wędrówka pająka

[Wiem, że znowu długaśna notka, ale… nadaje się do czytania na raty.;) ]

WYWIADY I SPOTKANIA NA HORYZONCIE

Seanse filmowe na festiwalu mają swój charakterek. Niby ten sam film można obejrzeć w innym czasie i miejscu, a jednak nie będzie to już ten sam ogląd. Załóżmy, że w ogóle mamy do czynienia z filmem, który będzie miał pofestiwalową dystrybucję. Zasadnicza część repertuaru nowohoryzontowego do kin przecież nie trafi. A jeśli trafi…

1) Inne będzie skupienie i percepcja.
To jest fenomen. Wydawać by się mogło, że ilości towarzyszy znużenie i brak koncentracji. Niekoniecznie. Nie wiem, skąd ona przybywa, ale uważność festiwalowa jest innego rodzaju. Daje szczególne błogosławieństwo filmom bez akcji, długim (zdarzają się czterogodzinne, w tym roku je omijałam), milczącym… Przykłady? Koń turyński Tarra, tajlandzki film Wieczność, na pewno nieprzegadany Ceylan i jego Pewnego razu w Anatolii. Zacytujmy fragment recenzji z gazety festiwalowej „Na Horyzoncie”, to rekomendacja wymienionej wyżej Wieczności.
„Tempo tego filmu niektórych widzów może doprowadzić na próg szaleństwa. Bynajmniej nie dlatego, że jest tak gwałtowne. (…) Przez pierwsze siedem minut obserwujemy więc człowieka, który na małym motorku przemierza surowy krajobraz. Za sobą ma kryjące się we mgle postrzępione szczyty gór, wokół bezludne przestrzenie porośnięte wyschniętą trawą, a nad sobą blade niebo. Wszystko tonie w szarościach. Niebo i ziemia są prawie nie do odróżnienia. Prócz terkotu silnika nie słyszymy nic innego. Na pierwsze słowo, jakie padnie w Wieczności, przyjdzie nam jeszcze poczekać.” (Iwona Sobczyk)

Na co dzień na tak intensywne oglądanie nie miałabym sił (ani chęci) i może wierciłabym się w fotelu, gdy ojciec z córką po raz piąty gotują ziemniaki w mundurkach i konsumują je przy stole według tego samego rytuału (Koń turyński), motocyklista mógłby mnie zirytować, a noc w Anatolii uśpić. Bo film oglądany po dniu obrosłym w codzienny pośpiech, czasem do ostatnich kadrów walczy z projekcją osobistych emocji widza.

2) Inna atmosfera sali.
Nie ma popcornu, szelestu ani mlaskania, nie przeszkadzają niczyje pogaduchy i chichoty. Trochę to grząski temat, bo masowość festiwalu stała się wentylem dopuszczającym to, co dla weteranów jest już łamaniem atmosfery. Jest i nie jest, bo i tak ta ogromna widownia jest nieporównywalnie spójna w porównaniu z jakąkolwiek salą multipleksów.

3) Autorzy nie wyjdą na scenę (a w każdym razie: rzadziej wychodzą).
Tymczasem NH słyną z gości, z możliwości rozmowy na gorąco po seansie lub dłuższych spotkań w Cafe Gazeta. Czasem tylko brak na nie czasu i nie wiadomo, czy postawić na spotkanie, czy biec na kolejny film. Co niezaznane osobiście wraca jeszcze następnego dnia w wywiadach z Gazety „Na Horyzoncie” (dostępne w archiwum festiwalu)

*****

Poniżej mój wybór fragmentów wywiadów i kilka obserwacji ze spotkań. Ilustruję je fotografiami powstałymi specjalnie z okazji festiwalu (rozmieszczone w kinie Helios pełniły rolę scenografii). Zaczerpnęłam je ze strony artystów-fotografów, dokąd odsyłam: NH 2011 i wcześniejsze: ENH 2010.

BÉLA TARR 

Na festiwalu wrocławskim pokazał film już w Europie doceniony (Berlin, Srebrny Niedźwiedź). On sam wystąpił w roli mistrza (półtoragodzinny wykład w sekcji masterclass) i bohatera pamiętanej tu przez wielu retrospektywy z wcześniejszej edycji ENH. Kilka słów o Koniu turyńskim już napisałam (tu). Przypomnę: film czarno-biały, dwuipółgodzinny, rozgrywa się w zamkniętej przestrzeni (dolina, chata woźnicy i jego córki, drzewo, studnia, droga…), oparty na częstych repetycjach scen, które prowadzą ku nieuchronności. Rozgrywający się niemal w milczeniu dramat ludzi, którzy wszystko tracą i żyją w świecie, który utracił Boga (światło).

