Archiwa miesięczne:

wariacje

Rachel Cusk, Wariacje na temat rodziny Bradshaw, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

Najpierw cesarzowi co cesarskie – kilka słów osadzających Rachel Cusk w kontekście.

Czterdziestoletnia pisarka brytyjska, ma w swym dorobku dziewięć książek, trzy przetłumaczono na polski (Arlington Park, Ostatnia wieczerza), przeczytałam tę najnowszą – Wariacje na temat rodziny Bradshaw (2009). Nagradzana (Orange Prize 2007), ceniona i atakowana. Kontrowersyjność wynika ze sposobu ujmowania tematu macierzyństwa. Gdy czytam wywiad z Rachel Cusk, otwieram stronę wydawnictwa, które rekomenduje jej książki…, cokolwiek czytam, tam sygnał, że oto proza kobiety o kobiecym pragnieniu samorealizacji, w którym przeszkadzają jej nakładane na nią role społeczne.

Etykieta ciekawa i – podejrzewam – niosąca z sobą jedno z możliwych rozpoznań prozy Cusk. Ale etykieta. Wariacje… zdają się ją rozsadzać. Nie o tym, nie tylko o tym one są.
Inną przypisaną Rachel Cusk wizytówką jest analogia z prozą Virginii Woolf. Nie protestuję. Taka lokalizacja na literackiej mapie dodaje splendoru, a nie ma powodu, by odmawiać go komuś, kto zrobił na mnie ogromne wrażenie. Virginia-nie-Virginia, obrazoburcza-czy-nie, Rachel Cusk napisała rzecz świetną, do wielokrotnego czytania, do składania w nowe konstelacje swych spostrzeżeń i ukłuć.

Nie żartuję: czytałam raz za razem, najpierw zgodnie z rytmem rozdziałów (sytuacje, nastroje, obserwacje, rozmowy, czasem sen – wielu narratorów i tyleż perspektyw), potem jeszcze raz, by ogarnąć ich wszystkich – zobaczyć punkty styczne, promieniowanie aury. Za drugim razem poważniej potraktowałam odniesienia muzyczne i oniemiałam: ależ świetnie skomponowana powieść. Tyle w niej treści między słowami, również między tekstami (utwory muzyczne, motta, poezja,  Sonata Kreutzerowska Tołstoja – budująca finał). Można czytać wielokrotnie. Wiem, co mówię.

Co to w ogóle jest? To są wariacje. Przetworzenia motywu, swobodne interpretacje, zależne od wykonawcy, tu: narratora.
Wariacje na temat rodziny – tej, z której wyrastamy, nigdy do końca nie odcinając pępowiny, i tej, w którą wchodzimy – świadomie, ale przecież ta świadomość jest zmienna i z czasem dziwnie się ulatnia.

Rodzina Bradshaw – czyli trzech braci: Thomas (ożeniony z Tonie, mają córkę Aleksę), Howard (mąż Claudii, troje dzieci) i Leo (w związku z Susie, rodzice chłopca i dziewczynki). Perspektywa czterdziestolatków zaznacza się najsilniej, słabiej – ale wystarczająco, by poczuć jej ciężar – perspektywa ich rodziców, raz jeden słucham, co myśli ośmioletnia Aleksa. Do splotu spojrzeń rodzinnych Cusk dodaje nitkę zewnętrzną – to widzenie Olgi, mieszkającej u Thomasa &Tonie, polskiej eksnauczycielki, w Anglii – sprzątaczki.

Polifonia głosów ma swoje uprzywilejowane tony. Pierwszy plan to opowieść o mniej więcej rok trwającej zamianie miejsc w małżeństwie Thomasa. On porzuca pracę w korporacji, by odnaleźć siebie. Przejmuje opiekę nad Aleksą, zapamiętale uczy się grać na fortepianie, bo w tym widzi ratunek, linę, która wyciągnie go z tego, w czym ugrzązł. Ona wraca do pracy, obejmuje ważną uniwersytecką posadę, wchodzi w nowy świat, do męża i dziecka wraca wieczorem. Oboje tej decyzji chcieli. To nie jest tak, że testujemy urojony feministyczny postulat. Tak, Tonie czuła się zgaszona po narodzinach Aleksy. Tak, Thomas też potrzebuje innej autentyczności niż ta, którą oferuje mu schemat nie wiadomo czemu służącej pracy.

