nowe horyzonty

Jedenasty – mój szósty – festiwal dobiegł do mety.
Dziesięć dni (nie byłam na inauguracji) minęło jak w transie. Zmęczenie czuję i brak miejsca na kolejne filmy, przynajmniej przez najbliższy tydzień. Szczytowe nasilenie: pięć filmów dziennie, minimalistycznie: dwa. Opcja ograniczona do dwóch obrazów wzięła się stąd, że przez pięć dni uczestniczyłam w warsztatach filmowych dla nauczycieli, po cztery godziny dziennie.
Tak czy owak: ciężka praca tak oglądać i zapamiętywać. Stan niemal chorobowy. Zwłaszcza, gdy to, co obejrzane, zaczyna się przetwarzać i remiksować. Niektóre filmy nie dawały spokoju, przypominały się, mimo wypierania ich nowymi. Dotyczy to zwłaszcza tych, o których nie napisałabym rekomendacji „spodoba ci się”. Może nie każdy ich potrzebuje. We mnie zostają.

Mam zamiar do niektórych powrócić, więc notuję tylko lakoniczne uwagi.
Moje tegoroczne nowe horyzonty to:

Pewnego razu w Anatolii (Nuri Bilge Ceylan), jedyny turecki, za to widziany dwukrotnie. Od niego rozpoczęłam festiwal, ale zmęczona (podekscytowana?) wrażeniami, niedospaniem i podróżą – przysnęłam. Ściślej: tak się zapatrzyłam w kadry, że zapomniałam czytać. I choć słów jak zwykle u Ceylana było niewiele, to jednak postanowiłam wrócić. I dobrze. Opowieść prosta. Zabito człowieka, są podejrzani, od kilku dni trwają poszukiwania miejsca, w którym zakopano ciało. Prokurator, lekarz, policjant, morderca i kilku technicznych pomocników jeżdżą więc po okolicy, rozmawiają o drobiazgach, spisują raport z odnalezienia, potem z sekcji zwłok… prawie nic, ale między słowami, zdecydowanie na plan pierwszy przebija się to, co niedopowiedziane. Prowincjonalna historia kryminalna odsłania tragedie, z którymi żyje się latami, które uchodzą z człowieka szczelinami. Prokurator opowie o dziwnej śmierci młodej pięknej kobiety, nie mówiąc wprost, że chodzi o jego żonę. Policjant udręczony pracą, w której irytuje go to, co „nieludzkie”, ucieka w obowiązki, byle dalej od upośledzenia syna zamkniętego w domu. Lekarz w zapisanej na zdjęciach sprzed lat miłości zamyka tajemnicę obecnej samotności… I ten, który zabił, działał wiedziony fatalną, zgubną niedozwoloną miłością albo pamięcią o niej. Niedopowiedziane historie i obrazy Anatolii fotografowanej okiem Ceylana. Niesamowicie fotograficzny, malowniczy (choć oczywiście nie na turystyczną modłę) film.

Code Blue (Urszula Antoniak), o intymności doznawanej w taki dziwny, szarpany sposób. Może chorobliwy, jak chcą niektórzy. Ale za mną chodzi myśl, że skrajność wcale tu nie jest patologią. Samotna kobieta, pielęgniarka, szuka zaspokojenia głodu bliskości w chwilach dzielonych z umierającymi. Podobno nie można doświadczyć bardziej sekretu drugiego niż w chwili jego śmierci. Główna postać rozgrywa swoje spotkania z intymnością pacjentów, naruszając niejedną granicę. Jest zamknięta, szczelnie impregnowana, niemal okaleczona niezdolnością do stworzenia bliskiej relacji w normalnym życiu. Otwiera ją coś ekstremalnego – bierna obserwacja gwałtu, utajona fascynacja nieznajomym. To, co ją budzi, jednocześnie bardzo mocno rani, wyzwalając niekontrolowane, skarłowaciałe, w dodatku zdeptane emocje. Film budził kontrowersje. Mnie nie gorszył, ale miał tak potężną dawkę goryczy, że nie chciał się ode mnie odczepić.

