wręcz przeciwnie

Obraz powstały w lustrze jest obrazem pozornym i symetrycznym względem płaszczyzny zwierciadła.

Pozornym i płaskim. A przecież na nim opieramy swoje przeczucie, intuicje co do tego, jak mogą nas widzieć inni.

Lusterko przeniknęło w krwiobieg blogosfery i dzięki niemu kolejnym blogerom stawia się pytanie: kim jesteś? jaki jesteś? zdradź coś o sobie. Korzyść wielka, gdy czytam o innych. Kłopot duży, gdy mam wydusić coś o sobie. Lustro podrzuciła mi Lirael.

Lustrzane odbicie rządzi się, jak wiadomo, swoimi prawami. Polega w pewnym stopniu na złudzeniu, na uruchomieniu w mózgu procesów, które coś uzupełniają, magicznie jakoś (choć zgodnie z prawami optyki) odwracają, w dodatku potrząsając wyobraźnią, a ta -raz obudzona- hasa sobie bez miary. Niby alter ego, ale niezupełnie. Temu drugiemu niezależnemu ja zdarza się być w konflikcie z tym prawdziwym. O ile to prawdziwe w ogóle istnieje, o ile jest czymś uchwytnym – w co, wiadomo, Gombrowicz wątpił.

Zrezygnowałam więc z pierwszego konceptu, jaki zaświtał w mojej głowie, by zamieścić tu swoją fotografię i tyle. Po pierwsze żadna nie spełnia wymagań ukazania mnie przynajmniej z siedmiu stron jednocześnie (uśmiechnięta, zamyślona, zdystansowana, zainteresowana, skupiona, nieobecna, o specyficznym poczuciu humoru nie wspominając). Po drugie: to byłaby łatwizna, przedwczesne narzucanie całej swej materialności, gdy wszystko inne poszło spać. Nie dotyczy to umieszczania zdjęcia w ogóle, ale tu, w konkretnej sytuacji, w której miałoby ono ilustrować mnie.

Kiedyś pisałam (wplątana w blogowy łańcuszek) o dziesięciu rzeczach (?), które lubię. Mogę więc dorzucić do tamtego portretu siedem spraw, które są mi dość obce lub znane, lecz nieasymilowane.

Każda z nich na pytanie o mnie udziela odpowiedzi: wręcz przeciwnie!

1. utożsamianie się z rolą

Identyfikowanie się z jednoznacznym wizerunkiem siebie, bez widocznej na horyzoncie (najlepiej gdzieś blisko) furtki, którą można z roli uciec. Obojętnie, czy to będzie rola społeczna (zawodowa), czy kostium relacji rodzinnej, czy bycie zadeklarowanym wyznawcą, fanem, zwolennikiem.

Dajmy na to: rola nauczyciela. Od razu ewokuje tysiąc stereotypowych zachowań, predyspozycji, sposobów wartościowania. Bzdura totalna. Dydaktyzm, wymodelowany głos, styl doradczo-oceniający…sprawdzą się może w zestawie „Mały belfer”, ale w życiu nie są niezbędne.

Dużo energii wkładam w uciekanie z roli, niepokojąco dużo.

2. szukanie dróg prosto do celu

Oszczędne gospodarowanie zasobami własnymi, szukanie strategii ułatwiających, podpórek, prostych rozwiązań, ludzi, na których można się wesprzeć (mocnych w plecach).

W tych sprawach jestem Misiem o Bardzo Małym Rozumku. I zawsze wybieram drogę pod górkę, do plecaczka wrzucając kilka obciążających kamyczków.

3. narzekanie, przeklinanie i zdrabnianie

Jako nieodrodna córka polskiej ziemi narzekać czasem muszę. Ale jestem w ogonie narzekających i chyba nie rokuję poprawy. Szczególnie warte wzmianki jest tu narzekanie na to, czego się zmienić nie da, więc ewidentne tracenie czasu. Lub odwrotnie: narzekanie na coś, co się zmienić da łatwo, wystarczy decyzja – tu interesujące jest marnotrawstwo życiowej energii. Wiem jednak, że w tej kwestii logika jest czymś wtórnym. Narzekanie spełnia rolę terapeutyczną, towarzyską, filozoficzną,…chwilowo nie potrafię uzasadnić, ale na pewno również jakąś metafizyczną.

