słabe dobro

W lepszym świecie, reż. Susanne Bier, Dania, Szwecja 2010

Fajny film wczoraj widziałam…

Ale niezupełnie. Bo nie wczoraj, lecz we wtorek. I nie fajny, nie miły i nie familijny (choć o rodzinie), lecz taki, co wierzga i nie chce się ułożyć grzecznie do interpretacji. Ostatecznie stawiam sprawę następująco: gdy dobro jest słabe i bezradne, busola wariuje. Nie wiadomo, czym się kierować. I nawet jeśli jakimś cudem słabe dobro zasłuży na finalny deser, to gorzki posmak osadza się na podniebieniu. Właściwie deser jest tutaj niespodzianką, mogło go nie być, bo z nim jest trochę nadto.

Proszę bardzo: scena ze zdjęcia. Po prawej tata Eliasa, z lodami w ręce i topniejącym nastrojem dobrego samopoczucia. Młodszy synek pokłócił się o huśtawkę z innym chłopcem. On dzieci rozdzielił, ale spod ziemi wyrasta mu na drodze tata niesfornego brzdąca i okazuje się typem chamskim, bez pardonu wymierzającym mu policzek. Nie przebierając w słowach (cytuję!): dupek! On (czyli Anton, szlachetny lekarz, który przyjechał na przepustkę z afrykańskiej misji) uznaje draba za nieokrzesańca, żałosnego troglodytę, z którym nie będzie się mierzył. Ludzie nie powinni się bić. Wszystko należy wyjaśniać słowem. Kto uderza, ten słaby, etc.

Niestety, tylko on w ten sposób ocenia sytuację. Drab ma go za mięczaka, który nie umie oddać. A jego syn (w zielonej bluzie) czuje się rozczarowany, że tata tak po prostu spasował. Christian (chłopak po lewej), przyjaciel Eliasa, widzi to jeszcze ostrzej. Nienawidzi tych, którzy nie walczą do końca, głupim tłumaczeniem usprawiedliwiają swoją bierność i niemoc. Niedawno tak właśnie zachował się i jego ojciec: pozwolił umrzeć matce, nie walczył z rakiem z taką determinacją, jak według niego trzeba było. I jeszcze te interpretacje własnego tchórzostwa, powoływanie się na los, na zasady, na swoją słuszność.

To scena ze środka filmu. Wcześniej można zobaczyć, jak analogiczne sytuacje rozgrywają się w szkolnym mikroświecie, który – nie muszę chyba przekonywać – jest kroplą wody odbijającą makroświat. Elias jest systematycznie gnębiony przez szkolnego tępaka o mocnej pięści. Znosi to, bo fizycznie nie dałby mu rady, psychicznie również rozsypuje się coraz bardziej, zwłaszcza, że nikt z dorosłych nie jest w stanie zrobić nic sensownego, by przemoc powstrzymać. Dopiero pojawienie się w szkole Christiana przyniesie odmianę. Scena upokorzenia ojca jest dla Eliasa bolesna, przecież zna ten smak, może jego stężenie jest nawet silniejsze niż gdy sam zbierał baty.

Christian jest bohaterem pierwszoplanowym, głównym. Dawno nie oglądałam w kinie równie złożonej kreacji nastolatka (lat co najwyżej dwanaście). Ułożony, inteligentny, wrażliwy. Współczujący Eliasowi, potrafiący zaprzyjaźnić się z kimś, w kim inni widzą ofiarę losu. Bystry, przebiegły, silny (choć fizycznie kruchy, wystarczy spojrzeć). Sposób, w jaki rozprawia się ze szkolnym chuliganem budzi oczywiście opór. Ale i pełne zrozumienie dla radykalnego działania, gdy wszyscy święci czekają aż się zjawi deus ex machina. Byłam zaszokowana, ile w nim niezależności, zdania się na siebie samego, nieufności wobec dorosłych. Wierz lub nie, ale tak właśnie jest. Dzieci mają własne strategie, przenikliwe oceny sytuacji, świadomość, że jeśli nie zagrasz, jesteś przegrany na starcie.