Ma czterdzieści jeden lat, jest w wieku, kiedy życie wychodzi z własnej przeszłości jak odlew z formy; i albo jest solidne, stanowi zwartą całość, albo nie utrzymuje nadanego mu kształtu i się rozpada. Rozpad nietrudno sobie wyobrazić. Zagadkowa jest raczej solidność, konkretność kształtu. Rozpadu nie dotyczy kwestia autentyczności, ale w stosunku do solidnej formy pytanie o autentyczność musi paść.

Tak to się zaczyna. Czym jest forma, w której tkwię? Przychodzi taki czas, że trzeba ją opukać, przyjrzeć się pęknięciom, obadać, czy nie krępuje oddechu. Forma, która nadaje życie, jednocześnie coś w nas uśmierca. Formą, która modeluje najsilniej, jest rodzina. 

Gdy przyglądasz się zbytecznym przedmiotom upchniętym do szuflad, na które dotąd nie zwracałeś uwagi, gdy zauważasz obcą energię w żonie, która jeszcze niedawno „stanowiła część wzoru, tak jak postać na arrasie, utkana tą samą nicią, co jej otoczenie” (Thomas). Albo odwrotnie: czujesz rozczarowanie zamiast powiewu nowych możliwości, gdy spędzasz samotną noc w hotelu na delegacji (Tonie). Wtedy – w tysiącu ulotnych chwil, w które zakrada się bezradność lub rozczarowanie – możesz poczuć się jak ślimak bez skorupy. Jak człowiek w środku nocy, przebudzony ze snu, „a łóżko, w którym leży, jest niczym urwisko na krańcu kosmosu”.

m u z y k a

Jeśli moje słowa sugerują, że forma nas zniekształca, to spieszę sprostować, że to nie tak. Dzięki niej istniejemy. Zupełnie tak samo jak muzyka. Gdyby tylko mieć talent i słuch, i znać nuty.

Przywołany w motcie Jan Sebastian Bach mówi z polotem i optymistycznie:

„Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Trzeba tylko naciskać właściwe klawisze we właściwych momentach, a instrument gra sam”.

Ach, gdyby umieć. Thomas rzemieślniczo opanowuje adagio Beethovena – starczy na jedno  brawurowe wykonanie, jego wiedza nie przenika do krwiobiegu. Owszem, słyszy muzykę wszędzie  (świetna scena symfonii podczas sprzątania mieszkania: tworzą ją odgłosy odkurzacza, wody, trzaśnięć czy szurnięć), dostrzega, że w jej rytmie jest harmonia, którą chciałby wprowadzić w życie. „Naciskać właściwe klawisze…” – łatwo powiedzieć. 

„Słysząc jej śmiech, on też się śmieje. Śmieszy ich poczucie formy, poczucie, że w życiu rodzinnym są zarazem ograniczeni i wieczni; jak muzyka, myśli Thomas, która może być wszystkim, a jednocześnie nie może być niczym innym niż tym, czym jest”.

Ludziom chyba często tak właśnie się wydaje… Że sztuka ich uszlachetni, wygładzi kanty i nauczy życia. Thomas marzy o muzyce, Claudia o malarstwie. W obu przypadkach czegoś zabraknie. Rozczarowanie depcze im po piętach. Zresztą… może to poczucie fiaska jest czymś pożytecznym, jakimś przebudzeniem. Nie wiem, ale w powieści Cusk, choć słyszę ulatujące z formy powietrze, nie triumfuje wcale rozpacz. Raczej świadomość ograniczeń. A co kto z nią zrobi – to już inna melodia.

a  j e d n a k   p ę k ł o,  m i m o  s t a r a ń …

Ktoś może powie, że melancholię można przewietrzyć. Nie zawsze. Claudia, która stworzyła dom mogący budzić zazdrość (w obserwatorze, wtajemniczonym mniej niż czytelnik) nie jest wcale typem nadmiernie refleksyjnym. Ma kilka prostych prawd i za nimi podąża, wystrzegając się manowców. I co z tego? Asekuracja przed pustą formą nic nie daje. Mantra zatruwa umysł, osłabia podwójnie, gdy straci swą moc.