Podoba mi się jego zaproszenie na seans (piękny głos: niski, głęboki), którym rozprasza czające się na sali napięcie oczekiwania. Mówi, by zawierzyć oczom, nie szukać symboli i wymyślnych interpretacji.

Ktoś pyta reżysera, dlaczego bohaterowie z takim mozołem pakują się i wyjeżdżają, by w następnym ujęciu powrócić… Tarr odpowiada: „Wszędzie jest mniej więcej tak samo. Nie warto znikąd uciekać.”

A propos inspiracji…
– Najbardziej lubię reżyserów, którzy mają własny język filmowy. Gdybyśmy zobaczyli kadr Federico Felliniego, nie wiedząc, kto go zrobił, szybko byśmy do tego doszli – z nim jest całkiem jak z Rembrandtem. Lubię takich reżyserów, którzy mają swoje widzenie świata.
  – Andriej Tarkowski?
– Jego też lubię, choć jest przesadnie religijny. U niego deszcz przynosi oczyszczenie, u nas deszcz tylko robi błoto. W tym błocie tkwimy po uszy.” (stąd)

Te słowa są symptomatyczne. Filmy Tarra są rozpoznawalne i raczej nie prześwietlone metafizycznym uniesieniem. Co wcale nie znaczy, że z niego wyzute.

” – Filmowe historie mają to do siebie, że chcą, abyśmy uwierzyli, że coś się dzieje. Ale przecież doskonale wiemy, że nic się nie dzieje. To tylko życie, które ciągnie się w niewyobrażalny sposób. Dzień za dniem. Ale przecież każdy dzień, pomimo swojej powtarzalności, przynosi nam coś nowego. Wie pan, co jest przeszywającego w upływie czasu? Że każdy kolejny dzień przybliża nas do śmierci. (…) Żadnych fajerwerków, wybuchów. Tylko niezauważalne przejście od istnienia do nieistnienia. To wszystko. Zostaje cisza.” (stąd)

Reżyser przyznaje, że bliskie są mu inspiracje malarskie. Ale niekoniecznie ze wskazaniem na konkretne dzieło, raczej to wszystko, co już kiedyś widzieliśmy i co w nas żyje, mniej lub bardziej świadomie. Choć akurat jeden obraz (Zmarły Chrystus Andrea Mantegni) przypomina się bardzo wprost.


KIM KI DUK

Kim Ki Duka wszyscy chyba pokochali. Może dlatego zwłaszcza, że odsłonił się w dokumencie autobiograficznym Arirang. To zapis jego samotności, czasu spędzonego w chatce na odludziu, w bardzo skromnych warunkach. Zaszył się tam dotknięty kryzysem, niemocą. Niektóre źródła podają (ale to delikatna sprawa, nie warto szafować przyczyną czyjejś depresji), że przyczyniła się do tego tragedia na planie filmowym. Odgrywano scenę śmierci przez powieszenie, aktorka omal nie zginęła…

Kim Ki Duk to wizytówka koreańskiego kina. Autor 15 filmów, z których najbardziej znane są chyba Pusty dom (2004) i Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna (2003). Filmowy samouk. Gdy w filmie (Arirang)sam przeprowadza ze sobą wywiad (zabawny) i pyta Kim Ki Duk Kim Ki Duka, czym jest sztuka, dlaczego się nią zajmuje, skąd cierpienie…, to odpowiedzi są proste i brzmią naprawdę szczerze. Arirang to nazwa koreańskich pieśni, wyśpiewywanych, gdy duszę spowija smutek i melancholia. Kim Ki Duk wyśpiewuje w filmie (płacząc) dwie z nich. Co więcej: śpiewa również dla nas po seansie. Ale wierzę, że tak jak mówi, uchwycił się na nowo nadziei i wraca z dogłębnych smutków do tworzenia.


ASGHAR FARHADI

Kolekcjoner berlińskich Niedźwiedzi: w tym roku złoty za Rozstanie, rok temu srebrny za Co wiesz o Elly. Mistrz kompozycji i ktoś, kto umie odbierać pytaniom moralnym jednoznaczność.

(A.F): ” …wszystko zależy od perspektywy widza. Niektórzy skoncentrują się na emocjonalnej stronie Rozstania, inni zwrócą uwagę na socjologiczny wymiar mojego filmu. Najważniejsze było dla mnie jednak pokazanie wszystkim, że kino irańskie nie ma tylko jednego oblicza. Że potrafimy kręcić też inne filmy, które zaskoczą zachodnią publiczność nowym estetycznym podejściem.”

– Nie wszyscy zwrócili uwagę, że Rozstanie jest też świetnie napisanym filmem. W scenariuszu musiał Pan połączyć skomplikowane losy wielu bohaterów. Od czego rozpoczyna Pan tworzenie filmowych historii?

