imiennik (jhumpa bis)

Jhumpa Lahiri, Imiennik, Prószyński i S-ka 2007

dla Czary:)

Imiennik jest powieścią (pozostałe dwa tytuły Jhumpy Lahiri to opowiadania). Historią dwupokoleniowej rodziny Gonguli, którą tworzą: Ashoke (wykładowca uniwersytecki), Ashima (żona przy mężu) i ich dwoje dzieci: Gogol i Sonia (w końcowych partiach książki: pan architekt i pani adwokat). Żyją w Ameryce, korzenie mają hinduskie (bengalskie) i choć odmiennie odnoszą się do kraju ojców, to ich tożsamość jest naznaczona rodowodem. Odmiennie?

Ashoke i Ashima przybywają do Stanów jako świeżo poślubieni małżonkowie, mają po dwadzieścia kilka lat. On z ambicjami i determinacją, ona – w przekonaniu, że wszystko, co ją tu spotka będzie pozorne, nie do końca rzeczywiste, bo jakże mogłoby być inaczej, skoro nie ma na wyciągnięcie ręki całej rodziny. Rodzina – ma, baba, dida, dadu, didi, dada i liczne mashi i mesho*to dla Bengalczyka pępek świata, usankcjonowanie własnego istnienia. Żyją w dwu światach naraz. Ciałem w Bostonie, duszą w Kalkucie. Tworzą namiastkę swojskości, spotykając się z poznanymi w Stanach rodakami, których asymilują jako krewnych. Ten stan rzeczy jest głęboko w nich osadzony, ale podlega ewolucji (a nawet kilku maleńkim rewolucjom).

Dzieci natomiast rodzą się i dorastają w Ameryce i jest im pisane „klasyczne rozdwojenie jaźni” (J.L.). Wcześniej czy później będą chciały uciec od rodzinnej tradycji. W mniejszym lub większym stopniu będą do niej  – po okrzepnięciu w dorosłości – powracać.

Autorka sięga do własnych doświadczeń. Zapytana o to, czy jej bunt przypominał ucieczkę Gogola, uniwersalizuje tę reakcję. (Jhumpa Lahiri, z wywiadu:) „Ani Gogol, ani ja nie byliśmy tak naprawdę buntownikami. (…) Ale nawet zwykłe czynności były buntem wobec mego wychowania – to, co jadłam, czego słuchałam, z kim się przyjaźniłam, co czytałam. To, co nigdy nie obchodziło rodziców moich amerykańskich znajomych, moich rodziców obchodziło przede wszystkim.”

Fotografie, którymi ilustruję swój tekst, są kadrami z filmu Miry Naim (reżyserki Monsunowego wesela) o tytule zgodnym z pierwowzorem – Imiennik (The Namesake, 2006). Nie znam, ale wizualizacja książkowych bohaterów bardzo mi odpowiada. Powyżej, od lewej: Gogol, Ashoke, Sonia i Ashima (jak zwykle, w sari).

Ciekawie jest zanurzyć się w ten egzotyczny świat. Kto się boi Bollywoodu, zapewniam, że niepotrzebnie. Akcja toczy się na amerykańskim podwórku: w Bostonie i Nowym Jorku, z uwzględnieniem kilku zabawnie opisanych podróży do Kalkuty i jednego wypadu do Paryża (moim zdaniem Paryż wypadł tu bardzo parysko). Jest subtelnie, niejednoznacznie, wzruszająco (co dla mnie oznacza zbratanie się z bohaterami) i odrobinę gorzko, mimo tylu słodkich specjałów wyczarowanych ręką Ashimy.

Bardzo tę książkę lubię i tym razem nie najważniejsze jest dla mnie przyglądanie się pisarskim trickom Jhumpy, ani wczytywanie się w konteksty lub gry przebiegające wewnątrz tekstu. Po prostu świetna opowieść, która zapada w pamięć, po którą chętnie się sięga, gdy wreszcie zdarza się chwila na lekturę.

