komunikatów… Jak się to miesza! Nastolatek, który po śmierci ojca kombinuje, jak namówić na seks dziewczynę i wyprowadzić w pole jej mamusię, chwilę później przeżywa atak paniki po otwarciu lodówki. Ten balans daje szansę, by unieść dramat opowieści. Nie otwiera optymistycznej perspektywy, bo jej nie ma. Za to pozwala na dostrzeżenie wspólnoty doświadczeń. Bo zarówno więzi między ludźmi, jak i codzienne krzątanie się, mimo śmierci jakoś dzieją się nadal. Czas dalej się toczy, biegnie, upływa, czy jak to tam nazwać. 

Tylko Lee czuje, że czas niczego nie leczy i nie ulepsza. I że mógłby popełnić te same błędy wciąż na nowo. Brak samorozgrzeszenia połączony z sympatią, jaką budzi jego postać działa naprawdę mocno. Nie przynosząc katharsis.

milczenie (Martin Scorsese)

Milczenie (Silence) – reż. Martin Scorsese, USA 2016
milczenie

Jest o co się czepiać i czemu dziwić. Jako że większość rzeczy nie wyszła, nie mam motywacji, by zastanawiać się, czy to jest wielkie kino i jak się ma ten film do tych najlepszych, które dotąd Scorsese nakręcił. Ma się nijak. 

O Milczeniu Shusaku Endo pisałam w poprzedniej notce. Wróciłam do tej powieści właśnie po to, by przyjrzeć się, co zrobi z nią reżyser. Zajmę się więc tylko tym, co dotyczy przeniesienia literatury na ekran. 

Nie żałuję, że widziałam, bo obrazy robią wrażenie. Przestrzeń nieba i morza, zieleń japońskich gór w rejonie Nagasaki, człowiek, w ten świat wrzucony – pierwszorzędny dodatek dla czytelnika. Miasteczko Goto, w którym zostały tylko koty. Mgła rozmywająca kontury. Operatorem jest Rodrigo Prieto, zdobywca Żab na Camerimage, współpracownik Iñárritu i już wcześniej także samego Scorsese (Wilk z Wall Street).  Zdjęcia są świetne. Choć może decyzje reżyserskie nie zawsze im pomagają. Japońscy wieśniacy i urzędnicy wydają mi się jakoś mniej przekonujący, ujednoliceni i szarzy. Jasna rzecz, że nie oczekiwałam filmu-pocztówki. Ewangelizacja przeprowadzana była przecież wśród wiernych z najbiedniejszych kręgów, na XVII-wiecznej japońskiej wsi. Nie umiem nazwać, co tu nie gra, ale nie udało mi się przenieść w tamto miejsce i czas.

Wizualność najefektowniej prezentuje się w scenach tortur, co do których mam ambiwalentny stosunek. Z nimi wiązały się moje obawy. Nie sposób ich nie pokazać, ale łatwo przedawkować i niechcący pójść bardziej w ilustrację niż w dramaturgię. Oba zagrożenia zmaterializowały się w filmie Scorsese. Cierpień dużo, efekt niewspółmierny do głębi tematu.

Być może grzeszy tu główny aktor, którego reakcje na tortury są dodane w pakiecie. Może to rzecz gustu… ale do mnie Andrew Garfield nie trafia. Wciela się w rolę jezuity Sebastião Rodriguesa, który przybył do Japonii ze współbratem, by służyć chrześcijaństwu i odnaleźć ojca Ferreirę (który podobno Boga się wyparł). Współbrata, Francisco Garupe, gra Adam Driver. Obaj panowie są wschodzącymi gwiazdami Hollywood. Obaj mieli w tym sezonie lepsze kreacje – zwłaszcza Driver (w Patersonie), a Garfield dostał nawet nominację do Oscara za rolę w Przełęczy ocalonych. Już jako Desmond Doss był sztywniakiem, na szczęście efektywnym. Żaden z misjonarzy nie przemawia do mnie na tyle silnie, bym wydobyła z siebie empatię. Strzałem w kolano jest Liam Neeson, który gra, jakby chciał zrobić reżyserowi na złość. Większość plakatów Milczenia przemawia jego wizerunkiem. Po seansie stwierdzam, że ta bolejąca twarz, zbyt dosłownie emanująca rozdarciem, nomen omen trafia w sedno.

Dosłowność osiąga tu Himalaje. Wiem, że opowieść literacka o wewnętrznych rozterkach, o milczeniu Boga, o walce wiary z niewiarą nie jest prosta do przeniesienia na ekran. Strategie narracyjne Shusaku Endo trzeba by strawestować obrazem, skrótem, ekwiwalentem. Tym większa towarzyszyła mi ciekawość. I choć często prostota rozwiązań bywa strzałem w dziesiątkę, tu okazała się (śmiertelnym) strzałem w serce. Scorsese wprowadza narrację z offu. Naprawdę! Listy Sebastião są podłożone pod obraz-ilustrację zdarzeń lub samotności. Rzadko kiedy pomysł z dopowiadaniem z offu się sprawdza, na ogół potwierdza, że dostaliśmy erzac zamiast filmu. Kulminacją jest scena, w której z offu mówi nawet Bóg (!). Nie dość, że Sebastião wypowiada wprost swoje zwątpienie, swe pytania-zarzuty do milczącego Boga. Gdy waha się, czy publicznie (symbolicznie) wyprzeć się Boga, by ocalić męczenników, Jezus patrzy na niego z fumie (deptanego obrazu) i mówi: „Możesz to zrobić. Rozumiem. Cierpię z tobą”. Aż nie wierzę.

