odważny unik

Habemus papam – mamy papieża, reż. Nanni Moretti, Włochy 2011

Kino Morettiego to dość przewrotna mieszanka tego, co społeczne i polityczne oraz tego, co prywatne, rozgrywające się w człowieku. Dorobek reżyserski jest pokaźny: Moretti kręci od lat 70. w tempie co dwa lata nowy film. Znam tylko trzy – Pokój syna (2001), Kajman (2006), Habemus papam…. (2011) – ale to wystarczy, by rozpoznać „charakter pisma” Morettiego i mieć zdanie na temat ulubionych zawijasów i mniej kształtnych liter, kropek czy haczyków.

Wiem, że Moretti jest ateistą o lewicowych poglądach, że bardzo krytycznie ocenia rządy Berlusconiego i zarówno na ekranie jak i w życiu gotów jest zamanifestować swoją niezgodę na towarzyszące sprawowaniu władzy przekręty i manipulacje. Ale to są właśnie te kształty, które w jego piśmie lubię mniej. Nad Kajmana przedkładam Pokój syna, w którym przygląda się sympatycznej rodzinie doświadczonej śmiercią nastoletniego chłopca. Plan kameralny, rozgrywający się wśród społecznych interakcji, ale skupiony na wnętrzu. Cieszę się, że w najnowszym filmie Morettiego znów ta jednostkowa perspektywa okazuje się ważniejsza.
A zważywszy na temat – konklawe obraduje i wybiera papieża, nowo wybrany wpada w depresję i ma problem z objęciem urzędu – mogło być inaczej.

Lubię u Morettiego sięganie do sportu, który hartuje, daje poczucie własnych możliwości i uczy gry fair. Z autopsji bierze swe obserwacje, bo sportową rywalizacją zajmował się osobiście.
I lubię, gdy on sam wciela się w jakąś postać. Zwłaszcza, że robi to z autoironicznym wdziękiem. Tak przynajmniej postrzegam jego wejście w rolę psychoanalityka, który ma sugerować dobre rozwiązania, analizować psyche innych, ale najwyraźniej nie czuje się w swych przypuszczeniach nieomylny.

Z Habemus papam… sprawa wygląda tak, że szkielet fabuły podawany jest w materiałach dystrybucyjnych. Każdy, kto przed obejrzeniem filmu zajrzy do jakiejkolwiek recenzji, nabędzie orientacji w temacie i dowie się, czego z grubsza może się spodziewać.

Czy to źle? Niekoniecznie. Obejrzałam wczoraj ten film po raz drugi. W lipcu poznałam go na wrocławskim festiwalu. Wydawało mi się, że kolejny ogląd będzie wtórny… jednak nie. Jestem pod wrażeniem kilku świetnie rozegranych scen, lekkości zmrużonego oka i tego, co z rolą nieszczęsnego papieża zrobił Michael Piccoli.

Mamy więc dużo kardynalskiej czerwieni i zamknięty świat konklawe. Łatwo można by było wprowadzić złośliwości na temat nieomylności wyboru, hierarchicznych zależności, jakiejś wewnątrzkościelnej gry politycznej. Wydaje mi się, że Moretti nie poszedł tym razem drogą satyry społecznej. Owszem, dostojnicy kościelni pokazani są humorystycznie, nieporadnie (a przecież są między nimi prawdziwi mężowie stanu!), z wyczuleniem na to, co ludzkie. Ale nie znaczy to wcale, że ktoś z nich kpi.

Gdy konklawe się przedłuża (przypomnę: wybrany na papieża kardynał Melville zanim ukazał się w papieskim oknie, przeżył atak depresji, a splot wydarzeń umożliwił mu ucieczkę z watykańskich murów), kardynałowie snują się w czerwonych sukniach jak na balu przebierańców. Jedni układają pasjanse, ktoś ćwiczy na stacjonarnym rowerze, inni marzą o pączkach ze śmietaną i porządnym włoskim cappuccino. Żaden chyba nie zazdrości wybranemu, bo kilka chwil wcześniej modlili się żarliwie: „Panie, tylko nie ja. Nie ja, proszę.”

