fotoreportaż tatrzański

Tatry, 3-11. sierpnia 2011

Góry zapierają dech. Toteż nie będę rozprawiać, a pokażę kilka zamkniętych w kadrze widoków.
Najpierw wchłania nas zieleń i perspektywa drogi.

Dalej to już wszystko zależy od szlaku. Wracam na stare, przebyte zdaje się niedawno, choć dzieli mnie od nich nieodwołalnie miniony czas i o kilka kroków inne miejsce na własnej drodze. Mapy poprzekreślane trasami sugerują konieczność wyboru i możliwość dowolnych kombinacji. Polecam kilka tras z naszego harmonogramu.

Dzień 3., czyli znane, ale trochę inaczej.
Palenica Białczańska – Dolina Roztoki – Wielka Siklawa – Dolina Pięciu Stawów – Szpiglasowa Przełęcz – Dolinka pod Mnichem – Morskie Oko – [coś, co wolałabym przeskoczyć, ale się nie da: spacer szosą] Dolina Rybiego Potoku.

Atrakcja: stawy, bo niezmienne prawie jak góry, a w tysiącu wcieleń zależnych od mgły i słońca. I Szpiglasowa, bo po raz pierwszy.

Dzień 6., byłby dłuższy, gdyby nie gęsta mgła i deszczobicie.
Krzeptówki – Dolina Małej Łąki – [Czerwone Wierchy:] Małołączniak – Małołącka Przełęcz – Kopa Kondracka – Dolina Kondratowa – Kuźnice.

Atrakcja: Samotność na szlaku i spotkanie trzeciego stopnia z kozicami.
Ja, przyznam szczerze, psioczyłam w duchu, że to droga samobój w taką pogodę. Owszem, Przystup Miętusi cały w kwiatach i słońcu, ale dalej widoki zaczęły niknąć aż po znaną z Seksmisji, lekko sparafrazowaną konstatację: mgła, mgłę widzę, widzę mgłę. Kozice wyłoniły się z mleka i zniknęły. Były o kilka kroków, wcale pogodą nie zbite z pantałyku, przerywały popas dla obserwacji. I tu zachodziła zbieżność. Udało się je uwiecznić.

Dzień 7., czyli wśród kamieni i skał.
Kuźnice – Hala Gąsienicowa – Czarny Staw – Zawrat – Świnica – Kasprowy Wierch – Dolina Kasprowa – Kuźnice.

Atrakcja: łańcuchy i trzymanie pionu. Jakoś nigdy dotąd nie byłam na Świnicy, choć cyklicznie rozmawiam o widoku stamtąd na Dolinę Wierchcichą (Tetmajer!). Nareszcie trochę zajęcia dla rąk. Łańcuch gonił łańcuch, dłonie wyszukiwały skalnych podpórek, a nogi aż podskakiwały, by wdrapać się wyżej.

Powyżej fotka z dedykacją: dla Wspólnika. Wspólnik się może domyśli.

Co do tras: sprawdza się zasada, że mniej uczęszczane hojniej spełniają obietnice. Te zaś, gdzie ludzie chodzą gromadnie, przypominają miejskie bulwary – obojętnie, czy jest to szosa do Morskiego Oka, zejście z Kasprowego czy wejście na Giewont.

Światowe wydarzenia omijały mnie w tym czasie szerokim łukiem, z wyjątkiem tych, które bezpośrednio przecinały mi szlak. Tour do Pologne sprawił, że po zejściu z trasy mogłam albo czekać do nocki albo dotrzeć do bazy noclegowej opłotkami, wędrując per pedes z Poronina do Murzasichle (dla urozmaicenia mijana dwukrotnie przez peleton).

Miło było odwiedzić miejsce z wielu powodów bliskie. Wyprawa do Łopusznej, do dworku Tetmajera wśród malw, do Tischnerówki i śladów po Księdzu Profesorze.

Obyczajówka

Nocleg w Murzasichle wymuszał korzystanie z busów, by dotrzeć na punkt startowy szlaku. To codzienny rytuał wielu turystów i okazja do spotkań górali z ceprami.

