Archiwum dnia:

wariacje

Rachel Cusk, Wariacje na temat rodziny Bradshaw, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

Najpierw cesarzowi co cesarskie – kilka słów osadzających Rachel Cusk w kontekście.

Czterdziestoletnia pisarka brytyjska, ma w swym dorobku dziewięć książek, trzy przetłumaczono na polski (Arlington Park, Ostatnia wieczerza), przeczytałam tę najnowszą – Wariacje na temat rodziny Bradshaw (2009). Nagradzana (Orange Prize 2007), ceniona i atakowana. Kontrowersyjność wynika ze sposobu ujmowania tematu macierzyństwa. Gdy czytam wywiad z Rachel Cusk, otwieram stronę wydawnictwa, które rekomenduje jej książki…, cokolwiek czytam, tam sygnał, że oto proza kobiety o kobiecym pragnieniu samorealizacji, w którym przeszkadzają jej nakładane na nią role społeczne.

Etykieta ciekawa i – podejrzewam – niosąca z sobą jedno z możliwych rozpoznań prozy Cusk. Ale etykieta. Wariacje… zdają się ją rozsadzać. Nie o tym, nie tylko o tym one są.
Inną przypisaną Rachel Cusk wizytówką jest analogia z prozą Virginii Woolf. Nie protestuję. Taka lokalizacja na literackiej mapie dodaje splendoru, a nie ma powodu, by odmawiać go komuś, kto zrobił na mnie ogromne wrażenie. Virginia-nie-Virginia, obrazoburcza-czy-nie, Rachel Cusk napisała rzecz świetną, do wielokrotnego czytania, do składania w nowe konstelacje swych spostrzeżeń i ukłuć.

Nie żartuję: czytałam raz za razem, najpierw zgodnie z rytmem rozdziałów (sytuacje, nastroje, obserwacje, rozmowy, czasem sen – wielu narratorów i tyleż perspektyw), potem jeszcze raz, by ogarnąć ich wszystkich – zobaczyć punkty styczne, promieniowanie aury. Za drugim razem poważniej potraktowałam odniesienia muzyczne i oniemiałam: ależ świetnie skomponowana powieść. Tyle w niej treści między słowami, również między tekstami (utwory muzyczne, motta, poezja,  Sonata Kreutzerowska Tołstoja – budująca finał). Można czytać wielokrotnie. Wiem, co mówię.

Co to w ogóle jest? To są wariacje. Przetworzenia motywu, swobodne interpretacje, zależne od wykonawcy, tu: narratora.
Wariacje na temat rodziny – tej, z której wyrastamy, nigdy do końca nie odcinając pępowiny, i tej, w którą wchodzimy – świadomie, ale przecież ta świadomość jest zmienna i z czasem dziwnie się ulatnia.

Rodzina Bradshaw – czyli trzech braci: Thomas (ożeniony z Tonie, mają córkę Aleksę), Howard (mąż Claudii, troje dzieci) i Leo (w związku z Susie, rodzice chłopca i dziewczynki). Perspektywa czterdziestolatków zaznacza się najsilniej, słabiej – ale wystarczająco, by poczuć jej ciężar – perspektywa ich rodziców, raz jeden słucham, co myśli ośmioletnia Aleksa. Do splotu spojrzeń rodzinnych Cusk dodaje nitkę zewnętrzną – to widzenie Olgi, mieszkającej u Thomasa &Tonie, polskiej eksnauczycielki, w Anglii – sprzątaczki.

Polifonia głosów ma swoje uprzywilejowane tony. Pierwszy plan to opowieść o mniej więcej rok trwającej zamianie miejsc w małżeństwie Thomasa. On porzuca pracę w korporacji, by odnaleźć siebie. Przejmuje opiekę nad Aleksą, zapamiętale uczy się grać na fortepianie, bo w tym widzi ratunek, linę, która wyciągnie go z tego, w czym ugrzązł. Ona wraca do pracy, obejmuje ważną uniwersytecką posadę, wchodzi w nowy świat, do męża i dziecka wraca wieczorem. Oboje tej decyzji chcieli. To nie jest tak, że testujemy urojony feministyczny postulat. Tak, Tonie czuła się zgaszona po narodzinach Aleksy. Tak, Thomas też potrzebuje innej autentyczności niż ta, którą oferuje mu schemat nie wiadomo czemu służącej pracy.

Ma czterdzieści jeden lat, jest w wieku, kiedy życie wychodzi z własnej przeszłości jak odlew z formy; i albo jest solidne, stanowi zwartą całość, albo nie utrzymuje nadanego mu kształtu i się rozpada. Rozpad nietrudno sobie wyobrazić. Zagadkowa jest raczej solidność, konkretność kształtu. Rozpadu nie dotyczy kwestia autentyczności, ale w stosunku do solidnej formy pytanie o autentyczność musi paść.

Tak to się zaczyna. Czym jest forma, w której tkwię? Przychodzi taki czas, że trzeba ją opukać, przyjrzeć się pęknięciom, obadać, czy nie krępuje oddechu. Forma, która nadaje życie, jednocześnie coś w nas uśmierca. Formą, która modeluje najsilniej, jest rodzina. 

