tłumacząc samotność

Jhumpa Lahiri, Tłumacz chorób, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2010.

Nie wiem, może te historie wcale nie są smutne, ale do każdej dołączona jest saszetka z melancholią. Wcześniej czy później wyzwala się z niej mgiełka i skrapla tu i ówdzie. Nie za mocno, w sam raz. Tyle, by uwierzyć, że tak właśnie mogłoby być, że tak właśnie bywa.

Bohaterkami dwóch opowieści są samotne kobiety: histeryczna Bibi Haldar i zdziwaczała Boori Ma, samozwańcza dozorczyni ubogiej kalkuckiej kamienicy. Pozostali bohaterowie żyją w relacjach rodzinnych, dzieląc swe życie z mniej lub bardziej obcą bliską osobą. To z pewnością nie jest temat główny, ale ta nuta obcości zainteresowała mnie szczególnie.

Poznaję prozę Jhumpy Lahiri od rzeczy ostatnich po pierwsze (Nieoswojona ziemia, Imiennik) – dotarłam do debiutanckiego tomu opowiadań. Dobre. Bardzo dobre. Niemal za każdym razem przyłapuję się na podziwie dla jej umiejętności uchwycenia tego, co dzieje się między ludźmi, tej delikatnej siateczki – nici powiązań i prześwitów oddalenia. Jhumpa snuje swe opowieści na styku światów: niektóre rozgrywają się w Ameryce, inne w Indiach. Wszędzie pojawiają się Bengalczycy, często szukający swej nowej tożsamości w oderwaniu od domu. To proza obyczajowa, dla mnie jednak przede wszystkim proza psychologiczna. Nie powiem, że czytam w oderwaniu od bengalskich klimatów, ale są one dla mnie drugoplanowe.

Spośród dziewięciu opowiadań cztery podobały mi się szczególnie: Tymczasowa awaria, Tłumacz chorób, Mój Boże, co za dom! oraz Trzeci i ostatni kontynent.

Tytułowy tłumacz chorób to mężczyzna dorabiający sobie jako przewodnik po indyjskich atrakcjach turystycznych. Siada za kierownicą i zawozi amerykańskie rodzinki do Świątyni Słońca w Konarak. Ale jego codzienną pracą jest tłumaczenie lekarzowi objawów chorób jego pacjentów mówiących mało znanym dialektem gudźarati. Translator ludzkiego bólu. Dbający o ścisłość, wierność, o wyrażenie każdej cząstki ludzkiej skargi. Abstrahując od jego historii, jego złudnej nadziei ulokowanej w skrawku kartki z adresem, można w nim dostrzec figurę-znak. Kogoś, komu zawierza się to, co doskwiera (jakąś narośl, jakiś deficyt) i oczekuje się, że to wyznanie przyniesie jeśli nie receptę, to ulgę. Czymś podobnym jest opowiadanie historii, bycie pisarzem. W każdym razie Jhumpa Lahiri oscyluje blisko tej roli.

***

Shoba i Shukumar, bohaterowie Tymczasowej awarii są razem od kilku lat. Pół roku temu Shoba urodziła ich martwe dziecko i odtąd wszystko nabrało innych znaczeń. A może po prostu wszystko utraciło niepodważalny wcześniej sens. Mają po trzydzieści lat, wrócili do dawnych zajęć – Shoba do pracy w redakcji, Shukumar do doktoratu – ale bycie ze sobą coraz bardziej im ciąży. Uliczny remont i związane z nim odcięcie prądu przynoszą wieczory przy świecach i pomysł, by opowiadać sobie nawzajem coś, czego dotąd nie wyznali.

Dzień po dniu czekają na tę chwilę, kiedy w półmroku odsłonią wyszperaną za dnia z pamięci tajemnicę. Nie są to wielkie sekrety, ale na ogół dotyczą czasu, kiedy byli już ze sobą i zdarzało im się zrobić coś (nie zrobić czegoś), co dotąd pozostawało ukryte przed drugim. Ujawniają – i co? Ma to moc zbliżenia, czy grozi dalszą rozsypką? To, czego im trzeba, to odzyskanie dawnej bliskości, szczerości, otwartości, stworzenie nowych więzów. To, co dla nich groźne, to odkrywanie zatajonych rozczarowań i słabości. Dokąd prowadzi gra? Co przyniesie ze sobą usunięcie – tymczasowej przecież – awarii?