(A.F): – Trudno mi mówić o metodach pisania filmu, ponieważ najczęściej jest to długotrwały proces. Najczęściej wychodzę od jednej, inicjującej sceny – w przypadku Rozstania był to obraz mężczyzny myjącego chorego ojca. Potem staram się rozbudowywać historię, dodając nowe elementy. Całość przypomina jednak układanie puzzli, które muszę skonstruować z mini historii.” Więcej: Tu.


URSZULA ANTONIAK

Odważna babka. Bezkompromisowa i chyba ze skłonnością do szarżowania w jeździe bez trzymanki. Same atuty. Oglądasz jej film i nie wydaje mi się, by po seansie mógł szybko wyparować. Będzie drążył. Polka reżyserująca w Holandii. Zaistniała filmem Nic osobistego (ja przegapiłam…), we Wrocławiu pokazała Code blue.

„Nie sądzę, żeby ten film był bardziej kontrowersyjny niż wiele innych pokazywanych w Cannes. Budzi silne reakcje, ponieważ w bardzo poważny sposób dotyka bardzo poważnych tematów takich jak śmierć, samotność czy seksualność. Widzowie przyzwyczajeni do tego, że ich się w kinie ochrania i prowadzi za rękę, mogą się poczuć rzuceni na głęboką wodę. Nie mają już tylko oglądać, muszą przeżywać. Moim zdaniem jednak jeśli reżyser podejmuje ryzyko, ma prawo do tego samego zaprosić publiczność.”

Tak odpowiada na pytanie o aurę skandalu wytworzoną wokół filmu w Cannes. Podobno organizatorzy (chcąc zapewne być poza wszelkim podejrzeniem) wywieszali w miejscu projekcji informację: „Ten film może zranić twoje uczucia”. Paranoja. (Wypowiedź pochodzi stąd)


LECH MAJEWSKI

A poniższe zdjęcie to naprawdę… trafione w dziesiątkę i lekko ironiczne jakby. ;) Aureolka, mentorski palec, postawa mistrza…
Majewski, czyli Młyn i krzyż, czyli opowieść o obrazie Breugla Droga krzyżowa. I o tym, co zdarzyło się chwilę przed i po. I o artyście, który tworzy obraz niczym Bóg wszechświat. Film piękny, niesamowity wizualnie, imitujący XVI-wieczne płótno, że aż nie do wiary, ile w nim życia. Majewski-reżyser, Majewski-malarz, Majewski-sztukmistrz najnowocześniejszej technologii i wreszcie Majewski-gawędziarz, który po projekcji rzucał czary na zasłuchaną widownię.

„Idiociejemy.” Tak najkrócej diagnozuje stan naszych dusz, umysłów i działań twórczych. A zidiocenie widać tym wyraźniej, im niżej pochylimy się nad dziełami dawnych mistrzów. Odkrywanie Breugla to przygoda wielu lat. Sięga młodości Majewskiego, czasów, gdy wyruszał latem w podróż do wuja w Wenecji (przesiadka w Wiedniu, czas na odwiedziny w muzeum!). I kilka lat gruntownej analizy, poprzedzającej tworzenie filmu. Wierzę na słowo – a słowo było pełne pasji – że maestria Breugla przerasta naszą wyobraźnię.

Zaciekawił mnie Breugel-kolekcjoner twarzy, wyszukiwacz przeróżnych typów fizjonomicznych, które mają już przypisaną opowieść. Zupełnie jak Fellini – zauważa Majewski.

Najwięcej zabawy pojawia się, gdy snuje anegdoty o aktorach. Mniej o Michaelu Yorku (gra zleceniodawcę obrazu), bo to nic-dodać-nic-ująć angielski dżentelman. Ale Charlotta Rampling, niczym bezpretensjonalna księżniczka, zamknięta w swoim twórczym świecie (a tworząca bez przerwy, jak nie rolę, to wiersze) a zarazem gotowa poświęcić królewskie zaproszenie, by być do dyspozycji przy dogrywkach. Ktoś, kogo chciałoby się poznać, ale onieśmielenie blokowałoby mowę. Charlotta grała Marię. Jak odmiennie w zestawieniu z rolą matki Justine i Claire w Melancholii von Triera.

Za to istnym bratem-łatą okazał się odtwórca postaci malarza, Rutger Hauer. Jego menedżerowie stawiają kosmiczne warunki, a on brata się ze statystami, tarza w trawie i bawi grą jak nowicjusz.