Zwyczaje miejscowe są takie, że kierowca wypowiada głośno nazwę przystanku. Cena za przejazd jest stała, niezależna od przewoźnika (krótsze trasy: 3 zł, dłuższe: 10). Gdy kierowca nie musi wchodzić w komunikację z pasażerami, najczęściej prowadzi rozmowę przez telefon komórkowy. Słowem – w jakiejś relacji jest zawsze, obserwacja drogi jest widać cechą wrodzoną, o którą nadto dbać nie trzeba. Taki uzus. Uprzejmość idzie w parze z końską dawką sceptycyzmu co do inteligencji ceprów. Słusznie. Cepry, jak pijane dzieci we mgle, pytają wciąż o to samo.

Mam swoich trzech ulubionych kierowców.
Pierwszy:
Przy dziesiątym pytaniu o cenę biletu nie wytrzymuje:

– Psze pana, ile kosztuje bus do Kuźnic?
– 60 tysięcy – odpowiada, podając szacunkową wycenę swojego auta.

Drugi: a la Zinedine Zidane (po przejściach). Nie dość, że nie ogłasza, jaką miejscowość mija, to w ogóle się w niej nie zatrzymuje. Zakodował, że ma dotrzeć do celu, więc każdy postój przyjmuje ze zdziwieniem.
Patrzę z podziwem. Pierwszy przystanek wywołał konsternację, na następnym cepry przerabiają szybki kurs przystosowawczy.

– Trzeba pana poprosić, by wysiąść – podpowiada jeden.
Drugi przejmuje funkcję ogłaszania nazw. Każdy z nas z wyprzedzeniem anonsuje swoje zamiary:
– Ja wysiadam!
– My też.
– I ja!
– Prosimy!

Trzeci: tekściarz nad tekściarzami.
Ton cynicznie-litościwy, z nutą niedowierzania wobec absurdu zachowań przyjezdnych.

Wchodzi młody chłopak i już od pierwszego stopnia schodków peroruje:
– Ja poproszę ze zniżką! Bilet ulgowy. Mam legitymację studencką. Zaraz… znajdę…i pokażę. [znajduje] O, poproszę ze studencką zniżką!
– Ale dokąd?
– No, Murzasichle. Ja poproszę ulgowy.
– 3 złote. [Podaje cenę obowiązującą wszystkich.]
………………………………………

– Czy zatrzyma się pan przy Skoczni, proszę…
– Nie jadę tamtędy.
………………………………………

– Ojej, zmieścimy się jeszcze?
– Wszyscy na pewno nie.
………………………………………

Minimalizm i sceptycyzm po prostu zwalały mnie z nóg. :)

*****

A teraz słyszę jeszcze jak szemrzą potoki.

Zdjęcia: M.

Reklamy

30 thoughts on “fotoreportaż tatrzański

  1. Ka.bu.ki

    Ren,
    zachwycające zdjęcia! Zdecydowanie muszę wybrać się kiedyś na dłużej w Tatry! A teksty lokalnych kierowców – rozbrajające! Uśmiałam się do łez!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Teksty lokalnych kierowców naprawdę dobrze brzmią na żywo. Nie jestem w stanie oddać istoty tego komizmu, bo on gdzieś poza słowami się przemyca. Cieszę się, że choć częściowo jest on czytelny. Moim zdaniem Trzeci był najmocniejszy, najwymowniejszy, choć pozornie mówił tylko na temat i konkretnie. Pominęłam własny epizod, więc dopiszę:
      Wsiadam i zawczasu się umawiam:
      – Gdyby się pan zatrzymał przy Lidlu, w Murzasichle. Można? [i tak sobie myślę, że facet jak spod ziemi trochę, trzy srebrne pierścienie na prawej dłoni, wzrok Rokity…]
      – Lewiatan. [czyżby wyczuł?]
      No tak, tam nie ma „Lidla”, jest „Lewiatan”.

