próbka stylu

Cały czas czytam, ale to, co czytam, literaturą z pewnością nie jest. I tym eufemizmem puentuję wartość tysiąca elaboratów, z których wyskakiwały na mnie i obłapiały za szyję składniowe łamańce, stylistyczne horrory i leksykalne trywialności.

Nie, żebym miała jakieś anse. Prawda czasem przedziera się przez szatę zgrzebną, a wykwintne esy floresy mogą być puste jak orzeszek (na przykład ten orzeszek, który w wierszu Szymborskiej oznaczał serce wyzbyte miłości do ojczyzny… „bez tej miłości można żyć, mieć serce puste jak orzeszek….”). Ale udręczona jestem estetycznie i intelektualnie jak zmordowany pies.

Skoro o orzeszkach mowa… Niech mnie prowadzi strumień świadomości. Może dokądś doczłapię. Orzeszki to kwiaty zimy. Wiem, że tandetne określenie, ale tymi słowami odreagowuję to, czym mnie nafaszerowano.

Wydaje mi się, że teraz jestem już mniej podatna na stylistyczną huśtawkę, ale dawno temu zdarzało mi się ulegać sile stylistycznej perswazji twórców, których czytałam. Sięgnęłam po Jacka Londona lub Hemingwaya i mówiłam jak facet. Krótko, węzłowato, o konkretach i z jednej perspektywy. Czytałam Żeromskiego – i dopadała mnie gorączka roztrzęsionych emocji, chora liryzacja, błotniste opisy, rozdarcia sosnowe i gorączkowa „uroda życia”. Tylko Schulz mnie nie zarażał, bo tak jak on, to nie da się niczego opowiedzieć. On to mnie zmuszał do milczenia. Bo cudzy styl albo się przykleja jak gęba, zapożyczona od Witolda G., albo zarządza ciszę i posłuch (casus Brunona), albo po prostu odbija się od niewzruszonej ściany stylu własnego – niczym jedna od drugiej piłeczka bilardowa w czasie rozgrywki.

Pomyślałam, że można by zrobić dwa założenia: pierwsze – że większość z nas ma jednak styl podatny na wpływy, jeszcze choć odrobinę al dente; drugie – że dawkując odpowiednio dobraną prozę, możemy podpowiadać swoim myślom jakieś kształty stylistyczne. Owszem, gdyby coś komuś narzucać, zapachniałoby dyktaturą, ale jeśli bez gwałtu a z wyboru…  ależ by było!

Chcesz coś rzeczowo opowiedzieć, tak żeby i prosto było, i mądrze: łykasz dawkę Myśliwskiego.

„Rozłożywszy talerze, przystępuje babka do dzielenia koguta, z powagą i namysłem, jakie przystoją sprawiedliwości. Temu udo, temu drugie udo, temu pół piersi, temu drugie pół, tam kuper, tu skrzydełko, drugie skrzydełko, szyja, za mało tych skrzydełek, za mało tych ud, więc tu coś ujmie, tam dołoży, przełoży, uszczknie, zamieni, doda, przepołowi, medytując, że taki wielki wydawał się ten kogut, taki wielki, póki chodził po obejściu, a tu nie ma czym dzielić. (…) Tylko dziadek spokojny, bo ma zapewnione udo, i nie z woli babki, lecz sprawiedliwszej sprawiedliwości, kto wie, może Boga, który wraz z ziemią i to udo przypisał mu z każdego koguta na niedzielę.”

Pomyślisz, że dobrze by było powiedzieć coś tak, by wszyscy pobiegli po słowniki, proszę: sięgasz po Umberto Eco i mówisz jak struty dekadencją vel postmodernizmem starzec. Przydatne, bo wysysa energię z ewentualnie buńczucznych słuchaczy.

„Im dłużej czytam ten spis, tym bardziej się przekonuję, że jest dziełem przypadku i nie zawiera żadnego posłania. Lecz te niekompletne stronice towarzyszyły mi przez resztę życia; często zaglądałem do nich niby do przepowiedni i kiedy zapisywałem karty, które ty teraz odczytujesz, nieznany czytelniku, prawie miałem uczucie, że nie są niczym innym, tylko kompilacją, symbolicznym poematem, ogromnym akrostychem, powiadającym i powtarzającym to jedynie, co podsunęły mi owe fragmenty; gdyż nie wiem już, czy to ja o nich opowiadałem, czy to one przemawiały przez moje usta. (…)
Zimno robi się w skryptorium, boli mnie kciuk. Porzucam to pisanie nie wiem dla kogo, nie wiem już o czym; stat rosa pristina nomine, nomina nuda tenemus.”