Christian jest obrzydliwie okrutny, gdy zarzuca ojcu fałsz, podłość, obojętność wobec śmierci matki. Niesprawiedliwy – tak, jak tylko dziecko potrafi, z precyzją trafiania w każdy czuły punkt.

Wszystko, co wydarzy się dalej, po scenie spoliczkowania Antona, od której rozpoczęłam swój tekst, będzie jazdą bez trzymanki. Horrendalną, ale uzasadnioną, bo bezkompromisowość Christiana nie podlega już dyskusji.

Bardzo mi żal Szlachetnych Dorosłych. I wcale nie zmniejsza ten żal poczucia irytacji. Nie mogli zrobić dużo więcej. Byli dość uważni – z wyjątkiem tych momentów, kiedy padali ze zmęczenia. Proponowali rozmowy, wsparcie, swoją obecność. Jak mieli zareagować, skoro dzieci zbywały ich pytania zapewnieniem: „jest ok” albo kłamały, albo czuły się doroślejsze od nich i za nic nie dałyby się przekonać, że powinny działać ostrożnie.

Winić ich za to, że żyją w separacji? Że sami nie potrafią pozbierać się po odejściu partnera? Tak już jest. A oni naprawdę się starają.

I to irytuje najbardziej. Chcą dobrze, ale świat się ich intencjami nie wzrusza. Może powinni zaakceptować prawo pięści i do lamusa odłożyć delikatność i zasady.

Marianne (Trine Dyrholm) mogłaby być bardziej nieufna i uważniejsza na słowa, które mówi w emocjach. Claus (Ulrich Thomsen- świetny jak zawsze!) bardziej otwarty i bliski. Anton (Mikael Persbrandt) mógłby szybciej wyciągać wnioski z obserwacji afrykańskich psychopatów. Tymczasem oni są dobrzy, i słabi. I szkoda, że tak jest.

Finał łagodzi tragedię i niesie krzepiącą szansę na przyszłość. Niech będzie, ale nie wydaje mi się, by to było zwycięstwo mądrości. Ona  jest taka krucha i nieporadna.

Równolegle do wydarzeń w Danii rozgrywają się perypetie afrykańskie. Anton dzielnie i z uczuciem leczy tamtejsze dzieci, starców, matki… wszystkie kobiety z rozciętym brzuchem, które miejscowy tępak kaleczy, by pokazać, że ma władzę i by „zobaczyć seks od środka”. Dyskutować z przemocą? Nadstawiać policzki na zmianę, ratować poszkodowanych i bezradnie czekać aż pojawią się następni?

Oj, irytująca jest słabość dobra. Niepokojąca. Założyłaby raz bokserskie rękawice i rozstawiła drani po kątach, dając każdemu, co należne. Ja wiem, że Anton ma rację i tak nie wypada, ale takie wierzgające pomysły mnie nawiedzają.

Cieszę się, że Susanne Bier jest w dobrej formie i kręci filmy w Danii (a nie w Hollywood, jak jej rodaczka Lone Scherfig). Lubię skandynawskich aktorów. Tak zwyczajnie, na poziomie fizyczności, lubię ich twarze.

Advertisements

25 thoughts on “słabe dobro

  1. Maya

    O tak, masz rację, że ten film pozostawia widzowi mnóstwo możliwości interpretacji. Podczas oglądania nie mogłam zdecydować jak być powinno, żeby było dobrze, moje myśli miotały się raz w jedną, a raz w drugą stronę, co chwila zmieniła mi się ocena każdego z bohaterów.
    I nadal nie wiem …;).