      Tatry są niby rozpoznane, ale każda wyprawa liczy się od nowa: nowy wysiłek, nowe wrażenia, nowe zmęczenie i relaks. Jasne, koniecznie. :)

  2. Ewa

    Gratuluję końskiej kondycji i determinacji. Warto dla takich widoków i klimatów pomęczyć się, ale sama (w życiu) nie dałabym rady. Zdjęcia bajeczne, nie ma to jak mieć sto talentów naraz. A w ogóle to, piękna nasza Polska cała, ludzie rezolutne, cepry trochę dziecinne ale urocze, górale spryciury… Czyli wszystko na swoim miejscu. Trzymać tak – dalej.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Spośród tych stu talentów ;) jeden sceduję na M. Ja robiłam prawie wyłącznie zdjęcia portretowe, żeby nie dublować. Poza tym oszczędzałam siły na wędrówkę. Moje jest tylko to zdjęcie z kamieniami, czyli wejście na Zawrat.
      Końska kondycja… :) Po dojściu na metę czasem czułam się jak nasza szkapa, to prawda… W sumie: to męczenie się samo w sobie jest ciekawe. Widoki nie są „po”, ale w trakcie i pomimo znużenia, więc czasem się nie zauważa pejzaży, a czasem zapomina się, że w grę wchodzi jakiś wysiłek. Bilans dodatni.

      Tak, wszystko na swoim miejscu. :)

  3. nutta

    Patrzę się na swoje papućki i myślę: „Ależ Tamaryszek napracował się, bym miała co podziwiać:)” Weszłam w zieleń, ale nie zatraciłam się w niej, bo sprytnie wywiodłaś mnie na najciekawsze miejsca widokowe. A potok może być obietnicą zupełnie innej historii.
    Pozdrawiam:)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ha, ha, ha! Tamaryszek cierpiący za miliony.
      Prawda, że niekiedy minę miał tamaryszek nietęgą. Zwłaszcza pierwszego dnia, gdy zamiast obiecanej dolinki zawędrował pod Giewont i zobaczył, że droga niebezpiecznie się rozciąga i pnie. Ale nie ogarniało go zwątpienie. tamaryszek wiedział już na starcie, że dojdzie. Wcześniej czy później, zdrowy czy obolały, ale dojdzie. I jakie to jest filozoficzne podejście! Żeby tak w życiu się uprzeć i dochodzić gdzie trzeba…

      Pozdrawiam!
      Potok to zupełnie nowa historia. Świetna podpowiedź. :)

  4. ksiazkowiec

    No i można podziwiać nasze góry ukochane, nie ruszając się z fotela.I tyś to nam uczyniła. Dzięki za cudną wycieczkę:) W moim wieku to już tak mniej więcej Bieszczady. No ale kobieta nie koń, więcej zniesie.:)))

    Odpowiedz
  5. tamaryszek Autor wpisu

    :)) Konie, z rozwianą grzywą…!
    Wszędzie konie! Z okna pokoju miałam widok na ćwiczenia na padoku. Podobał mi się jeden siwy źrebaczek, niewyżyty bardzo. Gdy wieczorem gospodarz zaganiał konie do stajni, ten po prostu wyszarpywał sobie kęsy wolności. Jeszcze wybiegł na drogę do lasu, pofikał, łbem potrząsał jakby z całym światem gadał, zawrócił. Idzie kilka kroków…i z powrotem w las!

    Oj, nie! Żadne zamiast. Nie utożsamiać gór ze zmęczeniem, ono jest niewyczuwalne, gdy idzie się mądrym rytmem. :) A jeśli trochę, to przynajmniej się czuje życie… bo na plaży człowiek nie wie, czy w ogóle jeszcze jest.

    Dla mnie Tatry były idealne po wrocławskim bezruchu. Bieszczady? Tatry? Sudety? Góry Stołowe?
    W moim rankingu Tatry są the best. :)
    Pozdrawiam:)

    Odpowiedz
  6. liritio

    Jak to jest, że dech zapierają nawet zdjęcia z gór? Niby namiastki, ale i tak działa… Teraz liczę, kiedy ostatnio byłam w górach. Dwa lata temu, niedobrze.