Ta część opowieści, gdy Sebastião żył w Japonii jako apostata jest naprawdę interesująca. Nie dość, że się wyparł, został zdrajcą (tak bardzo brzydząc się zdradą wcześniej), to jeszcze kazano mu po wielokroć odnawiać procedurę fumie. A nawet prześladować chrześcijan, bo zatrudniono go wraz z Ferreirą do rozpoznawania chrześcijańskich znaków wśród przedmiotów przywiezionych do Japonii na europejskich okrętach. Konsekwencją były tortury dla właścicieli tych artefaktów. Ale w tekście Shusaku Endo jest niedopowiedziana tajemnica. Lektura Milczenia była dla mnie również refleksją nad relacją między zewnętrznym i wewnętrznym wielbieniem Boga. Nad spójnością obu form. Można uznać, że skoro Sebastião zewnętrznie wiary się wyrzekł, to dalsze rozterki są już tylko rozpamiętywaniem. Można też trwać przy tym, że nigdy nie wyparł się do końca, że tylko on i Bóg mieli wgląd w głębię tej tajemnicy. Scorsese zrobił coś nieprawdopodobnego: pokazał „wiarę mimo zdrady” dosłownie. Jego Sebastião nosi intymnie skryty mały krzyżyk, który żona dołącza do jego zwłok. Koncepcja uwewnętrznienia wiary, pomimo zewnętrznych deklaracji, legła więc w gruzach. Bez krzyżyka ani rusz.

Zakończę dobrym akcentem. Do obrazu dołączę dźwięk, zwłaszcza ciszę, która w niektórych momentach działa piorunująco. Bodajże w scenie śmierci Francisco, a na pewno w ekspozycji i zakończeniu. To również dosłowność, ale ocalająca. Niestety, nie na tyle, by ocalić cały film.

Filmoznawcy mają takie szczęśliwe pojęcie (zaproponowane przez Alicję Helman): „twórcza zdrada”. Dotyczy ono filmowych adaptacji literatury. Sedno w tym, że by być wiernym pierwowzorowi, trzeba zdradzić. Trzeba odejść od literackiej formy, by znaleźć dla niej formę filmową. I wtedy, mimo odstępstw, wierność można ocalić. Że też Scorsese nie zastosował tego konceptu! Zwłaszcza, że poniekąd o tym jest jego film.

milczenie (Shusaku Endo)

Shusaku Endo, Milczenie, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2017

Czytałam tę książkę lata temu, wydaną przez Pax, objętą w brązową okładkę z odciśniętą stopą. Ta stopa miała sens, zapewne większy niż fotos z filmu. Cristóvão Ferreira, grany przez Liama Neesona, to w powieści wielki nieobecny. Działa jego charyzma. On sam przemówi raz czy dwa. Okładka należy się Sebastião Rodriguesowi (Andrew Garfieldowi), uczniowi Ferreiry, jego naśladowcy. Film coś w tej sprawie zmieni czy to zagranie marketingu? Jeszcze nie wiem. Jest kilka chwil do polskiej premiery. *
milczenieTytułowe milczenie dotyczy Boga. Jedni określą je synonimicznie nieobecnością, inni – współcierpieniem. Szukanie Go i przywoływanie w chwilach najgorszych prób jest sprawą bardzo intymną, niefilmową, rozgrywaną w świecie wewnętrznym, gdzie wiara zmaga się ze zwątpieniem. To, co wewnętrzne, ma swą projekcję na postawę i czyny. I w drugą stronę: na przekonania wpływa świat zewnętrzny. 

Zacznijmy wiec od tła. Pod koniec XVI i w pierwszych dekadach XVII wieku trwa próba chrystianizacji Japonii. Pionierem był jezuita, św. Franciszek Ksawery, odpowiedzialny za rozmach ówczesnej misji portugalskiej. Japonia zrazu okazała się gruntem żyznym. Setki tysięcy neofitów, prężne gminy chrześcijańskie, misjonarze uwijający się jak frygi wśród złaknionych ich posług wyznawców. Nawracano chłopów, ale bywało, że chrzest przyjmowali też samurajowie. Nie w smak były te konwersje buddyjskim mnichom i władcom, którzy wypowiedzieli chrześcijaństwu wojnę. Szogunat Tokugawów rozprawił się z obcą religią bezwzględnie. Torturami, inwigilacją, pomysłowymi i perfidnymi metodami. Niektóre z powieściowych postaci mają swe historyczne pierwowzory. Gdy rozpoczyna się akcja Milczenia, Kościół już przeczuwa porażkę. Wieści o prześladowaniach są wstrząsające. Japonia zamyka porty portugalskim statkom. Rozchodzą się pogłoski o spektakularnych odstępstwach od wiary wśród najwybitniejszych misjonarzy. To cios w samo serce ewangelizacji.

Odstępcą jest (prawdopodobnie) ojciec Ferreira. Dwóch dawnych uczniów wyrusza jego śladem (by go odnaleźć? by udowodnić, że poszlaki są kłamstwem? by kontynuować misję…). To Sebastião Rodrigues Francisco Garupe (Adam Driver). Taki zawiązek akcji pozwala niejednego się domyślać. Sądzę, że Shusaku Endo celowo projektuje ten domysł i przestawia centrum uwagi na przemianę młodych księży.
Spodziewać się można tego, że:
*    entuzjastyczna wiara zderzy się z ciężarem, który ją nadwątli (a może wypali do cna?);
*  przynajmniej jeden z uczniów spotka ojca Ferreirę i skonfrontuje swoje wyobrażenia o mistrzu z rzeczywistością;
*   zginie w torturach cały drugi plan (częściowo również pierwszy);
*  będzie okazja wysłuchać racji obu stron: tych, którzy za chrześcijaństwo gotowi są oddać życie i tych, którzy – z jego powodu – bez skrupułów je odbiorą.

Ta przewidywalność w ogóle książce Endo nie szkodzi, bo autor znalazł równowagę między tym, co zewnętrzne, a tym, co ma dramaturgię wewnętrzną. I jeśli rzeczywiście punktem kulminacyjnym zdarzeń jest spotkanie z dawnym mistrzem, to dużo ważniejsze dla ucznia będzie nie tyle zrozumienie Ferreiry, co zmierzenie się z własnymi demonami, z wewnętrznym Judaszem i z Twarzą Chrystusa. Jak te dwa nurty pogodzi Scorsese, tego nie wiem. Shusaku Endo sięgnął po chwyt narracyjny. Sercem powieści są listy pisane przez Sebastião do jakiegoś europejskiego adresata. Relacjonuje w nich zdarzenia, dodając wgląd w swoje myśli i przeobrażenia. Listy opakowane są w bezstronne relacje o kronikarskim kroju (narrator zdystansowany do zdarzeń). Film będzie musiał znaleźć sposób zastępczy.