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Mayu, i to jest przesądzające w moim pozytywnym nastawieniu do tego filmu. Tworzy dziwne napięcie, podenerwowanie, niejednoznaczność oceny. Spodziewałam się (oczekiwałam), że szlachetny pan doktor Anton będzie wyposażony w silniejsze pęknięcie. Zostają w pamięci jego błękitne oczy i dobry uśmiech, gdy rzuca piłkę biegnącym za autem afrykańskim dzieciom. Ale scena konfrontacji z nieokrzesanym mechanikiem bierze go w taki cudzysłów, że rekompensuje pierwotną krystaliczność. Może we własnym mniemaniu robi, co trzeba, ale żałosny jest tak samo jak przeciwnik.
      Nie mam przekonania co do zakończenia,ale i tak uważam, że to „prawdziwy” film.
      Dystrybucję miał chyba jakąś wybrakowaną. krótko był na ekranach.
      Nie to co Woody Allen, który jest wszędzie. Więc trudniej spotkać kogoś, kto widział (i do tego ma podobny odbiór).:)

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Monotemo, to by nie był czas stracony. ;)
      Nie za pan brat, ale bez niechęci? Czyżby powody techniczne? (czas, repertuar, odległość od kina?)
      Kilka zaprzyjaźnionych blogerek wyraźnie zaznacza, że z dużą rezerwą podchodzi do kina. Ostatnio zetknęłam się wręcz opinią, że kino irytuje i nie wytrzymuje porównania z książką, więc jest trywialne. Zupełnie nie rozumiem. Jako amatorka opowieści mam kino wśród „Ulubionych”.
      Życzę, by nadarzyła się okazja zobaczenia W lepszym świecie. :)

  2. szwedzkiereminiscencje

    renée – to akurat widzialam wiosna i czy ja wiem? mnie bier nie przekonala. po mojemu robila lepsze filmy z poczatku, zanim jeszcze pojechalamdo hollywood (things we lost in the fire), jeszcza za czasów malzenstwa z philipem zandénem. i jak jeszcze nie zaczela zbawiac swiata, z czym zaczela juz w „efter bröllopet”. aktorzy rzeczywiscie swietni: thomsen to mój dunski ulubieniec (wspanialy w „arvet”!), zawsze godny zaufania persbrandt (choc lepszy bywa jako lobuz albo robotnik) i zupelnie nieziemski chlopczyk grajacy eliasa. ale sceny z afryki sa dla mnie szalenie naiwne – jak siew idzialo np. blood diamonds etc. to trudnoa zaakceptowac taki plaski wizerunek. relacje sa na pewno mocna strona suzanne – fajnie by bylo jakby poszla raczej glebiej w te strone

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      M., Ty to masz bliżej do duńsko-szwedzkiego kina…
      To trzeci film Susanne Bier, który widziałam. Po świetnych „Braciach” i „Tuż po weselu”. Te wcześniejsze chętnie też bym obejrzała. Mówisz, że „zbawia świat”? To nie brzmi dobrze. Ale tu nie jest tak źle, bo ja nie przyjmuję do wiadomości przesłania z cukrem. Jest goryczka.
      Napisałam o tym, co mi się podobało. Starając się nie odsłaniać zanadto. Teraz pomyślałam, że gdybym zaczęła pisać od nowa, to byłoby o Eliasie. Dobry dobór aktorów – nie tylko że grali świetnie, to jeszcze niesamowitą mają wizualność. Elias -Szczurek przede wszystkim.
      Ja też jestem fanką Thomsena!
      Co mi się podobało mniej:
      Tytuł. Taki roboczy i pretensjonalny lekko.
      Afryka, masz rację, jest potraktowana instrumentalnie. A przynajmniej ja tak ją odbierałam. Naprawdę interesujące było dla mnie to, co rozgrywa się w Danii. Obrazki z Kenii (tam kręcono) odbieram jako dopowiedzenie, analogię do tego, co dzieje się w cywilizowanej Skandynawii. I jako zagęszczenie problemu. Potworność Wielkoluda jest porażająca, a dylematy Antona jak reagować na mordercę – znów mimo wszystko naiwne. Ale Afryka została chyba wynajęta w roli tła…? I nie ma się odsłaniać nazbyt skomplikowanie…?
      I ja bym jednak powstrzymywała się przed obrazem sielanki małżeńskiej po separacji.

  3. czara

    A ja właśnie dzisiaj zastanawiałam się co z Tobą i gdzie nowe notki :) Chętnie obejrzę ten film, przy pierwszej okazji, kieruje się bez wahania Twoimi rekomendacjami (mam na półce Jumpę Lahiri, zgadnij dlaczego.)