***

Jhumpa Lahiri naprawdę nieźle opowiada. Proponuję dwie próbki, tym razem nieodsłaniające zbyt wiele.

Pierwsza dotyczy sposobu portretowania postaci, niech będzie wspomniana już, zdziwaczała bohaterka Prawdziwego durvana.

„Boori Ma miała sześćdziesiąt cztery lata; włosy nosiła związane w kok nie większy od orzecha włoskiego. Była tak chuda, że nie miało znaczenia, czy się na nią patrzy z przodu, czy z boku; z każdej strony wyglądała tak samo. Właściwie jedyną trójwymiarową cechą Boori Ma był jej głos: kruchy od smutku, skwaśniały jak zsiadłe mleko, a jednocześnie tak ostry, że mógłby z powodzeniem zetrzeć na wióry orzech kokosowy. Myjąc schody dwa razy dziennie, Boori Ma takim właśnie głosem opowiadała ze szczegółami o kłopotach i cierpieniach, jakie ją spotkały…” Te szczegóły były, oczywiście, za każdym razem trochę inne, co mieszkańcom kamienicy kazało powątpiewać w krystaliczna prawdomówność ich dozorczyni.

Druga próbka to wprowadzenie w temat, początek historii o Twinkle i Sanjeevie i o ich domu, który absolutnie zasługiwał na to, by w tytule opowiadania pojawił się wykrzyknik: Mój Boże, co za dom!

„Pierwsze znalezisko odkryli w szafce nad piekarnikiem koło nienapoczętej butelki octu słodowego.
– Zgadnij, co znalazłam. – Twinkle weszła do salonu zastawionego pudłami oklejonymi taśmą. W jednej ręce trzymała butelkę octu, a w drugiej białą porcelanową figurkę Chrystusa, mniej więcej tej wielkości co butelka.
Sanjeev podniósł wzrok. Klęczał na podłodze, zaznaczając strzępkami samoprzylepnych karteczek kawałki boazerii, które trzeba było jeszcze raz pociągnąć farbą.
– Wyrzuć to.
– Co?
– Jedno i drugie.
– Przecież mogę coś ugotować z tym octem. Jest nietknięty.
– Nigdy nie gotowałaś potraw z octem. (…) Sprawdź datę ważności. I pozbądź się przynajmniej tej idiotycznej figurki.”

I to był jedyny moment, kiedy Twinkle się zawahała i gotowa była dać pierwszeństwo pragmatycznej butelce. Znaleziska będą się mnożyć i wywoływać krańcowo różne reakcje tych dwojga hindusów, którym chrześcijańskie dewocjonalia przewrócą świat do góry nogami. Bo proszę sobie wyobrazić: ogromny plakat z Jezusem (blondynem i bez brody), który płacze „czystymi łzami wielkości łupin fistaszkow” i figurę Maryi znalezioną za krzakiem w ogrodzie, i breloczek-krzyżyk, i kulę wypełnioną śnieżnymi płatkami i scenkami Bożego Narodzenia, koszyk na pieczywo przykryty ściereczką z Dekalogiem i najróżniejsze pocztówki, wyszywanki czy wyłączniki prądu ozdobione w podobny deseń. Dom śliczny. Ale pozostawione przez poprzednich właścicieli rozliczne pamiątki… doprawdy lekko kłopotliwe.

***

Co tu dużo mówić, mnie powyższe cytaty wystarczyłyby za całą rekomendację. A to przecież tylko zajawka, ledwie cień cienia, fragment, urywek, namiastka.

