impresje podróżne

Tak tu sobie coś na marginesie napiszę. Nie będą to zapiski Marco Polo ani innego Magellana, nawet nie diariusz podróżny anonimowego wędrowca. Szczere, ale nie nadto otwarte, bo podróż nie była wyprawą osobistą, lecz przedsięwzięciem gromadnym, zorganizowanym, z wytyczonym szlakiem… niczym scenariusz z przydzielonymi do zagrania rolami.

Po poznańsku to się zowie reisefieber, panika przed podróżą. Gęsta mgła zdeformowała mi trzeźwy osąd. I zobaczyłam wszystkie nieszczęścia świata – poczynając od niesubordynacji, uporczywego wierzgania, rozruby i demolki, z kulminacją w delirium alkoholowo-narkotycznym, po chorobę, nieszczęśliwe wypadki, aresztowania albo dajmy na to zaginięcia a nawet całkowitą ewaporację.

Zmęczona byłam na starcie. Więc właściwie każda następna minuta okazywała się zaskakująco promienna, wolna od czarnej matrycy z mojej głowy. A nawet: stanowiła jej dokładne zaprzeczenie. Było prawie swobodnie i normalnie. O ile szkolne wyprawy mogą się mieścić w kategorii swoboda i normalność.

Dwa dni w Paryżu

Jest taka scena w filmie Linklatera Przed zachodem słońca, gdy Celine i Jesse (o ich spotkaniu pisałam w opowieściach) wsiadają na statek kursujący po Sekwanie. Ona paryżanka, on nowojorczyk. Celine przełamuje początkowe zahamowanie…, bo kto z tubylców pływa stateczkiem? To gadżet zarezerwowany dla turystów, więc niestylowy. A jednak kilka ważnych rozmów tam właśnie się toczy. I słusznie.

Ja wiem, że są takie miejsca, którym gotowi bylibyśmy odebrać znaczenie, ze względu na ich przeciążoną eksploatację. Są niczym fragmencik rzeźby (najczęściej wstydliwy), który zwyczajowo pociera się, żeby powrócić, a on zaczyna błyszczeć i migotać. Odstaje tym błyskiem od spatynowanej prostoty codzienności. Tak to jest ze stateczkiem, i z Wieżą Eiffla, z dziedzińcem Luwru, z Panteonem i Wahadłem Foucaulta itp., itd., etc…

Oryginalne klimaty, zbłąkane uliczki i prawdziwy paryski chic opisują ci, którzy tę aurę zasymilowali organicznie – np. Czara czy Holly. A ja widziałam obrazy schodzone, ale świeże młodością tych, którzy niebawem będą szukać w starych zaułkach własnych życiowych miraży. Teraz mają po 15 lat i są mieszanką niedogotowanego romantyzmu, zadziornego buntu i kumpelskiej zgrywy. I co się wtedy widzi? Ano: paryskie randez-vous, artystycznych dziwaków tańczących solo gdzieś pod Notre Dame lub na Montmartrze, poławiacza monet przy Luwrze (a zmyślny był! wyciągał euro ze studzienki – duży szacun od chłopaków). Gimnastykujących się w Ogrodzie Luksemburskim amatorskich joginów i joggerów. Widzi się paryską wielokolorowość, która dziwi, bo w Kraju nad Wisłą/vel Wartą normą jest monolit rasy i wyznania. Gdzieś przy Placu Pigalle napotkaliśmy przedszkolaków – barwną dżdżownicę ludzkich typów: skośne oczy, cera czarna, śniada, blada, włos kręcony albo nie – inność, która podarowana w dzieciństwie już nie szokuje, nie wywołuje potrzeby, by ją podkreślać, zauważać, wyliczać.