„Tak, przyszło do nich to coś – rozżalenie, niezadowolenie – nie wie tak naprawdę, jak to nazwać. Wie tylko, że zawsze bardzo pilnowała, by to odpędzać – przy narodzinach każdego dziecka, przy przeżywaniu każdego roku, wręcz przy spędzaniu każdej nocy z Howardem – zawsze zachowywała czujność; przy przechodzeniu jednego dnia w kolejny trzymała się swojego przekonania, które sprowadza się do tego, iż to ważne, by chcieć tego, co się ma. To przekonanie sprawia, że życie jest dla niej rzeczywiste, więcej nawet – w pewien tajemniczy sposób nadaje mu wartość”.

Nie ma lekarstwa? Jest. Na pewno. Podobnie jak istnieje szansa, że nauczymy się grać bez fałszu, „naciskając właściwe klawisze”. Ale nie ma racji Bach, że to łatwe.

Thomas póki co, odkrył jedno – muzyka* ma swoją cenę. I czasem podwójną twarz. Ale czy to znaczy, że warto zamienić jej nieuchwytne piękno na proste, optymistyczne zaklęcia?

„– Czytałem rano książkę – mówi Thomas – o mężczyźnie, który zabija żonę za to, że grała na fortepianie. (…) Ten mężczyzna o wszystko obwinia muzykę – ciągnie. – Mówi, że pod jej wpływem ludzie czują coś, co nie jest ich prawdziwym uczuciem. Myślą, że coś rozumieją, podczas gdy w istocie nie mają o tym pojęcia. To swego rodzaju złudzenie, tak jak miłość.
Olga patrzy na niego nieruchomym wzrokiem.
– To zła książka – mówi wreszcie.
– Tak – zgadza się Thomas. Gdyby jej nie czytał, może zwróciłby większą uwagę na Aleksę. Może uświadomiłby sobie to, że jest poddawany próbie. Nagle nie może znieść tego, że ma tę książkę w kieszeni. Wyjmuje ją i wrzuca do kosza. Potem znów siada.
Powinno się czytać wesołe książki – mówi Olga. – Po co utrudniać sobie życie?
Nie wiem dlaczego – mówi. – Tak naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ty czytasz wesołe książki?
Jest północ. Za oknami całkowita czerń. Thomas widzi swoje odbicie w szybie. Jest roztrzaskane, rozbite, stanowi zbiór miliona odrębnych linii.
Czytam kolorowe czasopisma – odpowiada Olga”.

W moje ręce proza Rachel Cusk trafiła dzięki  Marpil. Inspiracją była jej blogowa recenzja.

* muzyka = miłość, rodzina, życie…

świąteczne paradoksy

skrawki (3) 

Ze skrawków ostatnio tworzę wszystko. Widać sztukuję całość tym, co mam – a mam przede wszystkim braki w czasie i powidoki tego, co już znam, a co wydaje mi się świeższe niż to, co nominalnie nowe.

Sięgam więc do dwóch tekstów, które bliskie mi są z racji mej specyficznej skłonności do wyszukiwania i wspierania paradoksów. Pierwszy jest stary, sprzed ponad trzystu lat (niemal czterystu). Powstał w kręgu poetów metafizycznych, wśród których George Herbert był postacią jedną ze znamienitszych. Religijne inklinacje nie przeszkadzały wówczas wprawiać w ruch nietypowe analogie: handlowe, mechaniczne, matematyczne, erotyczne. Aż tak? Tak. Żeby uciec od „oczywistych oczywistości”, żeby odświeżyć znane prawdy i ku zdziwieniu tych, którym się zdawało, że prawda jest stara, pokazać jej nową jakość. 