Kto film widział, ten pamięta pewnie scenę z pajęczyną. Filmowy Breugel obserwuje pająka snującego sieć, dotyka go patykiem, podpatruje tworzenie. Bo sam niczym pająk – jak mówi – zamierza zaplatać sieć i łączyć w całość nitki. Majewski sięga po nowoczesne technologie (CGI) i również pajęczyna jest generowana komputerowo. Początkowo zbyt idealna, później „psuta” na wzór prawdziwej. Kto inny majstruje sieć, kto inny nakłada rosę, inny tworzy pająka.
Pająk wyszedł przepięknie, ale konstruktor animując jego ruch napotkał zagwozdkę. 

– Z której nogi rusza pająk? Tyle trudu, aż żal, by jakiś znawca stawonogów miał pretekst do zakwestionowania jego poczynań.

Telefony do „pajęczakologów” niewiele dają. Nikt nie wie. Na planie rodzi się myśl, by sprawdzić drogą obserwacji. Pająki ze strychu poddawane są testom… i trajektoria ruchu, a wraz z nią fundamentalne pytanie: z której nogi?! pozostaje kwestią otwartą. Z dowolnej. :)

Reklamy

23 thoughts on “wędrówka pająka

  1. Ewa

    Podziwiam umiejętność sporządzania długich wpisów. Przy pisaniu, bez ograniczenia ramką posta, muszę czasem wręcz powściągać wenę. Ramka mnie dziwnie ogranicza.
    Twój post wbrew temu co sądzisz, długość ma idealną. Po prostu; gdy zacznie się czytać pozostaje dostateczna ilość tekstu do przeczytania.
    Te rozmowy-wynurzenia twórców; jakoś im specjalnie nie wierzę. „Nie mają już tylko oglądać, muszą przeżywać”. To oczywiste, każdy widz „przeżywa”. Nawet gdy tylko złość, czy frustrację z powodu wybrania nietrafionego filmu.
    Nudzi też trochę pseudofilozofia z serii „wyważanie otwartych drzwi”. Czyż to niedoucy zaludniają sale NH? (każdy przeżyty dzień przybliża nas do śmierci).
    Te zarzuty nie dotyczą oczywiście ‚tamaryszka’. Piszesz interesująco i ze swadą. Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ewo, bardzo zgrabny komplement: „gdy się zacznie czytać, pozostaje dostateczna ilość tekstu do przeczytania.” Nie wpadłabym na taki walor, a to przecież pierwszorzędna sprawa. Tyle, oczywiście, że subiektywna. :)

      A co do wywiadów, do których sięgnęłam, to wybrałam twórców, którzy z różnych powodów wydają mi się interesujący. Jeśli to niedostatecznie jest widoczne w krótkim fragmencie, to być może wina braku kontekstu, zwłaszcza kontekstu tego, co tworzą (nie, co mówią). Z tej piątki: Farhadiego nie spotkałam osobiście, ale ma u mnie ogromny kredyt zaufania (i jako rzemieślnik – stąd cytat o sposobie sklejania mozaiki opowieści, i jako ktoś, kto ma ciekawy punkt widzenia), Majewski wydał mi się największym erudytą, artystą osobnym, pewnym swej wartości, ale na szczęście nie bufoniastym (sporo anegdot).

      Dalej: Antoniak zrobiła na mnie wrażenie artystki bardzo mocno (całą sobą) wchodzącej w temat, niebojącej się przekraczać granice. Może zabrzmiał Ci ten cytat mdło, nie dość odkrywczo… Ale Code blue opowiada o dziwnej historii (nie napiszę o nim, bo to dla mnie najtrudniejszy tytuł do skomentowania) i naprawdę siedzi w widzu. Samotność, śmierć, seksualność. Dyskutowało się o tym filmie. I rzeczywiście reżyser nie prowadzi za rączkę, nie wskazuje palcem mety. Pamiętam głosy odrzucające główną bohaterkę (patologiczna, okaleczona, wynaturzona…). Mnie się ona wydaje… jak to powiedzieć?… bliska? – to za mocno, nie utożsamiam się, ale pozostawiłabym ją zdecydowanie po stronie „normy”, tyle że chwilami bardzo bolącej, rozczarowującej.

      No i Bela Tarr… To jedyny jego film, jaki widziałam. Zrobił na mnie wrażenie, a zastanawiałam się przed seansem, czy aby nie znudzi. Pamiętam bardzo dobrze i wierzę, że jego filmy są rozpoznawalne, Koń turyński tchnie taką bezradnością trwania, skazaniem na przegraną. A naprawdę wcale nie chcę wychwalać smutnych filmów, dlatego że smutne. Wyjątkowy film.
      Słuchałam wywiadu z T. na You tubie i padło pytanie, czy denerwuje go coś w komentarzach do jego filmów. Odpowiedział, że to jest tak, że dobrze zrobiony film ma tylko kilka dopuszczalnych interpretacji, dość do siebie zbliżonych. Jeśli interpretacji jest wiele, tak od sasa do lasa, to coś reżyserowi nie wyszło. Opowieść powinna budzić taki odbiór, jaki reżyser zamierzył. I myślę, że to jest sensowna wypowiedź.
      Kim Ki Duk natomiast emanował, z całej tej piątki, największą prostotą, taką aż do granic odsłaniania się przed światem. W sumie to też jest szarżowanie, tak się odsłonić jak on w Arirang….

