Archiwa miesięczne:

wstydliwie (1)

Sponsoring (Elles), reż. Małgośka Szumowska, Polska, Francja, Niemcy 2011.
Wstyd (Shame), reż.  Steve McQueen, Wielka Brytania 2011

                

O seksie, bardzo bezpośrednio.
Oba filmy odważnie odsłaniają życie intymne swoich bohaterów. Unaoczniają, obserwują, podążają po śladach ich seksualnych doświadczeń, przyglądając się jak wpływają one na to, kim są lub kim się stają. Nie mogę napisać, że analizują „tę sferę życia” bohaterów, bo nie oddałoby to istoty rzeczy. Brandon Sullivan (Wstyd) zdaje się być tak bardzo pochłonięty swą seksualną obsesją, że inne sfery są przez nią zdominowane, jej podporządkowane, przez nią zmarginalizowane etc. Alicja i Charlotta (Sponsoring) to paryskie studentki, które zarabiają na utrzymanie seksem – „znudzeni mężowie” zgłaszają się na ich anons i słono płacą. Dziewczyny nie angażują się (?) emocjonalnie, ale czy można powiedzieć, że te erotyczne doświadczenia oddzielone są od sedna ich tożsamości? Seks wkrada się i przemienia wszystko. A opowieść wciąga w swój wir również widza, który doświadcza konfuzji przekraczania czyichś intymnych granic, wślizgiwania się w cudzą sferę intymną.

To znaczy, że nie są to filmy dla każdego, choć w pewnym sensie o nas wszystkich. Nie, bynajmniej nie doszukuję się w Brandonie everymana, ani w dziewczynach z filmu Szumowskiej nie widzę jakiejś nadchodzącej generacji. Trawestując frazę poetki, przyznam jednak, że: Jesteśmy dziećmi epoki. Epoka jest erotyczna.
[Szymborska, Dzieci epoki (tu: epoka jest polityczna)]

Zbieżność wejścia obu tytułów na ekrany polskich kin sprawia, że one z sobą rozmawiają. Sugerują, że współczesny świat sprzyja erotycznym zawirowaniom, ułatwia je lub wymusza.
Jestem pod dużym wrażeniem filmu McQueena i roli Michaela Fassbendera. Sponsoring mnie nie przekonuje,  mówiąc językiem innej polskiej reżyserki: jest jak artystyczna wydmuszka. Siła Wstydu odbiera impet opowieści Szumowskiej. Wstyd jest odważny, Sponsoring, mimo sięgnięcia po dość drapieżny temat, jest mdły, rozmyty…, a przynajmniej mnie taki się on wydaje.

Studentki marzą o wyrwaniu się ze swoich światów – Alicja przyjechała do Paryża z Polski, Charlotte rozpoczyna w nim życie po opuszczeniu szarej rzeczywistości francuskiego blokowiska. Obie chciałyby żyć elegancko, być kimś takim, jak Anna – dziennikarka poczytnego pisma, która pisze artykuł o studentkach-prostytutkach. Ona ma wszystko, czyli odpowiedni standard życia (!). Ale spotkanie z dziewczętami uświadomi Annie, że „wszystko” to za mało, gdy ze związku (rodzina!), w którym tkwi, wyparowała bliskość.
Ona chciałaby być – trochę – jak one.

Mogłoby być ciekawie, gdybym potrafiła w to uwierzyć. Że dziewczyny zaprzedają się po coś (że to, co chcą osiągnąć jest warte ceny lub przynajmniej „konieczne”). Albo że Anna rzeczywiście ma czego im zazdrościć (że w czymkolwiek one nad nią górują).

I nie chodzi o to, że to nie współgra z moją percepcją świata, zasadami etc. Nie jestem przekonana, bo to, co widzę na ekranie jest niewiarygodne. Mówię sobie: a może tak jest? może Szumowska dotarła do ludzi, którzy tak myślą, sama tak myśli, więc jest w tym jakaś prawda? Ale dlaczego to nie wybrzmiało? Źle zagrane? Chaotycznie poprowadzone? Zbanalizowany scenariusz?

Po kolei. Czego chcą dziewczęta? Szumowska w wywiadzie tłumaczy:  „One po prostu chcą mieć pieniądze. Chcą żyć na takim poziomie, na jakim żyje Anne – zejść rano na śniadanie do kawiarni, kupić fajne ciuchy. A żeby tak żyć w Paryżu, trzeba mieć mnóstwo kasy. One w końcu tę kasę mają, jedyny problem polega na tym, że muszą ukrywać skąd i pewnie płacą za to jakąś wewnętrzną cenę”.

Standard życia jako wartość sama w sobie? Cena, jaką płacą, to poczucie, że muszą kłamać, bo ten obłudny świat nie zniósłby, gdyby mówiły wprost, że pełnią taką a nie inną rolę społeczną? Wydaje się, że cena jest wyższa. Film sugeruje rozpad związku Ch. z jej chłopakiem i A. z matką. Dlaczego aż tak ten koszt zaniżać?

Gdy Anna pyta, czy relacje z klientami je upokarzają – odpowiedź brzmi: nie. Jedna z dziewczyn rozmawia przez telefon z klientem tak czule jak z kimś bliskim, ale fragmenty „spotkań” mówią co innego. Gdy dziennikarka pyta, co sprawiało trudność (oczekuje wyznania, że musiały przełamać jakiś wewnętrzny opór), słyszy, że to w ogóle nie było trudne, a prawdziwą przeszkodą życiową jest „ten zapach”. Jaki? – pyta Anna, mając na myśli chyba co innego, niż usłyszy w odpowiedzi: zapach blokowiska, z którego pochodzę.

Dziewczyny mówią, że ich klienci są „normalnymi, zwyczajnymi facetami” – no tak, ale nie przychodzą do nich, by zaznać zwyczajności. I tylko decyzja reżyserki sprawia, że widzimy ich jako trochę smutnych, trochę niezaspokojonych facetów. Równie dobrze mogliby to być osobnicy bardziej ześwirowani, na prasowy anons może przecież odpowiedzieć każdy.

Dalej: co takiego intryguje Annę, że zaczyna inaczej postrzegać swoje życie? Tu na plan pierwszy wysuwa się Binoche i jej wierzę trochę bardziej (rodzina nie leczy z samotności, mąż przypomina tych podtatusiałych klientów, którzy przychodzą do dziewczyn).
Miota się kobieta po mieszkaniu, przyjemnie się ją ogląda (bo Binoche – elegancka czy rozchełstana – wygląda kobieco i inteligentnie), no musi coś w tej swojej wydmuszce zmienić, ale czy mogą jej w tym pomóc nowo poznane pannice? One są jej potrzebne jako bodziec. Jedyne, czego mogłaby im zazdrościć, to młodość. Ale płacz nad rozlanym mlekiem, czyli wyrośnięciem z wieku wczesnostudenckiego i przebywanie w świecie ludzi dorosłych (zazwyczaj przecież nie dość dojrzałych) to nie jest jeszcze koniec świata.

