co zrobi Brutus?

Idy marcowe, reż. George Clooney, USA 2011

„Osiołkowi w żłoby dano: w jeden owies, w drugi siano…” 
Wszystko nęci i wszystko po trosze jest nie takie, więc co wybrać na sobotni seans?
Wciąż mi ucieka Musimy porozmawiać o Kevinie – ale boję się, że zaburzy moje grzeczne wyczekiwanie na ferie. Spotkanie z irytującym nastolatkiem może człowieka rozregulować, a po zerwaniu jakiegoś nerwu-postronka rozsypię się na proszek. I narozrabiam.
Róża – pozycja obowiązkowa, ale nie dziś. Gwałty, kopniaki, hiperboliczna rzeczywistość… A ja mam zapotrzebowanie na delikatność. 
Z delikatnych i zabawnych (a przy tym wartych biletu) są dwa: Człowiek z Hawru i Moja łódź podwodna. Oba widziane już w lipcu. Nie kuszą mnie obsypane oscarowymi nominacjami  Służące. Zostały więc Idy…, choć jakem tamaryszek, za polityką nie przepadam. A puentę o brudach, nieuczciwości i podwójnej grze towarzyszącej kampanii wyborczej mam wdrukowaną nienaruszalnie.


Walka o miejsce w Białym Domu jest na etapie wyłaniania kandydata spośród demokratów. [Brawo, Clooney – jeśli obnażać, to swoich,  doceniam.]

Jesteśmy w sztabie wyborczym gubernatora Morrisa – mającego wszystkie atuty charyzmatycznego lidera, od wdzięku, elokwencji po pasję i … no, powiedzmy, twarde zasady. Nie zgadza się na zagrania, które gwarantując mu zwycięstwo, jednocześnie uzależnią od wspierających (vide: senator Thompson). Ma szanse uwieść demokratów, pomimo kilku ciemnych plam na wizerunku (niejasne sprawy z przeszłości, areligijność).

Ale walka jest zacięta, liczy się każdy głos, bo republikanie woleliby słabszego demokratę w szrankach z ich kandydatem. Będą przeciwko Morrisowi. Poza tym konkurencyjny sztab wyborczy nie zasypia gruszek w popiele. 

Wierzycie, że Morris-Clooney zmieni świat? Że ma wystarczająco dużo doświadczenia, charyzmy, instynktu i inteligencji? Jeśli nie, to nie głosujcie. Tak się zaczyna ten film.

Stephen Myers (rzecznik prasowy prezydenta), młody, wyposażony w walory Ryana Goslinga bohater drugiego planu kampanii, w filmie przesuwa się na plan pierwszy. To jego rozterki i przemianę śledzi widz. Otóż – w tej pierwszej scenie – Stephen wchodzi w rolę Morrisa, przygotowując salę do wystąpienia, mówiąc w próbie mikrofonu jego kwestię (możliwe, że sam ją napisał). „Nie jestem chrześcijaninem ani ateistą, nie jestem żydem ani muzułmaninem. Moim bogiem jest Konstytucja. Wierzę, że ona jest gwarantem naszych praw…”.  Ten chwyt zamiany ról, motyw alter ego, ring pokoleń (trochę w stylu mistrz i uczeń, a trochę rywal i konkurent) to rusztowanie całej historii. Może nie jedyne – równie istotna jest sama kampania i mechanizm politycznej gry. Zatrzymam się jednak na duecie Stephen – Morris. Czyli Gosling – Clooney.

Podoba mi się ta gra. Oczywiście, wyżej wymienione motywy, jak i temat walki o władzę, są nienowe. Czyż jednak nie opowiadamy sobie nieustannie tych samych opowieści od początku świata? 

Ładni chłopcy kontra mniej ładni…

Bo pierwsza sprawa, która wzrok przykuwa, to uwodzenie. Polityczne i dosłowne. George Clooney gdzie by nie wystąpił, postrzegany jest jako przystojny facet. No, ale nie trzydziestolatek. Jeśli tuż obok pojawi się Ryan Gosling, którego filmowe emploi zmierza w tym samym kierunku, co Clooneya, to sytuacja przypomina bieg sztafetowy. Brawoooo, Gosling! Przejmujemy pałeczkę i run, Ryan, run!