Handlarze spod Wieży Eiffla dostarczyli serii anegdotek, które zabraliśmy w drogę razem z setką małych wieżyczek. A sama wieża znalazła wielbicieli, którzy zażarcie przeciwstawiali jej piękno starej katedrze św.Eulalii z Barcelony. – Bo gdyby przetrwać miała tylko jedna z tych dwu budowli, to która? Zwolennicy Wieży wypominają klerykalizm amatorom staroci. Kto by pomyślał, że tak można ustawić kierunek dyskusji? Paryż czarował, ale jeśli był tak otwarty, jak powinien, to zapamiętał nasz swing i radość. W metrze uliczny grajek zaproponował skrzypcowy koncert. Za moment skrzypce uprosił Piotrek i to on grał. A później wystukiwał zaraźliwie jazzowe rytmy, do których dołączali inni – czy to był hip-hop czy jazz? Rytm, który wciągał. Paryż był muzyką, Barcelona barwą. Tak subiektywnie to pamiętam.

Cień wiatru w Barcelonie

Miłośnicy prozy Carlosa Ruiza Zafóna czuli dreszcz emocji. Bo choć ani antykwariatu, ani Cmentarzyska Zaginionych Książek, ani nawet Kościoła św. Anny nie wytropiliśmy, to i tak wszystko wokół pachniało Cieniem wiatru. Znalazłam zapiski z podróży śladami tej powieści na blogu Dziennik literacki – polecam.

I znów: tak wielu zna Barcelonę lepiej niż ja, że odkrywanie oczywistości mogłoby trącić kiczem, którego – zapewniam – nie brak w tym mieście. A jego najczęstszą odmianą jest multiplikowanie Gaudiego na potęgę: na pocztówkach, koszulkach, durnostójkach i w innych wszelakich formach. Czym Franz Kafka dla Pragi, tym Antonio Gaudi dla Barcelony- a może jeszcze bardziej. Gaudi, czyli Sagrada Familia, czyli Casa Batlló i Casa Milà, czyli Park Güell z najdłuższą ławeczką świata i domkami jak z bajki o Babie Jadze. Gaudi w monumentalnej odsłonie i w mikroskopijnym odłamku, tak czy siak – wszędzie. Secesja kwitnie tu i wciąż jest w fazie nieprzemijającej młodości. Kamienice z fantazją. Czasem rezydencje, wyszukane i eleganckie, rozsiadające się przy placach, na skrzyżowaniach dróg, oddychające pełną piersią i spoglądające na świat balkonami a la oczy jaszczurki. To znów ciemne, wysokie, z balkonami, na których pranie uprasza się o łyk słońca (uwaga: na balkonach z upodobaniem wiją się w skrętach i podrygach drzewka szczęścia), żyjące w bliskim sąsiedztwie, więc rozgradzające je uliczki są ślepo wąskie. Czasami, od niechcenia zdarzy się, że wśród gaudich wyrośnie rzeźba Joana Miro (Kobieta z ptakiem, na przykład) lub pojawi się ekstrawagancki pomysł na krzesło wśród chmur (nazwa oficjalna: krzesło i chmura). Voila!


Zastanawiałam się, ilu rdzennych barcelończyków umawia się na spotkania w Parku Güell? Ilu emocjonuje się Sagradą Familią? Jak by nie było na pewno wielu uważa się za kumpla Kolumba, który wzniesiony na postumencie na skraju La Rambli wyciągniętą dłonią wskazuje właściwy kierunek. Nie mogą nie spacerować La Ramblą, a skoro tu są, to na pewno zaglądają na targ Boqueria, feerię barw, niemal szamańską przestrzeń smaku i zapachu.


Mały Hiszpan uczy się secesji. W Parku Güell, pod okiem wesołej Pani, ubrane w kolorowe stroje przedszkolaki wchłaniają Gaudiego przez skórę. Wymalowani nieziemsko, rozćwierkani i słodcy jak creme de catalonia stanowią zwieńczenie wrażeń. Gaudi jest gigantem, sama nie wiem, czy przekonuje mnie do tego dzieło monumentalne, niedokończone – Sagrada Familia, czy też raczej jego miłość do szczegółów i do miasta, które sobą naznaczył. Nie tylko kamienie i ceramikę objął we władanie, ale -mam wrażenie- również ludzi.