Mimo to podoba mi się w Sponsoringu kilka scen. Kolacja i śniadanie w finale opowieści. Bratanie się Anne z Alicją (np. ten śmiech z ustami pełnymi makaronu), bliskość z Charlottą, wizyta polskiej mamy w Paryżu (czyli Janda w różowym sweterku!). Może ta scena, w której Alicja i „facet z gitarą” śpiewają piosenkę. I okulary Juliette Binoche, te czarne i te kolorowe. 

*****************

Wolę Fassbendera! To, o czym opowiada film McQueena, mogłoby budzić więcej oporów i zastrzeżeń. Nie budzi, bo jest wiarygodne. Tu opowieść broni się sama. Jest Brandon, jest jego siostra Sissi, jest Nowy Jork… Jest jakieś okaleczenie, narośl, pułapka. Trochę wytwarza je świat, a trochę my sami. Mam pytania, ale nie mam zastrzeżeń. Poza jednym: że nie zmieszczę swoich uwag w tej notce, więc rozbijam ją na „wpis w odcinkach”.

nadrabiam i młodnieję

Tytuł zastępczy: TRUCIZNY!

Dwie książki, o których jakiś czas temu było na blogach głośno. Wszyscy czytali ze smakiem. Ja też miałam zamiar, ale – jak to bywa – odkłada człowiek co najlepsze na później, a potem się dziwi, że mógł tak długo żyć w nieświadomości.
Czas uświadomienia nadszedł. Zabawa była przednia!

EDYNBURG, lata 30. do tużpowojennych [Pełnia życia panny Brodie]

Cieniutka ta książeczka opowiada „o niejakiej pannie Brodie w pełni jej życia” i o jej stadku, które przez długie szkolne lata rozdziawiało dzioby i chłonęło mądrości z ust swojej pani, a później z różnym skutkiem uwalniało się od jej wpływu. Szkoła była żeńska, nauczycielka z charyzmą, metody nauczania – kontrowersyjne. Czyta się bajecznie: lekko, ale nie mdło (mieszają się perspektywy czasowe, więc poznawaniu „pełni życia” Miss Brodie towarzyszy przedsmak jej zmierzchu), zabawnie, ale i refleksyjnie. W gruncie rzeczy ta prosta opowiastka jest jak staroświecka walizka z drugim dnem, pod którym jest jeszcze trzecie i czwarte. 

Ale ponieważ dyskusje na powyższy temat już się rozegrały (Klub Czytelniczy Anki), a piękną recenzję powieści Muriel Spark napisała Lirael, więc sobie wyznaczam wyłącznie rolę czytelnika, który buszuje w zbożu jak pijana kuropatwa, zaśmiewa się i stroszy piórka. Aha, jeszcze dodam, że tytułowa bohaterka miała swój pierwowzór, który poznać można z biografii pisarki (Lirael wszystko zna i już opisała). Jako że  liczba trzy jest liczbą świętą, więc po raz trzeci przywołam Lirael, dodając, że czytałam przesłany mi przez nią egzemplarz, więc może dzięki temu zrozumiałam trochę więcej.

Ad rem.
Kluczowe zdanie wypowiada jedna z uczennic, Sandy, gdy sypia z mężczyzną, który kochał się w pannie Brodie i przez lata malował obrazy, na których wszystkie twarze jakoś dziwnie przypominały Jej  twarz. „Dlaczego jesteś taki opętany przez tę kobietę? Czy nie widzisz, że ona jest śmieszna?”

Śmieszna. Jean Brodie na pewno nie chciałaby tego słyszeć. Ona! – elegancka, triumfująca, świadoma swej pełni, obdarzająca szczęśliwców wiedzą, smakiem, wyczuciem życia, wyższymi aspiracjami… Śmieszna? Ach, jakże to?

Oczywiście, miała wrogów. Całe grono pedagogiczne i panią dyrektor, nierozumiejącą jej metod (a ona „e” -„dukuje”, czyli nie wtłacza wiedzy do głów, lecz ją z nich „wyprowadza”). Ileż to razy czepiano się jej! Daremnie! – bo Brodie w pełni swego życia pozostawała niezatapialna.
Była z niej trucicielka i nie tylko Teddy Lloyd widział ją we wszystkim, co portretował. Jedni otrząsali się dość szybko, inni musieli z tymi wpływami walczyć, niekiedy dość przewrotnie.

Ale żeby śmieszna? Ujmuje mnie ta diagnoza. Do tego stopnia, że żal mi panny Brodie, podszytej złudną, choć na pozór zwycięską kompensacją. Czy jest coś bardziej autodestrukcyjnego niż poświęcenie podniesione do potęgi misji? Wykreowanie siebie na kogoś, kto jest ponad to, co zwyczajne…, uczynienie z uczennic „powiernic”, manipulowanie, szukanie ekwiwalentów własnego życia. Rozumiem tę pokusę otoczenia się fanami (nie jest to wcale takie rzadkie!), przeglądania się w czyimś podziwie, grzania się myślą, że moje uznanie jest osądem miarodajnym. Są w takim myśleniu ziarna szlachetne. Może się wydawać, że skoro mamy dobre chęci, to nauczymy innych jak mądrze, szczęśliwie i pięknie żyć.

Ale za kołnierzem siedzi diabeł nieskromności i pogrywa archetypem Narcyza. A Narcyz, wiadomo, bardzo potrzebował aprobaty i nie było sposobu, by mógł się nasycić porcją, która mu się trafia. Więc ciągle „jest na głodzie”.

Ech, pełnia życia…! Bzdura. To niestety był ersatz. Jeśli w którymkolwiek momencie dotarło to do Jean Brodie, to musiało zaboleć.

Jak by na tę postać nie spojrzeć, nie da się zaprzeczyć, że Brodie to była tekściara! Gdyby dodać ze trzy szczypty autoironii, nie umiałabym się z nią rozstać. Jakie one zdania wygłasza! Kto kiedykolwiek pracował w szkole, ten wie, że czasem strasznie korci, by powiedzieć coś absurdalnego (mnie korci często i ulegam).  Wewnętrzny chichot podpowiada mi, ile teatralnego potencjału kryje się w takich frazach:

„Dajcie mi jakąkolwiek dziewczynkę w okresie największej chłonności, a jest moja.”
„Gdybyście mnie tylko, dziewczynki, słuchały, zrobiłabym z was crème de la crème”.

„Byłam z przyjaciółmi na audiencji u papieża. Oni pocałowali pierścień, a ja uznałam za stosowne pochylić się tylko nad nim. Byłam w długiej czarnej sukni i koronkowej mantyli i wyglądałam wspaniale”. (…) „Miałam na sobie jedwabną suknię w duże czerwone maki, która znakomicie podkreśla moją karnację”. Ja, ja, ja.

Teatralne lekcje Miss Brodie to przede wszystkim jej monologi, ale i scenografia. Jakieś zawiłe zadanie z algebry wypisane na tablicy dla niepoznaki lub rozłożone na ławkach podręczniki-kamuflaże. Gdyby ktoś wszedł, mamy alibi, że pracujemy – a tymczasem opowiem wam, dziewczynki, o mojej miłości, o tym, co jest ważne i jakim kremem odżywiać cerę.