Święta idą, a wraz z nimi moc radości i łagodności.
Rodzinna aura i spokój zyskują rangę balsamu wygładzającego wszelkie duchowe zagniecenia, nieomal prostują się zmarszczki i szybciej płynie krew (od tego ciepła!). A przecież sprawy nie zawsze będą przebiegać tak gładko, według sprawdzonego scenariusza.  Jeśli dać wiarę, że magia działa naprawdę, to trzeba uruchomić paradoksy.

Może być i tak (jak u George`a Herberta), że największym darem jest brak daru, że ciężar zmęczenia unosi duszę ku „metafizyce”, że „niepokój niezaspokojenia” jest potrzebny, by chciało się nam szukać i wciąż od nowa wyruszać w drogę.

Dźwig

               Gdy Bogu się udało
Stworzyć człowieka, stworzenia koronę,
Czarę dobrodziejstw pełną chwycił śmiało,
Aby zlać dary, w świecie rozproszone,
               W ludzką duszę i ciało.

               Wprzódy więc siła płynie,
Piękno, myśl, rozkosz, cześć i inne dary:
Gdy niemal próżne już było naczynie,
Bóg wstrzymał nagle dłoń, bo na dnie czary
gggggggZostał spokój jedynie.

               „Jeśli”, rzekł Pan, „dołożę
I ten ostatni klejnot – ród człowieczy
Nie mnie czcić będzie, ale dary Boże,
Spokój Wszechrzeczy miast Pana Wszechrzeczy:
gggggTak szkodę wspólną stworzę.

            Choć mu dobra przystoją
Inne – niepokój niezaspokojenia
Niech pcha człowieka ku trudom  i znojom;
Jeśli nie dobroć, to ciężar znużenia
            Wzniesie go na pierś moją”.

(George Herbert)

Na oknie zakwitły dwa grudniki, towarzyszą im afrykańskie fiołki. Aż żal było wyjeżdżać i zostawiać ich kwitnienie bez aplauzu.

Tu, gdzie spędzam Święta, szykują się na podbój świata storczyki. Jednak powinno się używać alternatywnej nazwy: orchidee. Królewski przepych! – podziwiam, ale mam do nich żal. U mnie kwitły ledwo co, a tu proszę: oddane na reanimację wybuchają drugą młodością. Nie jest to fair, ale nie każde piękno muszę zawłaszczać.

Jeszcze została chwila do końca roku, jeszcze bilanse nie są konieczne. I całe szczęście, bo ten rok co nieco zabrał. Nie zawsze da się znaleźć zamiennik wśród tego, czym obdarował. Zadziwiająco łatwo przyszłoby mi dziś powiedzieć, co jest ciężarem i brakiem. Może dlatego tym bardziej doceniam paradoksalną siłę wierszy takich jak ten:

To, co tak ciąży
i pcha w dół,
to, co boli jak ból
i pali jak policzek,
to może być kamień 
lub kotwica.

(Adam Zagajewski, To, z tomu Oda do wielości)

Świątecznie, serdecznie, bezgranicznie

pozdrawiam!

próbka stylu

Cały czas czytam, ale to, co czytam, literaturą z pewnością nie jest. I tym eufemizmem puentuję wartość tysiąca elaboratów, z których wyskakiwały na mnie i obłapiały za szyję składniowe łamańce, stylistyczne horrory i leksykalne trywialności.

Nie, żebym miała jakieś anse. Prawda czasem przedziera się przez szatę zgrzebną, a wykwintne esy floresy mogą być puste jak orzeszek (na przykład ten orzeszek, który w wierszu Szymborskiej oznaczał serce wyzbyte miłości do ojczyzny… „bez tej miłości można żyć, mieć serce puste jak orzeszek….”). Ale udręczona jestem estetycznie i intelektualnie jak zmordowany pies.