Mniejsza o sens powyższych cytatów, chodzi o rytm, oddech, formę, którą narzuca myślom styl.

Gdyby ktoś miał ochotę opowiadać serdecznie, pogodnie, rozbrajająco – sięgamy do Czechów: najlepiej Hrabal, ale może być i Hašek. Gdyby trzeba było z niemiecką solidnością i pedanterią, to jednak najlepszy Mann. Po pijacku przemówić – Jerofiejew, miłośnie – [muszę się zastanowić… może pan od Mudżiburków?], dowcipnie – sprawdzony Mrożek, genderowo – „biegająca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés albo Laura Mulvey (filmolożka).

Niech będzie jeszcze próbka z Pilcha. To dla kogoś, kto chciałby powiedzieć coś z zakrętasem, tak, żeby ludziska goniły początek zdania, gdy wybrzmi końcowa kropka. 

„Kiedy słyszę, jak w telewizyjnej audycji książkowej pewna literacka nieboga poczciwie paple, że język, jakim pisze Masłowska, «słyszymy na co dzień w tramwaju», wzruszam jedynie z politowaniem ramionami i nie chce mi się nawet fundować wątpliwego dowcipu i pytać: jakim to też tramwajem jeździsz niebogo?”

Albo skądinąd:

„Byłem w Krakowie na jubileuszu pięćdziesięciolecia Wydawnictwa Literackiego zwanego powszechnie Wuelem i pobyt ten wywołał we mnie lawinę wspomnień. Jak wszystkie moje lawiny jest ona raczej postna, mało ruchawa i umiarkowanie masywna, toteż żadnego stanu zagrożenia nie ogłaszam, ogłaszam jedynie, co pamiętam. 

Fraza «tomik w Wuelu» czy ściślej «wydać tomik w Wuelu» była jedną z elementarnych fraz mojej młodości. Zaczynały się lata siedemdziesiąte, studiowałem polonistykę, marzyłem o literaturze, trawiły mnie wyniszczające gorączki pisarskie, obracający się w ruinę Kraków przygniatały żółtawe masy upalnego powietrza, czas stał w miejscu, wyobrażałem sobie, że ruszy z miejsca, kiedy wreszcie wydam tomik w Wuelu

Wydanie tomiku w Wuelu było wtedy podstawową kategorią, wedle której dzieliła się ludzkość. Ludzkość mianowicie dzieliła się na tych, co od lat wydają tomiki w Wuelu (…), na tych, co właśnie wydali swoje pierwsze tomiki w Wuelu (…), na tych, co jak wreszcie złożą swoje teksty w tomik, złożą ten tomik w Wuelu i na tych (zdecydowanie to była większość ludzkości), co niejasno marzą o wydaniu tomiku w Wuelu.”
[felietony, z „Polityki”]

I tak bez końca. Aż zatęskni człowiek za własnym głosem, nieporadnym, łamanym, wytartym na tych bardziej zużytych zakrętach.
Czasami to dobrze jest tak… tak nie musieć czytać niczyich słów, żadnych gotowych fraz, elaboratów o czymś obcym. Żeby nie trzeba było się wsłuchiwać w cudze jęki, skoro swoje osobiste są wystarczająco dławiące.

Reklamy

23 thoughts on “próbka stylu

  1. szwedzkiereminiscencje

    no prosze! a moja kuzynka oraz tata kolezanki szkolnej pracowali wtedy w „wuelu”.. wydawano nie tylko pana pilcha, lecz równiez zone czapnika (szalonego kapelusznika?), kt – o ile pamietam – uciekla z mlodszym kochankiem i publikowala wiersze pod panienskim nazwiskiem

    eco podoba mi sie rytmicznie, ale zupelnie nie rozumiem CO on mówi? na wszelki wypadek trzymam sie z daleka, zeby nie mówil do mnie