Odmładzająca moc tej lektury to spoglądanie na świat oczyma jedenastolatek. Moją ulubienicą jest Sandy, która miała skłonność przeplatać dialogi realne z urojonymi. Kwestie jej się czasami mieszały, raz  adresowała je do koleżanki w ławce, raz do przyjaciół ze świata Stevensona (Porwany za młodu).

Świetne są gdybania dziewczynek na temat życia erotycznego panny Brodie! Czyżby ona… Nie, nie mogłaby się przy nim rozebrać! Zresztą – gdyby, to miałaby dziecko. Co miała na myśli, mówiąc, że „w czasie ostatniego spotkania lgnęli do siebie w namiętnym zapomnieniu?” Przecież stosunek płciowy jest taki okrrrrrropny! [Jedenastolatki swoje wiedzą!]

Cóż, w zasadzie nikt nie może się równać z panną Brodie, ale jeśli chodzi o teksty, to jednak palmę pierwszeństwa oddaję chemiczce.

„– Mam w tym słoju dość prochu, żeby wysadzić w powietrze całą szkołę – powiedziała panna Lockhart spokojnym tonem.
Stała za swym stołem, w białym płóciennym fartuchu, trzymając obie ręce na szklanym flakonie w trzech czwartych wypełnionym ciemnoszarym proszkiem. Śmiertelna cisza, jaka zapadła, była efektem, którego właśnie oczekiwała, ponieważ zawsze pierwszą lekcję chemii zaczynała od tych słów, ze słojem przed sobą (…). Wszystkie oczy wlepione były w słój”.

Aż mam ochotę pożyczyć sobie ten trick.;)

BUCKSHAW (koło Bishop`s Lacey), lata 50. [Zatrute ciasteczko]

Skoro mowa o jedenastolatkach, truciznach i chemii, to magiczny wehikuł powinien nas przenieść na angielską prowincję, do rodowego domostwa, w którym żyją: szlachetny, smutny pułkownik-filatelista i jego trzy nastoletnie córki: Ofelia (Fela), Dafne (Dafi) i Flawia. Najważniejsza jest, oczywiście, Flawia de Luce – i jeśli wspomniany wehikuł stoi jeszcze na poboczu, to powinien zniknąć, bo Flawia w czary nie wierzy, a wszelkie nieprawdopodobieństwa tłumaczy racjonalnie, na ogół z wykorzystaniem wiedzy chemicznej.

Który z atutów prozy Bradleya przedłożyć nad inne?
Mogłabym postawić na klimat angielskiej prowincji lub dobrze skrojoną intrygę kryminalną (nie tak krwawą i drastyczną jak te znane ze szwedzkich opowieści dla dorosłych, ale z pewnością logiczną i pełną napięcia).

Można by przyznać premię za intertekstualne mrugnięcia – parafrazy klasyki kryminalnej (chyba szczególny ukłon w stronę Agathy Christie i panny Marple, ale i Sherlock ma tu swój niepodważalny status), powieści młodzieżowych (ja wyczuwam wyobraźnię Ani Shirley), kontekstów muzycznych (miło że w tle sączy się nie tylko ulubiony kawałek Flawii – Toccata Pietra Domenica Paradisiego – ale i przywołany w roli pobudki Polonez a-moll Chopina i Rozszumiały się wierzby płaczące…), last but not least –  aluzje filmowe i cytaty z Szekspira.

Nie ma co rozdzielać tej książki na warstwy, nie zauważając, że najważniejsza jest główna bohaterka. Rezolutna wielbicielka nauk ścisłych, przeprowadzająca w domowej pracowni skomplikowane chemiczne reakcje. Złośliwa i empatyczna, wszędobylska i wścibska. Śmigająca po okolicy na rowerze o imieniu Gladys. Odważna taką brawurą, jaką tylko nastoletnie dziewczynki potrafią się wykazać. I w dodatku udowadniająca (tak! bo to szczerozłota prawda!), jakie sprawne bywa myślenie małolatów i ile w nim psychologicznej dedukcji.

Ale gdybym musiała zdecydować się na jeden atut i miała ćwierć minuty na wygłoszenie jego pochwały, to wybór pada na narrację i styl. Jeden czy dwa rozdziały oddają głos ojcu Flawii, który wyjaśnia, ile temperamentu jest w filatelistach. Raz po raz ktoś ze starszych otwiera swą odpowiedzią drzwi retrospekcji. Flawia nie mogłaby odsłonić nam tych opowieści osobiście, ale cała teraźniejszość i sporo zrekonstruowanej przeszłości należy do Flawii de Luce. 

Jakie ryzyko było w takiej koncepcji! No, pewnie, ktoś już kiedyś coś podobnego wymyślił, ale oddanie głosu jedenastolatce to nie jest takie hop siup. Powieść podoba się rówieśnikom bohaterki, lecz i panienki z dłuższym stażem (panów nie przepytałam, ale sądzę, że się nie wyłamią) nabierają przy lekturze rumieńców. Świat, jaki się z tak podanych słów wyłania, nasączony jest chemią i jest chemiowytłumaczalny. Ma swoje smutki i nostalgie, ale w dawkach niedepresyjnych. Bo w tym wieku dobrze się sprawdza zasada Scarlett O`Hary: „Pomyślę o tym jutro”. Dialogi przekorne, obserwacje detaliczne, a słowa dobrane są tak, że działają jak duży kubek espresso. Zaryzykuję cytat, choć najlepiej smakować go w kontekście.

„Czekałam, aż zrozumie, co do niego mówię. Porozumiewanie się z Nedem przypominało wymianę depesz z dyslektykiem z Mongolii”.

„Natychmiast poczułam, że lubię Mary, nawet jeśli ona nie lubi mnie. Każdy, kto zna słowo «kocmołuch», wart jest naszej przyjaźni”.

[tu mógłby się znaleźć opis witraży z pobliskiego kościoła – podany ze wskazaniem związków chemicznych, którymi osiągnięto taki a nie inny efekt kolorystyczny ;)]

[chodzi o stan błogiego ożywienia] „Poczułam się dziwnie, a raczej ogarnęło mną dziwne uczucie, jakbym była parasolem, który sobie przypomniał, co znaczy być otwartym na deszczu”.

I tak właśnie można się poczuć, czytając Bradleya. Jak parasol albo ciastko z rabarbarem (o ileż smaczniejsze od kremówki!) lub jak bulgocząca herbatka podgrzana w chemicznej kolbie panny Flawii.

Muriel Spark, Pełnia życia panny Brodie, PIW, Warszawa 1972
Alan Bradley, Zatrute ciasteczko, Wydawnictwo Vesper, Poznań 2010.

tak się złożyło, że jestem i patrzę

„Tak się złożyło, że jestem i patrzę”. [Może być bez tytułu]

I piszę. Czasami po to, by coś z siebie wyrzucić, nadać kształt myślom i jakoś się wobec nich zdystansować. Zwłaszcza wobec tych, które chodzą po głowie w tę i we w tę. Bezkształtne.
To mogłaby być recenzja, ale nie jest.