Co do przekleństw: czytałam kiedyś (chyba w autobiografii Buñuela) o fantazyjnych, kwiecistych i pieprznych zarazem przekleństwach hiszpańskich. A że tak nie potrafię, to nic poniżej tego poziomu mnie nie uwodzi i nie nęci.

Zdrabniające wyrazy zdrabniają to, co nazywają. Nie daj Boże, zdrabniane imiona. Nie dość, że nie wiem, o kogo chodzi -po chwili rozumiem, że o mnie – to jeszcze jakość mojej odpowiedzi spada o 50%, bo tyle energii pożera mi rozprawienie się z dyskomfortem Reni (Renatka to już tylko 35%).

4. wmawianie innym siebie

Mam szósty zmysł, by tę strategię wykrywać. I nie mówię tu o tym, że każdy tekst jest autobiografią, a każda wypowiedź (gest) autokreacją. Myślę o takich komunikatach, których celem jest imputowanie odbiorcom gotowych pozytywnych klisz na nasz temat.

Rzecz jest obłędnie skuteczna. Bo wiadomo, że czasu na myślenie deficyt, więc gotowe wnioski są w cenie. A jednak obraża to moją inteligencję, zwłaszcza, że na ogół bliższy mi negatyw tych klisz. I to podwójnie: czasem nie pojmuję, czym się ktoś chwali, czasem myślę, że mówi o swoim rewersie.

Z nostalgią zauważam, że znika z życia społecznego skromność i autoironia.

5. manipulacja

Mieści się w punkcie 2. i 4, ale trzeba ją wyodrębnić. Odrzucam ze względów estetycznych, względny moralne są równie ważne, lecz lampka, która je sugeruje zapala się później.

Takie podejście do spawy – np. składanie propozycji, wyznaczanie komuś zadania, oferowanie korzyści wiązane z ukrytym obciążeniem – które ma gwarantować, że stanie na naszym. Dewiza: chcę, by było tak, jak chcę. Autorytarność jakiejkolwiek barwy. Zwłaszcza ta podszyta przymilnością lub partnerstwem (udawanym, więc wygodnym).

Wiem, że każdy podręcznik NLP jest pełen rad na ten temat. Ale spróbujcie przeczytać. Nie da się. Ze względów estetycznych.

6. towarzyskie zagęszczenie

Czyli robienie wszystkiego wespół zespół. Z poczuciem przynależności. W radosnym gwarze lub pełnej głośnego oburzenia pasji. I żeby nie było obok pusto. Nawet w kinie, nawet, gdy czyta się książkę, gdy cokolwiek nas dotknie czy wzruszy.

Rozumiem dowartościowywanie własnych przeżyć możliwością dzielenia ich z innymi. Doświadczanie czegoś wspólnie. Ale bez przesady, bez presji, bez odpoczynku.

7. pamiątki, bibeloty, amulety

Nie zbieram: zakładek do książek, autografów, pamiątek z wakacji, ulubionych piór, długopisów, znaczków, guzików i broszek. Ogromną sympatią darzę Ryjka z krainy Muminków, którego kolekcjonerskie skłonności są powszechnie znane. Ale nie podzielam.

Nie lubię też uzewnętrzniania zawartości szuflad, wnętrzności rozsypanych na dywanie, na stole, na półkach…, co niektórzy złośliwie określają manią porządku. No, co ma być w środku, niech będzie. Ten niekończący się list do świata – o tym, co we mnie i z pytaniami, co dalej ze mną – piszę zasłaniając ręką świeżo powstały tekst.