Barcelona dała nam więcej szans na zanurzenie się w niej. Schodziliśmy ją aż do bezczucia w nogach. A że uczestnicy wyprawy sprawnie posługiwali się hiszpańskim, więc okazji do zagadnięć było co niemiara. Odnotowuję – z satysfakcją – że zaatakowaliśmy hiszpańskie księgarnie. Powodzeniem cieszył się Llosa i (o dziwo) Ernesto Sabato, oczywiście z zachowaniem królewskiej miary dla unikalnej hiszpańskiej wersji mangi, którą nabywano z wypiekami na twarzy, niedającymi się wytłumaczyć niczym innym jak gorączką wewnętrzną. Na zewnątrz było chłodno, padało… jak nie w Hiszpanii.

Na deser odrobina bohemy:


Last but not least: tamaryszek na Costa Brava! Przyłapany porą wieczorną.:)

Reklamy

14 thoughts on “impresje podróżne

  1. czara

    Ach ten tamaryszek, jak widać, rozsiał się wszędzie :)
    Nie znam zupełnie Barcelony, Twój wpis potraktuję więc jako swoisty wstęp, barwnie ilustrowany. Rzeczywiście kolory buchają wszędzie, pewnie po takiej podróży łatwiej zrozumieć i nacieszyć się Miro ? I dziękuję za lekki, muzyczny opis Paryża, dużo bym dała, żeby choćby przyglądając się uczestniczyć w takiej swoistej, skrzypcowej jam session w metrze.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Wszędobylstwo, prawda, ale skromnie się nienarzucające. Ten ze zdjęcia zdecydowanie ustępował pola opuncjom.
      Nie chcę tu pisać zbyt personalnie o uczniach. Ale historia z muzycznym rozkręceniem bardzo mi się podobała. Miała ciąg dalszy. Wiadomo: wszyscy interesują się hip-hopem (naprawdę prawie wszyscy) i z dużą estymą przyjmowali nabijanie rytmu przez P. Z taką pasjonacką zazdrością, że to niby szkoła muzyczna dała mu szlify. Riposta była krótka: szkoła szkołą, ale przede wszystkim trzeba słuchać mistrzów, sięgać po ambitne rytmy i kompozycje, bo to wyrabia ucho i czucie. Aż chciałam dodać, że tak jest ze wszystkim, że poprzeczkę trzeba podnosić, a co łatwe, to wartość ma często niewielką. Alem się w język ugryzła. Bo przecukrzyłabym. I chyba jazz zyskał w narodzie kilka punktów. Nie ma to jak zaraźliwy przykład.

      Natomiast lekko zirytował mnie głupio dziwiący się stosunek do czarnoskórych, do muzułmanów i wszystkich tych, którzy w oglądzie Polaka wyglądali na „innych”. Nie aż tak, by w grę wchodziła jakaś wyższość, ale silnie emanowało z tych spostrzeżeń dostrzeganie jakichś barier, różnic. Ta przedszkolna gąsienica była urocza. Nagle zaskoczyła mi w głowie oczywistość, że dopóki inności nie oswoi się w najbliższym otoczeniu i to od najmłodszych lat, dopóki się ona nie wyda oczywista jak słońce, dopóty tolerancja jest bajką.

      A na Placu Pigalle wypatrywałam rowerzystki. Fakt, nie był to czas poranny. ;)

  2. Chihiro

    Pięknie opisane, Tamaryszku! Z fantazją, ze świeżego punktu widzenia osoby, która jest w obu miastach po raz pierwszy, ale też z dostrzeżeniem tego, że pewne sprawy/rzeczy/ludzie dla tubylca są oczywistością.
    Cieszę się, że podróż się udała :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Hmmm…no właśnie. Ja co prawda w Paryżu bynajmniej nie raz pierwszy, ale sytuacja nie czyniła ze mnie wagabundy a turystę. I to grupowego, mającego baczenie na wszelkie potencjalne znaki – co na ogół lubię sobie odpuszczać. A tu trasa ustalona (a doprawdy Wieża Eiffla jest doświadczeniem, którego więcej niż raz przeżywać nie trzeba), punkty wyznaczone do zaliczenia. Nocne włóczykijstwo zduszone w zarodku. Choć: tu się włącza drugi szalenie wycieczkowy trend – zmęczyć zawodnika zanim on zamęczy nas. Więc trzeba było do upadłego, w Hiszpanii (gdy noclegi sąsiadowały z morzem) niemal do północy hasać na plaży, pozwolić się utrudzić i zmozolić na amen. Inna rzecz, że w pewnym wieku ma się magiczną moc reaktywacji, a potem ta moc zanika… Słowem: odsypiam :))