Jako że historii rodziny Gonguli odsłaniać tu nie chcę, zajmę się jednak pomysłami Jhumpy Lahiri.

Opowieść prowadzona jest z kilku perspektyw, ale najczęściej do głosu dochodzi Gogol. A raczej narrator, który z jego perspektywy ogląda świat (mowa pozornie zależna to dominanta całej narracji). Tak być musi między innymi z tego powodu, że koncept powieści wiąże się z jego imieniem.

Bengalskim zwyczajem jest posiadanie dwóch  imion: oficjalnego (bhalonam) i pieszczotliwego, używanego tylko przez rodzinę (daknam). Młodzi Gongulowie wyczekiwali na sugestię babki Ashimy, bo imię wybrać, to nie tak hop-siup. W Kalkucie decyzja zapadła i wysłano ją w kopercie do Bostonu. Ale, najwidoczniej nie tylko Poczta Polska miewa takie wpadki, list zaginął, a babka z przyczyn od niej niezależnych, nie mogła wyjawić, co obmyśliła. A tu amerykański szpital żąda imienia dla noworodka (w Indiach oficjalne imię wybiera się czasem i siedem lat po narodzinach). Gongulowie decydują, że tymczasowo niech będzie „Gogol”, przeznaczony dla syna jako imię domowe.

Perypetii co niemiara przysporzy to chłopakowi, bo nie dość, że bagaż bengalskiej tradycji, to jeszcze imię kuriozalne. „- Czy to nie był pisarz?” – pytał głupawo niemal każdy amerykański nauczyciel, sprawdzając listę obecności. Ale jeden nie. To był szalenie błyskotliwy anglista, który wykorzystał sytuację i wygłosił wykład o rosyjskim mistrzu satyry, Mikołaju Gogolu właśnie. No tak, ale po pierwsze: na fotografii w podręczniku pisarz wyszedł nietęgo i młody Gonguli aż chciał dopowiedzieć, że „to właściwie nie ja”. Po drugie: dziwak, oryginał i samotnik… z taką biografią Rosjanin mógł osiągnąć tylko jedno: nieprzepartą niechęć swego imiennika do tego, co kiedykolwiek napisał, do Płaszcza(Szynela) w szczególności.

Potrzeba będzie lat, by Gogol Ganguli (od studiów, po zmianie imienia: Nikhil Ganguli) docenił słowa Dostojewskiego: „My wszyscy pochodzimy z szynela Gogola.” Tak, bo nie byłoby sagi rodzinnej, gdyby nie młodzieńcza miłość Ashoke`go do literatury rosyjskiej i gdyby pewnego tragicznego dnia egzemplarz książki z opowiadaniami Gogola nie uratował mu życia. Dosłownie.

Można rzec, że powieść Jhumpy Lahiri to dywagacje o roli imienia. Kilka ciekawych fragmentów odnosi się do tej kwestii. Poza tym: kompozycja! Od książki Mikołaja Gogola się rozpoczyna i na niej się kończy.

Mam kilka ulubionych fragmentów, jeden z nich jest wspomnieniem, które Gogol/Nikhil przechował z dziecięcych lat.  Podczas rodzinnej wyprawy nad ocean, Ashima z Sonią zatrzymały się po krótkim spacerze, Ashoke z Gogolem szli dalej. Mama wołała za nimi, z typową dla niej troską i obawą:

” – Nie idźcie za daleko – prosiła ich. – Nie idźcie tak daleko, żebym straciła was z oczu.”

Chłopaki idą dziarsko, nie zamierzając poprzestawać, nie osiągnąwszy celu.

” – Jest za mały – zawołała matka. Słyszysz mnie? Jest za mały, żeby iść tak daleko.
Gogol się wtedy zatrzymał, myśląc, że może ojciec przyzna jej rację.
– A co ty powiesz? – spytał go ojciec. – Jesteś za mały? Nie sądzę.”