Poza tym, by nie kończyć zbyt serio, dodam, co następuje.
Otóż, lubię niezmiennie i nałogowo:

  • kawę – a zwłaszcza Kawkę;)
  • kolczyki
  • krówki, czasem marcepanowe kartofelki – nie jadam hurtowo, ale…
  • szafirki i tamaryszki (upodobanie do tamaryszków jest wtórne: najpierw była Agnes Varda i jej Cinema Tamaris)
  • kwitnące jabłonie – tak, uważam, że przebijają nawet widok kwitnących wiśni!
  • słowa!
  • obrazy! – mogą być ruchome.


Reklamy

37 thoughts on “wręcz przeciwnie

  1. naia

    Ja przeczytałam ostatnio u Hrabala coś takiego: „Dobra muzyka, symfonie Mahlera, Schuberta, doprowadzą pana do płaczu, tylko musi pan słuchać ich sam albo z kimś, kogo bardzo pan kocha”. Piękne to słowa i bardzo prawdziwe, bo tak jak niektórych uczuć można doświadczyć tylko wśród ludzi, we wspólnocie, tak są i takie, do których drzwi otwarte są tylko w samotności… Więc zgadzam się z Tobą co do towarzyskiego zagęszczenia. Pozdrawiam ciepło!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Witaj, Czechofilko :) Dzięki za fragmencik z Hrabala – w sam raz, a nawet z nadwyżką. Twoje opętanie Hrabalem jest rewelacyjne. I masz całkowitą rację. A gdy będziesz do Niego pisała list, na który może rzeczywiście Ci nie odpisze, to pozdrów proszę i za tę pochwałę samotnego odczucia piękna (gubionego w gwarze) podziękuj.
      :)

  2. liritio

    Tamaryszku, wyznałabym Ci małą miłość, ale się wstydam. Więc nie wyznam. Zamiast tego stwierdzę, że podziwiam Twoją zdolność do ubierania w słowa. Dokładnie, „ubierania” – piszesz, że nie masz manii zbieractwa w sposób tak pełen uroku, że… Że wracamy do wyznań małej miłości :) Żadnych wyznań nie ma!
    I uśmiechnęły mnie „względy estetyczne” uniemożliwiające lekturę podręcznika do NLP – nigdy takowego nie czytałam, ale może zbadam poziom swoich wymogów estetycznych i po jakiś sięgnę?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Liritio, trafiasz w moje zapotrzebowanie: dużo wyznań wielkiej, dozgonnej miłości. Liczba mnoga wskazana, bo wiadomo że lubię mnogość punktów widzenia i odczuwania.
      Trafiasz i nie trafiasz. Bo dlaczego oferujesz małą miłość? To chyba jakieś przejęzyczenie, literówka.
      Neurolingwistyczne programowanie (NLP) z ducha jest mi obce. Zwróciłam kiedyś na nie uwagę ze względu na stosunek do słowa. Wierzę w kreatywną moc języka i w to, że język wyznacza obszar naszego odczuwania, że można słowem rozpocząć przemianę. Ale moje myślenie jest raczej magiczne niż pragmatyczne, bliższe starej Biblii niż nowoczesnej lingwistycznej strategii. Poczytaj, sama zobaczysz. Względy estetyczne.
      A propos takich psychologicznych podejść, to z zainteresowaniem podpatruję działania mojej przyjaciółki, która prowadzi warsztaty z psychologii procesu. To jest magia! Bo zamiast programowania jest opowieść, a gdzie jest opowieść, tam sens.
      Pozdrawiam, czekam na obiecany wysyp notek. :)

  3. ksiazkowiec

    A tak mnie coś ciągnęło od przypisanych papierów i wołało: wejdź na blog! Już wiem, dlaczego. Wyżyny literackie! I jeszcze myślę, czy nam dużo powiedziałaś o sobie?
    (Nie)utożsamianie się z rolą to jak moje równoległe światy. Uciec z kolein, bo nas wsadzą w ramkę i po wszystkim. Tak będę przyglądać się kryształkom powolutku…
    Teraz wracam do narzuconej roli. Pozdrawiam z serdecznoscią, również z radością, że się zabawiłaś:)))