MILCZENIE

Początkowo przyglądam się młodym księżom nieufnie. Pchają się do męczeństwa z chorobliwą niepoczytalnością. Później opór maleje. Ojciec Sebastião ma czyste intencje i zapał. Ma też zdolność wątpienia – naskórkowego póki co, ale uznaję to za cnotę i warunek, by poważnie traktować jego żarliwość. Jest świadkiem masowych prześladowań. To bardzo filmowy aspekt (nadzieja w tym, że Scorsese to nie Mel Gibson). Ukrzyżowania w wodzie. Procedura fumie. Tortura jamy.

Ta ostatnia jest wymysłem dostojnego samuraja Inoue: „Związuje się człowieka tak, że nie może ruszyć ręką ani nogą, i wiesza głową w dół (…). – A ponieważ w takiej pozycji człowiek od razu by umarł, robi się otwory za uszami, żeby krew mogła ściekać kropla po kropli”.

Przerażające. Ale największą grozą dla Sebastião jest cisza i obojętność towarzysząca męczeństwu. Gdyby z cierpieniem szedł w parze blask i gdyby była pewność, że ktoś ofiarę przyjmie, byłoby do zniesienia. Ponad wytrzymałość jest cisza morza, gra cykad, brzęczenie muchy i trwające w nieskończoność milczenie Boga. „Nie mogę po prostu znieść, że i dziś, w dniu, kiedy Mokichi i Ichizo, jęcząc, umarli w mękach na chwałę Pana, morze jest ciemne i z jednostajnym szumem wgryza się w brzeg. Za tym złowrogim spokojem morza czuję milczenie Boga: wydaje mi się, że Bóg milczy z założonymi rękoma, słysząc ludzki lament.” 

Tyle razy wraca ten gorzki wyrzut! Pytanie o Jego obecność – wciąż aktualne, ale zdziwienie milczeniem, czyli oczekiwanie namacalnej reakcji, jest echem zdziwień z dawnych stuleci. Zmieniła się wyobraźnia religijna. Zdarzyły się ludobójstwa przy wtórze niebieskiej ciszy.

Cały męczeński kontekst przemówił do mnie jedną sceną. Naprawdę dobrą. Gdy Sebastião w celi przeżywa noc przed spodziewaną torturą (nerwy ma napięte i z trudem panuje nad strachem), dobiega go czyjeś chrapanie. Kontrast między powagą jego dramatu a tym, że ktoś sobie po prostu chrapie, jest nieznośnie dlań irytujący. Prawdziwy szok (i groteska) zadziała, gdy chrapanie okaże się jękiem ludzi poddanych torturze jamy. Raz – że to jest jak szpila w egocentryzm Sebastião. Dwa – iluminacja, że w swoich przypuszczeniach dokonał tego samego, o co wciąż miał pretensje. Przydał męczeństwu zwierzęcość.

TWARZ

Obok „milczenia” drugim kluczowym słowem jest „twarz” tamtego Człowieka, Chrystusa. „Dlaczego wyobrażałem sobie Jego twarz? Być może dlatego, że nigdzie w Piśmie Świętym nie znajdujemy jej opisu. To, że nie została opisana, oznacza, że powierzono ją mojej wyobraźni, więc już od dzieciństwa wielekroć tuliłem do serca jej obraz zupełnie jak wyidealizowany obraz ukochanej”. 

Tysiące malarskich wizerunków zamykało Jego twarz w matrycy wyobrażeń artysty, w kanonach właściwych epoce. Niezliczone powidoki rodziły się w głowach wyznawców. Sebastião przywiązany jest do twarzy z Kazania na Górze (otoczonej zachwytem słuchaczy). Trzeba czasu, by zbliżył się do tej z Getsemani, zmęczonej i obolałej. Ale i ta nie traci nigdy blasku: „Twarz, której nikt i nic nie jest w stanie zastraszyć, której nikt i nic nie może znieważyć”.milczenie-stare

Z kilku powodów motyw twarzy powraca wielokrotnie i jest istotny w interpretowaniu powieści.

Jednym z testów, jakim poddawano podejrzanych o bycie chrześcijanami był przymus podeptania świętego wizerunku. Zarówno deptany obraz jak i proces deptania określano mianem fumie. Impulsem do napisania powieści był oglądany przez Shusaku Endo stary malunek z odciśniętymi na nim śladami po depczących go palcach stóp. Fumie jest znakiem wyparcia się wiary pod przymusem.

Japońscy urzędnicy obejmowali tą procedurą całe wsie. Co przysparzało męczenników lub naznaczonych piętnem Judasza. Oczywiście, nie da się stwierdzić, ilu depczących wyrzekło się wiary formalnie, a ilu faktycznie. Najwymowniejsze było zbezczeszczenie obrazu przez kapłanów. Do wewnętrznego dramatu dochodzi wpływ tego aktu na wiernych i potępienie ze strony oficjalnego Kościoła (zerwanie więzi z Rzymem).

APOSTAZJA

Piętro wyżej od przymusowego zaparcia się wiary jest dobrowolna apostazja. Nieoczywista (warto pamiętać, że Shuzaku Endo wyznawał katolicyzm). Zbliżająca dylematy XVII-wiecznych bohaterów do czasów współczesnych. 

W powieści mamy w nią wgląd, gdy przysłuchujemy się rozmowom-konfrontacjom. Katolicki ksiądz w starciu z samurajem-prześladowcą (i ekschrześcijaninem zarazem). Lub: ksiądz, usiłujący ocalić wiarę kontra były ksiądz, którego apostazja boli, lecz broni jej, by ocalić sens swego wyboru. Nie wyobrażam sobie, by film mógł te rozmowy pominąć, obrazem zastąpić słowo. 

Zasygnalizuję kilka spraw, które zostają mi w głowie po odłożeniu książki.