  2. ksiazkowiec

    Przeczytałam. Ale dziś horrory na blogach! A to fizyka, a to pająki! Zazdroszczę spotkań z dobrymi filmami. Ja dziesiątej muzie odpuszczam.:)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Bogusiu, w takim razie podziwiam, że Cię pająk nie odstraszył i w ogóle, że na X muzę masz cierpliwość (nawet jeśli odpuszczasz). :)
      To już ostatni nowohoryzontowy wpis (też odpuszczam, bo miał być jeszcze Moretti i jego Habemus papam – o depresji papieża na wesoło i z refleksją). Tak więc może się zdarzyć, że otrząsnę się z filmów i napiszę coś o książkach. :)

  3. liritio

    Miałam przeczytać na raty, jak sugerujesz na początku, ale jednym ciągiem poszło bez problemu, koniec przedwcześnie zaskoczył :)
    Nie lubię festiwali, za dużo ludzi. Idiotycznie, że piszę to ja, skoro w tłumie życie spędzam. Ale w mniejszym tłumie :) Festiwali nie lubię, podobnie nie lubię koncertów, za to wrażenia z festiwali czytam chętnie.

    Rutger Hauer, dobry aktor. Film o Bruegelu chętnie bym zobaczyła, lubię go odkąd moja matka mi opowiadała różne historie (ona o sztuce wie sporo, taki zawód), m. in. (może znany fakt i niepotrzebnie powtarzam? jest ryzyko…) jakoby Bruegel lubił patrzeć na świat do góry nogami (znaczy łamiąc się w pół i patrząc między nogami). Z jego obrazów niezbicie wynika, że w taki czy inny sposób odmienną perspektywę łapał, bowiem są niesamowite i dziwaczne, to niewątpliwie.
    A skoro jeszcze pająki badali, szkoda przeoczyć… Taka kwestia, z której nogi rusza pająk, niby nic, a tu proszę, jednak istotne :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Breugel ma widać swych wielbicieli, a przynajmniej takich, co to są zainteresowani. :) O tym oglądaniu świata „do góry nogami” nie słyszałam…:)
      Natomiast obraz, który jest bohaterem filmu (Breugel tylko pośrednio) namalowany został bodajże w siedmiu perspektywach (wykluczające się wzajemnie, ale zespolone dają efekt „podróży oka”). Jak to się robi, to już pytanie do B. albo do Lecha Majewskiego, który gruntownie przestudiował każdy milimetr Drogi krzyżowej – a na użytek filmu nawet podrobił dwa Breuglowskie drzewa, ponoć.

      Film dla miłośników malarstwa. Również dla amatorów przeniesienia się w obraz…. A swoją drogą… pomyślę, w który obraz sama bym weszła, gdyby można było tak na pstryknięcie. Do dawnych mistrzów na pewno ciekawie, bo przygoda może mieć więcej warstw. A taka wyprawa w Picassa grozi nabraniem kubistycznych kształtów, co to niebezpieczne odrobinkę. Pomyślę.
      A Ty, Liritio? W co byś weszła? Gdybym miała zgadywać, to albo do Pierrotów Andre Deraina albo… w filmowy obraz z Lauren Bacall (najpewniej!).

      Ja tymczasem mam potyczki z Muszkieterami i chyba polegnę… na polu literackim. Ale że nie można pozwolić, by Richelieu (vel Balcan jeśli w przeróbce Pereza-Reverte`a) dominował, to jutro dam radę.
      A przy okazji wyjaśnię, ufff.
      Pozdrawiam!

  4. liritio

    Pomyśl, na pewno takie Cię wnioski opadną, na temat obrazu, w który byś weszła, że padnę z wrażenia :)
    Chociaż w obraz Picassa… Oj nie. I na pewno nic średniowiecznego!
    Do Deraina, może faktycznie? Ciągnęło mnie zawsze do bycia arlekinem. Do filmów bym się raczej nie pchała, Bacall mogę z daleka oglądać i na tym poprzestanę :)
    A najpewniej wylądowałam bym w „Nighthawks” Hoppera, żeby odnaleźć się w naturalnym środowisku :)

    A wyjaśnień ciekawa jestem, szczególnie, że pewności mi brak czy czytasz Dumasa czy Pereza-Reverte. „Klub Dumas” to jedna z moich „zaczytanych” książek, jeżeli z nią byś miała przegrywać, tym bardziej ciekawa byłabym opinii, zapewne diametralnie różnej, niż moja :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Dumas lekki i zabawny. Perez-Reverte świetny! Czytałam właśnie po raz kolejny. Obejrzałam Dziewiąte wrota Polańskiego. Wszystko ok. Ale piszę tekst o tych trzech historiach naraz i drę kartki (wirtualne). Wciąż źle zaczynam i jak ta paskudna Penelopa, muszę pruć.