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Bogusiu (Twoje imię wyjątkowo zdrabniam, ale to jedno z najładniejszych zdrobnień w imienniku – zgłoś veto, a zaprzestanę; Książkowiec nie brzmi tak miło w wołaczu), zabawa łańcuszkowa przednia, choć budząca z początku konsternację. Ty wskazałaś Lirael, Lirael mnie…, ja już nie przekazuję, bo i tak długo się kręci ten łańcuch.
      Bliskie mi to, co piszesz. Równoległe światy. Właściwie można by się nie przejmować i przeskakiwać z jednego w drugi. Gdyby nie to, że ramki doskwierają i każą tłumaczyć się z siebie, a przynajmniej znosić cierpliwie czyjeś idiotyczne przywiązanie do schematycznych wyobrażeń. Nie daj się papierzyskom. Przetrwaj i wróć do papieru zadrukowanego dobrym słowem. Pozdrawiam:)
      A Twoja notka ujęła mnie kobiecością i ciepłem. I nabrałam ochoty, by chodzić boso, chwilowo po parkiecie;)

  4. the_book

    Kawę popijając czytam Cię (co za idealnie dopasowana dosłowność!) Tamaryszku z wypiekami na twarzy.
    Piękny ten twój portret, lustro…
    Serdeczności. Monika

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Monia, oj, dwóch Twoich deklaracji nie ogarniam: że lubisz nikotynę a nie lubisz kina. Powinno być odwrotnie. Z wiekiem samo przejdzie i przyjdzie, zawierzmy mądrym przemianom;) Dobrze, że co do kawy mamy pełną zgodność.
      Jaki tam piękny portret! a gdzie tam. Tym razem posłużyłam się barmanką Maneta, bo mi się od zawsze podoba. Głównie ze względu na złączenie dwóch perspektyw widzenia. Co cenię sobie w życiu niezmiernie. I nic bardziej uciążliwego od ludzi przywiązanych tylko do jednej. Kiedyś się mówiło: strzeż się człowieka jednej księgi. Pewnie potwierdzisz, Bibliotekarzu? Bardzo mnie cieszy Twoja duma z zawodu. Pozdrawiam!

  5. kornwalia

    Ha, chciałam Cię zaprosić, ale się wstydziłam ;) Bardzo obszerny opis, dość osobisty; sama postanowiłam na raczej nic nieznaczące ciekawostki, boję się tej wieczności internetu. A ileż to razem stwierdzam – po coś napisała to czy tamto w rozważaniach o książce, no przecież za dużo już wiedzą o tobie… ;) Ale cieszę się, że Ty inaczej do tego podeszłaś i podzielam punkty 1, 6 i 7. Tobie nawet pisanie o najzwyczajniejszych rzeczach na świecie wychodzi jakbyś była urodzoną poetką, niesamowitą masz tę zdolność, podziwiam to bardzo :]

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Kornwalio, w każdym tekście zostaje cząstka autobiografii. Zdecydowanie. Myślę, że czasem omówienie książki jest bardziej osobiste niż mówienie wprost o sobie. Bo to drugie jest nieporadne i często poddane selekcji, a w szczeliny recenzji wszystko może się zaplątać. Z Twoich zwierzeń dobrze sobie zapamiętałam ósemki, otwartość na treści matematyczne (co jest mi szalenie bliskie, bom urodzony matematyk, który się w humanistykę zaplątał i już trochę zdziwaczał) i wstrzemięźliwość od słodyczy… gdzie mi do Ciebie z moimi krówkami!

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Aniu, i ja pozdrawiam. :)
      Zachwyt to aż nadto. Jeśli przyjemnie Ci było tu zajrzeć, a mnie zdecydowanie miło Ciebie gościć, to bardzo szczęśliwa zgodność. :)