    Bieszczady zeszłam w każdą stronę brzdącem będąc. Dziadek i matka mnie ciągali, więc ociągając się łaziłam. Ale z czasem pokochałam. Z czasem.
    I racja, nie ma piękniejszych, niż Tatry :) ale Tatry poznawałam już na własną rękę, kilka lat po Bieszczadach, małymi kroczkami i góry się zejdzie.

    Jeszcze smaczek dodatkowy, kierowcy. Myślę, że Trzeci zdobyłby moje serce bezapelacyjnie, beznamiętne, lapidarne wypowiedzi są tym, czego brak odczuwam w sobie i co niezmiennie rozbraja mnie w otoczeniu. Bo o czym tu gadać :) Niby irytujące, ale przecież zabawne.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      A ja Bieszczady poznawałam najpóźniej (i niezbyt gruntownie), bo najdalej. Zaczęłam od najbliższych mym rodzinnym stronom Sudetów.
      :) Trzeci zaabsorbował mnie maksymalnie. Co odburknął, to strzał w środek tarczy. Tylko uszami strzygłam, by nie przegapić. Może ta celność bierze się stąd, że tyle mają szlaków powyznaczanych, że i na bezdroża gadaniny się nie zapędzają?

  7. Logos Amicus

    Piękne szlaki i zdjęcia.
    Góry są the best.

    Fajnie masz: wpierw maraton filmowy, a zaraz później – oczy odpoczywają wpatrując się w siną dal. A i myśli mogły nieco zwolnić chyba – jak się tak słuchało tych minimalistycznych kierowców ;)

    Pozdrawiam

    Odpowiedz
  8. tamaryszek Autor wpisu

    @ M., piknie jest, ino trza wyżej wejść. Kraków jest genialnie położony. Stamtąd to wypad na weekend. Gdyby się zdarzył taki weekend, że krakowskie uliczki chce się zamienić na coś bardziej skalistego. Albo gdy Smok rozrabia. :)

    @ Logosie, ano rozprostowały mi się myśli i nawet lekko nabrały cech wertykalnych, choć nie wiem, czy to się utrzyma, bo nizina mnie wchłania. Minimalizm ma przyszłość. :))

    Pozdrawiam
    ren

    Odpowiedz
    1. czara

      Przeczytałam wpis, pooglądałam zdjęcia i prześledziłam nawet komentarze. Dlaczego nikt nie zwrócił uwagę na tę górską wędrowniczkę zamyśloną i siedzącą niebezpiecznie na krawędzi? Mnie trochę zawroty głowy napadają, ale zdjęcia podziwiam, oj podziwiam. I wędrowniczkę również. Taka elegancja na stoku, fiu fiu :-)
      (PS Dziękuję za bardzo miły ostatni komentarz! Studiuję powakacyjnie na nowo instrukcję obsługi komputera więc pewnie wkrótce znów się blogowo zmaterializuję.)

    2. tamaryszek Autor wpisu

      :)) Taka mało rzucająca się w oczy postać… ;) W sumie: dobrze, że się nie rzuca, zwłaszcza w okolicznościach bycia blisko przepaści/przełęczy.
      Oj, jeśli od instrukcji zaczniesz, to możesz zwątpić nim dobrniesz do zasad edycji. Dokończ tę recenzję „Rozstania”. Bardzo chętnie przeczytam. Nie wiem, czy ja coś więcej zanotuję o tym filmie, bo wciąż się dzieje coś nowego, a pisanie po czasie – choć ma swe zalety – jest też trudne. Niejedno umyka, a tu sprawdzić nie ma jak.
      Jedno dobre w kończeniu się wakacyjnych wyjazdów, że można się spodziewać wyczekiwanej „materializacji” na ulubionych blogach. :)

    3. czara

      Oj umyka, umyka. U mnie niestety z kończeniem jest jakaś tragedia. Za to mam mnóstwo notek nieskończonych, a ostatnio niestety coraz więcej początków, porzuconych po pierwszych zdaniach -ech (ciężkie westchnięcie).
      Co do nie-rzucania-się, to bardzo celna uwaga. Zwłaszcza, że w cudzych oczach też można – przepaść!