W tym kardynalskim stadku wyróżnia się rzecznik prasowy Watykanu (Jerzy Stuhr) i psychoanalityk (Nanni Moretti). Pierwszy ma prawdziwe urwanie głowy, usiłując namówić Melville`a do wejścia w rolę a zarazem uspokoić rozgdakane media. Ten drugi, uwięziony wśród obcych mu mentalnie ludzi wiary, próbuje przegnać stagnację aranżowaniem pogaduszek i potyczek. A to zaprezentuje kościelnym mędrcom jak czyta Biblię psychoanalityk: otóż tak, że znajduje w niej opisy objawów chorób psychicznych (np. depresji). A to wyjaśnia kardynałom, by ostrożniej szprycowali się lekami. Wreszcie: urządza turniej siatkarski. Ach! Pysznie sfilmowany. Zwłaszcza, gdy swój jedyny punkt zdobędzie drużyna kardynałów z Oceanii. Zwolnienia, radość, triumf ducha walki… Warto te sceny obejrzeć.

Ale najlepsze, crème de la crème, jest w grze Michaela Piccoli. Gdyby w kardynale Melville było więcej pewności siebie albo trochę mniej poczucia odpowiedzialności za własne decyzje… Gdyby poddał się fali gratulacji i zapewnień, że wszystko będzie dobrze, bo nie może być inaczej (Bóg wybrał, Bóg pomoże), to przecież poszłoby jak z płatka. Ale dobroduszny wyraz twarzy, emanująca z oczu jowialność i pokora idą tu w parze z przekorą i charakterem zadziornym, domagającym się wewnętrznej zgody na każdy świadomie podjęty krok.

Potulny, ale umie tupnąć nogą, wrzasnąć i uciec. Świetnie! Zyskuje kilka dni na błąkanie się po Rzymie i dojrzewanie do decyzji bez precedensu.

To, co mu się przydarzy, to okruchy jego własnych dawnych marzeń (spotkanie z grupą teatralną przeprowadzającą próby Mewy Antoniego Czechowa) i strzępy codziennego życia, którego dotąd nie znał (jazda tramwajem, podróż samochodem z parą brykających dzieciaków, wizyta w sklepie etc.). Gdy jadąc tramwajem przepowiada sam sobie słowa, które mógłby wygłosić do wiernych, to aż chciałoby się, by rzeczywiście zostały one wypowiedziane i to takim właśnie tonem, niepozbawionym znaków zapytania.

Trudno przyjąć na siebie rolę papieża. Sytuacja jest wyjątkowa i ekstremalna. Ale i mniej wymagające role społeczne wymagają namysłu i rozeznania w sobie samym. Opowieść Morettiego przedstawia perypetie człowieka, który się wycofał, ale – paradoksalnie – jest to historia nieprzeciętnej odwagi. Rezygnować, gdy wewnętrzny głos mówi, że tak trzeba, to czasami czystej wody heroizm.

Scena, którą lubię najbardziej: końcowe przedstawienie w teatrze. Rewelacja. Zabawne, wzruszające, ze świetnie rozegraną kulminacją. Nomen omen: teatralne. I jeszcze to qui pro quo i pomieszanie prowincji Czechowa z watykańskim centrum świata. Świetne. Warto zobaczyć.

Reklamy

11 thoughts on “odważny unik

  1. czara

    Widziałam ten film jakiś czasemu i pamiętam, że miałam drobne pretensje o niedoróbki scenariuszowe (epizod z życiem poza Watykanem mógłby być lepiej wykorzystany) ale czytając Twój tekst – dałam się przekonać: świetny film i warto zobaczyć, naprawdę :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Czaro, chyba trafiłaś swoją uwagą o scenariuszu w coś istotnego. Opowieści Morettiego są w typie łańcuszkowym: kilka zasadniczych ogniw,do których dołączają się jakieś zaimprowizowane ogniwa boczne. Jakby dorzucał anegdotę do anegdoty. Na szczęście bez przerostu, wszystko jest mniej więcej w sam raz. Ale mnie również nie kojarzy się scenariusz Morettiego z dopracowanym, oczyszczonym z dygresji, prowadzącym prosto do celu, bez uskoków. Tak sobie nad tym myślę (odkąd przeczytałam Twój komentarz).
      We Wrocławiu film nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, ale zanotowałam, że jest ok. Drugi ogląd potwierdził, że jest się czego uchwycić. Spokojnie mogłabym napisać drugą notkę, nie powtarzając spostrzeżeń z tej pierwszej. Podoba mi się pomysł z Czechowem. To, że papież interesuje się teatrem i w rozmowie z psychologiem (nie mogąc wyjawić prawdy) nazywa siebie aktorem – jest zaczerpnięte z biografii JPII. Ale już cytaty z Mewy i uruchomiona nazwiskiem autora sztuki gra skojarzeń (niezdecydowanie, marzenie o byciu kimś innym, los, który wtłacza nas w dziwne scenariusze…) są świetne.
      Pozdrawiam:)