  3. montgomerry

    W Paryżu byłam i chciałabym wrócić, ale już nie z wycieczką, tylko tak na jakiś czas. W Barcelonie jeszcze nie, może kiedyś za lata cale się uda…. pięknie napisane:) pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Montgomerry, jak najbardziej! Pewnie że najlepiej to popróbować zasiedlić interesujące miejsce. Niespiesznie, z wolna sobie popatrywać. Zamiast atrakcji z przewodnika chodzić tam, gdzie się trafia na czuja. Albo właśnie odwrotnie: chodzić według klucza, śladami, po znakach. Byle to był klucz na miarę.
      Życzę dobrych okazji. I dobrych kierunków. Pozdrawiam. :)

  4. Logos Amicus

    Fajnie napisane i tak.. świeżo! :)

    Zaintrygowało mnie spojrzenie na Paryż tych, co „mają po 15 lat i są mieszanką niedogotowanego romantyzmu, zadziornego buntu i kumpelskiej zgrywy”. I się zastanowiłem, jak ja odebrałbym Paryż, gdybym go po raz pierwszy zobaczył mając lat … naście. A że zobaczyłem go pierwszy mając na karku lat… hm… -dziesiąt, to i włóczyłem się po muzeach w poszukiwaniu Moneta i Rodina, tudzież po Bulwarze St. Germain starając się trafić do Lés Deux Magots lub co najmniej do Café de Flore, bo może tam jeszcze została odrobina Sartre’a lub Camusa.

    Nie wspominam już o tym, że z wielką przyjemnością czytałem o spojrzeniu Tamaryszkowym :)

    Tylko trochę szkoda Barcelony na deszcz i złą pogodę.

    PS. A propos Paryża (filmowego).
    Masz ochotę na zobaczenie tego miasta oczami Woody’ego Allena?
    Zapewne wiesz, że swój ostatni film nakręcił on właśnie w mieście nad Sekwaną – co, jak zauważyłem, sugeruje choćby sam tytuł: „Midnight in Paris” ;) – i wygląda na to, że Woody nieźle się nim zabawił (być może dlatego, że powołał w nim do życia takie artystyczne indywidua, jak np. Dali, Picasso, Fitzgerald, Hemingway, Cole Porter, Gertruda Stein… a nawet… Toulouse-Lautrec i Degas :) )

    Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Śladami malarzy i egzystencjalistów! Gdybym mogła, to też bym chciała właśnie tak! Lés Deux Magots działa onieśmielająco…, choć po latach to właściwie już nie peszy, raczej wywołuje westchnienie, by coś dało się zreanimować. Wskrzesić na chwilę. A – jeśli chodzi o jednego z bywalców tej kawiarni – to on również w Barcelonie wydeptał swoje drogi. Przesiadywał w legendarnej Els Quatre Gats: kawiarni „Cztery Koty”. Warto zajrzeć na oficjalną stronę: http://www.4gats.com/. Tu Picasso swymi bohomazami zaprojektował menu i ponoć okładki kilku książek. I daję głowę, że gdy popijał whisky, dosiadał się do niego Antonio. Antonio Gaudi, tutejszy James Bond.