Skoro o orzeszkach mowa… Niech mnie prowadzi strumień świadomości. Może dokądś doczłapię. Orzeszki to kwiaty zimy. Wiem, że tandetne określenie, ale tymi słowami odreagowuję to, czym mnie nafaszerowano.

Wydaje mi się, że teraz jestem już mniej podatna na stylistyczną huśtawkę, ale dawno temu zdarzało mi się ulegać sile stylistycznej perswazji twórców, których czytałam. Sięgnęłam po Jacka Londona lub Hemingwaya i mówiłam jak facet. Krótko, węzłowato, o konkretach i z jednej perspektywy. Czytałam Żeromskiego – i dopadała mnie gorączka roztrzęsionych emocji, chora liryzacja, błotniste opisy, rozdarcia sosnowe i gorączkowa „uroda życia”. Tylko Schulz mnie nie zarażał, bo tak jak on, to nie da się niczego opowiedzieć. On to mnie zmuszał do milczenia. Bo cudzy styl albo się przykleja jak gęba, zapożyczona od Witolda G., albo zarządza ciszę i posłuch (casus Brunona), albo po prostu odbija się od niewzruszonej ściany stylu własnego – niczym jedna od drugiej piłeczka bilardowa w czasie rozgrywki.

Pomyślałam, że można by zrobić dwa założenia: pierwsze – że większość z nas ma jednak styl podatny na wpływy, jeszcze choć odrobinę al dente; drugie – że dawkując odpowiednio dobraną prozę, możemy podpowiadać swoim myślom jakieś kształty stylistyczne. Owszem, gdyby coś komuś narzucać, zapachniałoby dyktaturą, ale jeśli bez gwałtu a z wyboru…  ależ by było!

Chcesz coś rzeczowo opowiedzieć, tak żeby i prosto było, i mądrze: łykasz dawkę Myśliwskiego.

„Rozłożywszy talerze, przystępuje babka do dzielenia koguta, z powagą i namysłem, jakie przystoją sprawiedliwości. Temu udo, temu drugie udo, temu pół piersi, temu drugie pół, tam kuper, tu skrzydełko, drugie skrzydełko, szyja, za mało tych skrzydełek, za mało tych ud, więc tu coś ujmie, tam dołoży, przełoży, uszczknie, zamieni, doda, przepołowi, medytując, że taki wielki wydawał się ten kogut, taki wielki, póki chodził po obejściu, a tu nie ma czym dzielić. (…) Tylko dziadek spokojny, bo ma zapewnione udo, i nie z woli babki, lecz sprawiedliwszej sprawiedliwości, kto wie, może Boga, który wraz z ziemią i to udo przypisał mu z każdego koguta na niedzielę.”

Pomyślisz, że dobrze by było powiedzieć coś tak, by wszyscy pobiegli po słowniki, proszę: sięgasz po Umberto Eco i mówisz jak struty dekadencją vel postmodernizmem starzec. Przydatne, bo wysysa energię z ewentualnie buńczucznych słuchaczy.

„Im dłużej czytam ten spis, tym bardziej się przekonuję, że jest dziełem przypadku i nie zawiera żadnego posłania. Lecz te niekompletne stronice towarzyszyły mi przez resztę życia; często zaglądałem do nich niby do przepowiedni i kiedy zapisywałem karty, które ty teraz odczytujesz, nieznany czytelniku, prawie miałem uczucie, że nie są niczym innym, tylko kompilacją, symbolicznym poematem, ogromnym akrostychem, powiadającym i powtarzającym to jedynie, co podsunęły mi owe fragmenty; gdyż nie wiem już, czy to ja o nich opowiadałem, czy to one przemawiały przez moje usta. (…)
Zimno robi się w skryptorium, boli mnie kciuk. Porzucam to pisanie nie wiem dla kogo, nie wiem już o czym; stat rosa pristina nomine, nomina nuda tenemus.”

Mniejsza o sens powyższych cytatów, chodzi o rytm, oddech, formę, którą narzuca myślom styl.