Rozstanie (Asghar Farhadi), irański zdobywca berlińskiego Niedźwiedzia, absolutne mistrzostwo. Film otwiera rewelacyjna scena sądowa, w której bohaterowie proszą o orzeczenie rozwodu, bo oboje chcą czego innego: ona wyjechać z tego kraju, on zostać i opiekować się chorym ojcem. Jest jedenastoletnia córka, która miota się między nimi. Rozstanie, przynajmniej na początku, wydaje się czymś tymczasowym. Na powierzchnię wypływa wkrótce równoległy obraz życia innej rodziny, kobiety, która przez kilka dni, nieudolnie dogląda chorego dziadka. Zagęszczenie problemów etycznych, które eksplodują, gdy rozpocznie się nowa rozprawa, tym razem mająca charakter oskarżenia, jest imponujące. I rozegrane tak, że brak słów, oddających moje uznanie. Zaufanie, wiara i zwątpienie w drugą osobę, bezkompromisowość, wybór między skutecznością a prawdą. Dojrzewanie do dorosłości. Jeśli ktoś stwierdzi, że mistrzowska jest scena pierwsza, to co powiedzieć o scenie ostatniej? Chapeau bas!

Koń turyński (Béla Tarr)… Reżyser przed projekcją: „to będzie biało-czarny, trochę nudny film, z kilkoma osobami, którym należy współczuć. Zawierzcie swoim oczom, nie bądźcie zbyt wyrafinowani”. Dwie i pół godziny niedziania się, nierozmawiania, powtarzających się sekwencji, monotonii podszytej niesamowitym, choć nienazwanym dramatyzmem. Prosta chata, w której mieszka stary woźnica z córką. W stajni stoi koń, który jest „tym koniem”, utrwalonym w opowieści Nietzschego. Filozof widział, jak go katowano, nie umiał się z tym pogodzić, odkupił to obłędem. Pojawia się w cytacie na początku filmu, później znika. Zostają prości ludzie, jeszcze prostsza scenografia, wichura, która przez sześć dni rozrasta się i niemal wchłania w krwiobieg. Wichurę słyszy się jeszcze długo po seansie, choć w filmie, u skraju szóstego dnia zamienia się w ciszę. Ale wtedy ustaje już wszystko. Niknie światło, umiera koń, rozpada się świat.

Meek`s Cutoff (Kelly Reichardt), zaskoczenie – western w stylu Pikniku pod Wiszącą Skałą. Rozjaśnione kadry, prerie, konie i wozy, które mieszczą cały dobytek wędrujących rodzin. Trzy małżeństwa, które zawierzyły, że Meek wskaże im krótszą drogę, a znalazły się na bezdrożach, jak w pułapce. Nie wiedzą, czy wciąż ufać przewodnikowi (ostatecznie, żadne z nich nie zna drogi, więc nie ma lepszej opcji), czy też ukarać sprawcę ich włóczęgi samosądem. Western, bo Zachód, bo sceneria, bo to ten świat, który znamy z westernów. A jednak inny. Kobiety towarzyszą mężczyznom nie tylko jako dodatek do pełnego wizerunku. Ich obawy dużo silniej przykuwają uwagę i budują napięcia niż postawy mężczyzn. Poza tym: Indianin! Szok dla kinomanów, którym ukazuje się tubylec niemówiący po angielsku. ;) Z Indianinem nie można się dogadać! A zawsze było inaczej! Bardzo podoba mi się aura tego filmu. Prześwietlenie, zmęczenie, gotowość do dalszej wędrówki, mimo wszystko.

Pina (Wim Wenders), po prostu Pina Bausch. Obejrzę na pewno jeszcze raz, gdy trafi do kin tej jesieni. Piękny film.

To były odkrycia największe.
Poza tym bardzo podobały mi się filmy polskie. W konkursie startowało ich dwanaście. Wygrał film Anki i Wilhelma Sasnali – Z daleka widok jest piękny. Nie znam. Widziałam sześć, w tym jeden już dużo wcześniej (Sala samobójców). Bardzo dobry film Bartosza Konopki Lęk wysokości (z duetem: Krzysztof Stroiński i Marcin Dorociński). Świetny film Leszka Dawida Ki (w tytułowej roli Kingi nie do zastąpienia Roma Gąsiorowska). Intrygujący Daas Adriana Panka (również z bezdyskusyjną obsadą: Chyra, Bonaszewski, Łukaszewicz). Dziwny, bo historyczny, kostiumowy, ale i wydarzenia wzięte nie z historycznego mainstreamu, i rzecz sama w sobie bardzo uniwersalna. Opowiada o sekcie frankistow z XVIII wieku. I co tu dużo mówić: wyśmienity Młyn i krzyż! Lecha Majewskiego. Widziałam również sympatyczny, wrocławsko-chicagowski film Saniewskiego, Wygrany. Najmniej nowohoryzontowy, ale przyjmuję go bez zastrzeżeń, akceptując licencję na bajanie, bo i to jest potrzebne.