1. Ciekawe jest zderzenie kultur. Starcie religii. Z jednej strony wiara, że ewangelizacja nie zna granic i nie ma przeszkód, by wyznawać chrześcijaństwo pod jakąkolwiek szerokością geograficzną. Bariery polityczne są zrozumiałe, bo dyktują je interesy grup. Z drugiej strony – przekonanie, że katolicyzm jest w Japonii bezpłodny (metafora bezpłodnej małżonki). 
„– Jeśli ktoś wciska drugiemu na siłę coś, czego tamten wcale nie pragnie, mówimy, że to kłopotliwy prezent. Nauka chrześcijańska przypomina taki właśnie kłopotliwy prezent wciskany nam siłą. My mamy swoją religię i nie potrzebujemy obcej”. To argument samuraja Inue.
Ale i ojciec Ferreira rozczarowany jest „gruntem” – „Zasadzonej przez nas roślinie, nie wiedzieć kiedy, zaczęły gnić korzenie w bagnie zwanym Japonią”. Japończycy (wg niego) uczłowieczają Boga, asymilują chrześcijańską teologię tak, że staje się zmutowana, nieczysta, „buddyjska”. Czy nieprawdziwa? To już zahacza o pytanie, ile twarzy może mieć Bóg? Czy upór, że jest tylko jedna ma więcej racji od założenia, że jest ich nieskończenie wiele.

2. Oddzielenie zdrady zewnętrznej od najgłębszych przekonań. Archetyp Judasza. Najpierw jego wcieleniem jest Kichijiro, w którym nie ma genu męczeństwa, więc zdradza po wielokroć. Mógłby być szczęśliwym chrześcijaninem, gdyby żył w spokojnych czasach. Wygląd i charakter Kichijiro budzą w ojcu Sebastião obrzydzenie. Im mniej czarno-biały będzie się stawał świat, im trudniej będzie powiedzieć, co rzeczywiście dobre a co złe, tym inną treść dostrzeże Sebastião w byciu Judaszem. Nawet się z nim utożsami. Choć będzie twierdził, że zdradzając Kościół, nie zdradził Chrystusa. I że sam Chrystus wyrzekłby się wiary, by ocalić człowieka. 

Jest w tej opowieści podziemny strumień, który nie zmierza do oczywistego morza. I chwała katolikowi Endo, że sprawy nie uprościł. Interpretacje opalizują. Jeden z tropów prowadzi od wiary uzewnętrznionej, instytucjonalnej, otaczającej czcią artefakty do wiary pozbawionej przewodników, świadomej własnej słabości. Takiej wiary-niewiary, odartej z dewocji (gdy dla świata jest się odszczepieńcem), a jednak  bliskiej Tego, którego się szuka.

3. Jak się ma milczenie do nieobecności? Już coś mi podpowiada, by nie roztrząsać, bo ugrzęznę. Więc tak jak najbardziej poza religią (spróbuję). 

Z zapisków Sebastião: „A gdyby jednak (to oczywiście nieprawdopodobne, ale gdyby jednak) nie było Boga? – wyszeptał obcy głos w głębi mojego serca. To była straszna myśl. Gdyby On nie istniał, wszystko byłoby absurdalne. Jakąż farsą byłoby życie Mokichiego i Ichizo, którzy przywiązani do słupów, cierpieli, gdy zalewała ich woda! A misjonarze, którzy przepływali liczne morza i potrzebowali aż trzech lat, żeby dotrzeć do tego kraju? Jakże niedorzeczne okazałyby się ich wizje! I jakim absurdem było to, że teraz ja błąkam się po tych górach, gdzie nie ma śladu człowieka!”

Odnalezienie sensu pomimo podejrzeń, że milczenie skrywa pustkę, to oczywiście kłopotliwy paradoks. Taka jednak uroda paradoksów, że łudząc absurdem, podsuwają prawdę. 

Szalenie ciekawą sprawą jest to, że wyznawcy poddawani są tym samym próbom, którymi testują Boga. Dlaczego On nie reaguje, gdy ludzie umierają przez Niego i dla Niego? Zachodzi analogia, bo Inau stawia przed kapłanami wybór. Nie chodzi o to, czy oni sami zniosą fizyczne tortury, lecz czy będą w stanie milczeć, gdy cierpią inni. Jeśli wyrzekną się wiary, egzekucje zostaną wstrzymane.

Refleksja Sebastião: „Przybył do tego kraju gotów umierać za bliźnich, tymczasem fakty są takie, że to japońscy chrześcijanie umierają jeden po drugim za niego i przez niego”.

Ani Cristóvão Ferreira, ani Francisco Garupe, ani Sebastião Rodrigues nie są w stanie postawić na cichą modlitwę, hibernującą bunt. A skoro oni przerywają milczenie, to może tym samym (poprzez ich dotknięcie zdrady i ciemności) nie milczy też Bóg. Albo odwrotnie (bo na dwoje babka wróżyła): człowiek jest bardziej niepojęty niż idea, którą wymyślił (niż Twarz, którą sobie wyobraził). No nie da się jednoznacznie…

* Po premierze (17.02.2017) już wiem, jak poradził sobie Scorsese.

moonlight

Moonlight – reż. Barry Jenkins, USA 2016
moonlightOpowieść o dojrzewaniu. W warunkach niecieplarnianych. Z kilkoma kłodami w życiowej scenografii. Z księżycową poświatą. 

Księżycowe światło, obecne w tytule, bierze się z opowieści Juana, który małemu Chironowi wyjaśnia, że ono zabarwia na niebiesko. Czarni chłopcy w blasku księżyca są błękitni – powiedział ktoś. Czarnym chłopcem jest główny bohater, Chiron, wychowywany samotnie przez nieodpowiedzialną matkę. Blue jest kolorem smutku. Ale też inności, introwertyzmu, samotności. W tym kolorze można zanurzyć Chirona jak w Atlantyku, w którym uczył się pływać.

Czy samotność wyostrza świadomość tego, kim się jest, czy zagłusza? Oczywiście, sprzyja introspekcji, kumuluje myśli, nie resetuje ich zabawą i beztroską. Ale znów – nie daje szans na konfrontację, na poczucie wspólnoty, wymianę energii. Pytanie w zawieszeniu. Obie te sprawy – samotność i tożsamość – w filmie Barry`ego Jenkinsa są kluczowe.  Chiron dorasta bez ojca, ale zastępuje mu go miejscowy diler narkotyków, wrażliwy i empatyczny Juan, który otwiera przed nim dom i daje życiowe rady. Jedna z nich dotyczy tego, by wiedzieć, kim się jest i nie pozwolić, by wmówili nam to inni.