  6. ksiazkowiec

    Veta nie zgłaszam. Dużo wody upłynęło, zanim do imienia przywykłam. Dawno, dawno temu zazdrościłam dziewczynom, że mają takie świetne imiona, pod którymi mogą się ukryć – jakieś Bożenki mnie otaczały (nawet trzy w klasie), Elżbiety, Grażyny… A ja uwikłana w poszukiwania religijne i tożsamości Boga miałam sławić! Teraz inaczej patrzę i wierzę w potęgę nadanego imienia. Sama swoim dzieciom wymyślałam miana niosące radość, romantyzm… Tak przeżywam, gdy ktoś bliski daje dziecku najpopularniejsze imię zamiast pomyśleć, czym dziecię dożywotnio obdarowć.
    A książkowiec towarzyszy mi od kilkunastu lat, gdy zakładałam pocztę elektroniczną. Przyzwyczaiłam się. Tak podobno nazywa się statek zatopiony w Bałtyku, a poszukiwacze podczas penetrowania wraku zobaczyli wypływającą książkę. Też czasem czuję się na dnie, bez tchu… Coś jest w tych imionach. :)
    Zgodnie z Twoją radą – odkładam papierzyska i do łóżeczka! Z książką oczywiście. Może „Sonieczka”? Wieczór krótki. Hmmm… Ciekawe, kto kryje się za tym imieniem:)))

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :) Bogusia jest w sam raz. Ale dopiero historia o statku, z którego wypłynęła książka (jak serce), przekonała mnie do „Książkowca”. Tylko ten kontekst topieli i bycia na dnie…lepiej, nie prowokować takich stanów duszy. Chyba że skupić się wyłącznie na głębi i wewnętrznych skarbach. :)

  7. naia

    Szkoda, Tamaryszku, że nie widziałaś uśmiechu na mojej twarzy podczas lektury Twojego komentarza. Ja tak ostrożnie z tym Hrabalem, żeby nie było, że się tak ze swoją obsesją obnoszę, ot luźny cytat, który się dobrze wpasował, a u Ciebie tak ciepłe przyjęcie :) Jeśli ten list kiedyś napiszę – tak naprawdę, bo w myślach właściwie cały czas do niego pisuję – to nie zapomnę o pozdrowieniach od Ciebie :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Chyba już czas napisać. Serio. Dziwne doświadczenie, ale ciekawe. Dajmy na to: popołudnie z Hrabalem. Można po prostu czytać, a można i swoje dorzucić. On chyba wolał tych, co nie milczą.
      Super, że wspomnisz. :)
      ren

  8. Lirael

    Tamaryszku, mam nadzieję, że nie stałam się numerem jeden na Twojej czarnej liście. Zemsta się nie spełniła, bo jak wspominałam spotkań z drobiem nie odnotowałam, tym bardziej uprawiającym kung-fu. :)
    Obwieszczam, że do chwili obecnej na szczęście nic mnie nie kopnęło.
    Cieszę się, że zaprosiłam Cię do pokoju zwierzeń, bo powstał piękny i mądry tekst. Twój kolejny.
    Bardzo ciekawy pomysł autoprezentacji na opak! Poznawszy Cię bliżej stwierdzam, że mamy jeszcze więcej wspólnego, niż sadziłam. :)
    Czy obraz Renoira tylko a propos lustra, czy sportretowana pani jest do Ciebie z wyglądu odrobinę podobna?
    Marcepanowe kartofelki zaintrygowały mnie. Pierwsze słyszę, a nazwa brzmi zachęcająco, bo marcepan też lubię. :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Lirael, podobieństwa być muszą, ja już nie wychwytuję, a nawet czujniej obserwuję różnicę, bo do braterstwa przekonałam się już dawno.
      Cóż, ciesz się, że nie masz siniaków, widocznie gęś miała więcej zleceń i kogo innego skopała.
      Co do barmanki…:) Nie jest tu zamiast portretu (może nie teraz, zamieszczę jakąś fotkę po wakacjach), ale coś jest na rzeczy.
      Jestem blondynką i gdy tamaryszek raczkował, włosy miałam krótkie, a teraz rosną i gdyby były proste, to sięgałyby ramion. Barmanka oczy ma piwne, ja po słowiańsku niebieskie.
      :)
      Kartofelki to takie małe marcepanki (jak paznokieć kciuka) obsypane kakao, więc wyglądają ziemniaczano. Pycha, o ile świeże.