I to nie koniec rzeczy dobrych. Podobały mi się również: Jesteś tutaj (Daniel Cockburn, Kanada) i zwycięzca konkursu Nowe Horyzonty Attenberg (Athina Rachel Tsangari, Grecja) i Limbo (Maria Sødahl, Norwegia), i Bez wstydu (Petter Næss, Norwegia) i pogodny, klimatyczny, z francuskim charmem zrobiony (niezbyt głęboki, ale ładny) Człowiek z Hawru (Aki Kaurismäki, Francja). Z notatek wynika, że powinnam wymienić jeszcze cztery tytuły. To znaczy, że naprawdę dużo było trafień bez pudła. Obejrzałam 29 filmów.


Advertisements

15 thoughts on “nowe horyzonty

  1. Ewa

    Tamaryszku, dzięki za wspaniałą relację. (Nie byłam na ENH ,zalały mnie ulewy). Od razu nabiera się ochoty na emocje w ciemnych salach. Choć w prasie słychać ‚jęki’; w tym roku to nie to… Bo gdy zburzono salę Operetki, „Warszawy” nie ukończono na czas – klimat podobno wyparował. Jęczą też koleżanki, które tak jak Ty, godzinami oglądały kolejne filmy. A Ty /o dziwo!?/ zachwycona, podekscytowana z energią do opowieści filmowych. 29 filmów, no, no. Ja czekam na „Pinę”.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ewo, a ja ledwie rejestrowałam, co w klimacie piszczy. Ulewy miały nasilenia chyba wtedy, gdy ja się trzęsłam od turyńskiej wichury lub gdy wysychałam od spiekoty na prerii.
      Repertuarowo festiwal był bez zarzutu. Wybór tak wielki, że naprawdę każdy mógł wybrać sobie zestaw niepowtarzalny. Nasyciłam się, więc nie żałuję, choć gdybym spojrzała na sąsiednie „talerze”, to może też chciałabym skosztować innego menu.
      W zestawieniu wychodzi na to, że filmów z sekcji najbardziej ekstremalnej (nowohoryzontowej) widziałam cztery, z polskich – pięć, jeden z sekcji filmy o sztuce, ale za to, ten, który wygrał („Arirang”, czyli o tym, jak to jest być Kim Ki Dukiem ;)). Pominęłam filmy sezonu, bo wiele już znałam i w sumie najwięcej trafień przypada na tzw panoramę, a więc szufladę najbardziej pojemną i różnorodną. Norweskie dwa, oba świetne. etc.
      Nie dałam się skusić różowej serii, czyli erotyce japońskiej sprzed kilku dekad. Podobno zabawna, ale wtórna. Byłam głucha na Dumonta. Widocznie ubiegłoroczne spotkanie z jego „Hadewijch” odebrało mi apetyt.
      Narzekań rzeczywiście można było trochę usłyszeć na korytarzach. Większość dotyczyła niedogodności organizacyjnych, choć jak na taką machinę, naprawdę było ok. A publiczność… trochę się zmienia, rzeczywiście. Ale ci, którzy znają z autopsji czasy, gdy festiwal miał lokum w Cieszynie (albo nawet w Sanoku), oni to dopiero mają co porównywać. Tyle że po co zatruwać sobie życie porównywaniem? Panta rhei.
      Wrocław jest pierwszorzędnym miejscem do życia. Bardzo słuszny wybór z Twojej strony. Lub szczęśliwe wyroki losu. :))
      Podobno zespół Piny wystąpi we wrześniu w Warszawie, na jednym ze swych ostatnich spektakli, przed rozwiązaniem. Na Pinę czekać warto.

  2. Ewa

    „Mój Wrocław”, to wybór Rodziców (Lwów i Bielsko B.), ale nie zamieniłabym na inne. Choć sposobności nie brakowało. Piszesz o turyńskich ekstremach pogodowych; faktycznie tam śnieg gradowy potrafi sypać wiele dni – w maju. Na Dolnym Śl. też się zmienia, choć mikroklimat mamy pewnie najłagodniejszy w P. Z Piną, mijałam się wielokrotnie, np. stoję przed teatrem Sary B., sprzedają bilety – a ja myślę ‚e… jeszcze zdążę’
    Faktycznie, w tym roku prezentowano ok. 500 filmów, koncerty, filmy z grajkami na żywo – aż kręci się w głowie. Narzeka się jednak na drożyznę, system rezerwacji, popkornową publiczność itp. A te ‚dawne Gutki’, cóż czasy kiedy byliśmy piękni i młodzi, zawsze były lepsze. No i jeszcze telefonia komórkowa, sponsor naczelny, promowała głównie siebie. Takie czasy.