  5. Logos Amicus

    „Bo film oglądany po dniu obrosłym w codzienny pośpiech, czasem do ostatnich kadrów walczy z projekcją osobistych emocji widza.”

    Dla tego jednego zdania warto było przeczytać Twój tekst!
    Żartuję ;)

    A tekst, jak zwykle świetny, zilustrowany na dodatek rewelacyjnymi zdjęciami.

    Najbardziej kusi mnie Urszula Antoniak (no dobrze: jej film) i Farhadi (znakomity nie tylko reżyser, ale i scenarzysta… co zresztą nie dziwi, bo o ile dobrze sobie przypominam, to zaczynał on od pisania sztuk teatralnych). Wszystkie jego filmy trafiają na Międzynarodowy Festiwal Filmowy do Chicago (stąd je znam). Mam nadzieję, że i najnowsze „Rozstanie” tu trafi.

    Karierę Lecha Majewskego śledzę już od dawna (co najmniej od wywiadu jaki z nim przeprowadziłem w 1993 roku). Czekam na jego „Młyn i krzyż” z utęsknieniem tym większym, że i ja bardzo lubię Breugela.
    (A cytat z Majewskiego „idiociejemy” to jakby – pisz wymaluj – motto moich ostatnich wpisów o sztuce współczesnej… której, jak widzę, za bardzo nie chcesz komentować ;) )

    Nie wiem, czy Bela Tarr by mnie przekonał swoimi filmami, bo już jego komunał: „To tylko życie, które ciągnie się w niewyobrażalny sposób. Dzień za dniem. Ale przecież każdy dzień, pomimo swojej powtarzalności, przynosi nam coś nowego. Wie pan, co jest przeszywającego w upływie czasu? Że każdy kolejny dzień przybliża nas do śmierci. (…) Żadnych fajerwerków, wybuchów. Tylko niezauważalne przejście od istnienia do nieistnienia. To wszystko. Zostaje cisza.” przyprawia mnie o lekkie (na szczęście) mdłości.

    Masz rację: filmy na festiwalach ogląda się inaczej niż na co dzień (w końcu „festiwal” znaczy świętowanie). Ale „na co dzień” też przecież wcale nie musi oglądać się źle.

    Pozdrawiam

    Odpowiedz
  6. tamaryszek Autor wpisu

    @ Liritio,
    bardzo liczę na Twoją lekturę i komentarz. :) Tekst ukaże się w najbliższym numerze Archipelagu. Na blog trafią może ścinki i wiórki. Na pewno jeszcze przed premierą Trzech muszkieterów Andersona. :)

    @ Logosie,
    dzięki za tropienie zdań. Za to, że wybierasz te udatniejsze, a nie z podwiniętą nóżką.:)
    Tak po cichu czekałam, czy ktoś zauważy zdjęcia. Zwłaszcza twarzową fotkę Kim Ki Duka. ;)
    Odsyłam do strony fotografów, zdjęcia naprawdę pomysłowe: a to reżyser w wannie, a to reżyserka z szynką na oczach. Udziwnienia bardzo sensowne.

    Nikt natomiast nie reaguje na film z motocyklistą. Mnie się podobał, ale bawi mnie początek recenzji. Przeczytałam ją przed seansem, więc gdy tak nikł motorek na horyzoncie (po – powiedzmy – dwóch minutach, to miałam ubaw, oczekując, że za chwilę znów wypłynie etc). Pierwsze słowa padają po kwadransie.

    Oj, ciekawie! Wywiad z Majewskim! Można gdzieś przeczytać, chociaż fragmenty?
    A znasz tekst Asi z Archipelagu? Moim zdaniem bardzo dobry. Ona do duetu Breugel – Majewski – dodaje esej Gibsona, który jest pośrodku, od niego zaczęło się tworzenie filmu. Wiedza, jaką Majewski ma o sztuce budzi szacunek. To wymaga takiej niedzisiejszej (? może nie do końca) cierpliwości, uporu i pasji.
    Pajączek, który nie wiadomo, z której nóżki rusza, to żartobliwe exemplum drobiazgowości w komputerowych rekonstrukcjach.

