podszyte biografią

Zadie Smith, Jak zmieniałam zdanie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

Podtytuł: eseje okolicznościowe.

Pisane na zamówienie wydawców czy redaktorów pism, będące wykładem dla studentów, odczytem na spotkaniach autorskich, zapisem prywatnych wspomnień.

Miszmasz, ale „w tym szaleństwie jest metoda”. Metody. Jedna z nich sugerowana jest tytułem: Jak zmieniałam zdanie, czyli jak dojrzewałam jako pisarka, czytając innych, podziwiając, krytykując, podpatrując. Druga (moim zdaniem) – to zestawianie z sobą spojrzenia na twórcę i na człowieka. W tej samej roli, w jakiej obsadza bohaterów swych esejów występuje sama Zadie. Jest pisarką, po trosze dziennikarką, ale i wielbicielką kina, maniakalną entuzjastką dobrych (starych) komedii, młodą kobietą o jamajsko-angielskich korzeniach.

Całkiem sporo odsłania ze swych prywatnych gustów i nawyków. Dzieli się kilkoma portretami swego ojca (Harvey Smith – prosty, niespełniony pesymista, cichy bohater i człowiek porażek jednocześnie).  Wspomina o bracie (Ben Smith – komik). Ale jest to prywatność inteligentnie podana, wykreowana, bez zwierzeń niepotrzebnych.

***

Czytałam eseje Zadie Smith w grudniu, pamiętając o udanym Czwartku Literackim w Pałacu Działyńskich (Poznań, 1.12.2011) zatytułowanym „Między życiem a biografią”. Panel dyskusyjny tworzyli autorzy biograficznych dzieł (bardzo różnych, od rozbudowanego eseju po monografię). Był Janusz Degler (Witkacego portret wielokrotny – 2009), Ryszard K. Przybylski (Być i pisać. O prozie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego – 1991) i Wojciech Bonowicz (Tischner – 2001). Mówiono o tym, jak zmieniało się pisanie biografii wraz z modą i teorią literacką. O tym, co uwzględniać, co (jeśli w ogóle?) przemilczać, jak rozkładać można akcenty. O tym, że 2011 rok był kolejnym rokiem świetnych biografii.

Dziś refleksje związane z ww. spotkaniem mam dwie. Pierwsza, że to jednak ważne, by trafić na swojego biografa. Czy Tischner mógł trafić lepiej? Co by to było, gdyby pisał o nim ktoś, choćby nie-wiadomo-jak-rzetelny, kto nie posiadałby genu tischnerowego poczucia humoru?

Druga sprawa to triumf biografizmu nad strukturalizmem. Dla poznańskich filologii strukturalizm był kamieniem węgielnym. Strukturalizm, czyli takie czytanie/badanie utworu literackiego, które zakłada, że tekst broni się sam, swoją wewnętrzną organizacją, niezależną od biografii autora, której właściwie można by nie znać. „Triumf protez” w rodzaju: „ja liryczne” (nie: autor), „projektowany odbiorca dzieła” (nie: czytelnik) etc. Przywołując tu dyskusję znawców, mogę im przypisać to, czego sama miarodajnie orzec nie mogę: że biografizm wraca i wierzga. A strukturalizm traci koszulkę leadera. I dobrze.

A z Zadie Smith ma to tyle wspólnego, że każdy jej esej jest biografią podszyty, jeśli nie biografii poświęcony. Są więc eseje pisane trochę o twórczości, ale przede wszystkim o osobowości: Katharine Hepburn, Grety Garbo, Franza Kafki, Zory Neil Hurston, E.M.Forstera, George Eliot (& Henry`ego Jamesa) i Vladimira Nabokova, i Rolanda Barthesa. Myślę, że Zora Hurston miała szczęście, że pisała o niej właśnie Zadie Smith. Bo dzięki temu jestem gotowa uwierzyć i z aprobatą poddać się takim zdaniom (Hurston):

„Kiedy wkładam kapelusz pod odpowiednim kątem i sunę wolno Siódmą Aleją (…) pojawia się Zora kosmiczna (…) Jak ktoś może sobie odmówić mojego towarzystwa? Nie pojmuję!”

Mam swoje ulubione teksty i takie, które nie przypadły mi do gustu (tu: Dziesięć notatek z weekendu oscarowego, Mówienie językami). Z wdzięczności za tekst o Katharine Hepburn gotowa bym była powiesić sobie nad łóżkiem duży plakat z Zadie S. (jak ona niegdyś sypiała pod plakatem Katharine H.), gdybym takowy posiadała.