Mijali wydmy, wraki łodzi, jakąś martwą mewę, obrośniętą wodorostami starą boję. Zostawiali po sobie ślady stóp na piasku, zbierali czarne kamyki z białymi paskami. Dotarli aż do latarni i wtedy Ashoke krzyknął, że nie wzięli aparatu:

” – Przeszliśmy taki kawał drogi i nie będzie zdjęcia – westchnął, kiwając głową. (…)
W takim razie będziemy musieli to zapamiętać. (…)

– Zapamiętasz ten dzień, Gogolu? – spytał ojciec, odwróciwszy się, żeby na niego spojrzeć, ręce przycisnął do głowy niczym nauszniki.
– Jak długo mam o tym pamiętać?
Przez szum wiatru usłyszał śmiech ojca. Stał, czekając, aż syn go dogoni, wyciągnął do niego rękę, kiedy Gogol był bliżej.
– Spróbuj zapamiętać to na zawsze – powiedział, gdy Gogol zrównał się z nim, i zaprowadził go wolno z powrotem przez falochron do miejsca, gdzie czekały matka i Sonia. – Zapamiętaj, że ty i ja poszliśmy tam, że razem dotarliśmy do miejsca, z którego nie można było już dalej pójść.” (s.158-159)

*****

Gdyby ktoś zastanawiał się, czy obejrzeć film czy wybrać książkę, zdecydowanie doradzam oryginał – prozę Jhumpy Lahiri. Która dziś wystąpiła pod hasłem „Jhumpa bis”, ale na pewno pojawi się w odsłonie trzeciej, gdy zakupię sobie Tłumacza chorób.

* (babcia, dziadek, mama, tata, starsza siostra, starszy brat i liczne ciotki i wujkowie)

Zdjęcia z portalu FilmWeb.

Advertisements

15 thoughts on “imiennik (jhumpa bis)

  1. czara

    Dziękuję za dedykację :-) Cóż, nie pozostaje mi nic innego niż zamówić sobie tę książkę na wakacje. Nie wiem czy to jest duże tomiszcze, bo moja biblioteka mówi, że 354 strony, ale nie wiem, jaki format. Mam nadzieję jednak, że dorównuje objętością powieściom wspomnianej już Mrs Smith. Moja biblioteka mówi też „attention, talent!” więc jestem już całkowicie przekonana ;) Bardzo dziękuję za recenzję.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Czaro,
      „… zęby” są chyba obszerniejsze. Moje wydanie „Imiennika” ma 240 stron. Ech, niewiele ryzykujesz biorąc się za Lahiri. Ale – wiesz – bez pośpiechu, bez przynagleń. Zwłaszcza, że nie wszystko można, nawet gdy są wakacje. Dodam, że jedna z bohaterek jest miłośniczką literatury francuskiej, a jeszcze bardziej – samego Paryża. Choć niepokoi mnie, że Paryż daje jej trochę dziką wolność i może lepiej by zrobiła, gdyby go tak nie mityzowała? Pozdrawiam!

  2. kornwalia

    Nieczęsto tamaryszku się tak ewidentnie czymś zachwycasz, więc wniosek z tego chyba tylko jeden: trzeba poznać tę autorkę. A dodatkowo dwie jeszcze rzeczy mnie teraz motywują: raz, że właśnie czytam Gogola, dwa, że kwestia tożsamości wydaje mi się ciekawsza niż kiedyś, zwłaszcza po lekturze „Wyznawców” Zoe Heller.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Aż podskoczyłam, gdy zobaczyłam jak wśród czytanych miga u Ciebie Gogol. Nie Płaszcz a Martwe dusze, ale i tak wydaje mi się, że po tej lekturze możesz sięgnąć po uzupełnienie do Jhumpy. Ja spróbuję wrócić do Gogola. ;)
      Zoe Heller? Sprawdzę, pewnie masz u siebie jakiś ślad.
      Jhumpa Lahiri bardzo mi odpowiada ze względu na sposób opowiadania. Forma nie przesłania treści, to nie jest przekombinowane. W zasadzie pozostaje wrażenie prostoty, ale bierze na warsztat naprawdę trudne stany emocji i wcale ich nie upraszcza. Mnie się to wydaje sztuką. :)
      Pozdrawiam.