    No nie wiem, dlaczego, ale na pewno jeszcze skomentuję. Może trochę po czasie.
    pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. Logos Amicus

      Wywiad z Majewskim był opublikowany w dwóch chicagowskich pismach – pewnie gdzieś tam spoczywa na dnie w moich papierzyskach.
      A tak w ogóle, to chciałbym kiedyś powspominać sobie na blogu moje niegdysiejsze wywiady, (których zebrało by się pewnie z pół setki) – i myślę, że jakiś fragment Majewskiego też by się w tym wszystkim znalazł, bo gość ciekawe rzeczy mówi, jak sama zresztą słyszałaś.

      Pozdrawiam

    2. tamaryszek Autor wpisu

      Świetny pomysł, by to odkurzyć i z dna papierzysk wydobyć na ekran. Z wielu powodów. Pierwszy (i zasadniczy) to sama rozmowa. (Pozostaniesz w niej jako Logos czy ujawnisz personalia?) Druga sprawa to upływ czasu. Czasem jakieś pięć lat robi dużą różnicę – co innego się akcentuje, no i słowa padają zanim stanie się coś, co już się stało (np. przed powstaniem kolejnego dzieła itp).
      Uruchamiaj ten cykl! No i widzisz: dni zabraknie, by opisać wszystkie projekty. :)

  7. Logos Amicus

    Nie chcialbym nikogo katowac cyklem moich odgrzewanych wywiadow. Mysle o jakim ogolnym tekscie „wspominakowym”. Poza tym, kiedy je przeprowadzalem, to bylem jeszcze zupelnie „nieopierzony”, wiec chyba musialbym sie teraz nieco za nie wstydzic ;)

    PS. Do moich „personaliow” stosunkowo latwo trafic – zadna tajemnica :)

    Pozdrawiam (z Meksyku).

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Meksyk! I pewnie przy drodze rosną kaktusy? … A tu topole i jarzębiny.
      No, najpewniej tak to spreparujesz, że będzie świeżo. „Nieopierzony” Logos to też dobry pomysł. Gdy Ci zabraknie zaczepnych komentarzy, będzie jak znalazł. Ale ostatnio masz do nich szczęście. Myślę o tej wymianie zdań nt. konceptów (konceptualizmu). Zaczynam rozumieć dlaczego dzisiejsza matura polega w 1/3 na sprawdzaniu umiejętności czytania ze zrozumieniem. ;)

      Personaliów jeszcze nie odkryłam.
      pozdrawiam!

  8. katasia_k

    Tamaryszku, potwierdzam, ze ostrzezenia przed (niesamowitym) filmem Antoniak wisialy w Palais Stéphanie, gdzie odbywala sie projekcja. udalo mi sie nawet uwiecznic jedno z nich na zdjeciu :)

    http://lesvoyages.blox.pl/2011/05/Kino-w-Cannes-Udreczone-cialo.html

    Tymczasem w tym samym budynku pokazywano wiele innych filmow, ktore mogly zranic i urazic, a ktore nie mialy tych samych walorow artystycznych, wiec naprawde nie rozumiem, czym „Code Blue” tak podpadl organizatorom.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ojej, przeczytałam Twoją notkę… widziałaś Code blue! Na mnie też zrobił ogromne wrażenie. Teraz gdy mi się przypomina, to myślę (z bólem, ten film naprawdę boli) o tej kolekcji przedmiotów, które jej zostawały po zmarłych – takie atrapy relacji, coś co można uporządkować, kontrolować, w czym przecież nie ma prawdziwych ludzi. Mocna jest scena intymna między Marian i Konradem. Ta skrajność – że z jednej strony godzi się na coś ostrego (?), poniżającego, a z drugiej strony wyrzuca z siebie jakieś romantyczne słowa o bliskości. Zresztą: zapowiedzią tego jest seans filmów z wypożyczalni: Doktor Żywago i film porno. Aktorka przedziwnie chłodna.

      Film mocny, ale przecież zupełnie nie w ten sposób, by przed nim ostrzegać. Kuriozalne te ogłoszenia. Świetnie, że uwieczniłaś!

    2. katasia_k

      Zauwazylas pewnie, ze nie potrafilam napisac o tym filmie wiecej niz kilka zdan – brutalnosc jego przekazu w polaczeniu z niezwykla precyzja i chlodem kadrow (chcialoby sie powiedziec, ze przypominaja czasem obrazy niderlandzkich mistrzow) odebraly mi glos. Naprawde uwazam, ze ten film powinien trafic do szerszej dystrybucji i, ze kazdy powinien go zobaczyc. W tym roku bardziej od „Code Blue” podobalo mi sie tylko „Rozstanie” Fahradiego.
      Marion jest przerazajaca, smutna, a jednoczesnie – jak sama napisalas – jesli nie bliska, to jednak „normalna.” Czy we wspolczesnych miastach naprawde nie ma osob, ktore zyja tak jak ona?
      Koncowa scene z Konradem odebralam troche jako dowod na to, ze osoby, ktore tak dlugo zyly w samotnosci – majace za cala wiedze o zyciu uczuciowym i erotycznym filmy porno i melodramaty – nie moga „zagrac” razem. Kazde zamyka sie w swojej fantazji i nawet akt seksualny, ktory powinien laczyc ludzi, staje sie przerazliwie samotny.