Gdyby ktoś miał ochotę opowiadać serdecznie, pogodnie, rozbrajająco – sięgamy do Czechów: najlepiej Hrabal, ale może być i Hašek. Gdyby trzeba było z niemiecką solidnością i pedanterią, to jednak najlepszy Mann. Po pijacku przemówić – Jerofiejew, miłośnie – [muszę się zastanowić… może pan od Mudżiburków?], dowcipnie – sprawdzony Mrożek, genderowo – „biegająca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés albo Laura Mulvey (filmolożka).

Niech będzie jeszcze próbka z Pilcha. To dla kogoś, kto chciałby powiedzieć coś z zakrętasem, tak, żeby ludziska goniły początek zdania, gdy wybrzmi końcowa kropka. 

„Kiedy słyszę, jak w telewizyjnej audycji książkowej pewna literacka nieboga poczciwie paple, że język, jakim pisze Masłowska, «słyszymy na co dzień w tramwaju», wzruszam jedynie z politowaniem ramionami i nie chce mi się nawet fundować wątpliwego dowcipu i pytać: jakim to też tramwajem jeździsz niebogo?”

Albo skądinąd:

„Byłem w Krakowie na jubileuszu pięćdziesięciolecia Wydawnictwa Literackiego zwanego powszechnie Wuelem i pobyt ten wywołał we mnie lawinę wspomnień. Jak wszystkie moje lawiny jest ona raczej postna, mało ruchawa i umiarkowanie masywna, toteż żadnego stanu zagrożenia nie ogłaszam, ogłaszam jedynie, co pamiętam. 

Fraza «tomik w Wuelu» czy ściślej «wydać tomik w Wuelu» była jedną z elementarnych fraz mojej młodości. Zaczynały się lata siedemdziesiąte, studiowałem polonistykę, marzyłem o literaturze, trawiły mnie wyniszczające gorączki pisarskie, obracający się w ruinę Kraków przygniatały żółtawe masy upalnego powietrza, czas stał w miejscu, wyobrażałem sobie, że ruszy z miejsca, kiedy wreszcie wydam tomik w Wuelu

Wydanie tomiku w Wuelu było wtedy podstawową kategorią, wedle której dzieliła się ludzkość. Ludzkość mianowicie dzieliła się na tych, co od lat wydają tomiki w Wuelu (…), na tych, co właśnie wydali swoje pierwsze tomiki w Wuelu (…), na tych, co jak wreszcie złożą swoje teksty w tomik, złożą ten tomik w Wuelu i na tych (zdecydowanie to była większość ludzkości), co niejasno marzą o wydaniu tomiku w Wuelu.”
[felietony, z „Polityki”]

I tak bez końca. Aż zatęskni człowiek za własnym głosem, nieporadnym, łamanym, wytartym na tych bardziej zużytych zakrętach.
Czasami to dobrze jest tak… tak nie musieć czytać niczyich słów, żadnych gotowych fraz, elaboratów o czymś obcym. Żeby nie trzeba było się wsłuchiwać w cudze jęki, skoro swoje osobiste są wystarczająco dławiące.

wymyk

Wymyk, reż. Greg Zgliński, Polska 2011

Bardzo dużo, powiedziane bardzo oszczędnie. Warto zobaczyć. Z kina wychodzi się z filmem w głowie i nie ulatnia się on po kwadransie.

Chciałabym zapisać kilka swoich spostrzeżeń, ale zacznę od tego, co mnie wstrzymuje. Dawno nie czułam, by czyjś sposób narracji tak silnie domagał się wejścia w analogiczny ton. Wszystko, co ważne rozgrywa się wewnątrz bohaterów. Wypływa w ich zachowaniu, w dialogach, ale w sposób nieoczywisty. Rozmowy nie relacjonują niczyich poglądów czy postaw.  Nie ma spektakularnych konfrontacji antagonistów, choć „konfrontacja” jest tu słowem kluczem. Oznacza zmierzenie się z sobą samym, z własnym wyobrażeniem o sobie, które właśnie się rozsypało w sposób niezaprzeczalny.