Advertisements

21 thoughts on “tłumacząc samotność

  1. szwedzkiereminiscencje

    o, dotarlas do tlumacza!

    mam wrazenie, ze cytaty wychodza lepiej po polsku niz po szwedzku – to chyba kwestia (narodowego) poczucia humoru?

    mnie sie b podobala tesknota tlumacza – taka droba ulomosc, kt j gleboko ludzka

    nad losem boori ma to sie nawet poplakalam – choc moze to lepsze niz domy ponurej starosci?? zle byc starym i biednym, a zwlaszcza kobieta, niezaleznie od szerokosci geograficznej

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      W „Tłumaczu…” (myślę o tytułowym opowiadaniu) zaskoczył mnie męski wariant sentymentalnej wyobraźni. Tyle wyobrażeń zrodzonych z jednej iskry. Wystarczy jeden kobiecy komplement (notabene wzmacniający męskie poczucie ważności i przydatności), by uroił sobie ciąg dalszy. Ale może to nie jest sentymentalne. Może to po prostu głód, permanentny post uczuć, brak nadziei. Wtedy nawet lufcik wydaje się realną szansą.
      Mam nadzieję, że poczucie humoru polskiej tłumaczki jest ok. Bo ja odnajduję w tekście wiele zabawnych napięć. :)

      Te opowiadania, na które zwróciłam szczególną uwagę łączy obecność młodych małżeństw. We wszystkich przypadkach opowieść prowadzona jest z męskiej perspektywy, raz jest to postronny obserwator.
      Bardzo mnie ujęła ta ostatnia historia (Trzeci i ostatni kontynent). Zaaranżowane małżeństwo, straszna obcość na początku, dziewczyna (27-letnia!) płacząca z tęsknoty za rodzicami. I powoli to się przemienia w więź, w bliskość, w jedność. Coś niesamowitego. Tu nie ma co ironizować. Jest taka myśl, którą bohater wypowiada na początku ich wspólnej historii, bardzo mnie ujęła:
      „Choć teraz nie umiałem sobie tego wyobrazić, w głębi duszy wiedziałem, że jej śmierć będzie dla mnie ciosem i, co jeszcze bardziej niewyobrażalne, że moja śmierć będzie ciosem dla niej.”

  2. Lirael

    Od takiej recenzji takiej książki miło rozpocząć nowy tydzień. :)
    Może pod względem literackim „Tłumacz chorób” jest mniej dojrzały niż „Nieoswojona ziemia”, ale mnie podobał się bardziej. Uważam, że jego siła tkwi w świeżości spojrzenia na ludzi, którzy pozornie na zainteresowanie nie zasługują. Dla mnie ta książka była objawieniem.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Hey, Lirael! Bez dwóch zdań: są ludzie, którzy powinni pisać. Jhumpa Lahiri robi, co powinna.

      Tak sobie cicho myślałam, że chyba jednak można wyczuć, że Nieoswojona ziemia jest późniejsza. Nie wiem, czym tę późniejszą dojrzałość wytłumaczyć, jak ją udowodnić, ale chyba-chyba tak właśnie jest. I to jest fenomenalne, że z jednej strony jest krok do przodu, a z drugiej: jak ktoś potrafi pisać, to już debiut nie ma braków.

      Przypominam, że pierwszy raz usłyszałam o niej na Twoim blogu (i w ciemno zamówiłam dwie książki!). Teraz powinnam znaleźć czas i wygodny fotel, rozsiąść się i czytać te tytuły, które Ty już dawno opisałaś, a u mnie wciąż wyczekują na swój moment, uśmiechając się aż wyruszę z nimi w drogę (w taką podróż za jeden uśmiech). Na przykład Flawia tak czeka w kącie. :))

  3. katasia_k

    Widze, ze wszystkim bardzo sie podoba, wiec az wstyd mi sie przyznac, ze zaczelam znajomosc z Jhumpa wlasnie od „Tlumacza” (trzy z opowiadan w zbiorku czytalismy na zajecia z literatury Amerykanow pochodzenia azjatyckiego) i… na nim postanowilam ja zakonczyc. Moze zadzialal „efekt lektury”, ale choc opowiadania mi sie podobaly, w ogole nie mialam ochoty siegac po inne ksiazki tej pisarki. Inna sprawa, ze wole czytac powiesci niz opowiadania.
    Czy jest jakas jej powiesc, ktora moglybyscie szczegolnie polecic?