    Odpowiedz
  4. tamaryszek Autor wpisu

    Czaro, mam jakiś nadmiar wszystkiego. Nie wiem, co przełożyć na Nigdy, co przesunąć o trochę, co robić natychmiast. Notka powstała całkiem przypadkiem, trochę w ucieczce przed czym innym.
    A dlaczego masz Jumpę Lahiri? No myślę, że ze względu na jej urodę. Czyż nie? Ewentualnie gabaryty książki mogły być kuszące i dopasowane do półki…;)

    Odpowiedz
    1. czara

      Nie, zdecydowanie nie ze względu na gabaryty i urodę. Po pierwsze jest gruba i ciężka, mało mobilna więc moja torba cięższa niż zawsze, po drugie – nieciekawa okładka. Ale czyta się i wciąga. To „Nieoswojona ziemia” – opowiadania, historie dzieci bengalskich imigrantów. Ale jako że jestem świeżo po lekturze Buddy z przedmieść Hanifa Kureishi więc powoli czuję przesyt tematem ;)
      Co do Susanne Bier widziałam jakiś czas temu jej film „Przed weselem” (hm… czy to też nie Ty mi poleciłaś go?) i całkiem mi się podobał, zatem i „W lepszym świecie” dopisuję do listy.

    2. tamaryszek Autor wpisu

      Czaro, no tak: co za dużo, to brzuch boli. Ja do Jhumpy Lahiri właśnie wróciłam. Ale robiłam sobie przerwy. Zaczęłam od Nieoswojonej…, potem Imiennik. Teraz Tłumacz chorób.
      Więc znów będę o niej pisać. Bo nie mogę nie pisać, skoro mi nie obojętna. Wiesz, właściwie to da się ją czytać nawet w oderwaniu od tematów emigracyjnych. Dobrze opisuje relacje.
      Nie napisałam w pierwszym komentarzu, ale dopiszę, że cieszę się, że się z moim zdaniem liczysz. Czaro, dla mnie Pomarańcze są jak okno, nie tylko na Paryż. :))

  5. szwedzkiereminiscencje

    masz racje – wlasnie sie zreflektowalam, ze na ukazanie afryki patrze ze swojego podwórka – mnie podejscie Se do trzeciego swiata denerwuje, bo sprowadza sie do zbierania pieniedzy, samozadowolenia i ewentualnie do importowania mlodych facetów. mimo fantastycznych reportazy (typ: francuskich) nie ma refleksji i panuje hipokryzja – uwazaja sie za zbawców, a eksploatuja kontynent (minister bild ma chyba nadal akcje w lundin oil itp). zdecydowanie bardziej podobala mi sie prezentacji afryki w filmie z isabelle huppert – tylko jaki to byl tytul? nawet pozegnanie z afryka byla parwdziwsze – jak dla mnie

    co do tytulu to w oryginale i po szwedzku byla „zemsta”. „efter bröloppet” to „po weselu”

    bier zrobla fanatystyczna komedie „älskar dig för evigt” i to byl bardziej jej genre niz te smiertelnie powazne tematy. a przedstawienie relacji po mojemu NIE j reprezentatywne dla skandynawii – moze to mial byc raj, ale wyczuwam falsz. natomiast szkola i relacje rodzice-dzieci sa oddane b dobrze

    acha, a persbrandt to najbardziej seksowny aktor szwedzkiego kina. teraz podobno go zauwazono zagranica – zobaczymy czy cos dobrego dla niego z tego wyniknie (zazwyczaj nie wynika)