Inność będzie miała m.in. kontekst gejowski. Nie sposób nie zauważyć, ale nie bardzo mnie ten aspekt interesuje. Gdy Chiron jest dzieckiem, odrzucanym przez rówieśników, ściągającym na siebie ich agresję, nie ma to przecież nic do rzeczy. Wrażliwość i wycofanie są poza orientacją seksualną, choć zwyczajowo przypisuje się je mniejszościom. Uproszczenie, za którym nie pójdę. 

Ta historia ma trzy rozdziały i trzy aktorskie wcielenia w rolę główną. Reżyser stosuje twardy montaż z wyciemnionym kadrem. Odgradza części i epizody. Ale buduje mosty. I tak: w rozdziale „Little (Mały)” w ostatnich sekwencjach Alex R. Hibbert zostaje zastąpiony przez Ashtona Sandersa, a w rozdziale „Chiron”, wkracza już Trevante Rhodes, najstarsza wersja bohatera. Ta postać to centrum filmu, wszystko się na niej skupia i w niej rozgrywa. Świetnie, że aktorzy wpisali się w bardzo spójny portret. Zewnętrznie podkreśla to filmowy plakat, na którym twarz ma zarazem patchworkowy, jak i osobniczy zarys.

moonlight2W każdej twarzy uwagę przykuwają spokojne, lecz smutne oczy. Wymowne bardziej niż język, bo Chiron jest milczkiem i wołami trzeba wyciągać z niego informacje. Dlaczego Chiron jest „inny”? To, że wychowuje go matka, której świat kręci się wokół kolejnych szans na działkę narkotyków, nie naznacza go chyba szczególnie. Akcja rozgrywa się w biednej dzielnicy Miami, więc nieopodal muszą być chłopcy o podobnym pochodzeniu. Kryterium społeczne niewiele może wytłumaczyć. Najchętniej zostanę przy tym, że to sprawa charakteru – nieśmiałości, unikania bójek, przyjęcia na siebie roli ofiary i niekomunikowania siebie. Co oni tam wszyscy razem mogą o nim wiedzieć? Kiedyś Juan, potem tylko jeden kolega go rozumie. Kevin. Ale ten, choć podobny, lepiej się zna na kamuflażu. Stanie przeciw Chironowi, żeby udawaną odwagą zakryć swój strach.

Powraca echo nauk udzielanych Chironowi przez Juana. Można decydować o tym, kim chce się być. Tworzyć swoją tożsamość. Teza lekko na wyrost, ale Chirona zainspiruje. Dotrze do niego ni stąd ni zowąd, gdy upokorzenie będzie ponad miarę. I choć taka skrajna metamorfoza jest dramaturgicznie ryzykowna, to wypada przekonująco. Wszystko w tej opowieści – w jej pierwszej i drugiej odsłonie – jest przekonujące. Do czasu, gdy zacznie się rozgrywać etap trzeci.

Dorosły Chiron, choć łączy go z przeszłością jakaś aura, powiedzmy: moonlight, jest kimś, kogo się nie spodziewałam. Jakby kierowała nim potrzeba ucieczki przed sobą. To, kim ostatecznie się stanie, nie zostało jeszcze przesądzone. Im bardziej jest sam, tym wie mniej. Problem z trzecią częścią wiąże się nie tyle z postacią bohatera, ile z tym, jak rozegrane są sytuacje, w których bierze udział. Słowem: pęka scenariusz. Przynajmniej takie były moje pierwsze wymienione po seansie uwagi. Zdublowane wrażenie fałszu, dosłowności i zbytecznych wątków.

Postać Juana zniknęła w części pierwszej. Powraca natomiast matka i przyjaciel z dzieciństwa. Aktorka grająca matkę (Naomi Harris) dostała nominację w oscarowym starciu o najlepszą drugoplanową postać żeńską. Szanse byłyby większe, gdyby tę rolę rozpisano z większym sensem. Wiarygodności nie podważam, różnie w życiu bywa. Ale jeśli „zła mama” jakąś rolę odgrywa, to już ta „nagle dobra mama” nie przekonuje ni w ząb. Niepotrzebnie uwagę zawłaszcza. Nie wiem, skąd się ta historia wzięła, czy ma jakąś życiową inspirację, której reżyser-scenarzysta trzyma się uparcie, czy co? Pytam, bo nie rozumiem, po co to domykanie historii. Wszystko, co dzieje się między Kevinem a Chironem w tej restauracyjce w Miami jest takie… Z jednej strony przewidywalne. Jak piosenka z grającej szafy, której słowa tłumaczą, co się dzieje, gdyby ktoś przespał kawałek filmu. Z drugiej strony – właśnie zaskakujące, jakby reżysera zastąpił mniej utalentowany dubler. Tyle pięknych niedomówień jest w dwóch pierwszych rozdziałach. Została z nich tylko nieśmiałość Chirona. Dobrze, że choć to. Bo Chiron, w złotym łańcuchu, ze złotą szczęką, w innym muzycznym klimacie i z odmienioną pozycją społeczną, jest wciąż niepewnym siebie, ale sobie wiernym, cichym chłopcem. 