    Odpowiedz
  3. buksy

    w obecnym stanie podduszenia fizycznego i umysłowego chyba najchetniej objerzałabym Pine i człowieka z Hawru.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Peek-a-boo, słusznie i trafnie, jeśli stan podduszony. W każdym razie w takim nastroju omijać Konia turyńskiego, bo wiatr hula, że nic tylko się wieszać.

      Pina doda życiu uroku, a Człowiek z Hawru pogody ducha. Mogę jeszcze polecić na zmięty nastrój Moją łódź podwodną (Richard Ayoade), przyprawioną humorem angielskim. Nastolatek płci męskiej dojrzewa i przechodzi typowe dla tej przypadłości zwyżki i dołki. Na początek na przykład taka scena: jak by to było, gdybym umarł?
      I następuje wizualizacja. Dziewczyny ryczą, żałują, że nigdy go nie pocałowały, choć zawsze miały ochotę; płaczą, bo odszedł ktoś niespotykanie wrażliwy, błyskotliwy, inteligentny. Chłopcy licytują się, z kim był bliżej zaprzyjaźniony. Rodzice wspominają skromnie, że mieli syna, którego wszyscy kochali i że „podobał się dziewczynom”. Obraz nabiera rozmiarów ogólnoszkolnej histerii. Czuwania i marsze przeciw śmierci tak niezwykłych istot ogarniają cały kraj… A bohater, gdy bańka pryśnie, wraca do rzeczywistości, która lekceważy go permanentnie i obcesowo.
      Może nie brzmi, ale w wersji filmowej jest to zabawne. Jak by nie było, człowiek z problemem jest lekiem na nasz problem (lub zmęczenie).
      Polecam Wrocław za rok. Będą filmy z Meksyku. :) Nie brzmi może szałowo, ale kino Carlosa Reygadasa to zjawisko.
      Dołączam fotkę Oliviera z Submarine. :)
      Jak zbity kotek…

  4. kornwalia

    29 filmów, oj, nie dałabym tylu rady. Zainteresowałaś mnie dwoma: Rozstaniem i Meek`s Cutoff. Pierwszy za Twoje zachwyty, a nie przepadam za filmami z tego rejonu, drugi bo western, bo cokolwiek związane z tym okresem przyciąga mnie od razu. No i Młyn i krzyż, który już wcześniej wyhaczyłam. Nigdy nie byłam na ENH, może kiedyś będzie wreszcie okazja…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      W westernie westernu jest tak fifty-fifty. Jest i go nie ma. Świetna Michelle Williams w roli młodej, dość niezależnie myślącej kobiety. Film do oglądania. Można też przeżywać, ale na mnie działał głównie tak, że niemal przenikałam do środka i czułam trud włóczęgi. Rozstrzyganie kto zawinił, kto dokąd dojdzie, absolutnie się nie przydaje. Jeszcze jeden dowód na to, że zawsze warto zadbać o wygodne buty. :)
      Rozstanie bardzo dobre, tu się po prostu nie ma do czego przyczepić. Trochę żałuję, że nie spisałam swych myśli po seansie, bo choć film pamiętam dobrze, to napisać coś, co go ogarnie, wcale nie jest łatwo. Spróbuję, jeśli starczy mi czasu w sierpniu, albo zaczekam aż zawita w kinach.
      NH (Erę wchłonął Tmobile i nazwa się skróciła) mają specyficzną ofertę filmową. Kino Gutkowe. Kto zakosztuje, temu zostaje apetyt na więcej. Niektóre filmy, te nieszablonowe (a takich większość) wcale niełatwo byłoby mi oglądać w codziennym zabieganiu. Bądź co bądź w każdym tkwi choćby ziarno takiej potrzeby, by się rozerwać, odpocząć, wciągnąć w jakiś wir. A tu dość częste jest spowolnienie akcji.

      Młyn i krzyż mnie nie zawiódł. Glossa do obrazu (duża wierność), ale i własny przekaz. Bardzo przekonujący Majewski w rozmowie. Praca nad tym filmem to był profesjonalizm łączący ogromną wiedzę i znajomość malarstwa dawnych mistrzów z najnowocześniejszym zasobem możliwości XXI wieku. Mnie rozbawiła anegdotka o animacji ruchu pająka, gdy na planie filmowym dociekano, „z której nogi rusza pająk”. :)

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Otóż, fenomen festiwali filmowych wart jest zbadania. Przyznasz mi rację, bo też go znasz. Liczba filmów, choć oszałamiająca dla cywila, na festiwalowiczu nie robi wrażenia. Powiedziałabym, że to dolna strefa stanów średnich. Na poprzednich statystyki były wyższe. To absolutnie drugorzędna sprawa, ile obejrzałam. Rankingi nieistotne. Ale faktem jest, że mając przed sobą katalog, ograniczoną liczbę seansów danego tytułu (2-3), niejasność w sprawie ewentualnej późniejszej dystrybucji kinowej… chcesz korzystać z oferty jak najpełniej. Przyznaję jednak, że pięć seansów jest dla mnie już trochę za dużo.
      Wkradła mi się do posta nieścisłość: oglądałam przez 9 dni, z pominięciem inauguracyjnego czwartku i kończącej niedzieli.