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      M., plotki z Wuelu – bezcenne! :))
      Cytaty dobrane są ze względu na styl, na rytm, na składnię. Treść drugorzędna. Choć lubię tę historię o dzieleniu kury na niedzielnym rodzinnym obiedzie (Widnokrąg), lubię zakończenie Imienia róży, gdy wraz z wycofywaniem się brata Melko (który właśnie ukończył manuskrypt, opiewający apokaliptyczne zbrodnie w pewnym włoskim opactwie… i schodzi ze sceny dziejów), pozostają na zawsze nieodsłonięte tajemnice…

      I Pilcha też lubię. Zobacz, co on wyprawia z symetrią słów! Żongluje, trochę bełkocze, ale cięty jest jak miecz obosieczny. Ma coś z Gombrowicza, coś z barokowych wygibasów i jeszcze pewną nadwyżkę zblazowanego błazna (najlepszego sortu).

      Oczywiście, mówić Pilchem, Myśliwskim albo jak Eco to byłoby diablo trudne. Chyba że złapie się feeling i samo się nastroi. I właśnie o tym opowiadam, że to się samo może ustawiać. na dobre i na złe. :)

  2. Logos Amicus

    Jak to było? Styl to człowiek?
    Czy też może człowiek to styl?

    Ja Ci współczuję, że musiałaś znosić to wskakujące na Ciebie składniowe łamańce, stylistyczne horrory i leksykalne trywialności. Może w takich momentach umacniało się w Tobie przeświadczenie, że większość ludzkości jest jednak… bezstylowa? ;)

    Ale mówimy tu o stylu wśród „rasowych” pisarzy?
    To fascynujące jak osobowość człowiek potrafi modulować brzmienie języka, który jest przecież wspólny dla milionów ludzi (czy to będzie język angielski, rosyjski, niemiecki, francuski, czy też polski).
    A swoją drogą, należy żałować, że nie znamy tego, jaki jest naprawdę styl pisarza, który pisze w języku nam nieznanym. (Bo styl przekładu jest chyba jednak najczęściej stylem tłumacza – ja wątpię, czy można przełożyć jakikolwiek styl na obcy język. Nie wiem, może się mylę?)

    No i jednak nie zapominajmy o treści.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Współczucie na wagę złota, choć trochę mi wstyd, że biadolę. Ale naprawdę: najgorsza jest ilość. To były setki tekstów! I jeszcze na dobre się nie wygrzebałam.

      Ja lubię wychwytywać różne rejestry. Oczywiście, wyrazistość stylu „zjadaczy chleba” często odbiega od maestrii mistrzów, ale ta drugorzędność, toporność, przebijanie się przez kalki też są interesujące. Nie irytują mnie. Mam też świadomość, że stan, w którym wyrażamy słowami dokładnie to, co chcemy, zdarza się jednak rzadko. A komu by się zdało, że znalazł recepturę na językowy eliksir, ten przepadł, tego zżera hybris. ;)

      Najciekawsze są obserwacje stylistów rasowych. Jasne, że nie można odseparować stylu od treści, ale styl sam w sobie jest treścią. (Tłumacz powinien sobie „żyły wypruwać”, by to uchwycić i by jak najmniej „przepadło w tłumaczeniu”).
      I gdy tak mówię, że lubię wyrazistość, ściślej: że wyłapuję charakterność, to wcale nie mam na myśli jakichś arcypoprawnych, super ozdobnych wygibasów.
      Himilsbach! Ten to mówił! Wszystkie złotka i sreberka darły się przy nim na strzępki.
      Tłumaczyłeś mi niedawno, że naleciałości języka trywialnego czy wulgarnego są czasem dozwolone… A jakże! Czasem bez nich ani rusz. Ja się w tym nie specjalizuję, ale doceniam, gdy czuję, że coś ma moc. Bliższa jest mi zamaszystość albo absurdalność przekleństw, niż na przykład dosadność czy brawura.

      I tak jak podoba mi się możliwość wchodzenia w różne stylistyczne skóry (o tym właśnie ten wpis), tak pewnie byłabym o łut szczęśliwsza, gdybym mogła się przełączać z języka na drugi – z taką swadą jak wszyscy moi komentatorzy. :)
      pozdrawiam!