Jestem jednak za tym, by nie karać ładnych chłopców za ładność i docenić ich pasję i talent. Wygląda na to, że i w filmie, i w życiu obaj aktorzy wykorzystują nie tylko image przystojniaka, a do przypisanych etykiet mają dystans. Czego dowodem niech będzie to, że Clooney-reżyser oddał dwie najlepsze zagrywki filmu chłopcom mniej ładnym, acz

bezsprzecznie genialnym. Nie umiem o tym pisać, nie zdradzając wszystkiego, co przewidział scenariusz (oscarowy), więc tylko zaanonsuję. Proszę Państwa, klasa mistrzowska: Philip Seymour Hoffman jako lojalny (?) Paul, szef sztabu Morrisa, i Paul Giamatti w roli Toma Duffy`ego, podstępnego szefa sztabu konkurenta. 

Duet – polityk i jego asystent – budowany jest kilkoma lustrzanymi kliszami. Obaj przystojni, ulegający urokowi tej samej Evan Rachel Wood, charyzmatyczni (im się wierzy, za nimi pójdą ludzie jak w dym). Tu mam problem z brakiem odpowiedniego słowa: nie nazwę ich idealistami, bo słowo jest zbyt czyste, ale są przecież ludźmi z ideą, z werwą, z determinacją w dążeniu do wartości, w które wierzą. 

Jak długo się da, grają nieznaczonymi kartami. I zbierają baty. Aż staje się oczywiste, że trzeba wyjąć fałszywego asa z rękawa. Od pewnego momentu gra polityczna zostaje zawieszona, a rywalizacja dotyczy tylko ich. Kulminacją tej konfrontacji jest scena w hotelowej kuchni. Vis-à-vis, warunki, wzajemna zależność, zbyt wysoka cena, by wybrać wolność bez zobowiązań.

Nadążyć za Goslingiem…

Nie, w gruncie rzeczy odsłaniam niewiele. Bo sama nie wiem, co tak naprawdę się stało.

Gosling zbija mnie z tropu. W pierwszych sekwencjach filmu wierzę mu – ale nie do końca. Jest w tym świecie świeży, jeszcze mu mówią, że ma sobie dać spokój, zanim nie utonie, ale to jest tzw. „druga świeżość” (spytajcie Wolanda, powie wam, że taka nie istnieje!), bo trzydziestolatek, skuteczny w kreowaniu politycznego wizerunku, nie może być niewinny.

Czy desperacki czyn Molly jest spowodowany konfliktem moralnym, czy lękiem przed szałem Stephena, który rozjuszony zacznie kąsać kogo popadnie? A może jednak główna przyczyna tkwi w złym zagraniu Morrisa i jemu cała wina przypada w udziale?

Gosling najlepszy jest wówczas, gdy traci grunt pod nogami. Najpierw w relacji prywatnej. Co w nim siedzi? Zraniony facet, młody rywal, trochę urażony, trochę współczujący? Czy polityczny strateg, jeszcze lojalny, ale mocno wściekły na szefa? Kto go tam wie.

Gdy grząsko jest na gruncie kariery, jest fenomenalnie nieprzewidywalny. Wygląda na kogoś, kto jest gotowy przegrać i wycofać się na dalsze pozycje. Ale wlaśnie wtedy atakuje. Piękna rozgrywka.

Co się wydarzy tuż po seansie? Co powie w blasku fleszy? Otrzepie się z nieopierzenia i cynicznie zagra w drużynie szefa? Czy może – zgodnie ze swoją dewizą – „Mogę zrobić wszystko, jeśli tylko wierzę w słuszność sprawy” – nie poprze tego, co go rozczarowało?

Co zrobi Brutus? Zawierzy prawdzie? Tak, wiem, to naiwne oczekiwanie i zupełnie niezły finał gwarantuje też sojusz z kłamstwem. Kto atakuje, wiedząc, że rykoszet będzie zabójczy?