  3. szwedzkiereminiscencje

    sprawa z nadawaniem imienia j nader istotna (ze wspomne „imie dla chomika”)! czesto przeciez spotyka sie osobe, o imieniu, przypuscmy bogus, do kt caly czas sie zwracamy: andrzej. poza tym anny SA jak samo zycie . nigdy nie wiem czy nalezy dobrze rozpoznac walsciwosci duszy dziecka czy tez dziecko staje sie swoim imieniem? w kazdym razie tez bylabym za odczekaniem paru lat, zeby nie popelnic tragicznej pomylki

    ostatnio tez czytalam felieton na temmat wagi wlasnego imienia i samodefiniowania sie – w takim kontekscie, ze jak przywozono niewolników na karaiby, to kobiety zapisywano jak mary, a mezczyzn jako john. tymczasem oni juz przeziez mieli swoje imiona z domu – tylko bilali wlascicieli zignorowali ten fakt. a imie to przeciez czesc osobowosci i tozsamosci (mnie tez tubylcy proponowali m.in. ksywke „majsan”, za kt grzecznie podziekowalam)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      M., kwestią imienia jestem zaintrygowana. Wiem, że temat stary jak świat (Biblia!) i rozległy bezmiernie. Topnieją mi już zapasy czasu, gdy uwzględnię, co dotąd zaplanowałam do czytania na lato. Ale gdybyś znała tytuł, który mierzy się z imieniem rozumianym jako tożsamość, to podrzuć.
      A co to takiego „Imię dla chomika”?
      Wpadł mi w oko reportaż Małgorzaty Szejnert Wyspa klucz o Ellis Island, w którym to, o czym wspominasz a propos niewolników może mieć potwierdzenie w odniesieniu do imigrantów (sprawdzę).
      Jhumpa Lahiri rzeczywiście – zgodnie z tradycją – widzi nadawanie imienia jako poważny proces. Ja aż tak, by czekać aż dziecko da się rozpoznać, nie podchodziłam do tematu. Ale… Artykuł, o którym wspominasz pewnie czytałaś po szwedzku?
      Co ciekawe, „samodefiniowanie się przez imię” wcale nie jest głównie literackim problemem. Tak jak piszesz, dotyczy nas powszechniej (albo w ogóle: powszechnie) niżby można sądzić. :)

  4. Ewa Oleszko-Molik

    Wciąż czytam o indyjskich klimatach i wciąż sobie obiecuję, że już jutro zainteresuję się ‚na serio’. A tym czasem… nie doszłam dziś na KATHAKALI. Ancient Language of Hindu Mudras and Colours. We Wrocławiu trwa Brave Festival (przeciw wykluczeniom z kultury). Robię co mogę, ale jest tego tak wiele…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Witaj, Ewo.
      Wrocław tętni życiem, jak zwykle. Za niebawem przyjadę na Nowe Horyzonty!
      To prawda, aż nie wiem, co napisać, bo wiecznie uświadamiam sobie podobne niemożności. Tyle dróg, ale żeby zrobić więcej niż trzy kroczki, trzeba by odciąć się od innych alternatyw. Czasu braknie, życia nie starczy. Coś analogicznego czułam, gdy rok temu wchodziłam w kulturę turecką. Zatrzymałam się, raz po raz coś dorzucę, ale już śmigam w innych kierunkach.