    2. szwedzkiereminiscencje

      mnie to albo kots jezykiem uwiedzie – jak np.iwaszkiewicz, albo zaskoczy – jak kiedys hemingway czy faulkner, albo rozsmieszy – jak witkacy, albo j to Literatura (przez duze „l”) – jak seifert, mann czy ostatnio franzen

      no i zdarza sie tez, ze mnie po prostu odstreczy – wlasnie walcze w ksiazka, kt jezyk mi zdecydowanie nie odpowiada, ale doczytam ze wzgledów poznawczych

      tak, ze jezyk w ksiazce pelni role kluczowa

      tak na marginesie – zróznicowane stylistycznie sa takze maile. taki inzynier elektryk (zazwyczaj faceci) pisze z trudem i jak uczen podstawówki ;-)

    3. Logos Amicus

      O przepraszam!
      Ja muszę stanąć w obronie inżynierów.
      Sam nim jestem :)
      I nie uważam (powiem może zbyt nieskromnie), że piszę na poziomie ucznia z podstawówki, tylko co najmniej jakiegoś… gimnazjum ;)

  3. czara

    Pamiętam, że kiedyś każda lepsza książka zarażała mnie swoim stylem Kończyłam czytać Hrabala, Chwina czy Tokarczuk i mówiłam i pisałam Hrabalem, Chwinem i Tokarczuk. Bardzo to było zabawne. To było zabawne, trochę tak jakbym była kimś innym, kto opowiada jednak moje życie.
    Ale przeszło mi to, mam wrażenie, albo za mało czytam w języku ojczystym ostatnio. Chociaż teraz, po przeczytaniu Twojej notki, mam znowu ochotę tak się pobawić. Jeśli w święta uda mi się dorwać coś dobrego i znaleźć wolną chwilę, to może zadam sobie tak ćwiczenie potem.

    i jeszcze do Logosa – wydaje mi się, że właśnie rolą tłumacza jest przełożenie stylu autora.Gdyby książki tłumaczone afiszowały styl tłumacza, to byłby to jego grzech ogromny. Treść łatwo oddać, to właśnie w wiernym oddaniu stylu autora tkwi tłumaczeniowy haczyk.

    Pozdrawiam!

    Odpowiedz
    1. Logos Amicus

      Moim zdaniem styl pisarza jest idiomem.
      Podobnie jak poezja.

      PS. Ale, oczywiście, jest to tylko moje skromne zdanie – i mogę się mylić.
      (Choć np. taki Miłosz jest podobnego zdania ;) )

    2. tamaryszek Autor wpisu

      Nie ma to jak własne „skromne zdanie” wzmocnić wtrąceniem, że Czesław Miłosz przypadkiem uważał to samo.
      Logosie, jesteś nietykalny! :))

    3. tamaryszek Autor wpisu

      „…tak jakbym była kimś innym, kto opowiada jednak moje życie”
      Czaro, bingo!
      Ciekawe, czy jeszcze kiedyś się przydarzy? Może to tylko gratisowy załącznik do okresu dojrzewania? A później to już co najwyżej świadome naśladownictwo?
      Świetnie ujęłaś istotę sprawy. Przenoszenie czyichś intonacji (szeroko pojętych) na własne doświadczenia. Można było dzięki temu mieć złudzenie, że wraz ze stylem nasiąkamy również sposobem widzenia, a nawet cudzą mądrością.

      …Że można by spróbować? Mnie też korci. I teraz widzę w tym szansę na coś więcej niż ćwiczenie stylistyczne. Niemalże zadanie coachingowe albo terapia (nie wiadomo na co, ale coś się do przepracowania zawsze znajdzie). ;)

  4. Ewa

    Różne paniusie w tramwaju (,admiratorki’ Masłowskiej np.) mówią tak porywająco, że chce się powiedzieć często: „nie rozumiem o czym pani do mnie rozmawia”.
    Lubię styl Pilcha, który jest dla mnie marudno-uspokajający. To komplement.
    Lubię Eco, czuję się mądrzejsza, skoro czytam….
    Nie udało mi się jednak nigdy wskoczyć, w buty czytanych. Widać za mało biorę do siebie, za mało mam procesów myślowych ‚przebiegających’. Raczej mniej to cieszy; głowa lżejsza.
    „Styl bez gwałtu a z wyboru” to byłoby dla mnie; gdybym jeszcze potrafiła określić ku czemu się skłaniam. Lub na co mnie stać. Pomyślę, choć to już raczej nie gwarantuje lekkiej głowy.
    P.S. A te pióra? Bo czasem wydaję mi się, że zmiana pióra owocuje u mnie zmianą stylu.
    A fuj, chwalę się. Że niby dysponuję stylami do wyboru :))