Ale dlaczego nie? Jeśli się jest Brutusem, to taka kolej rzeczy jest jak najbardziej akceptowalna. 

Advertisements

22 thoughts on “co zrobi Brutus?

  1. szwedzkiereminiscencje

    ostatnio co otworze telewizor, to tam clooney. dawniej widzialam go jako ladnego chlopca, ale po michaelu claytonie zmienilam zdanie i teraz go b cenie – a wdziek nigdy nie zawadzi…

    b ekscytujaco opisalas idy – az CHCIALABYM juz sie dowiedziec JAK to sie wszystko skonczylo! bo w odróznieniu od ciebie polityczne intrygi b lubie

    pozdr niedzielnie i slonecznie \ m

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      I Clooneya i Goslinga rzeczywiście dużo. Ale to nie jest sztuczny szum, grają chłopaki w dobrych filmach… Mam nadzieję, że słusznie mówię: w dobrych, nie tylko kasowych. Clooney walczy z etykietą zdecydowanie i dziarsko. Aktor, reżyser, scenarzysta, producent (w Idach… występuje w każdej z tych ról). A tu jeszcze zaangażowanie w „sprawy świata”… Bardzo wyrazista postać.
      Michaela Claytona całkiem niedawno miałam okazję obejrzeć. A za tydzień wchodzą do kin „Spadkobiercy”, w których gra tatusia nastoletnich córek.
      Gosling ma u mnie zielone światło po Blue Valentine. Ale nic więcej nie widziałam.
      Idy… polecam, to był ciekawy weekend.
      Zwłaszcza, że dziś widziałam Różę. I jestem obolała. I jeśli wziąć pod uwagę Twoje inklinacje historyczne, to również film dla Ciebie.
      Pozdrawiam, słonecznie, choć jest to słońce z wyobraźni, bo u mnie mróz. :)

  2. makiwara

    Prawdopodobnie obejrzę – bo i tematyka bliska, i Gosling w formie (widziałam już wiele filmów z jego udziałem, między innymi Fanatyka i Odmiennie stany moralności i niezmiennie mi się jako aktor podoba). A Kevina już widziałam i jestem nieco zawiedziona.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Makiwaro,
      ojej, to Gosling grał w słynnym Fanatyku! Nie skojarzyłam tego tytułu z jego rolami. Nie widziałam, ale wiele interesujących rzeczy słyszałam o tym filmie. Widać, naprawdę ciekawy gość. Mam na uwadze również Drive.
      Idy… bywają komentowane jako magnes na fanki. Złośliwie. ;)

      O Kevinie chcę się przekonać na własnej skórze, ale ostatnio ciąży mi sytuacja nieplanowanej orientacji w fabule filmów, których sama nie obejrzałam. Same hiciory! Ledwie człowiek złapał oddech po filmie Agnieszki Holland, już nadciąga Róża Smarzowskego i emocje są rozregulowane. I wszędzie o tych filmach mówią. Tęsknię za niszowością. ;)

  3. Logos Amicus

    Morris to jednak nie „boski” Cezar, a i Stephen nie jest Brutusem. Brutus miał swoje (moralne) racje, by zabić Cezara, Stephen takich racji jednak nie ma (nie demonizujmy seksualnej wpadki). Wydaje mi się, że – paradoksalnie i wbrew pozorom – więcej zła wyrządziłby, gdyby na końcu powiedział prawdę i (tym samym) „zabił” Morrisa. Czy tak zrobi? (Jedynym właściwie argumentem za tym, jest nie dopuszczenie do tego, aby tego pokroju człowiek co Thompson, zdobył tak wysokie stanowisko. No i może potraktowanie przez Morrisa lojalnego (?) Paula.)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Może nie Cezar, może nie Brutus, ale idy są marcowe. ;)
      Morris okazał się niekrystaliczny, ale to porządny gość. Skoro ktoś ma wziąć ster w ręce, to może nie byłoby źle, gdyby to był on. W kwestiach strategicznych budzi nadzieję. Tylko ze stażystkami nie powinien się przyjaźnić w ten sposób.
      Tak zdaje się brzmi jedna z kwestii Stephena – wszystko może mu wybaczyć, oszustwo, nielojalny układ etc, tylko nie to. Zdecydowanie zazdrość. Może nawet nie taka żółta, jeśli S. coś do Molly czuł.