    Odpowiedz
  4. Lirael

    ~ Katasia_k
    Jhumpa Lahiri do tej pory wydała tylko trzy książki, w tym dwa zbiory opowiadań. Oprócz „Tłumacza chorób” „Nieoswojoną ziemię” i powieść „Imiennik”, której jeszcze nie czytałam. Jeśli rozczarował Cię „Tłumacz chorób”, obawiam się, że „Nieoswojona ziemia” też raczej Ci się nie spodoba.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      @ Katasiu,
      no coś z syndromu lektury z całą pewnością musiało zadziałać. ;) Druga rzecz, że niewykluczona jest preferencja dłuższych opowieści.
      Mnie właśnie opowiadania wydają się ciekawe, bo całkiem trudno jest rozkręcić je na tyle, by były wyraziste, choć ledwie naszkicowane. Trudna forma dla autora (tak mi się zdaje) i budząca niedosyt u czytelnika. Chciałoby się jeszcze raz zajrzeć za kurtynę i sprawdzić, co tam u pani Sen? Nauczyła się już prowadzić samochód? A fale oceanu wciąż przypominają jej sari i uczą samotności? Czy Twinkle & Sanjeevie i Shoba & Shukumar są razem czy osobno? A Lila? Ona już dawno nie je słodyczy, modląc się za pana Pirzadę. Ciekawe, które opowiadania „przerabiałaś” :)
      Myślę, że Imiennik ma u Ciebie szansę. Trudno ocenić, szukam szybko w myślach jakiegoś wzorca z Sevres dla powieści… może są i lepsze, ale ta jest ok. Polecam. :)

  5. Chihiro

    Mnie się wszystkie opowiadania podobały i po wielu latach od lektury wciąż większość pamiętam. Lahiri po części ukształtowała moją wrażliwość, najpierw stworzyła jej bryłę z „Tłumaczem chorób”, potem ociosywała ją „Imiennikiem”, by poświęcić uwagę detalom poprzez „Nieoswojoną ziemię”. Razem z Adichie, Aboulelą, Krasikov i paroma innymi pisarkami (co ciekawe, pisarkami, a nie pisarzami!) kształtuje też mój angielski, sposób formułowania myśli w tym języka (bo czytam te panie w oryginale) i kształtowania zdań. Te cztery panie to bardzo „moje” pisarki, one myślą nieco jak ja sama myślę, nawet gdy nie potrafię tego wszystkiego tak samo wyrazić.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Chihiro, już notuję dwa nazwiska, których jeszcze nie znam (Aboulela i Krasikov), sprawdzę co tam istnieje po polsku.
      Adichie i Lahiri stawiam na czele peletonu moich ulubionych.
      Adichie wydaje mi się bardziej kobieca (nie wyjaśnię, to nie do uchwycenia w słowach). Wykład, który zamieściłaś na swoim blogu potwierdza, że jest błyskotliwa, mądra i z poczuciem humoru.
      Z kolei Lahiri to mistrzyni subtelności. I bardzo mi się podoba, że wciąż zmienia perspektywy oglądu. Na przykład w opowiadaniach z Tłumacza chorób narracja oddawana jest co rusz komu innemu. Dziecku – dwukrotnie: Wizyty pana Pirzady i U pani Sen. Kobiecy punkt widzenia dominuje tylko w opowiadaniu Sexy i jest to nomen omen tekst o męskim punkcie widzenia. :))) [kochanka odkrywa, czym była dla faceta, dla którego chciała być czymś więcej]. W pozostałych tekstach pojawia się albo męskie widzenie związku, w którym jest narrator (aż trzy opowiadania) albo taki ogląd zbiorowy (Kuracja dla Bibi Haldar) albo odautorski (bardzo rzadko sięga do takiej narracji). Ta różnorodność jest świetna.

      Dzięki raz jeszcze za Adichie. Wykorzystam! Tylko zachodzę w głowę – jak to się robi, że włączasz sobie polskie napisy do anglojęzycznego programu?