Moonlight to film doceniony wszechstronnie. Wygrane Złote Globy (w kategorii dramat, tej, w której nie startował La La Land) i osiem nominacji do Oscara. Akurat chłopca i młodzieńca wcielających się w Chirona pominięto. Za nich trzymałabym kciuki. Bez dwóch zdań słuszne jest zauważenie montażu, zdjęć i muzyki. Zwłaszcza muzyki, za którą odpowiada Nicholas Britell. Wcześniej nie kojarzyłam nazwiska, ale czas to zmienić. Britell ma na swoim koncie muzykę do Opowieści o miłości  mroku i do Big Short

Gdybym znów coś zakręciła i niejasne było, czy jestem na tak czy na nie, to dookreślam. Warto zobaczyć i posłuchać. Zapadają w pamięć smutne oczy i błękitna poświata. Nie jest to jednak mój faworyt na film stulecia. Ani nawet na film miesiąca. Zobaczyć trzeba, bo tylko w ten sposób uwierzy się w rzecz niebywałą: w modę na wkładanie sztucznych zębów. Dwa przypadki w tym temacie to już moda (Toni Erdmann i duży Chiron).

amerykańska sielanka

Amerykańska sielanka (American Pastoral) – reż. Ewan McGregor, USA 2016american-pastoral

Z kilku powodów zobaczyć warto. Może nawet z kilkunastu. Choć gdyby spojrzeć przez pryzmat stricte filmowych kryteriów, to raczej nie jest to pierwsza liga.

Zacznę od Philipa Rotha, którego nagrodzoną Pulitzerem powieść McGregor zekranizował. Amerykańska sielanka (1997) to jeden z filarów trylogii, która diagnozuje USA i być może pozwala je zrozumieć. Kilka książek Rotha zostało sfilmowanych. Podobno tylko z tej ostatniej próby pisarz jest zadowolony. Przed McEwanem sięgali po jego prozę m.in. Robert Benton – Piętno (Ludzka skaza) i Isabel Coixet – Elegia (Konające zwierzę). 

Znaki firmowe Rotha: jesteśmy w New Jersey, w mieście Newark, rodzinnych stronach pisarza, a narratorem, filtrującym zasłyszane zdarzenia jest alter ego Rotha – Nathan Zuckerman. Na szkolnym zjeździe spotyka przyjaciela, który wtajemnicza go w historię swego brata, podziwianego niegdyś przez Zuckermana. Wybrzmiewa ostatni akord, nazajutrz pogrzeb, Zuckerman zdąży na finał historii. Retrospektywa – ujęta w klamrę wspomnień z młodości i żałobnej ceremonii – to esencja opowieści. Opowieści o jasnowłosym chłopcu z bogatej żydowskiej rodziny, o Seymourze zwanym Szwedem, któremu wszystko w życiu się udawało, po którym spodziewano się rozmachu i dobra. Jak to u Rotha: w życie jednostki wkracza społeczny i polityczny kontekst. Wkracza i przestawia azymut. 

Epicką narrację obejmującą kilka dekad (kluczowe wydarzenia rozgrywają się u schyłku lat 60.) rewelacyjnie dopowiada muzyka Alexandre`a Desplata. Na pewno jeden z powodów, by nie odpuszczać sobie seansu. W rolę Szweda wciela się reżyser, Ewan McGregor. Jego bohater jest jasny, szlachetny, dobry, empatyczny, pracowity, to ktoś, na kim można polegać. Superlatywy budzą podejrzliwość – początkowo skierowaną na uproszczenia reżyserskie, później zyskują one drugie dno. Może o to chodzi, że to idealista, przeganiający z nieba chmurki? Szwed naprawdę jest ok: kocha swoją rodzinę, swoją pracę, wierzy w amerykańskie wartości i jest dumny, że swoim codziennym staraniem czyni świat odrobinę lepszym. Wydaje mi się, że film nie sugeruje dystansu, który znalazłam w rozmowie z tłumaczką Rotha, Jolantą Kozak (TU). Ta rozmowa, sięgająca po sensy wpisane w powieść, pozwala mi odzyskać film, czyli zobaczyć coś, co jest w nim w ilościach śladowych. Naiwność poczciwych ludzi. Iluzoryczność ładu, który odgradza się płotkiem od chaosu zza miedzy.

To jeden z głównych tematów: jak poradzić sobie ze światem, który wyszedł z ram. Spada zapotrzebowanie na damskie rękawiczki (rodzina Levovów to potentaci w branży), różnego typu „wkurzeni” atakują „system”, ukochana córeczka staje się terrorystką. A Szwed naprawdę próbuje być ok, tylko nie nadąża. Nie ogarnia. Jest taka scena: Merry jest dziewczynką (samotną, zazdrosną o tatusia, ciekawą świata) – i widzi w telewizyjnych wiadomościach relację z samospalenia mnicha. Rodzice wyłączają telewizor. Mówią: nic się nie stało, to daleko stąd. A mała nie może zrozumieć, że nikogo nie obchodzi los zdesperowanych ludzi. Kluczowe. Bo dalsze nieporozumienia pogłębiają rozdźwięk. Między tymi, którzy chcą zmieniać świat, niszczyć pozorny porządek, radykalnie burzyć podstawy stabilizacji sytych, a tymi, którzy ratunek widzą w izolacji przed barbarzyństwem. Sedno w tym, że nadchodzi czas, gdy na wszystko jest już za późno. Poczciwy Szwed chce zrozumieć, ratować, wspierać. Nie w czas. Fala gniewu i terroryzmu miesza ludziom w głowach. Nie ma miejsca na negocjacje. Naiwność poczciwych nie oznacza, że radykałowie są dojrzali. Znaczy tylko tyle, że idealistyczne wpatrywanie się w słońce i niedostrzeganie nadchodzących cieni zapowiada bezkresną porażkę.

Szalenie aktualna diagnoza. Terroryści i wkurzeni to słowa modne dziś. Zapomniałam, że to moda retro. Był czas wojny w Wietnamie, który skompromitował amerykańskie elity. Sprzyjał więc populistom i radykałom, rewolucjonistom, burzycielom i nadwrażliwcom, którzy jak Merry szamotali się między skrajnościami: od bezwzględnych krwawych ataków po wycofanie się i litość do owadów. Niemniej zagubieni są ludzie poczciwi, którzy chcą uratować to, co im najbliższe, nie dostrzegając, że są częścią systemu naczyń połączonych. Rubieże i centrum jakoś od siebie zależą.