  2. ksiazkowiec

    Chyba już kolejny raz to piszę, ale zazdroszczę, że film mieści Ci się w ciasnych ramach dnia. :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Tej jesieni coś jakby mniej było kina. Może dlatego, że to co wchodzi na ekrany widziałam już we Wrocławiu. Może też czas się trochę kurczy. Ale za trzy tygodnie jadę do Wrocławia na filmowy weekend z kinem amerykańskim.
      Bogusiu, przecież książka jest znacznie bardziej czasochłonna niż kino.:)
      Prawda, że kino wymaga mobilności, wyjścia z domu. Niby istnieją też indywidualne formy oglądu, mnie jednak trudno nie odrywać się od ekranu (telewizora, komputera), gdy domowe odgłosy domagają się uwagi. Ale jak tu nie reagować, jak nie wskoczyć w buty i nie opatulić się kurteczką, gdy kuszą mnie opowieściami. Dobre kino to magia. :))

  3. Ewa

    Filmu nie znam. Za Piccolim przepadam.
    Wyobrażam sobie natomiast dylematy kogoś, kto musi (!?) objąć rząd dusz. Tylko ‚chorzy na władzę’ czekają na nią jak na ‚oczywistą oczywistość’, bo są przekonani że cały świat potrzebuje ich jak ‚kania dżdżu’. Cała reszta ma pewnie, paraliżujące wątpliwości. Tak więc znajomość przemyśleń Morettigo przydało by się nie jednemu.
    Zazdroszczę też (za książkowcem) umiejętności zarządzania czasem. :)
    PS ciekawa jestem, czy dziś uda mi się zamieścić komentarz. Już dwukrotnie poniosłam klęskę. Dziwne, fakt. Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Piccoli w roli kardynała Melville`a mówi coś takiego: – Nagle oni wszyscy zaczęli znikać… – Kto? – Ci, których znałem…
      Na ogół, gdy otwiera nam się perspektywa „awansu”, widzimy nowe szanse i przywileje. Tymczasem otwarcie kolejnych drzwi powoduje zamknięcie poprzednich. I z racji unikania przeciągów jest to konieczne. To jeszcze jeden, bardzo zrozumiały, powód, dla którego Melville chce pozostać dawnym sobą.
      Główna sprawa to rzeczywiście, tak jak piszesz, gotowość do przejęcia „rządu dusz”. Gotowość wykazują często ci zupełnie „niedogotowanni”, mniej niż al dente.
      Inna sprawa, że otwieranie nowych drzwi i podejmowanie wyzwań to esencja rozwoju. A wchodzenie w role społeczne (w nawias biorę bycie papieżem, bo to arcytrudne, lecz na szczęście nie grożące każdemu) to trudna rzecz. Ja mam z tym problem. Niedawno odbyłam ciekawą rozmowę o tym, że wystrzeganie się ról dezorientuje tych, którzy mają prawo oczekiwać, że w nie wejdziemy. …

      Pozdrawiam, cieszę się, że system tym razem nie pożarł komentarza. :))

  4. szwedzkiereminiscencje

    troche trudno mi sie wczuc w osobe wybierana na papieza – kobiet tam nadal nie chca…

    z filmów morettiego podobal mi sie „pokój syna”, zas „kajman” rozczarowal

    zobaczymy czy i „habemus papam” dojdzie do mojego klubu filmowego? bo do kin zapewne nie trafi – tutaj katolicyzm to zlo wcielone

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Większość z nas ma tę trudność. Mało kto ma szansę poznać doświadczenie z autopsji.
      W odróżnieniu od innych filmów o papieżu (ja znam tylko te hagiograficzne), ten abstrahuje od konkretnych nazwisk i może być oglądany bez względu na światopoglądową orientację.
      Przypomniała mi się reakcja widzów po seansie festiwalowym. Ktoś, kto wychodził za mną z sali mówił do osoby towarzyszącej: – Że też Stuhr zagrał w czymś takim!
      Kontekst wyjaśniał, że wymowa filmu wydała się tej osobie nie dość „kościelna”. A to moim zdaniem nieporozumienie. Film Morettiego nie jest pamfletem, nie jest krytykancki… i nie jest też czołobitny. On w ogóle jest trochę o czymś innym niż kościół, chociaż konklawe wydaje się jednoznacznie nakreślać przestrzeń.
      Zobacz, gdy będzie okazja. Piccoli i Moretti są tego warci.