      O Indiach, których w realu nigdy nie odwiedziłam, czytałam niewiele. Jhumpa odsłonila rąbka kultury, wiem, że to odrobina, ale dla mnie cenna.
      Szkoda KATHALI, chwytaj następne okazje.
      Pozdrawiam
      ren

  5. Chihiro

    Świetna recenzja, a książki Lahiri połykam jak tylko się ukazują w Anglii, począwszy od pierwszego zbiorku opowiadań. To rzadkość, że nie czekam na wydanie papierowe, tylko płacę bez szemrania za okładki twarde. Mogę się podpisać pod wieloma słowami, które napisałaś na temat powieści, choć moje ulubione wątki dotyczą porównań, jakie Gogol czyni, a które odnoszą się do jego rodziny i rodziny jego dziewczyny (np. rozmów przy stole).

    Film obejrzałam i bardzo gorąco NIE polecam, nie jest nawet w 1/10 tak dobry jak książka, wszystko potraktowane jest po łebkach i pozostaje wrażenie dużego niedosytu. I to mówię ja, wielka wielbicielka „Monsunowego wesela”, które także nakręciła Mira Nair.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Hmmm… będę wobec tego film omijać. Nie mam bynajmniej szczególnego głodu wizualizacji, słowo wystarcza. Bardzo mnie cieszy odkrycie Jhumpy Lahiri. Tak, ja też uwielbiam te opisy rodzin. Różnice w stylu biesiadowania, rozmawiania. Gorzka potrzeba odcięcia się od swoich. teraz do mnie dociera, ile świetnych scen jest w Imienniku. Miałam przede wszystkim wrażenie, że to sprawna opowieść. A teraz przypominam sobie, jak Ashima wypisuje bożonarodzeniowe kartki, które później wyrzuci do kosza. Albo podróż Gogola po ojca. Bardzo dobrze napisane.
      Kupiłam Tłumacza chorób, ale odłożę na miesiąc.

      Pozdrawiam!

  6. szwedzkiereminiscencje

    artykul ze szwedzkiej kolorowej gazety. te wydawnictwa to wbrew pozorom kopalnie wiedzy o zyciu ;-)

    cytuwalam juz u lirael, ale poniewaz to jeden z moich ulubionych utworów literackich, to ci nie bede zalowala:

    A.A.Milne, Imie dla chomika, tlum. S.Baranczak

    Z posiadania chomika
    Pewna trudnosc wynika:
    Jakie imie wypada dac czemus takiemu,
    Malemu, ruchliwemu oraz puszystemu?

    Czasami nazywam go Zajadly Jerzy,
    Bo w zlosci zabki szczerzy
    I siersc mu sie jezy.
    Czasami nazywam go Zaciety Jacenty,
    Bo gdy gryzie dywanik, bardzo jest zawziety.
    A kiedy je, nazywam go zachlanny Johnny,
    Bo policzki napycha sobie jak balony.

    Ale mysle, ze go nazwe Jacus,
    Za to, ze milego w sobie ma cós.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Jacuś! Absolutnie! Świetny. Barańczak to wie, co tłumaczyć.;) Jeśli u Lirael, to powinnam już o nim słyszeć, widocznie mi umknął. Dzięki za podanie, jest bezcenny.:)

  7. lilybeth

    Do tej pory nie miałam przekonania do tej książki, widziałam w bibliotece, ale nie mogłam się zdecydować na zdjęcie z półki. Przekonałaś mnie cytatami – urzekające. Jeśli cała książka jest w podobnym stylu, to ja ją chcę już.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Lilybeth,
      nie ma to jak siła cytatu! :))
      Dobra opowieść i gama różnych klimatów: od egzotyki, nostalgii, poprzez bunt, konfrontację, codzienność (ale taką, o której chce się wiedzieć, niemonotonną), po przemijanie, rozczarowanie, dojrzałość. I moim zdaniem jest tu tez sporo humoru, choć raczej nie komizmu.
      Skoro już wpadła Ci w oko, to ja bym się nie wzbraniała. ;)
      Pozdrawiam!

  8. Pingback: tłumacząc samotność « tamaryszkowe pre-teksty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s