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Katasiu, bardzo przejmujący ten Twój komentarz, bardzo trafiony. Naprawdę cieszę się, że to napisałaś, bo świetnie rozumiem, jak trudno o Code blue pisać. I wszystkie emocje Marion można współodczuwać. Wydaje mi się, że to nie ma nic wspólnego z tym, czy ktoś się z nią identyfikuje (trudno to sobie wyobrazić) czy też jest jej zaprzeczeniem. Ona odsłania się tak, że już jest Tobą i mną, każdym, kto w tym seansie uczestniczy. Niesamowita Antoniak. Na pewno postaram się zobaczyć jej pierwszy film (Nic osobistego).

  9. szwedzkiereminiscencje

    nareszcie mam czas przeczytac calosc wpisu – renée – i tak:

    – zdjecia rzeczywiscie niesamowite. oddajace osobowosc?
    – wylamie sie i powiem, ze we mnie tekst beli t wszedl jak w beke miodu. uwazam, ze ma racje – tez tak to (=zycie) widze. zdziwily mnie wpisy od sprowokowanych
    – jak bylam w krakowie to filmu nie obejrzalam, bo akurat zdjeli z pory, kiedy moglam (nie zaluje, bo poszlam za to do podziemi rynku). szczególnie, ze wczesniej widzialam wystawe majewskiego w narodowym – nota bene robila ja moja kolezanka,
    – uczestniczylam kiedys w spotkaniu z majewskim i horowitzem w ramach festiwalu kultury zydowskiej. majewski robil grafike albumu horowitza. i ja, idiotka, poszlam tylko do horowitza po wpis do albumu! potem pzreczytalam wywiad z majewskim i plulam sobie w brode, bo mi podobalo co robil i mówil!
    – charlotte rampling widzialam ostatnio w TV w filmie o kobietach w srednim wieku, jezdzacych na chlopców na karaiby. byla tam znakomita! ona zawsze gra takie zimne po wierzchu i miotane „zakazanymi” emocjami kobiety – dostaje na jej widok gesiej skórki
    – breughlów lubilam od zawsze – ich malunki sa jak ilustracje bajek braci grimm. zawsze sie zastanawialam JAK ludzie dawniej wygladali – a oni odpowiadali na moje pytanie. podobnie zreszta jak bosch

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      M., zdjęcia naprawdę pomysłowe. Myślę, że oddają osobowość. Zajrzyj do galerii (link na początku wpisu). Większość to reżyserzy, czasem aktorzy. Niektórzy poważni, inni wchodzą w grę z fotografem. Załączę jeszcze dwa: Kasi Adamik i Guro Bruusgaard (z szynką na oczach). Fot.Maciek Kulczyński i Rafał Placek:
      Kasia Adamik Guro Bruusgaard

      Charlotta Rampling rzeczywiście grywa charakterne kobitki. A tu: Maryja, jakby na przekór. Zabawna ta historyjka z autografem. Skoro już upolowałaś Horowitza, to puszczenie wolno takiego „okazu” (z całym szacunkiem) jak Majewski jest po prostu niewyobrażalne. ;)

      Bela Tarr smęci w pewnym sensie, ale prawdziwie. To niechciane „niedzianie się” albo przechodzenie z istnienia w nieistnienie, ot, tak niepostrzeżenie chwila po chwili…

  10. szwedzkiereminiscencje

    znakomite te portrety – obejrzalam teraz wszystkie

    glupia bylam, wiem. szczególnie, ze layout zrobilm horowitzowi fenomenalny. zas horowitz sie zestarzal – teraz nie takie rzeczy kazdy robi w photoshopie. tak na marginesie – robil tez „latajaca wode”, cos w rodzaju tego, co widac na ww.portretach – tylko, ze on to robil PRZED photoshopem

    tlumaczy mnie chyba tylko kraków i moja krakowskosc – horowitz to kuzyn ligockiej i polanskiego i wszystkie krakowianki do niego po pospis pobiegly. nie zaprezentowal nawet porzadnie majewskiego. ot, zycie!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Rany! To jest właśnie krakowskość (dla kogoś spoza): sami krewni!
      A ja myślę, że to nie jest fotomontaż, że nie w Photoshopie wymyślone.
      Ale nic to nie może odebrać Horowitzowi. To nie jest detronizacja. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s