Róża była wydarzeniem na Festiwalu w Gdyni. Lwy przypadły wówczas filmowi Skolimowskiego (Złote) i Komasy (Srebrne). Później nadszedł Warszawski Festiwal Filmowy i laury trafiły do Róży (Grand Prix). I nie jest to pomyłka, moim zdaniem.

Minęło ponad pół roku zanim pojawiła się możliwość skonfrontowania tego, co niosła fama, z tym, jak na film Smarzowskiego reaguje nasza własna wrażliwość, wyobraźnia, potrzeba wejścia (lub nie) w losy głównych bohaterów.

Konfrontacja dotyczy z jednej strony tego, czy Smarzowski zaproponuje coś, co da się odebrać w łączności z Weselem i Domem złym. [Tak, choć dla mnie Róża jest odrębna. To pierwszy film reżysera, do którego nie pisał scenariusza. Cenię pozostałe, ten jest najważniejszy.]

Drugi aspekt konfrontacji wymaga rozpoznania, jak się mają deklaracje twórców, oceny krytyków, komentarze blogerów etc. – do tego, co czuję ja. Tu nie ma jednej tonacji, ale (operuję pewnym skrótem myślowym): reżyser mówi, że zrobił film o miłości, krytyka podkreśla, że film zapełnia białą plamę na mapie powojennych wydarzeń (wysiedlanie Mazurów) i uderza skondensowaną brutalnością („cios w podbrzusze”). W komentarzach znajomych często pobrzmiewa nuta zastrzeżenia: „wiesz, ale gdy po raz kolejny ją gwałcą,… to już za dużo”. I czy Smarzowski przesadził czy nie, i że o miłości to wcale, bo za dużo upodleń, chuci i bólu.

[Co do mnie, wiem jedno. Opowieść zadziałała nokautująco. Wszystko po niej boli. Nie wiadomo, co myśleć. Właściwie: myśleć przez jakiś czas nie można, dopóki nie uwolnią się emocje. Żeby nie przegadywać i nie szufladkować, nie psychologizować nawet, raczej pozwolić, by to, co irracjonalne miało swoją rację bytu.]

Smarzowski opowiada realistycznie, mocniej: naturalistycznie. Oczekiwanie, że ni stąd ni zowąd pojawi się confetti z pozytywnych uczuć jest naiwne i niczym nieuzasadnione. Sentymentalizm wyrugowany bezpowrotnie. A jednak jest  to film o miłości. Inaczej nie potrafię go odbierać. Bez tej warstwy zostałaby wyłącznie ludzka podłość, głupota historii i absurd. Nie przeczę, poczucie absurdu nie opuszczało mnie podczas seansu. Przez sporą część opowieści kołatało mi w głowie: wyjechać! zostawić w diabły tę ziemię, uciec od wszystkiego raz na zawsze.

Rok 1946. Mazury. I Mazurzy, którymi pomiata historia. Rosjanom i Polakom za bardzo przypominają Niemców. Próbuje się ich „uswoić”, ale tylko pozornie. Tak naprawdę wszystko zmierza do wyrugowania ich z tych ziem. A ponieważ nie odchodzą dobrowolnie, więc uprzykrza im się życie, na potęgę. Wyjechać, uciec stąd? A niby gdzie istnieje bezpieczny świat dla żołnierza AK, który nie poddał się weryfikacji i dla Mazurki, wdowy po żołnierzu Wermachtu?

Zawieszam recenzenckie tropy, bo tak naprawdę interesuje mnie tylko jedno, mało profesjonalne pytanie: czym jest miłość? 

Ok, zawężam: jaka jest miłość Róży i Tadeusza?

Nie dojdzie, kto chciałby dociec, dlaczego w ogóle się pojawia. Dwoje ludzi („wraki”, jak mówi reżyser), którym niespieszno do uniesień. Ogołoceni, z piętnem (zwłaszcza Róża), bez przyszłości. Musiał być w nich ogromny bagaż rozczarowań. Albo nie było już nic, jak po przekroczeniu zbyt wielu granic. Wydrążeni ludzie, którzy idą za czymś, co ich budzi z odrętwienia. To może być czyjaś obecność na co dzień. Obecność, która jest ważna. A potem już kluczowa.

Tyle dzieje się wokół, tyle zagrożeń, że o miłości ani się nie mówi, ani się jej nie pokazuje. Nie tak, by przykuwała uwagę. Wszystko inne zdaje się być głośniejsze. I to też cecha tej miłości: cisza, czasem czułość spojrzeń, rozjaśniona twarz Róży. Lub to jak Tadeusz ją widzi: kobiecą mimo hańby i wyczerpania.

Miłość jest lękiem. [Wiem, że w liście św. Jana jest zapisane coś na odwrót.] Jest niepokojem o tę drugą osobę. Strachem, że coś może jej się stać, że może umrzeć.  Tu przychodzą na myśl te sceny, gdy Tadeusz powraca do domu, po raz kolejny napadniętego przez „żołnierzy”. Bezradność, gdy rozumie, że nie ochroni jej przecież przed wyrokiem (to po wizycie i diagnozie lekarza). 

Ale rewelacyjna jest również scena, gdy wybuch miny budzi popłoch w Róży, że coś niedobrego stało się z Tadeuszem. Przybiega i krzyczy na niego. Że chyba oszalał i zupełnie niepotrzebnie odminowuje więcej niż trzeba, powinien natychmiast przyjść jeść. I wrzeszczy tak po niemiecku, pełna strachu o niego.

Wizualnie najpiękniejszy jest uśmiech Agaty Kuleszy jadącej na rowerze, radość, trochę wygłup. Bo miłość jest odprężeniem, chwilą pełni w choćby nie wiem jak pustym świecie. Pływaniem łódką po mazurskim jeziorze, gdy świat wydaje się naprawdę całkiem ładny.

Co jeszcze? Jest szacunkiem. Oj, to najlepiej obrazuje epizod z wilniakami, sąsiadami, którym Róża użycza dachu. Nieszczęśliwie, bo tym razem gwałciciele zmaltretowali i Różę, i jej sąsiadkę (Kinga Preis). Mąż zarządza, że trzeba się ewakuować, bo „zepsuli mu Amelkę!”. Idzie biedaczek, za nim dzieciaki, na końcu kobita objuczona bagażem niczym wół. Mężczyzna naburmuszony, i przestraszona, Bogu ducha winna, zgwałcona Amelka. Otóż, w relacji Tadeusza i Róży jest inaczej. Z dystansu patrząc, można powiedzieć – normalnie(!), ale dla obojga, z wielu powodów, ta sytuacja jest balastem, żywą raną.

Gdy wiemy, że nie ma przyszłości, chcemy pozyskać przeszłość tego, kogo kochamy. Bezcenne staje się każde wyznanie, które w jakikolwiek sposób przybliża coś, co miało swój wpływ na to, kim stała się ukochana. Róża opowiada Tadeuszowi o kilku mazurskich zwyczajach, których przestrzegano, gdy była dzieckiem. Mówi też o umieraniu, o stołku stawianym przy łóżku umierającego (dla duszy), i o otwartym oknie, które pomaga duszy odejść.

