herbata i rogale


herbata

Na bramce, przed koncertem:

– Rekwirujemy napoje. Coś do picia – zostawić.
– Niby nic. Ale mam herbatę.
– Oj, zostawić.
– Ale w torebkach…
– Aaa… to nie… [Spojrzenie zdezorientowane: albo tego nie było na szkoleniu z procedur. Albo nie mieści się w głowie bramkarza, że można przyjść na koncert z paczką herbaty na sucho].

***
Nudno mi
Ze wskazówki sekundy kapią
Leje się
Za godziną godzina
Z zegara do wiadra
Z wiadra do cysterny – czas

Nudno mi
Z kalendarza się doby sypią
Ziarnka lat
Zwały dekad, stulecia
Furgony z erami
Wagony eonów – czas       (Czas)

Koszmarne naręcza czasu, który skapuje z zegara… Naręcza, bo zostają z niego badyle jakieś. Gdzie to wszystko wykapało? Dlaczego tak się zdeformowało, upodobniło kropla do kropli… ?  I teraz wydaje się, że niby mnóstwo czasu, zwały dekad, aż szuflami można zgarniać i usypywać górki-pagórki. Pokapany ten czas.

Nuda idzie w parze z nawałem pracy i rymuje się z frazą refrenu: nie wyrabiam.
O nie! Nie taka nuda jest najdokuczliwsza, gdy człowiek nie ma pomysłu, co ze sobą zrobić. Gorzej, gdy wie, ale musi się najpierw wyplątać z dziwnie monotonnych pnączy, które odrastają jak głowy Hydry. Niezmordowanie.

Mam na półce zbiór esejów o nudzie, pokłosie naukowej konferencji na powyższy temat. Lubię jedną z anegdotek, które pełnią tu rolę motta:

„Niejaki pan Geduldiger, co go napadło, nie wiem, wybrał się raz na Parsifala Wagnera. Na drugi dzień spotkał go znajomy i pyta, jak było. „No jak było…”, powiada pan Geduldiger. „Co mam Panu opowiadać? Kwadrans przed północą patrzę na zegarek, a to była dziewiąta”.

Inna rzecz, że w tekstach Kasi Nosowskiej nuda sąsiaduje z „monstrum, co wysysa ze mnie miąższ”, „wysysa szpik”. Z potworem, co go sobie człowiek własną krwią wykarmił, wyhodował.

ziarenko i strzępy

Regularnie podlewasz
Pobudzasz do wzrostu
Ziarno rozpaczy
Co kłączem sprężystym
Pnie się spod żebra
Wysoko ku nozdrzom
By tam się rozdwoić
By trysnąć z otworów

I sznurem podwójnym
Wzlecieć ku nocy
Przez obręcz Saturna
Ku Ziemi z powrotem
By pętli zawijasem
Na szyi zastygnąć
Śmiertelnym…
Śmiertelnym…    (Ziarno)*

Coś równie trafnego powiedzieć o nadziei…? Zabrzmiałoby jak rewers. Najpierw olbrzymi balon, potem strzępy, które zostają po przekłuciu. I cóż…, te strzępki sobie są. Więc jest i nadzieja, choć do spójnego kształtu jej daleko. Nie wiem też, czy równie zachłannie puszcza pędy. Ale to już kwestia metody podlewania i dogodnego wystawienia roślinki na słońce.

dwie minuty narzekania

Patent, ale mogę się podzielić. Są takie dni (a nie jest ich mało), że drętwotka, znużenie bądź wypalenie zakrada się do sali i robi rozrubę wśród 45 zaprogramowanych na wysokie obroty minut. Spojrzę w lewo: mina mopsa. Spojrzę w prawo: tłumione ADHD. Na wprost: wzrok nie nadąża za myślą albo ją dawno przegonił, bo myśl wysiadła na wcześniejszym przystanku. Jedyne, co jednoczy, to ochota na pomarudzenie. Zarządzam dwie minuty tylko na to. Okazuje się, że dłużej trudno wytrzymać, dzienna dawka antywitaminy wyczerpuje się niezwykle prędko. Czas na coś pożywniejszego. Odrobina słodyczy po łyżce dziegciu. Czas na merytoryczny konkret.

rogale marcińskie

I jak księżniczka Anna zawsze w maju spada z konia, tak każdego listopada Marcin przepycha się przed Rena. Niby ma wyznaczone, że jego dzień to jedenasty, ale długo przed i sporo po moszczą się na jego cześć wypasione rogale. Detronizują sernik, szarlotkę i drożdżowy placek. Niełatwo jest świętować The Day After.