    4. tamaryszek Autor wpisu

      Nomen omen. Pomarańcze, rozumiem, dojrzewają? Jeszcze przetwarzają słońce w słodkie soki… Czekam. Póki co, ostatnia notka plażowa wciąż na czasie. :)

  9. szwedzkiereminiscencje

    bywalam, bywalam na górze tatr – a z rozpedu nawet na dachu europy ;-;

    no i zapomnialam napisac wczesniej, ze ZAUWAZYLAM, iz twój wpis j niewatpliwa kontynuwacja archipelagicznego tematu „w drodze”. to swiadomy wybór?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      O! Mont Blanc?!

      M., podświadomie chyba. Albo po prostu wyższa konieczność: góry to trasy i szlaki, więc droga. Ja nic innego nie umiem robić w tym rejonie. Z trudem sobie wyobrażam, że można po prostu w Tatrach mieszkać (u podnóża). Nawet gdybym czuła potrzebę odpoczynku, to w grę wchodziłaby co najwyżej zmiana drogi.
      Byle omijać Krupówki. :)

  10. Chihiro

    Przepiękne zdjęcia, tylko raz byłam w Tatrach, jako dziecko, i niewiele pamiętam. Wspinać się po górach nie lubię, ale bardzo mnie ciągnie w takie odludzia ostatnio. Te widoki przypominają mi północne Indie, choć tam wierzchołki gór są zawsze pokryte śniegiem (nie byłam tam, ale zastanawiam się nad podróżą i oglądałam zdjęcia).
    Anonsowanie nazwy przystanku też znam z Indii :) W jednym takim autobusie, którym jechałam, poza kierowcą był jeszcze sprzedawca biletów, który stał przy drzwiach na środku autobusu (zapchanego do nieprzyzwoitości) i to jemu mówiło się, gdzie chce się wysiąść – lokalni mieszkańcy wiedzieli, przystanki są umowne, my jechaliśmy do stacji końcowej. On wówczas dzwonił dzwoneczkiem, a kierowca zatrzymywał się niemal natychmiast. Działało to bardzo sprawnie.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Chichiro, Tatry i Indie… nie wytropiłabym tych analogii! :)
      Busiki indyjskie są pewnie dużo silniej naznaczone egzotyką. Sądzę już po tym, jak je przedstawiasz, nie znam z własnych doświadczeń. To, co nam się wydaje czymś… a la wyrób domowy czy styl manufakturowy (mam na myśli obsadzanie kierowcy w zwielokrotnionej roli – zamiast np. neonów wyświetlających przystanek) to z reguły bardzo dobrze działa.
      W Zakopanem działa. Chyba że trafi się taki Drugi, który zbojkotuje zwyczaj. :)
      W chodzeniu po górach (wspinanie jest epizodyczne, vide: Zawrat, Świnica) jest jakaś metafizyka. :)
      Nie jest przecież tak, że człowiek idzie, by na końcu rzucić okiem na widoczek. Góry odsłaniają się powoli, ale otaczają, wchłaniają, rozszerzają przestrzeń i akcentują, że sedno sprawy to być w ruchu. I że na ogół jest „pod górkę” lub „z górki” – ale z wykrzyknikiem, bo to czas szczególnej koncentracji na tym, co pod nogami.