Wysłuchałam wywiadu z Agatą Kuleszą, w którym aktorka tę rozmowę nazywa sceną miłosną. Ja to tak właśnie czuję. Co więcej, scena wybrzmi w pełni dzięki kilku słowom i gestom, które nastąpią później. Niezwykłe jest to, w jaki sposób Smarzowski połączył tak różne rejestry, w moim odczuciu bezkolizyjnie. Ból, cierpienie duszy, podłość świata, okrucieństwo i brud historii z jednej strony. Z drugiej – coś głęboko ludzkiego, co ocala. Dla mnie kwintesencją delikatności i bólu miłości, czymś kruchym i mocnym jak tarcza jest scena, w której Tadeusz (wspaniały Dorociński) czyta fragmenty książki „duchowej”. Są takie dziwnie piękne księgi, niedzisiejsze, opisujące życie duszy. Ta chyba jest czymś takim właśnie.

Mam w głowie jeszcze kilka scen, które pamiętam, bo chcę pamiętać. Nie zapominam, że wokół ziało grozą, od tego przecież zaczęłam. Upiornie rozklekotana rzeczywistość to plan pierwszy. Miłość rozgrywa się w głębi. I ma wpływ na to, co z człowieka się wydobywa. Nie wiem, czy ma ona moc unieważnić absurd świata. Chyba nie. Ale bez tej soli byłby on nie do przełknięcia.

„A wszystko to pod niebem z natury bezniebnym”. [Widok z ziarnkiem piasku]

popełniono błędy

Jonathan Franzen, Wolność, Wydawnictwo Sonia Draga 2011.

Popełniono błędy, a jeden z nich mogę przypisać sobie. Minęło kilka tygodni, odkąd przeczytałam tę powieść – chcę o niej napisać, ale zgubiłam już świeżość odbioru. A odbiór był intensywny, zmienny, ostatnie sto stron (z ponad sześciuset) budziło silne emocje i –  wcale nie tak u mnie częste – zaciskanie kciuków za pomyślność. Czymkolwiek może być pomyślność, gdy wszystko, w co się wierzy i co się ceni, roztrzaskuje się na naszych oczach w drobny mak.

Tołstoj ujął rzecz sentencjonalnie: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”.

Berglundowie mogliby taki napis umieścić nad frontowymi drzwiami swego domu na obrzeżach Saint Paul (Minnesota). Choć, niezupełnie. Bo po pierwsze: dopóki żyli tam razem, mieli na podorędziu pakiet złudzeń, dobrej wiary i energii. Nie zakładali złego scenariusza. A później, gdy każdy żył z osobna, odczuwali dotkliwość rodzinnych rozczarowań nierównomiernie i nawet nie w tym samym czasie. Każdy po swojemu. Walter, Patty, ich dzieci – Joey i Jessica.

Po drugie: nie przesadzajmy z tym nieszczęściem. Opowieść na swych głównych bohaterów wybiera silne, barwne osobowości. Walter – „człowiek bardziej zielony niż Greenpeace”, kochający Patty od czasów studenckich, niesamowicie monogamiczny i ogólnie prawy, szlachetnie pryncypialny facet. Patty – niegdyś sportsmenka (koszykarka), więc ukształtowana w duchu rywalizacji i dyscyplinie dążenia do celu, później „dobra mama”, życzliwa, pomysłowa, nigdy niemówiąca źle o innych.

Podczas jednej z rozmów telefonicznych z synem Joeyem (wówczas studentem) Patty pyta go, czy kłóci się ze swą dziewczyną.
„- Dlaczego mielibyśmy się kłócić? Ludzie się kłócą, gdy nie potrafią się dogadać.
– Nie, ludzie się kłócą, gdy się kochają, ale jednocześnie mają ukształtowane osobowości i żyją w realnym świecie”.

Realny świat wkracza w relacje, czy ktoś sobie tego życzy czy nie. Na przykład w ten sposób, że zaczyna brakować sił, na czyjeś słabości lub czyjąś doskonałość. Budzi się rozczarowanie, gdy dzieci, z którymi niedawno było się w przyjaźni, zaczynają widzieć w każdym geście ingerencję w ich terytorium – i oznajmiają, że niczego podobnego sobie nie życzą.

„– Twoja matka jest dziwną osobą, nie sądzisz?
– Jest mi jej żal, kiedy o niej myślę – oświadczyła Jessica – jeśli akurat nie jestem na nią wściekła. Jest tak inteligentna, a nigdy do niczego nie doszła, jedynie była dobrą mamą”.

Pojawiają się pęknięcia, tam gdzie do niedawna były dające się kontrolować rysy. Odzywa się pozornie spacyfikowany brak wiary w siebie. I ni stąd ni zowąd w życie wkracza Richard Katz.

Trzecia kluczowa postać. Nihilistycznie usposobiony rockman,  cynicznie komentujący świat i czerpiący z niego bez ograniczeń hedonistyczne uniesienia (głównie seksualne). Z Walterem i Patty przyjaźni się od czasów studenckich. On i Walter są jak awers i rewers, wszystko ich różni, ale lubią z sobą rozmawiać, zaprzyjaźnili się, gdy byli bardzo młodzi, a wzajemna lojalność i sympatia jest dla Patty czymś niepojętym. Dla Patty, dodajmy, która przed laty gotowa była dla Richarda porzucić uporządkowany świat. I to jej, niestety, nie przeszło wraz z upływem czasu.
A upłynęło lat dwadzieścia.

Jeśli więc mówić o nieszczęśliwej rodzinie, to nie dlatego, by ktoś kogoś krzywdził, zatruwał, lekceważył. To skutek popełnionych błędów, których – być może – nie dało się uniknąć. Czyżby właśnie dlatego, że jesteśmy wystarczająco wolni, by je popełnić?
„Możesz być biedny, ale nikt nie może odebrać ci wolności do spieprzenia sobie życia, jak tylko żywnie ci się podoba”. 

***
Chyba nie tak chciałam napisać, więc drę kartkę, wrzucam do kosza i zaczynam raz jeszcze.

Można powiedzieć: kwintesencja Ameryki, w wymiarze ogólnym i kameralnym. Najbardziej amerykański tekst, jaki dane mi było czytać. Początkowo budziło to we mnie dystans, a gdy dystans się skurczył – ciekawość, a potem podziw dla autora za umiejętne przeplatanie tego, co społeczne z tym, co prywatne, rodzinne. 

Może na tym polega „amerykańskość”? Na zagospodarowywaniu przestrzeni społecznej – tworzeniu więzi z sąsiadami, interesowaniu się lokalnymi problemami i regionalną polityką, potrzebie działania w pozarządowych organizacjach? Nie, to nie dominuje, ale – jest w pejzażu opowieści.