    dobranocka \ m

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Oryginalny tytuł jest dużo lepszy. No ale w Polsce Zemsta zarezerwowana jest dla Fredry. ;)
      Dałaś mi do myślenia tym, że Bier trąci misją, że niby w zamierzeniu Skandynawia (chybionym) rajem… Zamierzeń nie znam. Ale jestem dość oporna na dydaktyzm i dobrych ludzi w obrazie filmowym. Ja przez większość filmu czułam dystans wobec „szlachetności” dorosłych. Przecież była koślawa, nie chroniła przed niczym, przeradzała się w megalomanię. Nie na tyle, bym miała ochotę krytykować dorosłych bohaterów. Ale wystarczająco, by mieć dyskomfort w oglądaniu ślepoty i bycia „obok”.
      Tak, najlepsze te relacje. Ale tak jak Ty wyłapujesz niezgodności co do prawdy o SE, tak ja szczerze się krzywię, gdy widzę miotających się nauczycieli, odległych od życia i kompletnie nieprzydatnych tam, gdzie mogliby coś zrobić. Odpuszczam. Bo tu naprawdę trudno mnie zadowolić, a ostatecznie film jest nie o nich.

  6. Ewa

    Dobry film z cyklu :dla tych co nie śpią w nocy (02:07). Sama nie wiem, dawać w ten pysk czy nie. Też często mam ochotę ale nie daję. Choć jestem z tych reagujących, wbrew rozsądkowi oczywiście. Bo naród u nas (zbyt często) dziki i zamroczony, reakcja może skończyć się „anastezjologią”. Jak dzieci chować i dawać im wzory też nie wiem, mimo że odchowałam swoje. Bywają waleczne, ale czy we właściwym miejscu i czasie. Nic nie wiem, okazuje się. Nie łatwo być homo sapiens, z naciskiem na sapiens, gdy przychodzi ‚dać nogę’ przed agresorem.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ewo, nocny marek z Ciebie! I to nie jednorazowo, zazwyczaj buszujesz w Necie ciemną nocą. Może wtedy jaśniej się widzi? Bo bardzo mnie przekonuje Twoje wyznanie: „Nic nie wiem, okazuje się.” Zgadza się. Oczywiście, w odniesieniu do mnie. Jeśli się zastanowić, to niewiele wiem. Więcej nie wiem, niż wiem.
      Jedyna nadzieja w tym, że lepiej nie wiedzieć, niż wiedzieć głupoty.
      No nie można dawać w pysk, bo uderzysz raz i już jesteś bokser. Ale przemawianie do tępaka też mija się z celem. Absolutne rozdroże, bez drogowskazu.

  7. katasia_k

    @Szwedzkiereminiscencje – ten film z Isabelle Huppert to pewnie „White Material”, przedziwny (wspolautorka scenariusza jest pisarka Marie Ndiaye i w filmie czuje sie moim zdaniem dusznosc jej prozy) i niepokojacy.

    @Tamaryszku, film mial kiepska recenzje w „Le Monde”, wiec nie poszlam na niego, kiedy grano go we francuskich kinach, teraz widze, ze moze nieslusznie. Na pewno nie przegapie go, jesli pojawi sie w Canal+ (a na 90% sie pojawi :))

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Katasiu, mnie zaintrygował. Aurą, równoległym światem doświadczeń obu chłopców (równoległym, niezależnym od świata dorosłych). W razie czego: uwagi Szwedzkich Reminiscencji naprostują moją aprobatę, której bynajmniej nie cofam.
      Nawet jeśli Le Monde ma rozbieżny ogląd. :))
      Telewizja ratuje sytuacje… no proszę, nie można przedwcześnie wieszać na niej psów. ;)
      Pozdrawiam

  8. szwedzkiereminiscencje

    tak j – dziekuje b za przypomnienie! rzeczywiscie, niemal musialam otworzyc drzwi na balkon ;-) ale huppert gra same zakrecone role, wiec nic „normalnego” sie nie spodziewalala. konflikt w afryce miedzy bialymi wlalscicielami a czarnymi mieszkancami nie moze zakonczyc sie dobrze: sprawiedliwosc j po stronie „aborygenów”, zas sercem (i rozumem) j sie za kochajacymi swój (?) kraj kolonizatorami

    jak to dobrze, ze jestesmy rozrzuceni po róznych krajach i mozemy sie wspomagac :-)