      Melduję, że odpoczęłam. :))

  5. Chihiro

    Bardzo się cieszę, że wrażenie zrobiły na Tobie filmy, którymi i ja byłam zachwycona (tu oczko w stronę „Rozstania” i „Piny” :) „Meek’s Cutoff” zebrał tu już jakiś czas temu znakomite recenzje, ja nie miałam ochoty wybrać się na niego do kina, ale obejrzę go na dvd, bo już jest. I od „Zabójstwa Jesse’ego Jamesa…” lubię tego typu współczesne, nietypowe „westerny”.
    Na Belę Tarra bardzo się cieszę i nie moge doczekać, lada dzień będzie u nas w kinach. „Pinę” muszę mieć na własność na dvd, obawiam się jednak, że nie będzie w 3D – w jakiej wersji oglądałaś ten film?
    Tych polskich filmów w ogóle nie kojarzę (poza oczywiście „Młynem i krzyżem”), ale jakoś mnie niezbyt interesują. Za to „Arirang” bardzo, mam słabość do kina koreańskiego.
    29 filmów… A ja kiepsko sobie radzę z dziesięcioma w ciągu dwóch tygodni… Podziwiam wytrwałość!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Pina w 3D. Oczywiście. :)
      Arirang bardzo szczególny (a skąd wiesz, że widziałam?) – wygrał konkurs filmów o sztuce. Kim Ki Duk dość odważnie się odsłania. Bo to film zmontowany z gigantycznej ilości nagrań, którymi rejestrował swój pobyt w chatce na odludziu, swoje wychodzenie z depresji, twórczego impasu, mizantropii. Na plakacie filmu są jego spękane pięty. I tak mniej więcej prezentuje się KKD w tej opowieści. Trochę rozmyśla, trochę śpiewa, je, przeklina… i coraz silniej potrzebuje sztuki.
      null

      Polskie okazały się ciekawe, ale ja mam dużą cierpliwość do polskiej produkcji, zwłaszcza gdy występują tacy aktorzy jak mój ulubiony Krzysztof Stroiński. Spróbuję o nich coś napisać, zarekomendować.
      Co do ilości, w normalnym trybie ja również żyję higienicznie i nie przejadam się takimi porcjami. :)

  6. Pingback: wędrówka pająka « tamaryszkowe pre-teksty

  7. katasia_k

    O, szkoda, ze tak slabo oceniasz „Człowieka z Hawru „, bardzo czekam na ten film, zwlaszcza ze temat „nielegalnych” imigrantow we Francji jest bliski mojemu sercu (ostatnio bylam swiadkiem nagonki na tychze na plazy w Juan-les-Pins…).

    Ciesze sie bardzo, ze rowniez Ciebie zachwycily „Pina”, „Code Blue” i „Rozstanie.” Nie wiem, czy chcialabym obejrzec „Konia turynskiego”, ale wypatruje tesknie wejscia do kin „Hawru” i „Anatolii.”

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ależ Człowiek z Hawru na pewno nie jest słaby. Ciekawe, chętnie przeczytam, jak go odbierzesz, zwłaszcza w kontekście swoich obserwacji z realu. Tyle ze to piękna francuska bajka. Smaczek goni smaczek. Czyścibut, kloszardowy (z wyboru) Marcel ujmuje się za chłopcem imigrantem. ma więc na pieńku z tutejszym „szeryfem”. Ale co by nie było na końcu wspólnie piją calvados. I te kawiarnie w stylu lat 50. Cymesik. Problem „nielegalnych” jest mocno upudrowany. Co mi właściwie nie przeszkadzało, bo niczego więcej nie oczekiwałam.
      A to że festiwal daje mocne zagęszczenie filmów, ma swoje skutki uboczne: nie o wszystkim napiszę, bo naraz nie sposób a rozciągać wrażeń w czasie nie chcę ponad miarę.
      Będę wypatrywać relacji z Havru na blogu voyages, voyages.

  8. Pingback: wstydliwie (2) « tamaryszkowe pre-teksty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s