      I właśnie w tym szkopuł, że jeśli zrobiłby coś najprostszego w świecie, czyli powiedział prawdę, w uogólnionym bilansie uruchomiłby stratę.
      Ale to byłby gest szeryfa. Albo Brutusa.
      Zaraz, w grę wchodzi więcej niż seksualna wpadka! Życie Molly. Kariera Stephena – przecież podeptano jego oddanie i „wyautowano” go. Był najwierniejszym, jest mścicielem.
      Swoją drogą, co znaczy Thompson na stanowisku, skoro prezydent jest w szachu gniewnego młokosa? Te partię szachów wygrywa Brutus. Swoją drogą, zobacz – Paul grzecznie się wycofał, a ten kogut podskakuje! Prawdziwy dreszcz niepewności budzi przyszłość Stephena. To, co powie na konferencji i to, co będzie dalej.

      Ale scena z telefonem (właściwie obie) od (do) Molly jest bardzo ok, prawda?
      I to spotkanie-potrzask zorganizowane przez Toma…

      Rzecz jasna, Idy marcowe to nie ta liga co Rozstanie. (Chyba najlepszy film, jaki widziałam we Wrocławiu, jeśli jesteś na świeżo, to kryteria oceny masz na pewno wyśrubowane).

  4. Logos Amicus

    Prawdziwy dreszcz niepewności budzi przyszłość… Stanów Zjednoczonych ;)

    Dlaczego życie Molly? Wytłumacz mi, czy facet , który prześpi się z 20-latką musi od razu brać odpowiedzialność za jej życie? (Na marginesie: M. nie miała wg mnie wystarczających powodów do tego, co zrobiła. Jeśli już – to wina za to leżała głównie po jej stronie.)

    Film demonizuje seks – nie ma dwóch zdań. To znak czasów – obsesja społeczeństw Zachodu. Plamy na sukience stażystki Białego Domu są ważniejsze od wypowiedzenia wojny krajowi, w którym zginie kilkaset tysięcy ludzi. (Dla mnie więc to jest nie tylko demonizacja seksu – także głupota i nieodpowiedzialność… tych, którzy potępiają obyczajową, seksualną „amoralność” innych, bo łudzą się, że przez to sami będą bardziej „moralni”. A są ślepi na prawdziwe zagrożenia, nie widzą właściwych proporcji w tym, co naprawdę dzieje się na świecie – co naprawdę sprowadza nieszczęście na miliony ludzi. No, ale to wymaga wyobraźni i empatii – wartości deficytowych w przypadku tzw. „opinii” publicznej.)

    PS. A „Rozstania” nawet nie próbuję zestawiać z „Idami”. Nie ta liga.

    Odpowiedz
    1. Logos Amicus

      „wystarczających powodów” – of course ;) Popraw, proszę :)
      (Wygląda jak klasyczna pomyłka freudowska, ale… chyba jednak nią nie jest ;) )

    2. tamaryszek Autor wpisu

      Nie musi, to mogłoby być uciążliwe dla rzeczonej 20-latki. ;) Ale też nie może się z tej odpowiedzialności tak łatwo otrząsnąć.
      Decyzja Molly zapada, gdy dowiaduje się o degradacji Stephena. Ona się boi jego ruchu, tego, że będzie kartą przetargową, że ją zniszczą (z każdej strony – Ci, którym przeszkadza i ci, których zawiodła). Ciekawe: to Morris zachowuje się nie fair, ale to Stephen uruchamia w Molly decyzję (tyle że nieświadomie).

      Tak, film demonizuje seks. Bo jest on świetną kartą przetargową w politycznych wyścigach. Łatwiej udowodnić potknięcie „w tej materii” niż błędną wizję czy ogólną karłowatość osobowości. Niestety, nie można legitymować tego rodzaju przesunięć moralnych tylko dlatego, że zbrodnie na większą skalę wynikają z czego innego. (= są gorsze rzeczy, ale to też nie jest dobre).