Zwłaszcza w Poznaniu. Gdzie (niegdyś) główna ulica to Święty Marcin (w takiej właśnie mianownikowej, nie dopełniaczowej formie). Gdzie 11 listopada Marcin konno penetruje ulicę, a wszyscy zjadają przynajmniej jeden pokaźny, nafaszerowany białym makiem (w tajemniczej kombinacji) rogal. Komercja rozciągnęła żniwa rogalikarzy z jednego dnia bodajże na miesiąc. Więc i 12 dzień miesiąca nie jest w stanie marcińskich słodyczy odegnać. A skutki są zgubne. I ja się ich w tym roku zarzekam.

Wszystkie reny nucą to, co słyszą najczęściej. A 12 listopada największą częstotliwość zyskuje stara toastowa melodia Sto lat! Oczywiście, zmyślam. Nikt mi nie życzy dogorywania przy Alzheimerze, nikt nie podrywa mnie do boju tą melodią. Ale: choć Marcin zawłaszcza Święto Niepodległości, dwunasty dzień miesiąca jest (będzie) niepodzielnie mój.


* Teksty piosenek z najnowszej płyty Nosowskiej: 8

Advertisements

27 thoughts on “herbata i rogale

  1. nutta

    Mnie najbardziej interesuje czas, który można poświęcić na zjedzenie sławetnego rogala. Ja mogę najwyżej spróbować marnej podróby z ciemnym makiem. Obiecuję sobie, że kiedyś wyruszę do Poznania po to, by poznać niepowtarzalny smak tego rogala.
    A za czasem trudno nadążyć jak temu Latarnikowi z „Małego Księcia”. Ktoś powie, że zawsze się ma wybór.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Nutto, wieczny problem z tym „niewiecznym” czasem… Jestem chyba z rodu Latarników. Zapalam laterenki, mimo że czas przyśpieszył i nie można podelektować się ani tym, jak ładnie gasną, ani tym jak rozbłyskują. Jeśli jest jakiś wybór, to zmiana perspektywy. A musi istnieć taka możliwość, bo inaczej Todd Anderson nie wskakiwałby na stół, a Mały Książę nie oznajmiałby, że dorośli są dziwni.

      Nie dopuszczam nawet myśli, by bohaterowie literaccy mogli się mylić! :))
      Rogal na pewno ma w sobie jakiś narkotyk, inaczej nie wywoływałby tak zgodnych zachwytów i uzależnień. Póki co jesteś poza zasięgiem, ale nic nie trwa wiecznie, również nieznajomość świętomarcińskich rogali. ;)

  2. mag

    Kobieto, jak Ty piszesz!!! Oj, jak mi się dobrze czytało tego posta :) A Nosowską uwielbiam. A na anegdotce się uśmiałam, bo nie znałam wcześniej. A ta herbata ekspresowa- ale musiał mieć ochroniarz minę :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Mago,
      jeśli tekst strawił się dobrze, to czuję się niczym skomplementowana Gospodyni, zadowolona, że marchewka nie skłóciła się z pietruszką. Twoja kuchnia też pyszna.
      O rogalach ani mru mru, bo poznaniacy między sobą o tym mówić nie muszą. Pozdrawiam!

      Co do ochroniarza, było 1:0 dla mnie.:)

  3. mar-pil

    Prze-kocham Nosowską! Jest dla mnie jedyną kobietą w polskim szołbiznesie, która się nie dała przemielić, która wciązżjest tak samo słodka i nieśmiała, która wciąż ma odwagę śpiewać pękną poezję na scenie, a mimo to rzesze przychodzą na jej koncerty(piszę MIMO, bo jak spojrzeć na popularnbe radia, to jakoś mało tam poezji, raczej rymy częśtochowskie – jak już…)
    I Twój tekst mnie ruszył, ale przyznaję, że najsilniejsze, co we mnie pozostało po jego pzreczytaniu, to usta wypełnione śliną nie do połknięcia – chcę prawdziwego rogala marcińskiego!!!! Och…. Raz w życiu jadłam tylko, TYLKO….