Jest tak jak mówi plakat do filmu. Twarz, ona się zmienia, niezależnie od naszej woli – pęka, odpadają fragmenty skóry, zastygłe rysy, oswojone miny. Zostają oczy człowieka w potrzasku. Nie ma zewnętrznych wrogów (choć są ci, których ewentualnie należałoby wytropić, bo są winni nieszczęścia; nie wystarczy to jednak, by powstrzymać odpadanie kolejnych fragmentów image`u). Jest niewygodna prawda.

Pisać o filmie i go streszczać? Zabronione. Analizować kluczowe sytuacje? Jest ich ledwie kilka, więc łatwo o przegadanie, o pójście pod prąd pomysłu Zglińskiego.

Jedyny uzasadniający (w moim odczuciu) sposób pisania, to krążenie po obrzeżach i skupianie się na szczegółach. Gdyby ktoś – przypadkiem – czytał mój tekst przed wybraniem się na seans, nie powinien wyczytać ani słowa więcej niż trzeba. A nawet o jedno mniej.

Greg Zgliński w rozmowie kuluarowej w dniu premiery dopowiada sens tytułu. „Wymyk”, czyli akrobatyczna figura na drążku, dość trudna. Można ją przełożyć na metaforyczny sens sytuacji, w jakiej znalazł się bohater filmu: „to co bohater próbuje wykonać to bardzo karkołomna figura – próbuje uniknąć konfrontacji, uniknąć odpowiedzialności. Chodzi o to, że bohater ma poukładaną rzeczywistość i nagle jego świat wymyka mu się spod kontroli. On sam próbuje się wymknąć z tej sytuacji.”

Kanwą jest opowieść o braciach, wariacja na temat motywu Kaina i Abla. Niezupełnie, ale można przyjąć ten motyw jako punkt wyjścia.
Jest ojciec (z pozostałościami paraliżu po wylewie), twórca rodzinnego biznesu, wycofany, lecz obserwujący (Marian Dziędziel).
Bracia, połączeni od niedawna wspólnym interesem, chcieliby pójść w odmiennych kierunkach, a przynajmniej odmiennym stylem. Bracia – nie ma między nimi jakichś szczególnych animozji, ale wiadomo, że jest kilka podskórnych pretensji, czająca się skłonność do rywalizacji, trochę irytacji wobec zachowań drugiego – taki wachlarz niejednoznacznych emocji, który uaktywnia się niemal w każdym braterstwie.

Ktoś jest starszy, bardziej rezolutny, ktoś dłużej był przy ojcu, dłużej zmaga się z firmą. Drugi ktoś ma ochotę przewietrzyć „dziedzictwo”, ustępuje, znosi odsunięcie na drugi plan, ale zyskuje tym sobie przychylność ojca, więc wszystko może się odwrócić.

Rola Dziędziela (ojca) zbudowana jest na repetycjach. „Gdzie byłeś, gdy twój brat cię potrzebował?” „Opowiedz mi to jeszcze raz. Co ty wtedy robiłeś?”

Bo jednak doszło do kulminacji. Ze zwykłych braterskich kuksańców, dogadywań przeplatanych wygłupem i bliskością, przechodzimy do sceny, która wymaga jasnych, odsłaniających prawdę o człowieku, zachowań. Ta scena rozgrywa się w pociągu.

Oczywiście, dojść do niej nie musiało. Zadziałał splot okoliczności, głupi incydent, impuls. Fred (Więckiewicz) i Jurek (Simlat). Jeszcze przez chwilę prowadzą ze sobą grę. Fred specjalnie nie dosiada się do Jurka, więc Jurek zmienia miejsce, by jednak być przy bracie, skoro jadą razem. Błahostka. Ale drobne ustępstwa, małe dopowie- dzenia, postawienie na swoim… budują obraz tej relacji. Może gdyby nie uruchomiona w ten sposób przekora, Jurek nie zareagowałby na rozgrywające się kilka miejsc dalej zaczepki. A może by zareagował – kto wie? Fred mówił: daj spokój, nie wtrącaj się.