    2. Chihiro

      Tamaryszku, Sana Krasikov wydała tylko jeden zbiór opowiadań, po polsku nosi tytuł „Jeszcze rok” i na polskim rynku ukazał się dzięki Czarnemu. Moja recenzja tutaj: http://chihiro.blox.pl/2010/03/One-More-Year-Jeszcze-rok-Sana-Krasikov.html
      Co do Abouleli to wydała trzy powieści i zbiór opowiadań, powieści z koszmarnymi okładkami (niestety mocno zniechęcającymi) wydało Remi, zaś opowiadania – moim zdaniem najlepsze z jej twórczości, nie zostały jeszcze w Polsce wydane. Pisałam o nich: http://chihiro.blox.pl/2010/09/Coloured-Lights-Leila-Aboulela-Kolory-tozsamosci.html
      Z Aboulelą rozmawiałam o książkach i tożsamości, wywiad ukaże się już w najbliższym Archipelagu :)
      Mam wrażenie, że Adichie i Lahiri zostałyby przyjaciółkami, one niekiedy tak samo piszą o kobietach (no, może nie tak samo, podobnie).
      O, jeszcze jedno nazwisko mi się przypomniało, jeśli chodzi i znakomite opowiadania. Notabene też kobiece: Yiyun Li. Przeczytałam jej opowiadania, zanim zaczęłam prowadzić bloga (cztery lata temu), więc do recenzji odesłać nie mogę, ale niedawno wyszły po polsku. Warto po nie sięgnąć.
      A z mężczyzn polecam Rattawuta Lapcharoensapa, pisze genialnie, moim skromnym zdaniem.

      Te napisy jakoś są zakodowane w adresie embed, ale można je wyłączyć lub zmienić. Wszystkie tłumaczenia wykonują wolontariusze, czasem coś tam szwankuje, ale generalnie jest dobrze. Cieszę się, że chce im się tłumaczyć te przemówienia :)

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Chihiro, no zabawna sprawa. :)) Obie Twoje recenzje czytałam. Jedną skomentowałam. Zachęcona Twą rekomendacją Abouleli czym prędzej zakupiłam Tłumaczkę i dopiero teraz połączyłam fakty w całość. Tłumaczka (w lekko krzykliwej okładce) stoi sobie na półce i czeka. A ja się wciąż za czymś rozglądam, notuję kolejne tytuły, zapominam poprzednie.
      Krasikov jest w Polsce dostępna. Przeczytałam wczoraj fragment na stronie księgarni i rzeczywiście, może być interesująco.
      Pan pisarz ma takie nazwisko, że aż nie mogę sobie wyobrazić, jak to jest, gdy się przedstawia. jak można taki zestaw głosek wymówić płynnie i naturalnie? Duża egzotyka. Notuję, może natrafię. (chyba jeszcze nieprzetłumaczony)

      Opowiadania są ciekawe, jeśli chce się podpatrywać pisarski warsztat. Mnie również krótkie formy nęcą.
      Dzięki za tak rzeczowe wskazówki. :)

    4. Chihiro

      Lapcharoensap (trochę zajęło, bym nauczyła się płynnie wymawiać jego imię i nazwisko, podobnie jak z Apichatpongiem Weeresethakulem) został przełożony na polski. Po angielsku zbiór jego opowiadań (opisywałam na blogu) nosi tytuł „Sightseeing”, po polsku „Nie każ mi tutaj umierać”.
      A pamięć do nazwisk też mam wybiórczą, nie przejmuj się :)

  6. ksiazkowiec

    Miałam nie pisać komentarza, bo aż wstyd, że nie czytałam nic z przytaczanych tytułów. Obiecuję nadrobić. Ujęłaś mnie tytułem. Zapisuję w kajeciku. Właściwie to całe moje życie jest tłumaczeniem się samej sobie z samotności.:)

    Odpowiedz
  7. Ewa

    Mnie też zrobiło się smutno, ale wyłącznie dlatego że takie „duperele” mogą determinować nasz ogląd świata. Trzeba przebyć wiele gór i rzek, by zrozumieć że to my sami nasz ‚ogląd’ determinujemy.
    A swoją drogą, cudnie być młodym. Bo nie wie się, że więzy powstają – pomimo. Bo kto powiedział, że nie będzie smutków, niedopowiedzeń, rozdarć. Życie najczęściej boli. Nastawieni na indywidualizm i ‚samorealizację’ zapominamy o tym zupełnie. Oczywiście, powinniśmy dążyć do szczęścia, ale nie dziwmy się gdy na tej ‚jedynie słusznej drodze’ napotkamy sól, pieprz, jeżozwierza i bógwico. Albo wytrwamy, albo odpuścimy – to jedyny wybór. I należy do nas.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ewo kochana, pomimo – też tak myślę. Bardzo mi się Twój komentarz podoba. I nic nie dodam, bo tak właśnie jest. Cholerna sprawa z tym jeżozwierzem i bógwico. A niech to.