    Odpowiedz
  9. szwedzkiereminiscencje

    aaa, to ty jestes pedagog? oj, zawiodlaby cie chyba skandynawia. ludzie maja chmurne wyobrazenie, a tymczasem nauczyciele juz dawno abdykowali, uczniów na ogól nie lubia i sie ich czesto boja. a w ocenie dyrektora dydaktyka liczy sie najmniej. przy najmniejszym problemie wysyla sie dziecko z rodzicami na „ocene” u jakiegos nawiedzonego „specjalisty”. poza tym najwazniejsze, zeby rodzice nie zaskarzyli do sadu – kompletna paranoja. mobbing kwitnie, co zreszta bier plastycznie pokazala. wszyscy sa bebzradni i tylko sie przypatruja – zdaje sie to tez temat nowego filmu polanskiego

    moje zale do bier to pretensje zawiedzionego kochanka, bo to byla moja faworytka. uwazam, ze styl jej sie popsul po nieudanym flircie z hollywood – tak jakby od tej pory chciala zadowolic wszystkich (babskie?) i jej zadlo stracilo na ostrosci

    o filmie dyskutowalam kiedys z dyrektorem biblioteki, szwedem z urodzenia. tez byl dosc zawiedziony i wychwalal glównie „szczurka”. skandynawia uwaza, ze j sumieniem swiata, a tymczasem zle traktuje swoje mniejszosci – to juz moja uwaga

    mam nadzieje, ze bier wróci do komedii, bo byla tam zdecydowanie lepsza

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Oj, ból brzucha, ojojoj! Nie mogę słuchać o systemie oświaty. Nigdzie nie działa dobrze. Taka karma, chyba.
      Trzymam się zasady: ja to jestem ja. Potem dopiero role społeczne.
      Skandynawia to przedziwny kawał świata (chciałam rzec: skrawek, ale połać rozległa;)). Ciekawi mnie.
      I bardzo chętnie obejrzałabym jakąś komedię Susanne Bier. Ale wgląd w filmografię wykazuje, że wiele tytułów ma tylko duńską wersję językową, więc są pewnie niedostępne.
      Może telewizja coś kiedyś zaradzi.
      Szczurek i Claus (Thomsen) są szczególni, bo mniej klarowni. Szczurek się boi, ulega, jest odrzucony…a zarazem cudny, błyskotliwy (choć nie bystrzacha), dobry, nawet jeśli narusza reguły. A Claus – nie wiadomo. Dla mnie jakoś bardziej ok niż Anton.
      Wszyscy aktorzy bez zastrzeżeń. Wielkooka Marianne również. :)

  10. Logos Amicus

    Lecz jeśli dobro jest słabe, to czy przydałyby mu się do czegokolwiek nakładanie bokserskich rękawic?
    Może bardziej skuteczny byłby jednak kałasznikow? ;)

    Takie „wierzgające” pomysły, by w imię dobra rozkwasić nosy złu, nawiedzają chyba nas wszystkich. Na szczęście, nie wszyscy z nas, na coś takiego się decydują ;)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Logosie, witaj. Cosik dawno nie rozmawialiśmy, prawda? Ja już z wolna nadrabiam zaległości na Wizji (lokalnej). Wir mnie wciągnął i ani pisać, ani czytać nie mogłam w normalnym rytmie.
      A tu sążnisty tekst o konflikcie izraelsko-palestyńskim. Ad rem wypowiedzieć się pod Twoim postem jest mi trudno. Bo temat jest dla mnie zbyt makro. Trudno coś niestronniczo a zarazem nie nazbyt ogólnie powiedzieć. Twój tekst prasowy, choć dostrzegający różne opcje widzenia, też jest jednak nachylony ku perspektywie palestyńskiej. Co jest o tyle uzasadnione, że publikowałeś w USA, a tam nadwyżka sympatii dla opcji symetrycznej.
      Jeśli cokolwiek stamtąd w ogóle można sobie w głowie poukładać, to najbardziej pomaga w tym sztuka. Bliski mi jest Amos Oz (reprezentuje Izrael, ale nakłania do kompromisu i przekonuje). Pisałam kiedyś o filmie Ajami, wyreżyserowany przed tandem reżyserski: Żyda i Araba. I to również przekonywało. Tyle że głównie do tego, iż sytuacja jest skomplikowana niczym węzeł gordyjski przypominający zwoje mózgowe fanatyków (parafraza Twojego zdania, of course).