Akcja właściwa rozgrywa się w latach 2004 – 2010. Patty, Walter i Richard są po czterdziestce, dzieci zaczynają studiować (Joey swój pierwszy akademicki semestr przeżywa w Nowym Jorku w pamiętnym roku 2001). Poszczególne rozdziały wprowadzają uruchamiane w różnych momentach retrospekcje. Są lata 80., wraca w opisie dzieciństwa Patty dekada wcześniejsza. Gdy poznajemy korzenie rodzinne Waltera, sięgamy jeszcze głębiej wstecz. Ameryka w przekroju. Ważne, że widziana oczyma różnych generacji, bo zmieniają się także perspektywy narracji. Ciekawie uchwycił Franzen zmieniającą się mentalność społeczną dwudziestolatków.

Szerokie spektrum problemów.
Przede wszystkim mamy odsłonę ekologicznej wizji świata wg Waltera Berglunda. Dobrodusznego idealisty głoszącego idee ocierające się o skrajność (walka z przeludnieniem!, ochrona ptaków przed kotami, kompromis z przemysłem węglowym z perspektywą nasilonej rewitalizacji zniszczonych terenów etc.). Piękny ptak na okładce to lasówka niebieska. Naprawdę niejedno się robi, by i ona miała swoją wolność.

Ironicznie i demaskatorsko przedstawione są interesy czynione w Iraku, żenujące transakcje wojskowe (tu: m.in. wysyłanie do Iraku części zamiennych do starych ciężarówek, skupowanych w Łodzi). Jest środowisko bogatych żydowskich biznesmenów. Wchodzimy w kręgi artystowskie (za sprawą Richarda-muzyka i sióstr Patty, malarki i aktorki).

Kawał dobrej amerykańskiej prozy. A w tym komplemencie jest kilka kropli zastrzeżenia, czynionego przez czytelniczkę, która na co dzień nie przepada za wyzwolonym językiem, wyzwoloną wyobraźnią, wyzwolonym stylem amerykańskiej obyczajówki.

***

Gdybym mogła zacząć jeszcze raz, to jednak skupiłabym się na tym, co mi najbliższe. Patty i jej pisana w ramach terapii autobiografia. Pierwszą część zalecił jej lekarz, skutecznie, choć – jak mawiali starożytni – habent sua fata libelli (I książki mają swoje losy), więc i rękopis z wynurzeniami Patty narobił sporo zamieszania. Drugą część pisze z potrzeby i przekonania, że jedyne, co może zrobić, by dotrzeć do człowieka, którego kocha, to podzielić się opowieścią.
Podsunął jej tę myśl przyjaciel:
„- Potrafisz opowiadać historie – powiedział. – Może opowiedz mu jakąś historię”.

Autobiografia Patty nosi tytuł: Popełniono błędy. A sposób, w jaki Patty o sobie pisze, czyni z niej jedną z moich ulubionych bohaterek literackich. 

Patty na ostatnich stronach powieści ma lat 52, w kluczowym momencie swego życia – 45, ale znam również Patty-nastolatkę, Patty-studentkę, Patty-młodą i mniej młodą mamę i żonę. 

„Wiem, wiem, wiem. Wiem, kto to wszystko spieprzył. Wiem, że to ja zrobiłam! (…) Może jestem pierdołą życiową, ale w ostatnich latach przynajmniej miałam trochę czasu, żeby się zastanowić, i doszłam do pewnych wniosków”.

Ciepło, jakie zostało we mnie po lekturze powieści Franzena, bierze się właśnie z tej dawki autoironii, która współbrzmi z inteligencją, empatią, gotowością spojrzenia na siebie bez kostiumu. Autobiografia Patty świadczy o tym, jak wiele może zdziałać słowo, o tym, że ma ono moc terapeutyczną, jest narzędziem introspekcji i prowadzi ku zmianie.

A Wolność pozostawia nadzieję. I wiarę, że można zaczynać od nowa. Że możliwa jest zmiana, że warto nad sobą pracować.
Skoro jest wiara i nadzieja, to jest również miłość. O tym właśnie (że miłość jest) opowiada  ta książka.

***

A moje ostatnie zdanie współbrzmi z tym, co pisała o Franzenie M. (tutaj) i tym samym nasze wnioski potęgują się i utwierdzają.

co zrobi Brutus?

Idy marcowe, reż. George Clooney, USA 2011

„Osiołkowi w żłoby dano: w jeden owies, w drugi siano…” 
Wszystko nęci i wszystko po trosze jest nie takie, więc co wybrać na sobotni seans?
Wciąż mi ucieka Musimy porozmawiać o Kevinie – ale boję się, że zaburzy moje grzeczne wyczekiwanie na ferie. Spotkanie z irytującym nastolatkiem może człowieka rozregulować, a po zerwaniu jakiegoś nerwu-postronka rozsypię się na proszek. I narozrabiam.
Róża – pozycja obowiązkowa, ale nie dziś. Gwałty, kopniaki, hiperboliczna rzeczywistość… A ja mam zapotrzebowanie na delikatność. 
Z delikatnych i zabawnych (a przy tym wartych biletu) są dwa: Człowiek z Hawru i Moja łódź podwodna. Oba widziane już w lipcu. Nie kuszą mnie obsypane oscarowymi nominacjami  Służące. Zostały więc Idy…, choć jakem tamaryszek, za polityką nie przepadam. A puentę o brudach, nieuczciwości i podwójnej grze towarzyszącej kampanii wyborczej mam wdrukowaną nienaruszalnie.


Walka o miejsce w Białym Domu jest na etapie wyłaniania kandydata spośród demokratów. [Brawo, Clooney – jeśli obnażać, to swoich,  doceniam.]

Jesteśmy w sztabie wyborczym gubernatora Morrisa – mającego wszystkie atuty charyzmatycznego lidera, od wdzięku, elokwencji po pasję i … no, powiedzmy, twarde zasady. Nie zgadza się na zagrania, które gwarantując mu zwycięstwo, jednocześnie uzależnią od wspierających (vide: senator Thompson). Ma szanse uwieść demokratów, pomimo kilku ciemnych plam na wizerunku (niejasne sprawy z przeszłości, areligijność).

Ale walka jest zacięta, liczy się każdy głos, bo republikanie woleliby słabszego demokratę w szrankach z ich kandydatem. Będą przeciwko Morrisowi. Poza tym konkurencyjny sztab wyborczy nie zasypia gruszek w popiele. 

Wierzycie, że Morris-Clooney zmieni świat? Że ma wystarczająco dużo doświadczenia, charyzmy, instynktu i inteligencji? Jeśli nie, to nie głosujcie. Tak się zaczyna ten film.

Stephen Myers (rzecznik prasowy prezydenta), młody, wyposażony w walory Ryana Goslinga bohater drugiego planu kampanii, w filmie przesuwa się na plan pierwszy. To jego rozterki i przemianę śledzi widz. Otóż – w tej pierwszej scenie – Stephen wchodzi w rolę Morrisa, przygotowując salę do wystąpienia, mówiąc w próbie mikrofonu jego kwestię (możliwe, że sam ją napisał). „Nie jestem chrześcijaninem ani ateistą, nie jestem żydem ani muzułmaninem. Moim bogiem jest Konstytucja. Wierzę, że ona jest gwarantem naszych praw…”.  Ten chwyt zamiany ról, motyw alter ego, ring pokoleń (trochę w stylu mistrz i uczeń, a trochę rywal i konkurent) to rusztowanie całej historii. Może nie jedyne – równie istotna jest sama kampania i mechanizm politycznej gry. Zatrzymam się jednak na duecie Stephen – Morris. Czyli Gosling – Clooney.