Podczas seansu najsilniej dotarł do mnie ból rodzica, który bezradnie patrzy, jak dziecko przechodzi na stronę zła. Po pierwszym ataku terrorystycznym Merry (zginął pracownik poczty), Szwed z żoną (Jennifer Connelly) odwiedzają rodzinę zabitego. Z przytłaczającym bagażem emocji i niemocą ich wyrażenia. Nie mieści im się w głowie, że źródłem zła jest ich Merry, ale muszą wziąć na barki jej winę. Znaleźć jakieś słowa, którymi zbliżą się do bólu osieroconych. Padają wówczas dwa paradoksalne wyznania. Pierwsze wypowiada Szwed – kocham córkę bardziej niż kiedykolwiek, gdy widzę, jak zabłądziła. Drugie jest odpowiedzią żony ofiary ataku – wy też jesteście ofiarami (mówi do rodziców Merry), różni nas to, że my jako rodzina przetrwamy. 

Pominę konsekwencje: to, że Szwed i Dawn przeżywają utratę córki inaczej, choć jednakowo silnie i  że to ich nie zbliża. Liczne próby wchodzenia z diabłem w spółkę, byle odzyskać dziecko. Przeżywane pewnie po wielokroć rozczarowanie i poczucie winy. Wszystko zaczyna się, gdy w prywatność wkracza kontekst zjawisk społeczno-politycznych. One antagonizują, zderzają racje. Lecz ostatecznie i tak powraca to co najprywatniejsze. Córka jest córką. Czy wolno/trzeba odciąć się od niej, nie firmując zła, które czyni? Czy być trwającym przy dziecku ojcem/matką, niczego nie poddając ocenie?

ewan-mcgregor-hannah-nordberg

Zdecydowanie warto sięgnąć po amerykańską trylogię Philipa Rotha: Amerykańską sielankę, Wyszłam za komunistę i Ludzką skazę. Znam tylko część ostatnią – więc tę deklarację dyktuje mi niedosyt.

Co z filmem? Trafia w aktualne nastroje. Pozwala spojrzeć na terroryzm z rzadziej analizowanej strony. Terroryzm lat 70.! To, że wyważa problemy globalne i prywatne jest zaletą. Muzyka Desplata! Świetne aktorki wcielające się w rolę Merry (młodsza to Hannah Nordberg, starsza – Dakota Fanning). 

McGregor jednak tak bardzo próbuje przekonać do siebie widza, że jego Szwed Levov ma za mało pęknięć. Córka depcze jego poczciwe zasady, żona zarzuca mu, że skradł jej życie, brat przekonuje, by odpuścił przeszłość i nie brał decyzji Merry na swoje konto. A on wciąż nie pęka. Cierpi i dławi się szlachetnością. Jeśli w powieści Rotha jest tak, jak wnioskuję po wysłuchaniu radiowej audycji (link w 4. akapicie), to Szwed wpada w stupor, „bo takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy”. Nie ze złej woli, lecz z ograniczeń i iluzorycznych przywiązań. To niekoniecznie czerń, ale i nie świetlistość, w jaką wyposaża swego bohatera McGregor.

Udzieliło mi się napięcie budowane w filmie do czasu przejścia Merry na stronę radykałów. Dalej jest gorzej. Sposób rozegrania postaci Rity („wysłanniczki” Merry), odnalezienie córki w nowej odsłonie, celebrowanie ojcowskiego przywiązania – nie przekonują mnie. W końcowych scenach Zuckerman opowiada, że Szwed nigdy nie pogodził się za stratą. Na ekranie widzimy pięć czy sześć ujęć z McGregorem stojącym bezradnie przed ruiną, w której ostatni raz widział córkę… McGregor jest coraz starszy, by widz zobaczył upływ czasu… Tego rodzaju dosłowność jest autodestrukcją. 

Michalina

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej – reż. Maria Sadowska, Polska 2017
sztuka-kochania-plakat

Tak chcę szybciutko, po prapremierze, bez rozczytywania się w ewentualnych sprostowaniach i wykazach rozbieżności między życiem a filmem…

Bardzo udany film. Stawiam na równi z Bogami, zwłaszcza, że podobieństw wiele i kilka chcę sobie samej uświadomić. Zacznę od tego, że warto obejrzeć i że z pewnością da się obejrzeć wielokrotnie. A wszelkie niżej wyliczone analogie nie świadczą o wtórności, lecz o dobrym patencie na filmowe rzemiosło i na dobrze dobraną ekipę twórców.

Zbieżność podstawowa: obie opowieści stawiają w centrum lekarza zajmującego się dziedziną-tabu (przeszczepy serca – seksuologia). Lekarz jest barwną, charyzmatyczną postacią, niedoskonałą w życiu prywatnym, lecz zdeterminowaną, by wdrażać w życie idée fixe. Oboje – Religa i Wisłocka – to postacie-ikony, chyba każdy przed seansem coś już wie, a nawet ma do tych postaci pewne nastawienie, które film może potwierdzić, a zakładam, że przede wszystkim pogłębić. Mam przeczucie, że w Sztuce kochania wierność fabuły wobec życia jest mniej ścisła.

Druga sprawa to PRL-owski kontekst. Chodzenie od Annasza do Kajfasza, od sekretarza do biskupa lub po prostu do człowieka z pieniędzmi. Sale konferencyjne i gabinety ówczesnych szych, dysonujące z bezpośredniością Wisłockiej czy Religi. Hierarchiczne układy w świecie medycyny i nauki. W filmie o Wisłockiej podrasowane szczególnie mocno (i zabawnie) nadętym patriarchatem.

Kto inny trzyma reżyserski ster (Palkowski – Sadowska), ale za scenariusz odpowiedzialny ten sam człowiek – Krzysztof Rak. Takiej rangi scenarzysta winduje znaczenie tej profesji, wydobywa ją z cienia. Tu warto zaznaczyć, że powtarza się również nazwisko producenta (Piotr Woźniak-Starak) i autorów zdjęć („klan” Sobocińskich, Piotr – Michał). I tak jak twarzą (ucieleśnieniem) Bogów był Tomasz Kot, tak Sztukę kochania rozgrywa Magdalena Boczarska. Oboje są fenomenalni!