  5. katasia_k

    Moretti nakrecil jeden z moich najukochanszych filmow – „Aprile”, w ktorym, potwierdzajac Twoje slowa, prywatne laczy sie z publicznym – glowny bohater (grany przez… Morettiego) prowadzi kampanie przeciw Berlusconiemu i przygotowuje sie na narodziny syna. („Aprile” jest znacznie bardziej chaotyczny niz „Habemus Papam”, odnosze wrazenie, ze powstawal w ogole bez scenariusza :)) Bardzo podobaly mi sie rowniez jego „Caro diario” i „Pokoj syna”, za to celowo nie obejrzalam „Kajmana”, o ktorym slyszalam, ze jest slabszy od pozostalych filmow rezysera.
    Z „Habemus Papam” mam pewien problem – staram sie nie patrzec na niego, jak na satyre na Kosciol, bo wydaje mi sie, ze zrobienie takiego filmu byloby ponizej poziomu Morettiego, ale kiedy zdejmuje satyre, odnosze wrazenie, ze zostaje z sympatycznym filmem o niczym. Psychoanaliza jako nowa religia? Lek przed odpowiedzialnoscia? Rytual koscielny jako teatr? Kazda teza, ktora probuje do niego przykleic, okazuje sie dosc mialka.
    Ale moze tylko sie czepiam, jak kazda wierna fanka, ktora czeka cierpliwie na nowy film ulubionego rezysera i nie moze przebolec faktu, ze nie jest az tak wspanialy, jak na to liczyla :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Katasiu! To widzę orientację masz w Morettim pierwszorzędną. Jeśli nadarzy mi się okazja, zobaczę wspomniane przez Ciebie tytuły.
      Ale co do Habemus papam to naprawdę jest lepiej niż to się wydaje, gdy obejrzy się w przelocie (ja – na festiwalu) lub ze zbyt wielkimi oczekiwaniami.

      Wczoraj rozmawiałam o filmie z przyjaciółką, która jest pod silnym wrażeniem (i właściwie to ona mądrzej by odpowiedziała). A mnie po tej konfrontacji jeszcze bardziej ujmuje delikatność Morettiego.
      Może jest tak, że prawdziwa akcja rozgrywa się w Melville`u, co poza nim, to tło. Teatr konklawe nie jest przecież farsą, kardynałowie mają sporo dystansu do samych siebie. A już na pewno autoironiczny jest psychoanalityk zagrany przez Morettiego. Dodajmy jeszcze tę zabawną scenę z panią psycholog, która „deficyt opieki rodzicielskiej” diagnozuje każdemu, bo diagnoza to uniwersalna.
      Psychoanaliza nie wygrywa tu wcale. Choć wprowadzenie w obręb kościelnego światka sportowej rywalizacji przypomina wietrzenie Watykanu Darwinem.

      Melville ucieka. Ale w tej ucieczce aż kłębią się możliwe interpretacje.
      Może to lęk przed wejściem w rolę absolutnie nie na ludzką miarę. I refleksja się stąd sączy, że podjęcie się tej roli jest karkołomne, wręcz niemożliwe.
      Na pewno jest to jedna z tych sytuacji ekstremalnych, w których stężenie samotności jest wyjątkowe i nieusuwalne.
      Może jest tak, że Melville przechodzi przez sytuację znaną z Ogrójca. Lęk przed przyjęciem woli Boga, niedowierzanie, że właśnie „coś takiego” zostało mu przeznaczone (czy B. się nie myli?).
      Melville budzi sympatię, ale jego decyzja pozostaje poza oceną. Może – ja poszłam tym tropem – jest to odwaga i pokorne odmierzenie własnej osoby wobec gigantycznego urzędu. A może właśnie brak pokory w przyjęciu losu (woli Bożej) takim jakim jest.
      Warto zobaczyć Morettiego w stanie homeostazy, zdrowej równowagi między tym, co lewe a tym, co prawe.
      Pozdrawiam!

  6. katasia_k

    Tamaryszku, przekonałaś mnie, spróbuję pewnie zobaczyć ten film po raz drugi. A „Aprile” i „Caro Diario” – koniecznie, koniecznie, koniecznie :-)

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s