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Marpil, naprawdę coś niesamowitego, gdy się zderzą ze sobą (żadnej kolizji, pełna zgoda) dwie Kasie N. Pierwsza charyzmatyczna, ogarniająca całą salę głosem, słowem, aurą. Druga skromnie dygająca po każdej piosence i niczym pensjonarka zawstydzona oklaskami, mówiąca słodko: Ooooo, dziękuję bardzo. Efekt był lekko komiczny, ale wspominam ciepło. Więc – jak trafnie ujęłaś: słodka i nieśmiała, ale też czarna, wyśpiewująca siebie, odważnie, aż krwawią rany. Choć może nieco zbyt radykalnie to ujęłam (tę czerń).

      Marpil, co by tu zrobić, może za rok jakoś? Rogale tylko na świeżo. I jak wspomniała niżej Monia: jeden wystarczy.
      Pa.

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ech, sala była zatłoczona, dymek i ścisk wokół, nawet trochę słowa mi ginęły. Ale i owszem,warto. Zwłaszcza, że oprócz Ósemki Kasia wyśpiewała kilka starych numerów.
      Była też odrobina wielkiej Osieckiej. Na całych jeziorach Ty. Czegóż chcieć więcej? :)
      Pozdrawiam!

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Kornwalio,
      z początku brzmi jak zaproszenie do kontrabandy. Potem uchodzi powietrze. Ale mimo wszystko cały czas działa jak wentyl. ;)
      Słowo „nuda”, któremu poświęciłam odrobinę uwagi w poście, jest jednym z moich najnieulubieńszych. I to znaczy, że jestem stara. Bo każdy młody człowiek (poniżej 17 roku życia, maturzyści to już ludzie pogranicza), uzna „nudę” za słowo pierwszej potrzeby i używa go „mega” często.

      Zastosuj. Trzeba tylko trafić w dobry punkt. :)

  4. the_book

    Mając brzuch napełniony rogalem (bo przecież jeden w zupełności wystarczy, takie są ogromne!), oczywiście takim z białym makiem próbuję również okiełznać mają „2 minutową” niechęć do szeroko rozumianej placówki oświatowej. Och i Ach!
    Trzymaj się – w szczególności 12 (a może właśnie w sobotę skończą z tymi rogalami!). Pozdrawiam serdecznie :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Monia, nie skończą. Będą nas tuczyć jeszcze kilka tygodni. Chwilowo jestem odporna na pokusy, bo opuściłam Poznań. A później będę się wstrzymywać.
      Dwie minuty to taka kondensacja. „Szeroko rozumiana placówka” czasami zasługuje. Zresztą: na jakie śmieszne rzeczy ludziom chce się narzekać!
      Ale nic nie jest warte tego, by smętek zatruwał nam duszę ponad reglamentowany czas. O czym Ty, entuzjastka, wiesz najlepiej. :)

  5. Ewa

    Pięknie to sobie z tym upływem czasu wykoncypowałaś. Gdybym wiedziała wcześniej, że 2 min. narzekania czynią takie cuda, nie narzekałabym ni sekundy dłużej.
    A rogale z białym makiem co chwilę dziś prezentują się we wszystkich stacjach TV. Miłego dnia po- …

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ewo, i tak nie wierzę, byś przekraczała limit. Może -co najwyżej- nie wiedziałaś, jak to dobrze poczuć, że wcale Ci się narzekać nie chce, bo dzielnie wstrzymywałaś się od tak prozaicznego malkontenctwa. Tymczasem nic tak nie męczy jak nieproduktywność. Zwycięża w nas mimo wszystko homo creativus. Czyli tonacja Dur.;)
      Bywają jednak osobniki, którzy po naciśnięciu guzika nie potrafią przestać. Tym kuracji dwuminutowej nie polecam.