  9. szwedzkiereminiscencje

    fajne!

    NLP j manipulacja malointeligentnych na/dla malointeligentnych. b lubie obnazac te techniki jak do mnie dzwonia z jakas „rewelacja”, kt ma zmienic moje zycie (nikt nigdy nie zapytal czy aby CHCE je zmienic) – i wtedy jednym logicznym pytaniem mozna zburzyc te misterna konstrukcje

    podobnie zreszta z autokreacja – czasami sie zastanawiam czy ludzie sami wierza w to co mówia? (co z kolei wystawia malopochlebne swiadectow ich inteligencji). dla usprawiedliwienia nalezy dodac, ze tego rodzaju klisze sa wymagane w podaniach o prace, krótkich prezentacjach itp. i tak uwazam, ze te smieszne i pretensjonalne autokreacje sa mniej jadowite niz perawdziwe autonadecie ;-)

    pewnie zreszta i dlatego coraz mniej dystansu do siebie, a co za tym idzie autoironii – mozesz sobie na nia pozwolic jak WIESZ kim jestes

    jako wspólwywolana do tablicy zamierzam sie wykpic lista ksiazek waznych

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Sygrydo Dumna! Zamierzasz się wykpić listą książek?! Toż to jak z deszczu pod rynnę wstąpić! Gdybym miała skonstruować wykaz ważnych dla mnie tekstów, obgryzłabym wszystkie paznokcie, z naskórkami. Trzy dni, jak nie tydzień zeżarłby mi namysł. Ale nie bój żaby! Dasz radę. Czekam, czekam. Przeczytam na pewno. Zwłaszcza, że przed wakacjami jest jeszcze czas na zaopatrzenie się w stosowne tytuły.:)
      Co do nachalnej autoprezentacji to jest w tym signum temporum. Masz rację. Inteligencja powinna podpowiadać, kiedy wycofać się z samochwalstwa. Ale nie podpowiada czasem, śpi jakby hibernowana.
      Wygląda na to, że NLP mamy w podobnym poszanowaniu. Ja mam jakąś szczelinę na akceptację takich poszukiwań metody na zmianę siebie i świata wokół. (NLP w biznesie to dla mnie czarna magia, mówię tylko a poletku życia osobistego). Rozumiem, że ludzie szukają pomysłu na odmianę i że w związku z tym kwitną doradztwa przeróżne. Ale właśnie mi uświadomiłaś, że chyba największe nieszczęście tkwi w tej wmówionej konieczności zmieniania swojego życia. Po co zmieniać, skoro można po prostu żyć, a żyjąc nie stoimy w miejscu i zmiany nadchodzą, gdy dojrzeje ich czas…

      Bardzo cenię w ludziach zmysł autoironii i dystansu do siebie. Nie przypominam sobie żadnej bliższej relacji z kimś, kto jest inaczej nastrojony. Tu wracamy do punktu 1., brak ww. cechy oznaczałby konieczność wejścia w rolę na amen. Niech Bóg strzeże!
      Pozdrawiam!
      ren
      ps. Obstawiam, że na liście będzie Jasienica.:)