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Te pióra są z reklamy prezentów świątecznych. ;) Symbolizują właśnie to, co dostrzegłaś. Wejście w inny charakter pisma.
      :))) Marudno-uspokajający Pilch! Tak! Trafiasz w środek tarczy.
      I jeszcze myślę – tak jak Logos wcześniej ujął (styl to człowiek) – że skoro on tak mówi, to musi taki właśnie być. Wyobrażam sobie czasem ludzi po ich stylu. Może to być wiatrem podszyte postrzeganie, ale dlaczego nie? Więcej informacji niesie język niż strój (który też przecież da się „czytać”).
      Oczywiście, sprawy się komplikują, gdy sobie uświadomimy, że literatura jest kreacją, że wybór języka jest autokreacją…
      Ale (już słyszę, jak mówisz, by nie komplikować spraw) tym sposobem to wszystko straciłoby na autentyczności. Jesteśmy tym, co mówimy i (bardziej) jak mówimy. :)
      Inna rzecz (jednak skomplikuję), że nie mieścimy się w jednym stylu, różne sytuacje wyzwalają różne warianty.

      A na ilość wariantów ma wpływ ilość posiadanych piór i długopisów. ;)

  5. kornwalia

    Książki tak na mnie raczej nie działają, jednak zdecydowanie wzbogaciły mój język i nauczył wyrażać własne myśli lepiej, świadomiej i precyzyjniej. Pamiętam jednak, że gdy czytałam Wańkowicza, czułam się zawstydzona moim poziomem języka w porównaniu z jego.
    Zauważyłam natomiast, że jak wpadam w manię oglądania jakiegoś komediowego serialu przez czas jakiś, to zaczynam stosować sztuczki bohaterów w rozmowie! Miałam więc etap Przyjaciół z Chandlerem na czele, teraz wychodzę z Big Bang Theory. Przeraziłam się jak zorientowałam się, że czasem mówię jak Sheldon Cooper… ;)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :))
      Właśnie mi przypomniałaś, że przejmowanie czyjegoś stylu – gdy jest spontaniczne – niesie zabawne konsekwencje. Otwierasz usta i jakiś brzuchomówca mówi za ciebie różne głupoty. I przez jakiś czas nie można się otrząsnąć.:)
      ” – To nie ja, to Sheldon Cooper!”.

      Procesy przenikania, upodabniania się, wchodzenie w cudzą skórę i raz po raz zrzucanie starej skóry… Niezbadane są te transformacje. I nieskończone.
      Pozdrawiam!

  6. szwedzkiereminiscencje

    logosie amiczny, wiedze milujacy – ja TEZ jestem inzynierem :-)

    moja wypowiedz poprzedzily dlugie studia in vivo i in vitro , dlatego osmielilam sie podzielic obserwacja

    co do gimnazjum to za moich czasów nie byla takiego zwierzecia – czyli to to samo co podstawówka ;-)

    ale za nic nie uwierze, ze jestes elektrykiem! za bardzo werbalny mi jestes, transatlantyku

    a ze piszesz dobrze, to fakt (potwierdzajacy regule?)

    tak na serio, to raczej nie dziele ludzi zawodowo – bo wiele osób ma wiecej zdolnosci niz tylko te wykorzystane na studiach. natomiast autentycznie uderzyla mnie nieporadnosc jezykowa inzynierów elektrykow: sa precyzyjni, zwiezli i do rzeczy – ale u mnie w szkole to by bylo trzy minus. nie napisza ani jednego ozdobnika, ani jednego slowa wyrazajacego uczucia, nie zniuansuja. pracowalam w elektrowni atomowej – stad moje obserwacje

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Rany! Rozejrzę się za jakimś elektrykiem, żeby sprawdzić. Jestem maksymalnie zaintrygowana. :)
      Czyli że Logos nie może być elektrykiem z tą swoją elokwencją?
      I ciekawe, co by było, gdyby jednak wybrał elektryczny kierunek? Kto by kogo ukształtował? Logos elektryczny schemat, czy schemat Logosa?
      I dlaczego właśnie elektrycy tak mają? Myślisz, że to wina prądu? :))

    2. Logos Amicus

      No nie… jak napiszę, że jestem inżynierem metalurgiem to dopiero zrobi się radośnie :)
      Swoją drogą, u mnie na uczelni, elektrycy cieszyli się poważaniem jako najbardziej sprawni umysłowo studenci :)
      No kidding!