***

W multipleksie: 2006  to tekst szczególny, nie tyle esej, co wybór recenzji mainstreamowych filmów ze wskazanego w tytule roku. Rzecz umieszczona w dziale „Patrzenie” i na oko szacując, jest najmniej wyrafinowana kompozycyjnie, najbardziej ulotna. Słabsza od kilku esejów-perełek, z którymi sąsiaduje. Ale ja czytałam z rozbawieniem. Bo Zadie Smith recenzuje oryginalnie. Nie nazbyt filmoznawczo, bez szczególnych zawijasów erudycji (ale nie sądźmy po pozorach: inteligentna kobieta, nie owijając spostrzeżeń w sążniste konteksty, potrafi szpilką nakłuć gdzie trzeba, mrugnąć, że wie więcej, zdemaskować czczą maskaradę).

Pisze z humorem, ze szczególnym upodobaniem do oceny gry aktorskiej, która prowadzi ją w ulubioną stronę spostrzeżeń biograficznych (aktor przebija postać). Tyle że filmy niekoniecznie z mojej ulubionej półki. Jest jednak tytuł, który po uwagach Z.S. bardzo chciałabym zobaczyć: Spotkanie (z 1945 r., film Davida Leana o miłości, której się wyrzekamy w imię wierności komuś innemu… a może w imię wierności sobie samemu?).

I pisze Zadie tak: „Dla tych, którzy kochają filmy z lat czterdziestych, każde wznowienie jest jak ciepło słońca. Nie widziałam jeszcze filmu z tego okresu, w którym nie znalazłabym czegoś, co mi się podoba, tak samo jak jeszcze nie spotkałam sera, którego bym nie zjadła. Spotkanie to ser Wensleydale: pyszne angielskie jedzenie, doskonale znajome, nieumyślnie komiczne”.

Podoba jej się zwłaszcza jedna scena – mnie również, choć widzę ją oczyma wyobraźni;) – w której romantyczny klimat poezji Keatsa zderza się z tym, co bezpieczne, choć pozorne.
„Laura Jesson i doktor Alec Harvey poznają się na dworcu i zakochują w sobie. Niestety są małżonkami innych ludzi. Laura ma statecznego męża Freda, którego jedynym łącznikiem z nurtem keatsowskim w angielskim życiu jest hasło z krzyżówki w „Timesie”: I kiedy czuję – człowiek małej miary – / Że i ty znikniesz razem z gwiazd obiegiem,/ Że nie dosięgną mnie już nigdy czary/ Ślepej ….. (7 liter). Laura podpowiada: „miłości”. Ma rację, ale to nie pasuje do innych odpowiedzi. W tym jednym momencie zawiera się cały film. Anglicy wielu rzeczy pragną, o wielu rzeczach marzą i w wiele rzeczy wierzą. Ale nie pasują one do naszych innych odpowiedzi”.

***

Polecam szczególnie Sztuczki warsztatowe, czyli przygotowane dla nowojorskich studentów Creative Writing uwagi o własnej metodzie pisania. Wyobraziłam sobie, że gdybym była – jak nie jestem – powieściopisarką, to miałabym z pewnością kilka punktów stycznych z Zadie Smith.

Po pierwsze: pewnie nie byłabym makroplanistką, lecz mikromenedżerką.;)

Ci pierwsi zaczynają od gruntownych przygotowań. Tworzą strukturę, rozrysowują wątki i postacie, ustalają szczegóły scenerii. Pisać mogą zacząć choćby od środka – posuwając się wstecz lub do przodu. Mogą również układać alternatywne wersje zakończenia i potem rozważać, które lepsze.

Nie tak pisze Z.S., czyli mikromenedżerka. Nie ma mowy o wariantach zakończenia, bo rzecz pisana jest po prostu według zasady: „zaczynam od pierwszego zdania i kończę ostatnim”.  W połowie książki nie ma się pojęcia, dokąd ona może doprowadzić, kim bohater może jeszcze się stać. Pisząc w ten sposób co prawda nie kontroluje się wszystkiego, ale ileż musi być frajdy w tym seansie spirytystycznym, gdy duch powieści dyktuje i narzuca swoją wolę.

Po drugie: najtrudniej byłoby mi stworzyć pierwszych 20 stron. Circe – to liczba ustalona przez Z.S. Przekleństwo. Czego by nie zacząć, trzeba powołać do istnienia wszystkie przyległości. Niby prosta scena, a zapaść muszą decyzje co do języka, jakim bohater się odezwie, rytmu jego myśli, wcześniejszych traum, które go naznaczyły i obecnych nawyków, które tę postać pozwolą zapamiętać. Słowem: na początku było słowo, ale jeszcze przed nim było poszukiwanie właściwego tonu.  Z.S. przepisuje te strony milion razy.