  10. czara

    Tamaryszku, przepięknie się odkrywasz – bardzo miło mi Cię lepiej poznać! Na szybko skomentuję dwie rzeczy:
    zdrabnianie – przyznam się, że to jedyny (pod)punkt, pod którym się nie podpiszę. To moja wielka słabość – jak nie zdrabniać imion? Zwłaszcza w wołaczu? To jak życzysz sobie, żeby zwracać się do Ciebie – Renato? Naprawdę? Dobrze, że „tamaryszek” jest zdrobnieniem sam w sobie, i nie ma słowa – tamarysz (a może jest?)
    Pod resztą się podpisuję i sprzeciwów nie zgłaszam, tylko kiwam głową ze zrozumieniem.
    A teraz jeszcze Manet… Otworzyłam buzię szeroko, bo właśnie wróciłam z dość obszernej wystawy poświęconej temu panu w d’Orsay. I kręcąc nosem, opowiadałam D., że mi tego obrazu bardzo brakowało. Jasne, były inne, ciekawe, piękne, ważne. Ale ten też jest jednym z moich ulubionych! (Ta pani przypomina mi indyczkę, może to dlatego). Było jedno studium przygotowawcze, ok. Ale dzieło nie zagościło tu, czyżby Londyn nie chciał pożyczyć?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Na Twitterze jestem tamaryszem, jakbyś zgadła! Ale to dlatego, że ktoś mi podkradł tamaryszka.
      To skomplikowane z tym zdrabnianiem. Renata może być, ale jest przecież jeszcze Ren (Ren jest genialnie dopasowane, wymawia się przez nieco przedłużone „e”), mogłaby być jeszcze Nata, ale to pochodzi z tak zamierzchłych czasów, że prehistoria. No można zdrabniać. Zależy kto i w jakiej sytuacji. Przyszły mi do głowy takie, w których się płoszę i wyskakuje ze mnie płowe dziewczę z kucykiem, co to rozkojarzonym wzrokiem próbuje ogarnąć „kto mnie wołał, czego chciał?” A że w dzieciństwie nigdy nie byłam Renią (Reniusie różne to już horrendum), więc mój umysł ma naprawdę długi dystans do przebiegnięcia zanim się zidentyfikuje z nazwą. Powyższe deklaracje są szczere, lecz nie aż tak zasadnicze, by nie miały na swoje potwierdzenie jakichś wyjątków.

      Barmanka -indyczka? A dopiero co Lirael mnie pytała, czy nie jestem podobna, a ja się zaczęłam doszukiwać analogii. :))
      Z jednej strony wzrok tej panny jest taki lekko zdystansowany, wpatrzony w coś nieistniejącego (materialnie) i to mi się czasem przydarza. Z drugiej… mnie samej podoba się w niej cielęcość pewna, niewinność i czystość. I raczej nie myślę o sobie w ten sposób.
      Czyli że bingo z Manetem? Ha!

    2. czara

      Z Manetem bingo, to jakieś porozumienie ponad blogami ;) A Twoja „Indyczka” była świetnym dopełnieniem wystawy. Chociaż „cielątko” też mi się podoba. A jeśli znajdujesz jakieś podobieństwo, to świetnie, ale myślę jednak, że Twój błysk w oku, nie pozwala Ci się w pełni zidentyfikować z tą panią;)
      „Ren” jako zdrobnienie w pełni mi odpowiada. Bardziej nawet niż „Renia”, faktycznie. I brzmi całkiem po francusku, pisownia: Rènne (żeby nie mylić ze słynnym miastem: Rennes).

  11. Pemberley

    Post wprowadził mnie w sympatyczny i typowy dla moich pobytów w tamaryszkowym ogrodzie spokój i zadumę nad siłą słów i kiedy tak zastanawiałam się nad twoją ciągnącą sią czerwoną niteczką od kilku postów walką ze steretypami i wkładaniem do szuflady dotarłam do komentarza Czary i towarzysza „tamarysza”. Pośmiałam sią nieźle siłą kontrastu zapewne.
    Toteż miast się zagłębiać pogratuluję naznaczonej łabędziem ( omijając drób szerokim łukiem) lekkości pióra. Brawo.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Tak, tak to było… Najpierw pomyliłam amsterdamskiego łabędzia z gęsią. Później wciągnął mnie czarny łabędź Aronofsky`ego… Niedawno chciałam nasłać gęś na Lirael (ale gdy sugerowałam skopanie, to dodałam, że czułe…), teraz ta indyczka. Co to znaczy? Może spotkam uroczego farmera? Może właśnie powinnam wykluczyć drób z menu? A może faktycznie kupić sobie gęsie pióro i pisać?