      Aha. Tylko nie wiem, co to są duperele. Bo w opowieściach Lahiri na ogół ludzie rozbijają się o coś istotnego. Pewnie też by mogli się zawziąć i nie odpuszczać, ale czasem – zgodnie z okrutnym prawem symetrii – nic innego jak rezygnacja wybrać nie sposób.
      Pozdrawiam!
      ren

  8. szwedzkiereminiscencje

    powiedzialabym, ze SZCZEGÒLNIE mezczyzni wyobrazaja sobie rózne rzeczy: a to, ze jak kobieta ladnie ubrana to na pewno dla niego, a to, ze jak sie usmiecha, to on ma u niej wielkie szanse i juz sie z nia widzi w malinowym chrusniaku – lub chocby na pobliskim biurku… tlumacz to taki niespecjalnie ciekawy facet, kt jeszcze zycie przyplaszczylo. i tylko marzenia pozostaly w nim piekne – mnie sie to b podoba. bo nawet jezeli nierealistyczne to dla niego sa wazne i przypominaja mu kim byl kiedys – albo kim chcial zostac. szybuje w niebiosach choc przez chwile – bo cóz moze byuc bardziej przyziemnego njiz tlumaczenie ludzkich przypadlosci cielesnych? ladnie to lahiri wymyslila

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ja bym obstawiała raczej kobiety jako pierwsze do snucia wyobrażeń i wyciągania zbyt daleko idących interpretacji drobnych gestów. Ale na dwoje babka wróżyła i każde przypuszczenie jest stereotypem podszyte. :) Ładnie to Lahiri wymyśliła. Zwłaszcza jego, ale i towarzysząca mu para zamerykanizowanych Hindusów też jest niczego sobie. Zwłaszcza „matka wyrodna” wkurza i intryguje.

  9. katasia_k

    Tamaryszku, czytalismy na pewno to tytulowe opowiadanie, to o parze, ktora znajduje w domu rozne dewocjonalia i „Trzeci i ostatni kontynent.” Rozejrze sie w takim razie za „Imiennikiem” :)

    @Lirael, „Tlumacz” mnie nie rozczarowal, po prostu nie przykul mojej uwagi. Przynajmniej tak wtedy myslalam, bo teraz widze, ze zapamietalam jednak te opowiadania, choc czytalismy na te zajecia duzo podobnej prozy i czesci z niej zupelnie juz nie kojarze. Punkt dla Jhumpy :)

    Odpowiedz
  10. szwedzkiereminiscencje

    tamaro(yszku)! od stereotpów sie nie ucieknie – jak sie uczylam na psychologii spolecznej pelnia one takze pozytywna role. wazne, zeby byc swiadomym(-a) swoich. natomiast nie jestem pzresadna entuzjastka poprawnosci politycznej, bo wtedy nie mozna powiedziec zgola nic.

    od czasu twojej dyskusji na temat pierwiastków kobiecych i meskich zwracam uwage na wypowiedzi innych. mialam je nawet ci od razu wklejac, ale sie nie zmobilizowalam od razu. nie pamietam wiec dokladnie kto wypowiadal sie ostatnio w GW dzielac (za kims amerykanskim) ludzi na 5 typów na skali meski-kobiecy (androgyni byli w srodku) – cos w tym j. za to znalazlam wywiad z robertem stillerem: „RS: Kobieta? Ja nie dzielę ludzi na mężczyzn i kobiety, a zwłaszcza mózgów i charakterów na męskie i żeńskie. Także i w literaturze.”. ale pózniej ju: „Jeżeli zawsze byłem feministą, pełnym podziwu dla kobiet, dla ich wspólnego z nami człowieczeństwa i zarazem ich pasjonującej odrębności, zawdzięczam to również wielu spotkanym kobietom.” czyli od dychotomii – a mówi czlowiek o sporym doswiadczeniu zyciowym – sie nie ucieknie

    stosujac „amerykanska” typologie to poprzednia uuwaga dotyczyla „meskich mezczyzn” ;-)

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s