      I muszę nadmienić, że parysko-barceloński Picasso zachował pamięć hiszpańskich korzeni, chociaż objawiał ją specyficznie. Czyżby naprawdę „Panny z Awignonu” były pannami z ulicy Awiniońskiej, gdzie Pablo przeżył w niedwuznacznym środowisku swą inicjację?
      Kto by pomyślał, że Barcelonę z Paryżem łączy tak wiele.
      Woody koniecznie! Jeszcze nie miałam okazji. A może trzeba by obejrzeć cięgiem: „Vicky, Christinę, Barcelonę” i „Midnight in Paris” . Nie omieszkam.:)
      No cóż, słońce się skryło, mam żal, bo jednak światło w Sagradzie Familii jest absolutnie nieodzowne.

  5. Logos Amicus

    Ujęła mnie zwłaszcza ta „barwna dżdżownica” przedszkolaków :)

    A skoro mowa o dzieciakach. Bardzo spodobało mi się w Paryżu to, że niemal w każdym muzeum widziałem panie, jak opowiadały o sztuce, mając przed sobą gromadkę dzieciaków starszych lub (zwłaszcza) młodszych, siedzących w kucki przed jakimś obrazem lub rzeźbą.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Paryskie gawrosze to ósmy cud świata. Podpatrywałam nie tylko łobuziaki hiszpańskie. Również w Paryżu te szkraby kradły serca. A staram się nie roztkliwiać i nie cmokać nad małolatami.
      Wciąganie ich w zabawę ze sztuką to świetny pomysł, realizowany w dobrym momencie. Później jest już – nomen omen – za późno. :)

  6. Lirael

    Tamaryszek na Costa Brava zakwitł specjalnie dla Ciebie! :) Dobrze, że go nie przeoczyłaś.
    W Paryżu byłam raz, w wieku lat 14.O dziwo, pamiętam całkiem sporo również ze sfery zabytkowo-muzealnej. W Barcelonie nigdy nie byłam, choć mam jej obraz wyobraźni tak wyraźny dzięki książkom i filmom, że wydaje mi się bardzo bliska.
    To świetnie, że wyprawa była udana. Młodociani uczestnicy zapamiętają ją na pewno na całe życie.
    Dzięki za piękną relację!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Lirael, viaje fue hermoso. Nie wiem, co myśleć o nadmorskim tamaryszku. Widać było nam pisane się zobaczyć. Mniemam, że on mnie widział jak ja jego. ;) Pamięć obrazów (powidoków) zostaje. A powtórzyć doświadczenie też nie tak znów trudno. Niektórzy wrócą na Camp Nou, by pokibicować Barçe, inni sprawdzić dorośnięte wieżyczki Sagrady, inni coś jeszcze kupić na La Rambli. Ja mam niedosyt wrażeń artystycznych i niespiesznych spacerów … i chętnie posmakowałabym kilku specjałów. Barcelona trwa, liczę na szczęśliwy splot wydarzeń i dobre wiatry – tym powinien się zająć Kolumb – chyba widzi ze swej kolumny więcej niż horyzont? Pa.

  7. buksy

    Dwa piekne miast za jednym zamachem to dopiero wędrówka!A najłatwiejszy bohater cienia wiatru do znalezienia w Barcelonie to chyba słynna (nie tylko dzieki Zafonowi) kawiarnia Cztery Koty. Ciekawe czy udalo sie Wam do niej trafic?

    Odpowiedz
  8. tamaryszek Autor wpisu

    Cztery Koty jak najbardziej. :) Pięć komentarzy wyżej umieściłam link do strony, gdzie można pospacerować po knajpce również wirtualnie. Gdyby udało mi się połączyć – albo poprzeplatać – moje półwariackie gromadne penetrowanie Barcelony śladami Pana ze Strzałką z Twoim nieśpiesznym i odkrywczym błądzeniem po włoskich miastach, to by dopiero było!

    Pan ze Strzałką to przewodnik. Sympatyczny, zwany Szalona Brew, od brwi uniesionej …sama nie wiem, czy z nawyku, czy z zaskoczenia, ze skupienia może? Bardzo sympatycznie, że to była strzałka, a nie banalny parasol czy kapelusz.
    Pozdrawiam. Czekam na rozstrzygnięcie. Kto, jeśli nie Herbert?!

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s