Scenariusz to rusztowanie. Tworzy dramaturgię i napięcia w opowieści, ustala proporcje humoru i powagi – tu: mieszanka idealna. Temperament, emocjonalność i bezpośredniość Wisłockiej-Boczarskiej, torpedują powagę, ale nie schodzą do poziomu farsy. Intonacja głosu, rubaszność (co nie przekreśla delikatności!) i dosadność mowy – rewelacyjne! Poza pionierską diagnozą seksualności zasługi Wisłockiej mają też charakter lingwistyczny. Ona sama nazywa przedmiot swych badań leciutko i naturalnie. „- Skąd ty jesteś, wiesz? (…) Z waginy jesteś!” – mówi do dygnitarza banującego wydanie książki. A profesorowi sugerującemu, by młoda Wisłocka zajęła się lepiej kardiologią, bo to potrzebniejsze, odparowuje „- Tak, bo serce ma każdy, a cipkę tylko połowa?!”. Ale gdy trzeba pisać, trzeba też dobierać słowa i jest problem – między terminologią naukową a słownictwem wulgarnym w polszczyźnie zieje deficytem. Stąd zabawne „pierożki”, „główki w kajaku” etc. Improwizacja Wisłockiej wypływa po trosze z potrzeb innowacji leksykalnej, ale też po części z nieszablonowych porad (np zainspirowanej jazzem gry na saksofonie).

I choćbym tu przywołała dziesiątki scen…
Jak Miśka poznała najpierw „staszka”, potem Stanisława. Jak  stroiła się w serwety i zasłonki. Jak przed oszołomionym majstrem odegrała „samolot”, by wyjaśnić, na czym polega jej praca. Jak sprowadzała do piaskownicy panów mądralińskich (sceny z Jakubikiem, Mecwaldowskim, Barcisiem!). Jak uganiające się za nią pacjentki zapewniała, że wszyściutkie wysłucha i każdej pomoże (a rady trafiały w sedno, omijając oficjalne trakty).

Więc choćbym wyliczała sceny-gagi, to nie uchwycę humoru, który rozsiany jest w niuansach, również tam, gdzie króluje romantyzm czy ekscentryzm. Ale też nie zagłuszę tragizmu, błędów życiowych i samotności, które nadają tej postaci drugi wymiar, mniej krystaliczny i mniej spełniony. Kuriozalny pomysł życia w trójkącie nie był może tak nonszalancki, jak można by się spodziewać po bezpruderyjnej Michalinie. Stoi za nim lęk przed seksem z mężem („Jesteś ciałem, które ma duszę, czy duszą, która ma ciało?” – pyta męża, sama wybiera wariant drugi). Jest w tym naiwna wiara kobiety, że jeśli pozwoli mężczyźnie na zdradę, to nie straci go, bo ją jedną kocha, a tamte są bez znaczenia. Jak mantra wybrzmi ta naiwność kilkakrotnie, sytuując bohaterkę raz w roli tej, która daje się nabrać, raz obserwującej tę iluzję, to znów w roli tej, o której żona pomyśli, że jest niczym, a jej się zda, że wszystkim. Co do trójkąta – poranieni są w nim wszyscy – on, one i ich dzieci. Dzieci szczególnie i nieodwracalnie.

Świetnie, że Magdalena Boczarska zintegrowała komizm z emocjonalną huśtawką, smutkiem i samotnością swojej postaci. Tym lepszy efekt, że scenariusz stawia nam przed oczy wszystkie Michaliny naraz. Niemalże. Opowieścią nie rządzi chronologia. Od pani w zamaszystej spódnicy i chustce na głowie, która toczy boje edytorskie, wracamy do osiemnastolatki. Młoda doktorantka zamaszyście krocząca w spodniach i żyjąca pod jednym dachem z kochanką męża, ustępuje miejsca tej dojrzalszej, euforycznie zakochanej w cudzym mężu – brzydkim mężczyźnie o nieodpartym uroku (Eryk Lubos!). Ta rozsypana kartoteka to świetny pomysł. Potwierdzam też, że trafnym zabiegiem jest bonus po napisach końcowych. Gdy wychodziliśmy z kina, na ekran raz jeszcze wróciła Boczarska-Wisłocka we fragmencie wywiadu. Rozczulający widok jak zaczarowała publiczność. Stali ludzie między rzędami, nie wychodząc, słuchając jej ostatnich porad o miłości i życiu. Z kredytem zaufania, że przecież „ślepy o kolorach nie prawi”.

Opowieść o Wisłockiej podobała mi się bardzo. O przesłaniu można by dyskutować. Wyrażone wprost brzmi pozytywnie: cieszyć się życiem, więcej wiedzieć i lepiej z wiedzy korzystać, przełamywać tabu tam, gdzie niepotrzebne. Jasne. Tu zadziwiającą sprawą jest to, że przekaz filmu nie brzmi anachronicznie, choć przecież świat tak się zmienił, że mógłby zalatywać szafą z molami. A nie. Widz chyba nie przychodzi po instrukcje, a opowieść o tym, jak sobie ludzie próbują radzić z nadmiarem, brakiem, niedopasowaniem i wszelkim innym niedogadaniem damsko-męskim – wcale nie pachnie naftaliną.

Zachowuję lekki dystans wobec feministycznych akcentów. Bo wydają mi się przerysowane. Pewnie tak było, że kobiety bardziej doceniały Wisłocką, bo mówiła o ich potrzebach, z ich perspektywy. Niewykluczone, że opór partyjnych cenzorów złamały ich żony i kochanki. Świetnie zresztą zagrane w epizodach przez Gruszkę, Stenkę i inne panie. Szarża ciut nadto. Komizm podbity ideą. Ta scena, gdy spotykają się na naradzie, by ruszyć do boju, do mnie nie trafia. 

Mniej mi przeszkadzają niezgodności biograficzne (nie umiem ich zresztą wychwycić, raczej przeczuwam dużo większy dramat dzieci i nieco mniej spójną osobowość bohaterki). Niech sobie będzie, że Michalina Wisłocka to szalona baba z pasją i marzeniem, by ludziom drogę do szczęścia utorować. Zawsze można doczytać i skonfrontować z faktami. Jeśli to komuś potrzebne.
[np. Rozmowa z córką Wisłockiej: TU]

sztuka-kochania-lubos-i-boczarska