      Nieodgadnione są znaki, które los mi podsuwa. Pozdrawiam, Pemberley. :)

  12. szwedzkiereminiscencje

    zapraszam serdecznie, zaniedlugo wkleje – ale obawiam sie, ze cie rozczaruje. na wolowej skórze bym nie spisala wszystkich – a czytywala czasami dosc ekstremalne pozycje. czytam wszystko: historie z opakowania mleka i sklad wlókiem nowej sukienki. czsami sie zachwycam nowym auterem, ale po drugiej ksiazce sie nasycam i zapominam, niewdziecznica jedna. na poczatku mialam ambicje zmieszczenia sie w dziesiatce, lecz nie wyrobilam na zakretach. w kazdym razie zapraszam do skomentowania!

    Odpowiedz
  13. buksy

    Faktycznie wirtuozersko uciekasz przed kazdą rola, łacznie z tą pt blogerka opowiadająca o swoim zyciu zawiłym i jego dziwnych tajemnicach. Nam pozostaje rozdziawiac buzie w podziwie dla tych piruetow, w których nie sposob dostrzec wyraznie postac ;).

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Buksy, nie rozdziawiaj, nie trzeba ;)
      Dzięki, że dostrzegasz zgodność treści z formą. :) Doceń dużą samoświadomość i jednak – bądź co bądź – grę, która ujmuje konfesjonał w cudzysłów.

    1. tamaryszek Autor wpisu

      :))) RENoir być powinien! Rekordzista w portretowaniu kobiet. :) Dorzucam mój ulubiony: Na tarasie.
      Renoir. Na tarasie

    2. Logos Amicus

      Tamaryszu Renbor ;)
      widzę że obrazkowanie w komentarzach działa.

      Pozdrowienia ślę słodkie i kolorowe, jak… RENoir :)

    3. tamaryszek Autor wpisu

      :)) Jestem zainspirowana odkryciem Lirael. Rozglądam się za innymi RENami. Namierzyłam TeRENcjusza, i Jeana RENo i Sophię LoREN. Szukam tylko w nazwiskach, w imionach za łatwo, poszłyby wszystkie prawdziwe Reny i Ireny.
      oj-tam oj-tam, czasami można zdrobnić ;)
      Obrazkowanie działa, dzięki. Do kina nie trafiłam. Może za kilka dni. Pozdrawiam
      ren

  14. Lirael

    Obraz uroczy! Nigdy wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi.Świat za portretowanymi paniami wydaje się taki bezbarwny i bez wyrazu w porównaniu z nimi. Kapelusz dziewczynki – cudeńko. Powinnam w takim wystąpić na dzisiejszej uroczystości zakończenia roku. :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Kapelusz pani lepszy. A spróbuj, spróbuj, Lirael. Weź kapelusz byle jaki, udekorujesz tym, co się nadarzy. Będziesz mieć szczęście, to i polne kwiaty ktoś podaruje.
      Może nawet zapoczątkujesz nową świecką tradycję- ubierania się w kwiecie na znak, że czerwone długopisy lądują w szufladzie na dwumiesięczne wysychanie.
      Udanych wakacji! :)))

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Zamglił mi się ten epizod, ale wyszukałam i już wszystko pamiętam. Ania wystroiła się w jaskry i róże, na żółto i na czerwono. A jako że jej kapelusz był jedynym ukwieconym w całym kościele, więc odnotowano ją jako dziwaczkę. A przecież aż się proszą polne kwiaty, by je rwać i choć odrobinę sobie przywiesić.
      Co tu dużo mówić, opowieści o pannie Shirley dostarczą komentarza do absolutnie każdej życiowej sytuacji ;)
      Mogę przywołać – np. – mrożącą krew w żyłach historię, w której nauczyciel, by ukarać Anię, napisał na tablicy: „Andzia Shirley ma bardzo brzydki charakter. Andzia Shirley powinna się starać panować nad swą złością.” Ania poprzysięgła pamiętać to na wieki – Gilbertowi, bo to on ją rozzłościł, a nauczycielowi, bo jednak takie zdrobnienie, to odrobinę nadto. „Żelazo rozdarło moją duszę!” – skomentowała Ania.
      Może nie rozdziera mnie żelastwo, ale mam analogiczny stosunek do Reni, jak Ania do Andzi. :)
      Lirael kwitnie, więc chyba jej kwiaty nie zaszkodziły. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s