Gdy przyglądasz się zbytecznym przedmiotom upchniętym do szuflad, na które dotąd nie zwracałeś uwagi, gdy zauważasz obcą energię w żonie, która jeszcze niedawno „stanowiła część wzoru, tak jak postać na arrasie, utkana tą samą nicią, co jej otoczenie” (Thomas). Albo odwrotnie: czujesz rozczarowanie zamiast powiewu nowych możliwości, gdy spędzasz samotną noc w hotelu na delegacji (Tonie). Wtedy – w tysiącu ulotnych chwil, w które zakrada się bezradność lub rozczarowanie – możesz poczuć się jak ślimak bez skorupy. Jak człowiek w środku nocy, przebudzony ze snu, „a łóżko, w którym leży, jest niczym urwisko na krańcu kosmosu”.

m u z y k a

Jeśli moje słowa sugerują, że forma nas zniekształca, to spieszę sprostować, że to nie tak. Dzięki niej istniejemy. Zupełnie tak samo jak muzyka. Gdyby tylko mieć talent i słuch, i znać nuty.

Przywołany w motcie Jan Sebastian Bach mówi z polotem i optymistycznie:

„Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Trzeba tylko naciskać właściwe klawisze we właściwych momentach, a instrument gra sam”.

Ach, gdyby umieć. Thomas rzemieślniczo opanowuje adagio Beethovena – starczy na jedno  brawurowe wykonanie, jego wiedza nie przenika do krwiobiegu. Owszem, słyszy muzykę wszędzie  (świetna scena symfonii podczas sprzątania mieszkania: tworzą ją odgłosy odkurzacza, wody, trzaśnięć czy szurnięć), dostrzega, że w jej rytmie jest harmonia, którą chciałby wprowadzić w życie. „Naciskać właściwe klawisze…” – łatwo powiedzieć. 

„Słysząc jej śmiech, on też się śmieje. Śmieszy ich poczucie formy, poczucie, że w życiu rodzinnym są zarazem ograniczeni i wieczni; jak muzyka, myśli Thomas, która może być wszystkim, a jednocześnie nie może być niczym innym niż tym, czym jest”.

Ludziom chyba często tak właśnie się wydaje… Że sztuka ich uszlachetni, wygładzi kanty i nauczy życia. Thomas marzy o muzyce, Claudia o malarstwie. W obu przypadkach czegoś zabraknie. Rozczarowanie depcze im po piętach. Zresztą… może to poczucie fiaska jest czymś pożytecznym, jakimś przebudzeniem. Nie wiem, ale w powieści Cusk, choć słyszę ulatujące z formy powietrze, nie triumfuje wcale rozpacz. Raczej świadomość ograniczeń. A co kto z nią zrobi – to już inna melodia.

a  j e d n a k   p ę k ł o,  m i m o  s t a r a ń …

Ktoś może powie, że melancholię można przewietrzyć. Nie zawsze. Claudia, która stworzyła dom mogący budzić zazdrość (w obserwatorze, wtajemniczonym mniej niż czytelnik) nie jest wcale typem nadmiernie refleksyjnym. Ma kilka prostych prawd i za nimi podąża, wystrzegając się manowców. I co z tego? Asekuracja przed pustą formą nic nie daje. Mantra zatruwa umysł, osłabia podwójnie, gdy straci swą moc.

„Tak, przyszło do nich to coś – rozżalenie, niezadowolenie – nie wie tak naprawdę, jak to nazwać. Wie tylko, że zawsze bardzo pilnowała, by to odpędzać – przy narodzinach każdego dziecka, przy przeżywaniu każdego roku, wręcz przy spędzaniu każdej nocy z Howardem – zawsze zachowywała czujność; przy przechodzeniu jednego dnia w kolejny trzymała się swojego przekonania, które sprowadza się do tego, iż to ważne, by chcieć tego, co się ma. To przekonanie sprawia, że życie jest dla niej rzeczywiste, więcej nawet – w pewien tajemniczy sposób nadaje mu wartość”.

Nie ma lekarstwa? Jest. Na pewno. Podobnie jak istnieje szansa, że nauczymy się grać bez fałszu, „naciskając właściwe klawisze”. Ale nie ma racji Bach, że to łatwe.

Thomas póki co, odkrył jedno – muzyka* ma swoją cenę. I czasem podwójną twarz. Ale czy to znaczy, że warto zamienić jej nieuchwytne piękno na proste, optymistyczne zaklęcia?

„– Czytałem rano książkę – mówi Thomas – o mężczyźnie, który zabija żonę za to, że grała na fortepianie. (…) Ten mężczyzna o wszystko obwinia muzykę – ciągnie. – Mówi, że pod jej wpływem ludzie czują coś, co nie jest ich prawdziwym uczuciem. Myślą, że coś rozumieją, podczas gdy w istocie nie mają o tym pojęcia. To swego rodzaju złudzenie, tak jak miłość.
Olga patrzy na niego nieruchomym wzrokiem.
– To zła książka – mówi wreszcie.
– Tak – zgadza się Thomas. Gdyby jej nie czytał, może zwróciłby większą uwagę na Aleksę. Może uświadomiłby sobie to, że jest poddawany próbie. Nagle nie może znieść tego, że ma tę książkę w kieszeni. Wyjmuje ją i wrzuca do kosza. Potem znów siada.
Powinno się czytać wesołe książki – mówi Olga. – Po co utrudniać sobie życie?
Nie wiem dlaczego – mówi. – Tak naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ty czytasz wesołe książki?
Jest północ. Za oknami całkowita czerń. Thomas widzi swoje odbicie w szybie. Jest roztrzaskane, rozbite, stanowi zbiór miliona odrębnych linii.
Czytam kolorowe czasopisma – odpowiada Olga”.

W moje ręce proza Rachel Cusk trafiła dzięki  Marpil. Inspiracją była jej blogowa recenzja.

* muzyka = miłość, rodzina, życie…