      Wspominam o tym, bo konflikty wojenne stanowią memento do „wierzgających” pomysłów, by rozkwasić nos(y) tępakom. Tak, tak…. Bohaterowie filmu Bier, chcąc przestrzegać dialogu, umykając prowokacji zaczepnych choleryków – zachowują się jak trzeba.
      I tym bardziej, tym mocniej wkurza ich bezbronność. Wzór w skali globalnej. Unik w skali mikro.
      A rękawice bokserskie może nie gwarantują nokautu wroga, a nawet mogą go rozśmieszyć, ale przynajmniej rzucają się w oczy. Skąd niby taki tępak ma wiedzieć, że robi coś nie tak? Trzeba dotrzeć „naocznie” i „docieleśnie”. Uff… nierozwiązywalne.

  11. Wspolnik

    Film był na mojej liście „do obejrzenia”, ale nie na pozycji wysokiej, więc gdyby nie przeczytany tekst-zachęta, to pewnie prędko bym po niego nie sięgnął. Sięgnąłem i satysfakcja jest duża, choć jednocześnie film skutecznie „kłuje” i to „ukłucie” pozostaje. Z wieloma wcześniejszymi refleksjami i odczuciami się zgadzam (niestety jednak, jak zawsze, przyswojenie takiej ilości nie tyle faktów o filmie, ile właśnie opinii i przemyśleń daje o sobie znać w trakcie oglądania filmu – myśli całkiem autonomiczne rodzą się trudniej, od razu natomiast szuka się argumentów „za” lub „przeciw” myślom zasłyszanym lub „zaczytanym”). W nawiązaniu do filmu i dyskusji dorzuciłbym natomiast dwie kwestie. Po pierwsze, od razu przypomina mi się jedna z wypowiedzi Romana Polańskiego sprzed dobrych kilku lat, przy czym jest to nawiązanie bardziej dygresyjne niż bezpośrednie. Pytano go o stosunek do kary śmierci. Polański stwierdził, że – rekonstruuję to, mam nadzieję, dość wiernie – nigdy nie zgodzi się na nazywanie zwolenników kary śmierci „barbarzyńcami” i że niekiedy takie indywidualne oraz społeczne oczekiwanie będące odruchową reakcją na czyny straszne jest nie tylko zrozumiałe, ale wręcz niezbędne, przy czym jednocześnie nie chciałby żyć w państwie, w którym rzeczone oczekiwanie znajdzie swoje odzwierciedlenie w konkretnych czynach i ich chłodnej prawnej akceptacji. Oczywiście pozostaje wewnętrzny dramat i rozterka osoby, której potrzeba takiej, a nie innej reakcji na zło jest tłumiona, ale problem, którego to dotyczy jest tak pogmatwany, że bez dramatu obyć się tu nie może. W kontekście tego, co powyżej postać Antona wydaje się przez swoją jednoznaczność w braku pokus dotyczących ewentualnego odwetu trochę wydumana, lepiej wypada tu jego syn, który się miota (choć scena, w której Anton po „huśtawkowej” scysji wskakuje do jeziora, by ochłonąć sugeruje, że może i on się miota, skuteczniej się jednak kamuflując).
    Po tej przydługiej refleksji, refleksja druga – krótka. Dla mnie zakończenie filmu było jak najbardziej naturalne, tzn. nie dostrzegłem tam przesłodzenia lub jakiegoś „zgrzytu” w relacji do wydarzeń wcześniejszych. Psychologicznie wydaje mi się wiarygodne, że po takim emocjonalnym „tąpnięciu” jakim są końcowe wydarzenia, w bohaterach mogła zajść przemiana, nawet bardzo znacząca i uderzająca. Poza tym, to zakończenie jest jednak otwarciem, które żadnej pewności nie daje – to ile bohaterowie mają jeszcze „do posklejania” w sobie i między sobą wywołuje u mnie raczej reakcję „Oj, będzie ciężko” niż „Uff, na szczęście wszystko skończyło się dobrze”.
    PS. Ja oglądałem film z tłumaczeniem amatorskim, gdzie tytuł przetłumaczono jako: „Gdyby świat był lepszy” – choć również trąci trochę pretensjonalnością, to bijąca z niego nuta pewnej rezygnacji bardziej do mnie przemawia niż gorzko-ironiczny posmak tytułu oficjalnego.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Wspólniku,
      1) Cholernie trafnie nazywasz to, co trudne do uchwycenia. Cieszę się, że tu zaglądasz. :)