      Znowu odrobinę miesza mi się klarowność tonu. Bo wiem, co nuda, a zarazem jej nie znoszę (nie unieważniam). Ale paradoksy to moje drugie imię. :)

  6. Ewa

    a to dopiero, skojarzenie muzyczne. A dziś właśnie, u L.A. postulowałam aby napisał coś w Dur, zamiast w moll. Poleciłam też czytanie powyższego wpisu.
    Muszę pomyśleć jakie jest moje drugie imię, być może mnie oświeci po sklasyfikowaniu. A może też na P…. tylko co dalej? Masz pomysł :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Nie wiem, Ewo, co Ci najbardziej pasuje na drugie. Bo to byle czego nie można sobie przyklejać…
      Ale jeśli miałoby to oznaczać coś, czego szukasz, co wychwytujesz i do czego masz skłonność…i do tego zaczynać się na literę „P”…, to przychodzą mi na myśl dwa słowa: oPtymizm i Prostota.
      Oba w najlepszym gatunku. ;)

  7. czara

    Droga Ren, czy dobrze, zrozumiałam, że urodziłyśmy się tego samego dnia? :) Zatem sto lat, bez Alzheimera, Parkinsona i żadnych innych tego typu panów :)
    Pozdrowienia z Miasta Lwów!
    (dobre z tą herbatą;)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Jojku, Lwów! miło, że stamtąd ktoś mnie pozdrawia (Ktoś!).
      Dwunastego to dzień imienin, urodziny były równo tydzień temu.
      Ale blisko. Czaro! To jednak wiele tłumaczy. Dlatego lubimy jesień (innymi porami nie gardząc) i melancholię (nie rezygnując z uciech sybaryckich i doceniając prostotę bez nadwyżki myśli) i kilka innych wspólnych preferencji może (nie musi) mieć swój korzeń w listopadzie.

      Wszystkiego Dobrego! Pięknej podróży! :)

  8. szwedzkiereminiscencje

    herbate w torebkach zawsze dobrze miec – bo nigdy nie wiadomo CO gospodarze zaoferuja. bo albo moga podac kawe albo jakis perfumowany wariant…

    od jakiegos czasu mam zawsze w torebce – i parokrotnie zdarzylo mi sie, ze skorzystalam. choc moze nie akurat na koncercie ;-)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Koncertowa herbata była konsekwencją wizyty w sklepie, żaden zamysł.
      Zarzekałabym się, że moja torebka nie jest babska, czyli nie mieści 1001 drobiazgów. Ale czy rzeczywiście? Trzeba by przetestować.
      Nie wpadłam jeszcze na Twoje odkrycie, że skoro nie wszystkie smaki, którymi nas częstują, są smaczne, to warto mieć przy sobie ulubioną saszetkę.
      Pozdrawiam:)

    2. szwedzkiereminiscencje

      czyzbys miala mikroskopijna torebke o rozmiarze mniejszym niz woreczek herbaty? ;-)

      natomiast rogala raczej nie polecam do noszenia w torebce – jakby co to juz krakowski precel. bylam raz zaproszona przez kolezanke na sniadania i nie kupilam apetycznego i wypieczonego precla. caly czas potem zalowalam bowiem kolezanka zapomniala w jakim celu mnie zaprosila i skonczylo sie na kawie

  9. tamaryszek Autor wpisu

    @ Misiu, nigdy nie noszę małych torebeczek. Co to tam do niej można by włożyć? Pisząc, że moja torebka nie jest ściśle babska, miałam na myśli tylko to, że nie noszę ze sobą (na ogół): lakieru do paznokci, zestawu do makijażu, trzech pomadek (jedną, owszem), dwóch breloczków, kasztana, zielonego kamyka, zasuszonego płatka róży, adresownika… organizera itp itd etc.