Nie dzieje się między braćmi nic ewidentnie złego. Tragedia rozgrywa się w sferze „pomiędzy”. W tym, czego zabrakło, czego się nie zrobiło, z czym przyszło się za późno.

Niesamowita jest scena, tuż „po”. Przede wszystkim szok. I Więckiewicz wychodzi z pociągu otoczony jakąś szybą, jakby to, co przed chwilą, nie docierało do niego. Siada na schodkach pociągu, zdejmuje but, wytrzepuje zbłąkany kamyk.  Odtąd będzie sam z bagażem nie do udźwignięcia. Więckiewicz mówi na temat swojej roli:  „najbardziej interesujące było dla mnie to, że postać musiała ponieść ofiarę, po to żeby zacząć normalnie żyć”.

Ofiara ma wymiar konfrontacji. Z sobą. Również z bliskimi, z żoną, z rodzicami, dziećmi brata, z bratem. Nawet z tymi, którzy funkcjonują na obrzeżach jego życia, a którzy wtajemniczeni w jego dramat może i nie osądzają, ale swoje wiedzą. Każde ich spojrzenie pali, przypomina, wytrąca z równowagi.

Rewelacyjnie dużo miała do zagrania Gabriela Muskała (prywatnie: żona reżysera, w filmie: żona Freda). Postać drugiego planu, nie wypowiada ani swych kobiecych niespełnień (macierzyństwo), ani duszącego ją podporządkowania, bycia cieniem, ani swojej relacji z teściami czy szwagrem. Nie wypowiada, ale wygrywa to wszystko: byciem, odejściem, decyzją o przemeblowaniu domu lub o powrocie do zawodu. Swym zaangażowaniem w zabawę z dziećmi Jurka. Zobaczyłam tę postać dopiero po seansie. W filmie wydaje się nieskomplikowana, ale jest wielowarstwowa jak tort. 

Fred jest introwertyczny od pierwszych scen. Nie wiadomo co o nim myśleć jeszcze na długo „przed pociągiem”. Boi się zmian? Czy chce po prostu prowadzić interes po swojemu, nie według dyktatu modnych trendów? Kocha żonę (broni ją przed grymasami matki, której mimo upływu lat nic nie przekonuje)? Czy wcale jej nie widzi? Jest brawurowo odważny (szaleńcza eskapada czerwonym samochodem wskazuje na horrendalną potrzebę gry, wyścigu z życiem, udowodnienia światu, że nie można go wziąć w cugle), czy raczej tchórzliwie wycofany? Rozstrzygać nie trzeba. Przecież jest się i jednym, i drugim równocześnie.

Przekonała mnie obsada filmu. Pierwszoplanową rolę otrzymał Więckie- wicz, więc on miał najwięcej do udźwignięcia i jego docenia się szczególnie. Ale scena- riusz oferował ciekawy materiał chyba każdej postaci. 

Praca nad filmem trwała pięć lat. Pierwotną inspi- rację stanowiła nowela Cezarego Harasimowicza. Zmiany w opowieści wprowadził Janusz Margański, współscenarzystą jest również reżyser, Greg Zgliński.

Niesamowity film. Dodam: nieefektowny, o prostej sekwencji zdarzeń, bez spektakularnych akcji (poza tą jedna, kulminacyjną). Pamięć rejestruje – i konserwuje na długo – sceny zbudowane na wewnętrznym napięciu, wyrażone milczeniem, zagrane twarzą (rozpacz i bezradność Freda podczas mszy, próba śpiewania i dławienie się własnym głosem… boli, naprawdę przykuwa uwagę i aż trudno ją obserwować).

Dobre kino. Już trochę zapomniałam Całą zimę bez ognia, pierwszy film Zglińskiego. Ale wiem, że to jest ta sama kategoria. I chętnie obejrzałabym ponownie.