[Tu przypomniałam sobie wykłady Amosa Oza o początkach książek, będących zawsze czymś w rodzaju kontraktu piszącego z czytelnikiem.]

Po trzecie: wyobrażam sobie, że nadchodzi taki moment, w którym pisze się samo. Wszystko zdaje się współpracować z naszą wyobraźnią. Ludzie w tramwaju mówią takie fajne rzeczy, że żywcem można je przenosić do literatury. Otwierasz czasopismo, a w nim sukienka dokładnie taka sama, jaka powinna nosić bohaterka etc. Życiowe sytuacje podpowiadają rozwiązania niczym deus ex machina. Nie wiem, czy tak właśnie jest, ale wierzę, że dla tego etapu warto pisać bez wcześniej zbudowanej struktury.

Po czwarte, tu podważam teorie, ale zgadzam się z praktyką. Z.S. radzi: „proszę odsunąć się od pojazdu”. Odstawić tekst po napisaniu, najlepiej na rok. A potem przeczytać jak tekst kogoś obcego. Zadie tak postuluje, ale postępowała dotąd inaczej. Absolutnie nie wyobrażam sobie, by kończyć tekst przed terminem i czekać aż „się odleży”. Preferuję potrawę al dente. Lekko może niedogotowaną. Pisaną nocą przed oddaniem. Oddawaną rzutem na taśmę.

Uwag jest więcej. Nie są to wskazówki mistrza dla początkujących, raczej refleksja nad pisaniem, obserwacja warsztatu pisarskiego czyniona przez praktyka (wciąż jeszcze początkującego).

Eseistka Zadie Smith ma pióro inteligentne, bystre, niepozbawione zmysłu humoru. Mojemu czytaniu towarzyszyło uczucie przebywania z kimś błyskotliwym i świeżym. Ale lekko nieprzewidywalnym, niekoniecznie mającym rację. Nie może być inaczej, skoro zauroczyły mnie niegdyś jej Białe zęby (powieść, ale zęby autorskie są również ok), a przez Łowcę autografów i O pięknie nie mogłam przebrnąć.

Advertisements

9 thoughts on “podszyte biografią

  1. szwedzkiereminiscencje

    o, to dokladnie tak jak ja – biale zeby to byla rewelacja, a reszta juz równia pochyla!

    ZS zrobila oszalamiajaca kariere zebami i zapewne chciala uniknac pietna pisarki etnicznej. tymczasem wlasnie jej swiezosc i oryginalnosc lezaly w obserwacjach z pogranicza kultur, jak sadze

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      A jednak Zadie Smith budzi sympatię i oczekiwania. Co wcale nie jest oczywiste – dobrze sobie radzi i w mediach, i w świecie uniwersyteckim. Mam wrażenie, że jest jakaś spójność w tym jak mówi, pisze i wygląda.;)
      Ale syndrom pierwszej dobrej powieści jest zniewalający. Moim zdaniem nic następnego nie przebija Zębów (nie mogę już sobie przypomnieć, skąd się wziął ten tytuł?). Choć niektórzy dobrze mówią o O pięknie.
      Pewnie masz rację, że warto się trzymać swoich tematów. Ale różnorodność etniczna jest przecież i w jej następnych powieściach, a mimo to zęby się stępiły.

    2. szwedzkiereminiscencje

      renée – „on beauty” kupilam na targach w göteborgu i zaczelam czytac, jeszcze cieple, od razu po przyjezdzie. no i pretensjonalny gniot – z emfaza na „pretensjonalny”! niby miala byc satyra na srodowisko akademickie, ale NIC nie smieszna, a na dodatek ZS srodowiska akademickiego nie czuje (pisze to jako produkt takiegoz). to juz lowca autografów byl lepszy

      biale zeby byly chyba karaibskie, w ustach irie (?), kt sobie wybila na pamietnym party, gdzie spotkala archiego. wszyscy tam wzbudzaja cieple uczucia swoja nieporadnoscia i hartem ducha – mnie ta ksiazka smieszyla i poruszala jednoczesnie. zreszta nawet ekranizacja byla udana. moze dlatego, ze ZS nie miala wtedy wiele do stracenia i mogla sobie (we wlasnym pojeciu) pozwolic na ksiazke „niepowazna”? jak dla mnie tchnie autentycznoscia, kt potem zagubila. wierze, ze j dobrym fachowcem – ale takich wiele, a jako gadajacy produkt imperium byla niepowtarzalna!