    Na ogół mam jednak notes, często książkę (do pracy to całą półkę wkładam do torby), zawsze coś do pisania. Nożyczki. Spinacze. Cukierki. Oczywiście chusteczki i całą masę kart zakupowych. Laptop czeka na mnie w domu. Innych naleciałości nie wymieniam, bo po zastanowieniu jednak przyznam, że jest to babska torebka. ;)

    @ Logosie, jak to? Ty jednak nie z Poznania jesteś. To nie jest zwykły rogal. I dawniej pojawiał się tylko raz w roku (niczym kwiat paproci) – właśnie 11 listopada, w imieniny Marcina. Dlatego jest rogalem (święto)marcińskim. Gdybyś był kiedyś go zjadł…, to byś na zawsze zgubił swoje zdziwienie, że my wszystkie…
    Bo my wszystkie bardzo to przeżywamy. Że albo rogal jest niedostępny (a przecież taki pyszny!). Albo jest aż za bardzo dostępny (a taki kaloryczny!).
    Tak, tak… to są trudne sprawy… Trudne.

    Pozdrawiam! A Ty jesteś Staszkiem listopadowym czy majowym? Bo jeśli listopadowym, to przesyłam dodatkową porcję pomyślności!

    Odpowiedz
    1. Logos Amicus

      Staszek? A kto to jest Staszek? ;)
      Ale jeśli już – to majowy.
      (Lecz dodatkową porcję pomyślności i tak przyjąłem… mimo, że to listopad :) )

  10. szwedzkiereminiscencje

    tara-myszku! to ja w ogóle odpadam w przedbiegach. najwazniejszy w mojej torebce j portfel, komórka i okulary sloneczne. poza tym chusteczki jednorazowe, krople do oczu, koniecznie dlugopis (z czarnym atramentem). i na tym sie wlasciwie moja zdolnosc udzwigniecia konczy. czasami kalendarzyk, ale nie zawsze mam sile go dziwgac – teraz mozna korzystac z komóry. podobnie jak z ksiazkami – moje mieszkaja tamze (sluchawki teraz niemal nic nie waza). acha, i grzebyk. oraz zazwyczaj jakas szminka albo blyszczyk, jak wybywam na dluzej. w kalendarzyku mam plaster. od lat moja ambicja j noszenie przy sobie agrafki – ale zawsze zapominam. czasami miewam „przyjaciela rybaka” o smaku cytrusowym, bo miewam klopoty z gardlem

    za to torba w miare spora – jakby co to zakupy sie zmieszcza (nawet butelka wina ;-))

    chyba mam slaby wspólczynnik „babskosci” – wszystko pewnie dlatego, ze mam „meski umysl”, co juz mi paru przestraszonych facetów oznajmilo… (nie wszystkim mamusia powiedziala, iz bywaja panny madre)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Misiu, Ty się zagalopowałaś z pochwałą męskiego umysłu (że skoro panna z męskim mózgiem, to mądra). :))
      Podejrzewam, że niechcący.

      To znów dość obiegowe wyrażenie. Po Babach Koterskiego i ja powinnam nabrać podejrzeń, czy aby na pewno jestem kobietą. Mam bowiem tak, że bez problemu odróżniam stronę prawą od lewej. I – ok – może mi się zdarzyć niewłączenie kierunkowskazu, kiedy skręcam. Ale nigdy go nie włączam, gdy chcę jechać prosto. Więc coś tu nie gra z moją babskością…

      Z kolei inny przykład, z filmu Damsels in Distress, który wczoraj obejrzałam. Campus uniwersytecki i grupa dziewczyn, mających się za arcymądre wśród strasznie gapowatych chłopców. Żartobliwie, acz bardzo tendencyjnie ujęty temat. I żeby krótko do przykładu: otóż jako cechę męską uznano niezdolność do rozróżniania kolorów. Właściwie, to jest prawda, ale w filmie był wyjątkowo nieszczęśliwy przypadek studenta, którego rodzice puścili rok wcześniej do szkoły. Nie przerobił na czas kolorów i tak wyrósł, że nie wiedział jaki ma kolor oczu. Och, te różnice płciowe! ;)

  11. szwedzkiereminiscencje

    no rzeczywiscie glupio zabrzmialo – ale to ONI mi powiedzieli jako komplement (czyli wartosciowanie NIE moje). ze „uzywam liczb i tabel” to jestem intelektualny facet. a jak niby kobieta ma liczyc – na serduszkach?

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s