Podoba mi się ta gra. Oczywiście, wyżej wymienione motywy, jak i temat walki o władzę, są nienowe. Czyż jednak nie opowiadamy sobie nieustannie tych samych opowieści od początku świata? 

Ładni chłopcy kontra mniej ładni…

Bo pierwsza sprawa, która wzrok przykuwa, to uwodzenie. Polityczne i dosłowne. George Clooney gdzie by nie wystąpił, postrzegany jest jako przystojny facet. No, ale nie trzydziestolatek. Jeśli tuż obok pojawi się Ryan Gosling, którego filmowe emploi zmierza w tym samym kierunku, co Clooneya, to sytuacja przypomina bieg sztafetowy. Brawoooo, Gosling! Przejmujemy pałeczkę i run, Ryan, run!

Jestem jednak za tym, by nie karać ładnych chłopców za ładność i docenić ich pasję i talent. Wygląda na to, że i w filmie, i w życiu obaj aktorzy wykorzystują nie tylko image przystojniaka, a do przypisanych etykiet mają dystans. Czego dowodem niech będzie to, że Clooney-reżyser oddał dwie najlepsze zagrywki filmu chłopcom mniej ładnym, acz

bezsprzecznie genialnym. Nie umiem o tym pisać, nie zdradzając wszystkiego, co przewidział scenariusz (oscarowy), więc tylko zaanonsuję. Proszę Państwa, klasa mistrzowska: Philip Seymour Hoffman jako lojalny (?) Paul, szef sztabu Morrisa, i Paul Giamatti w roli Toma Duffy`ego, podstępnego szefa sztabu konkurenta. 

Duet – polityk i jego asystent – budowany jest kilkoma lustrzanymi kliszami. Obaj przystojni, ulegający urokowi tej samej Evan Rachel Wood, charyzmatyczni (im się wierzy, za nimi pójdą ludzie jak w dym). Tu mam problem z brakiem odpowiedniego słowa: nie nazwę ich idealistami, bo słowo jest zbyt czyste, ale są przecież ludźmi z ideą, z werwą, z determinacją w dążeniu do wartości, w które wierzą. 

Jak długo się da, grają nieznaczonymi kartami. I zbierają baty. Aż staje się oczywiste, że trzeba wyjąć fałszywego asa z rękawa. Od pewnego momentu gra polityczna zostaje zawieszona, a rywalizacja dotyczy tylko ich. Kulminacją tej konfrontacji jest scena w hotelowej kuchni. Vis-à-vis, warunki, wzajemna zależność, zbyt wysoka cena, by wybrać wolność bez zobowiązań.

Nadążyć za Goslingiem…

Nie, w gruncie rzeczy odsłaniam niewiele. Bo sama nie wiem, co tak naprawdę się stało.

Gosling zbija mnie z tropu. W pierwszych sekwencjach filmu wierzę mu – ale nie do końca. Jest w tym świecie świeży, jeszcze mu mówią, że ma sobie dać spokój, zanim nie utonie, ale to jest tzw. „druga świeżość” (spytajcie Wolanda, powie wam, że taka nie istnieje!), bo trzydziestolatek, skuteczny w kreowaniu politycznego wizerunku, nie może być niewinny.

Czy desperacki czyn Molly jest spowodowany konfliktem moralnym, czy lękiem przed szałem Stephena, który rozjuszony zacznie kąsać kogo popadnie? A może jednak główna przyczyna tkwi w złym zagraniu Morrisa i jemu cała wina przypada w udziale?

Gosling najlepszy jest wówczas, gdy traci grunt pod nogami. Najpierw w relacji prywatnej. Co w nim siedzi? Zraniony facet, młody rywal, trochę urażony, trochę współczujący? Czy polityczny strateg, jeszcze lojalny, ale mocno wściekły na szefa? Kto go tam wie.

Gdy grząsko jest na gruncie kariery, jest fenomenalnie nieprzewidywalny. Wygląda na kogoś, kto jest gotowy przegrać i wycofać się na dalsze pozycje. Ale wlaśnie wtedy atakuje. Piękna rozgrywka.

Co się wydarzy tuż po seansie? Co powie w blasku fleszy? Otrzepie się z nieopierzenia i cynicznie zagra w drużynie szefa? Czy może – zgodnie ze swoją dewizą – „Mogę zrobić wszystko, jeśli tylko wierzę w słuszność sprawy” – nie poprze tego, co go rozczarowało?

Co zrobi Brutus? Zawierzy prawdzie? Tak, wiem, to naiwne oczekiwanie i zupełnie niezły finał gwarantuje też sojusz z kłamstwem. Kto atakuje, wiedząc, że rykoszet będzie zabójczy?

Ale dlaczego nie? Jeśli się jest Brutusem, to taka kolej rzeczy jest jak najbardziej akceptowalna. 

soma & psyche

Ciało jest… (w kontekście smutnej wczorajszej informacji) przede wszystkim śmiertelne.

Ciało, czyli ja. Alter ego dla psyche. Coś symbiotycznego, sprzężonego, zrośniętego z tym, co nieuchwytne, ulotne jak duch (dusza). Ciało – czasem dominujące, czasem stłamszone. Wypada wierzyć, że możliwy jest również stan homeostazy, pięknej harmonii między cielesnością i duchowością. Choć zapewne nie jest to stan stały, ani oczywisty, ani dany zupełnie gratis.

Najświeższy numer „Archipelagu” (już 7.) zaprasza do refleksji nad literackim przetworzeniem tego tematu.

Motyw główny numeru obejmuje między innymi:

1) Ciało uwięzione Joanny Janowicz – o literackim zmaganiu się z chorobą ciała.

2) Ciało pianistki Moniki Drzazgowskiej – o ciele w prozie Elfriede Jelinek, nienasyconym i perwersyjnym.

3) Boskie ciało Katarzyny Malskiej – czyli odsłona cielesności biblijnej.

4) Tekst Ani Maślanki o cielsku u mistrza Rabelais`go.
Oj, rozbuchany, dosadny, cielesny na wskroś esej o radości i beztrosce, o żywiole cielesności: Gargantuiczna radość życia pantagruelistów. (….).

5) Ciało kobiece w prozie japońskiej Agnieszki Markiewicz –  „kobiety swawolne”, „śpiące piękności” i inne oglądy kultury odmiennej a dla wielu bardzo bliskiej.

6) Tekst Karoliny Osowskiej-Wolińskiej o paradoksalnym odczuciu ciała w poezji Haliny Poświatowskiej. O zachwycie i zachłanności doświadczania życia każdym łakomym haustem. I o bólu, ograniczeniu, znieważeniu doznanym w ciele. Bo strzykwa dzieli się na dwoje: trochę jest ciałem, a trochę je obserwuje.