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Polecam, to będzie smaczna lektura. Świetny jest pierwszy esej: Co znaczy słowo soulful. Zora Hurston jest mi nieznana, nie mogłam więc do niczego odnieść uwag Smith o jej pisarstwie. Ale właśnie dlatego, że w eseju twórczość literacka splata się z uwagami o jej percepcji i z biografią (pisarki i autorki eseju), więc czyta się płynnie i lekko. Z tych „literackich” ujął mnie również tekst o E.M.Forsterze. Oto cytat z wypowiedzi Forstera, z czasów gdy prowadził bardzo specyficzne audycje radiowe:
      „Otrzymałem miłe listy od ludzi, którzy piszą z żalem, że poziom moich audycji jest dla nich za wysoki, i inne, równie miłe, wyrażające żal, że jest on za niski; czy nie słusznie więc będzie trzymać się raz obranej drogi?” :))
      Forster to był mocny dziwak, ale powyższe zdanie jest wielce krzepiące.
      Nie wspomniałam w notce o eseju poświęconemu pisarstwu i pamięci o tragicznej postaci jaką był David Foster Wallace. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam. Tak więc w moim przypadku czytanie tych esejów -oprócz tego, że było przyjemne – miało spory walor poznawczy. ;)
      Pozdrawiam.

  2. ksiazkowiec

    Też wykłócam się zawsze i wszędzie, że dzieło dopiero z jego twórcą żyje pełnym życiem. Autorkę mam na indeksie ksiąg nakazanych od dłuższego czasu i ostrzę sobie na nią zęby (niekoniecznie białe), zatem trzeba będzie wykraść zimie czas. Pozdrawiam cieplutko:)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :) Indeks Ksiąg Nakazanych!
      Mnie ukształtowano na modłę takiego odbioru „autotelicznego”, czyli książka sama w sobie jest niezależnym światem. Ale mam coraz większe podejrzenia, że znajomość biografii wiele wnosi. Nie mówiąc już, że biograficzny kontekst po prostu bywa arcyciekawy.
      Bogusiu, nie wątpię, że dla Ciebie ta pozaliteracka Prawda jest istotna. Świetny ten Twój wpis o prawdzie zakłamywanej! Trudny bardzo (choć napisany przystępnie), niejednoznaczny, wymagający przemyślenia tego, co odcinamy, co niesiemy dalej (i jak?).
      Pozdrawiam, powiedzmy słonecznie. U mnie tu może nie jest najzimniej, ale słońca zdecydowanie za mało.:)

  3. Ewa

    tamaryszku, dobrze rozumiem, chciałabyś/będziesz pisarką? To świetnie, masz wszelkie dane.
    Jeśli chodzi o mnie, to ja też raczej z tych mikromenedżerek – jak by co…Punkt trzeci też byłby dla mnie. A ten czwarty; jak już bym coś spłodziła czy wytrzymałabym by nie odtrąbić zwycięstwa. A jak bym wytrzymała, to czy po czasie nie spaliłabym wszystkiego płonąc ze wstydu? Pewnie nigdy się nie dowiem. I bardzo dobrze. W moim wypadku. :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :)) „Gdybym była, jak nie jestem…”! Oj, lubię się przyglądać procesowi tworzenia. Chwytom, porywom, zmaganiom. Myślę, że jest w tym zadziwiająca mieszanka magii (trochę) i trudnej pracy (przewaga). Ale – tak jak nie najlepszym komikiem jest ten, kto na co dzień umie nas rozśmieszyć – tak w miarę sprawne pisanie nie jest przepustką do pisarstwa. Kilka cech stałoby na przeszkodzie. Na przykład „skaza polonisty”, próg mentalny, który co prawda potrafię wyśmiać, ale ślady po nim wciąż są dostrzegalne. Że jak pisać, to naprawdę! tak, by powiedzieć coś nowego! A co nowego? Wszystko już było.
      [To tylko dowód na szkodliwe działanie studiów filologicznych;) Ma się wybitnie wyostrzoną świadomość własnych niedociągnięć.]

      Ale ten punkt czwarty (o odstawieniu własnego tekstu aż wyda nam się całkiem obcy) rzeczywiście byłby ciekawym doświadczeniem. Awykonalny i w moim przypadku.
      A kiedyś słyszałam taką opowieść o Tołstoju, nienawykłym do czytania własnych wydanych już książek, że sięgnął kiedyś po jakiś przypadkowy tom i się zaczytał. Noc całą, tak dobra to była powieść. O kobiecie, trudnym romansie, odważnych wyborach, za które płaci się wysoką cenę. Był Petersburg, i wypadek kolejowy… Bo to była jego Anna Karenina.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s