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Nic nie rozumiem…Czyli prąd zabija inwencję słowotwórczą a metale wspomagają?
      To wymaga doświadczalnych potwierdzeń. Ale, jak znam życie, gdy się rozejrzę, na pewno trafię na potwierdzające regułę wyjątki.
      Teoria M. może długo czekać, zanim stanie się tezą naukową. ;)

  7. szwedzkiereminiscencje

    zeby bylo jasne: nie odmawiam inzynierowi elektrykowi inteligencji, zdolnosci czy kreatywnosci. mam jednego w bliskiej rodzinie i j to b serdeczna i nowatorska osoba. niespecjalnie rozumiem czemu kazdy – niczym przyslowiowa bulawe – mialby dysponowac zdolnosciami literackimi?

    stawiajac sprawe w swietle: nature versus nurture to mysle, ze i jedno, i drugie. mam intuicujne wrazenie, ze zdolnosci elektryczne determinowane sa budowa mózgu – i statystycznie bywaja to mezczyzni (jak podobno kobiety maja lepiej rozwinieta „werbalno-lingistyczna” polowe mózgu). na pewno mozna sobie wyrobic synapsy – podobno wielojezycznosc wlasnie takie ksztaltuje, co czesciowo tlumaczy erudycje amicusa ;-)

    jezeli chodzi o otoczenie to pozwole sobie przytoczyc zdarzenie. we wspomnianym juz gulagu (el atom). zarabial tam na wakacje syn kolegi, obecny student uczelni artystycznej w LA. anton udal sie ze swoja grupa robocza (kalibrowanie i obsluga aparatury pomiarowej) na tort do podwykonawcy. po 15 min wrócil w stanie szoku. powiedzial mi: wiesz, czegos takiego jeszcze nie widziualem! weszlismy, siadlismy, zjedli tort i wyszli – i wszystko to BEZ jednego slowa

    zareczam, ze gadulstwo nie j cecha ceniona w branzy – ludzie posluguja sie zargonem czyli kombinacja liter z liczbami (czy 424.V.2 juz dziala?)

    w kazdym razie, renée, lap elektryka i testuj – czekam z ciekawoscia na twoja relacje!

    logosie – aaa, metalurgia to zupelnie inna rozmowa! slabo sie znam, bo to bylo AGH, a nie mialam okazji pracowac z. moze rzeczywiscie metale wspomagaja dar wymowy? – to b twórcza uwaga tamaryszka!

    od lat obserwuje b werbalne dyskusje noblistów – ale tam, o ile pamietam, ani elektryków, a ni metalurgów od lat nie bylo

    na koniec jeszcze jedna obserwacja, choc tym razem nalezaca raczej do przypadku: szwedzcy elektrycy maja czesto „prad” (czyli przyrostek: -ström) w nazwisku. na. nyström, hedström itp. :-o

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      O, kurczę!”ström” to prąd? Można by wziąć na warsztat Lasse Hallströma! Wyreżyserował Czekoladę, Co gryzie Gilberta Grape`a i świetne Kroniki portowe. Tylko jak to przełożyć na jego elokwencję? Mam metodologiczną zagwozdkę. I potwierdzenie pierwszej części Twojej tezy: że elektrycy (również ci nominalni) są inteligentni i twórczy.
      Póki co: robię tu za blondynkę „jak mniemam”. Elektryków w zasięgu nie dostrzegam i łatwiej mi będzie o tych bez tytułu inżyniera. To może i badania elokwencji będą zakłócone. No zobaczymy, pożyjemy. ;)

  8. szwedzkiereminiscencje

    kroniki rzeczywiscie swietne – podobno glównie zasluga ksiazki, a na pewno znakomitych aktorów. lasse zrobil jeszcze -.z widzianych – „dear john” oraz „wbrew regulom”. hall- moze sie odnosic do hal albo zwalów kamiennych – wybierz, co ci do lassego bardziej pasuje

    prawda j, ze naczelny polski elektryk nie wpasowuje sie w model mezczyzny niewerbalnego – ale to pewnie tyllko dlatego, ze nie j inzynierem ;-)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ewo, dziękuję!
      Piękna i dobra Ci życzę, radości i zadumy, prostoty i cudowności.
      Pozdrawiam:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s