Warto powrócić do poezji Haszki, a esej Karoliny oprowadza nas po niej i pozwala na nowo usłyszeć. (Moje ciało jest jak bezpański pies. O poezji Haliny Poświatowskiej).

Oczywiście, poza tematem z okładki, w „Archipelagu” jest dużo więcej. Tyle, ile pomieściło 139 stron. Trzeba więc wybrać i powrócić, jeśli uznacie, że warto. A mam nadzieję, że tak.

****************************************************************************

Zapraszam szczególnie do działu W objęciach X muzy. W tym numerze mamy dwa eseje i filmową wyliczankę.

***

Robert Mróz pisze o Syzyfie u stóp piaskowej góry, czyli o literackiej i filmowej Kobiecie z wydm Kōbō Abe i Hiroshiego Teshigahary. Dlaczego warto poznać tę historię?

„Po pierwsze, mnogość możliwych kontekstów interpretacyjnych i nawiązań do dzieł kultury Zachodu zapewnia nieustającą przyjemność tropienia kolejnych nici w sieci kultury. Po drugie, niepokojąca ambiwalencja przekazu zmusza do ostrożnej interpretacji i nie pozwala uniknąć walki z przerażającymi wręcz wnioskami uparcie nasuwającymi się po lekturze”.

To wyprawa po śladach stóp zostawianych na piasku. A piasek…ech! to prawdziwie egzystencjalny entourage.

„Brawa należą się japońskiemu reżyserowi właśnie przede wszystkim za ortodoksyjne trzymanie się podstawowej, ale jakże często łamanej, reguły kina – robiąc film, opowiadaj nie słowem, a obrazem. Swobodnie manipulując powieściowym czasem, wydłużając sceny, którym Abe poświęca niewiele miejsca, a bezlitośnie skracając te, które w powieści opisano obszernie i szczegółowo (vide ekspozycja), osiąga zamierzony efekt – pokazuje osaczenie człowieka w terenie, który wydaje się bezkresny, niemal całkowicie pusty i zupełnie bezpieczny, a dzięki temu – zagubienie każdego z nas w bezsensie życia. Kluczową rolę w obrazowaniu tego filozoficznego konceptu odgrywa oczywiście piasek i, uwierzcie (mówię to bez cienia ironii), Kobieta z wydm zawiera bez wątpienia najlepsze ujęcia piasku w historii kina”. 

***

Esej Joanny Marchewki proponuje przyjrzenie się filmowym portretom Rafała Wojaczka. Czterdzieści lat po tragicznej śmierci poety (ekscentryka, wrażliwca, skandalisty) powraca pytanie kim był, jak można go dziś postrzegać. Na plan pierwszy wysuwa się film Lecha Majewskiego (1999), w którym rolę poety odegrał (poeta) Krzysztof Siwczyk. Ale nie jest to film jedyny, a prześledzenie jak kadrowano Wojaczka wydobywa z niego to, co archetypiczne.

„Zatem, kim był? Różni różnie powiadają. Anegdot bez liku. Większość ilustruje balansowanie na cienkiej czerwonej linii: kabotyńskie rozsyłanie znajomym swojego zdjęcia z sygnaturą INRI na czole, popisowe rozgniatanie szklanek w dłoniach, cięcie żyletką twarzy podczas wizyty u przyjaciela, wyjadanie obiadu z talerzy bywalcom barów. (…) Obok niesławy, dziś powiedzielibyśmy „czarnego piaru”, w postaci tej ujmuje niezwykła wręcz erudycja, choć był samoukiem (po pierwszym semestrze musiał zrezygnować ze studiów na UJ ze względu na diagnozę psychiatryczną). Wielu znajomych podkreślało jego głód rozmów intelektualnych, do których nie znajdował partnerów. (…)  Jedyną racją istnienia było więc dla Wojaczka tworzenie. (…)”

„Jest więc tak, że każdy ma swojego Wojaczka. Niektóre filmowe obrazy są jednak tak sugestywne, że nie sposób się od nich uwolnić. „Mój” Wojaczek wywiedziony został z filmowej wizji Lecha Majewskiego. Z rozpoznaniem − bohater kafkowski”.

Kafka staje się kluczem, analogią, stygmatem, który pozwala Autorce podążać śladem Wojaczka, oswajając go, bynajmniej nie jednoznacznie i nie ostatecznie.

***

Jeśli Kafka jest nitem łączącym rozmyślania nad Kobietą z wydm i poszukiwania Wojaczka, to Wojaczek jest progiem prowadzącym do filmowej wyliczanki. Bohater filmowy. Pisarz (Karolina Kunda-Kuwieckij i Renata Borowiak) – tym razem zestawiamy filmy, w których pojawiła się kreacja literackiego twórcy. Omijamy biografie, oświetlamy pisarzy fikcyjnych. Można zabawić się w uzupełnianie wyliczenia odpowiedziami na postawione w nim pytania.

W ogóle: bardzo serdecznie zapraszam do konkursów i do Quizu. Z nagrodami i (mam nadzieję, bo to ważniejsze) z zabawą i satysfakcją.

***

I jeszcze jedna filmowa, teatralna, muzyczna, a u źródeł literacka historia. Malwina Janas opowiada o niezwykłej, wymyślonej przez pisarza, bardzo ujmującej postaci: Novocento.

„Urodzony jako syn emigrantów stał się dzieckiem Oceanu i… muzyki, ponieważ do końca swych dni nie postawił nogi na stałym lądzie, a jego pasją była gra na fortepianie. W granej, najpierw przez chłopca, a później dorosłego mężczyznę, muzyce rozbrzmiewały historie ludzi, których spotkał w czasie tych wszystkich rejsów jakie odbył w tę i z powrotem.

Umiał słuchać. I umiał czytać. Nie książki […] on umiał czytać ludzi. Znaki, które ludzie noszą na sobie: miejsca, odgłosy, zapachy, ich ziemię, ich historię… Całą wypisaną na sobie… On czytał, z wielką troskliwością katalogował,  układał, porządkował…”.

Jest bohaterem monologu Alessandra Barricco, przeznaczonego na włoską scenę. W Polsce można było doświadczyć opartego na tym tekście spektaklu Mateusza Olszewskiego. A na filmowy ekran przeniósł tę opowieść Giuseppe Tornatore (1900 – człowiek-legenda).

last but not least…

Skoro cielesność górą, to zapraszam na kolekcję redakcyjnych fotek. Zdobiących poczynione przez nas podsumowanie czytelniczego roku 2011.

Co by tu jeszcze… Aha! Recenzje (z naszego i obcego podwórka), wywiad z Anne B. Radge (przeprowadzony przez Agnieszkę Taterę) i z Jolantą Kozłowską (rzecz Asi Wonko-Jędryszek) realizm magiczny, Wenecja!, komiks a la Kuba Rozpruwacz, Kubuś Puchatek itd, itp., etc.