      A podróż do Indii… piękne marzenie. Zwłaszcza, że pewnie przekujesz je w rzeczywistość. :))

  11. szwedzkiereminiscencje

    si, monte bianco!

    widze, ze na krupówkach jak zwykle – tylko jeszcze gorzej…

    wlasnie to mnie ujelo w twoich (autorstwa m) zdjeciach tak pusto i „przestrzennie”- takie góry b lubie. pocieszylas mnie, bo ciagle czytam „turysci rozdeptuja tatry”. milo zobaczyc dowód, ze mamy góry pierwszoklasnej jakosci, kt rozdeptav sie nie daly

    Odpowiedz
  12. Izabela

    cudowny tekst i zdjęcia. Kocham nasze polskie Tatry! Słowackie też:) za dwa tygodnie zamierzam wejść na Swinicę między innymi. Trasy juz rozpisalam tylko, zeby pogoda dopisała.
    a propos nadchodzącej mgły, mnie spotkala taka w czerwcu jak wchodzilam na Rysy, myslalam ze oszaleje a potem deszcz, ale weszlam choc jeszcze nigdy z zadnego szczytu nie schodzilam tak predko. pozdrawiam:)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Wyobrażam sobie tę ewakuację z Rysów! Brrr… ale wrażenia, jakie pozostają, przebijają się później do pierwszej ligi wspomnień. :)
      Wygląda na to, że masz większą częstotliwość wypadów w Tatry, skoro czerwiec, wrzesień…
      Przekazuję pozdrowienia dla gór na Twoje ręce. Świnica niezła, ale i inne… Zamawiam relację.

      Właśnie zajrzałam na Twój blog (po raz pierwszy) i kilka zaskoczeń miłych!
      Że Poznań, że nie tylko Tatry, ale i joga… Napisz o Transatlantyku, koniecznie! A już koktajl truskawkowy w „Kociaku” wymalował mi uśmiech na okrągło. :)
      Pozdrawiam!

  13. Lirael

    Z przyjemnością odbyłam wirtualną tatrzańską podróż z Tamaryszkiem. Bardzo zdziwiła mnie wiadomość o braku ludzi na moim ukochanym szlaku na Czerwone Wierchy. Kojarzy mi się z nieprzebranymi tłumami. Mgła tam podobno zdarza się dość często. Spotkania z kozicami ogromnie zazdroszczę. Przepadam za Doliną Pięciu Stawów Polskich. W Łopusznej byłam trzy lata temu i zwiedzanie miejsc związanych z księdzem Tischnerem dostarczyło mi wielu wzruszeń. Podziwiam Cię za wejście na Zawrat. Nigdy nie próbowałam tam się wdrapać, ale opisy brzmią groźnie.
    Dzięki za przypomnienie mi miejsc, które tak lubię!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Lirael, cała przyjemność po mojej stronie. :)
      „opisy brzmią groźnie…” :)) Nie taki diabeł straszny… Ja przecież nie jestem himalaistką. Ale Zawrat przypomina mi pewną wyprawę sprzed kilku lat, gdy wybrałam się tam dość nierozsądnie. Padał deszcz, kamienie były śliskie, strumienie nie do przejścia suchą nogą (po wystających kamieniach). Tym razem bardzo przyjemnie i trochę podstępnie. Bo lepiej wspinać się na łańcuchach niż z ich pomocą schodzić.

      Czerwone Wierchy opuszczone pewnie ze względu na mgłę. Ale to piękne szlaki, bez tłoku i kolejek (nie to co Giewont, za którym nie przepadam). Stawy są i moim ulubionym i stałym miejscem.
      A Tischner…, Lirael, to chyba kolejny punkt wspólny. :)
      Pozdrawiam!

  14. Wspolnik

    „Wspólnik” się kłania i dziękuje :) Niestety przypadkiem jestem gorszym niż mogłoby się wydawać. Jako wierny czytelnik zdjęcie i tekst dostrzegłem, ze względu na brak jakichkolwiek „przecieków” nie domyśliłem się jednak, że to ja jestem ich adresatem.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Nie było śladów ani przecieków? Czyli zagwozdka dla kogoś, kto wspomaga się fajką i lupą: „ – to oczywiste, drogi Watsonie”.
      Jak by nie było i bez względu na to, czy Off czarek nadal będzie mnie bił w kamuflażu, wcale nieoczywista jest opcja ujawniania się tak en face – bo przecież działa jednostronnie. Też nie wiem, kto mnie czyta.

      Oczywiście, bardzo mi miło, że między innymi zagląda na tamaryszka Wspólnik.
      Pozdrawiam. :)
      ren

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s