      2) Tak, jak trudno oglądać niezależnie po zetknięciu z czyjąś opinią, tak niełatwo jest ją wyrazić, nie narzucając zbyt wiele i nie psując przyjemności smakowania, czy to książki, czy filmu.
      Im głębiej chce się wejść w problem, tym więcej klocków w grze. A przecież nie chcąc grzeszyć spoilerowaniem, chcę jednak coś dla siebie utrwalić. Ale ok, jest paradoksalnie.

      3) Parafraza Polańskiego to właśnie to, czego tu było trzeba. Już czułam, że w kolejnych komentarzach powtarzam (rozmywając ostrość) myśl, że nie lubię słabej dobroci, ale też nie wolno się zarażać tępactwem. A tu Polański, za Twoim pośrednictwem, trafia w środek tarczy. Notabene też niczego nie rozstrzygając, jedynie wyrażając swoje wahanie.

      4) Anton budzi i we mnie opór. Największy spośród trojga rodziców. Z dystansu myślę, że niezły jest niedopowiedziany (ale zagrany) ojciec Christiana. Przyjmuję Twoją podpowiedź dotyczącą sceny ucieczki w wodę. Chyba też to tak odebrałam. Natomiast nie wystarczały mi zupełnie te powracające informacje o jego zdradzie (doprowadziły do separacji, ale jakoś w ogóle nie odejmują mu aureolki, bo przecież żałuje).

      5) Z zakończeniem – ok. Dla mnie lekko niezrozumiała była reakcja rodziców Eliasa wobec Christiana. Przez niego ich syn omal nie zginął. Gdy słyszę, jak Marianne mówi (okrutnie) do dzieciaka: ty mały psychopato!, to rozumiem. Gdy Anton szuka Ch., bo przypomniał sobie, co może mu grozić – rozumiem. Ale to przyprowadzanie go do szpitala, ta mądrość wzbicia się ponad emocje… na pewno możliwa, choć lekko przestylizowana na super dojrzałość.
      Potwierdzasz mi jednak, że Bier nie jest nadto dydaktyczna, nie odczytujesz finału jako happy endu.

      pozdrawiam
      ren

  12. Izabela - Libreria

    powiem tak, to najlepszy film jaki widziałam ostatnio. duzy wlasciwie ogromny wplyw na to ma fakt, ze to dunskie i szwedzkie kino, ze nie traci tym hollywodzkim rozmemlaniem i kiczem.
    mam ogromna slabosc i estyme do aktorow Susanne Bier. Przewijaja sie w jej filmach nieustannie i cieszy mnie za kazdym razem ogladanie ich na ekranie.
    O mojej slabosci do Mikaela Persbrandta nie bede pisac, bo sie rozplyne. ot tak kobieca slabostka:)
    pozdrawiam i bardzo sie ciesze, ze wyczuwam nutki pozytywne w kierunku filmu:)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Izabelo, pamiętam, że wspomniałaś o Susanne Bier przy okazji Transatlantyku. :)
      Zgadzam się, że ma nosa do aktorów: Mikkelsen, Thomsen, Persbrandt… A ja tego ostatniego jakoś dotąd nie kojarzyłam. Chodzący błękit!
      A super nosa ma do aktorów dziecięcych. Pisałyśmy wyżej z M. o rozbrajającym Eliasie. Christian też rewelacyjny.
      Nutki pozytywne, jak najbardziej.:) Skoro o nim piszę, widocznie poruszył.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s