      W kampanii widać jak na dłoni różne ograne stereotypy myślowe, „poprawność” jest świętością, rzeczywistość można naginać, obłudę trzeba pielęgnować.
      Rozgrywki amerykańskie to nie moja branża, to Ty obserwujesz je z bliska.
      Ale – ostatnio czytałam świetną powieść Franzena (Wolność), która mi klimat społecznych i politycznych batalii w USA nieco przybliżyła.

  5. Ewa

    To dylemat; ładny czy mądry? Ładny może zbrzydnąć, mądry zgłupieć i nie wyładnieć na dodatek.
    I jak tu stawiać szczęście, nieszczęsnej Molly, na sali szczęścia USA. Nieszczęsna nie ma szans, po raz kolejny.
    Karty jednak ‚troszeczkę’ znaczyć, nie fajnie jak biją.
    Fajnie natomiast, że tyle ważnych rzeczy dzieje się w kuchni. A więc… do kuchni Panie i Panowie, nawet nie koniecznie Panie przodem :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :D
      Do kuchni? Ja maszeruję (!) do łóżka.
      Przy takim filmie wychodzi jednak szydło z worka: Ty dopuszczasz znaczenie kart, Logos wpadki seksualne, mnie kręci nielojalność. ;)
      Niedobre te filmy.
      Co gorsze: mądry, który zgłupiał i nie wyładniał czy ładny, który zbrzydł (a nie wiadomo czy zmądrzał)? To już chyba są po jednych pieniądzach, co?

    2. Logos Amicus

      To że ładny brzydnie zdarza się jednak częściej, niż to, że mądry głupieje (nie mówimy tu oczywiście o demencji starczej ;) )
      Natomiast zdecydowanie rzadziej brzydki ładnieje (stając się na dodatek mądrzejszy), a głupi mądrzeje (stając się przy tym piękniejszy).
      Naturalnie nie mówimy tu o wpływie alkoholu na te wszystkie procesy ;)

  6. Wspolnik

    Z reguły mam opóźnienie wobec filmów oglądanych przez Tamaryszka. Tym razem jednak zgodność niebywała – film widziałem w sobotę :) Jednocześnie, na film bardzo czekałem. Po pierwsze, jestem zdeklarowanym amerykanofilem, nie tyle może w znaczeniu uwielbienia dla Ameryki, ile raczej wielkiej sympatii i fascynacji dla wszelkiej problematyki amerykańskiej (i twórczości tę problematykę podejmującej). Po drugie, filmy o amerykańskiej polityce i jej kulisach to chyba jeden z tych wątków, który kino amerykańskie przetwarza – odkąd pamiętam – w miarę uczciwie, i to zarówno w wariancie „na poważnie”, jak i bardziej satyrycznie („Wszyscy ludzie prezydenta”, „Fakty i akty” – kto to tłumaczył???, „Barwy kampanii” „Kandydat”…). Co więcej, rzeczona uczciwość w podaniu tematu jest w przypadku tych filmów o wiele większa niż w odniesieniu do obrazów, które podejmują temat amerykańskiej polityki zewnętrznej / międzynarodowej, gdzie jednak rzadziej udaje się uciec od patosu i swoistego „zagrzewania” do walki (a przynajmniej do obrony wizerunku).
    Przyłączam się absolutnie do przekonania o tym, jak wspaniale się w tym filmie ujawnili aktorzy, a jednocześnie bardzo mnie cieszy kierunek dotychczasowej dyskusji, w kontekście i Clooney’a i Goslinga. Obaj panowie – choć moje kompetencje w zakresie oceny tej kwestii może nie są zbyt wysokie – urodą zdecydowanie „grzeszą”, a jednak starają się udowodnić (nie tylko tym filmem), że mają do zaoferowania coś więcej. Szczególnie ciekawy jest tu przypadek Clooney’a, który od kilku lat ucieka mocno od dotychczasowego wizerunku, zarówno poprzez różne role, w tym mocno kamuflujące urok jego fizyczności (vide: „Syriana”, gdzie i przytył, i zarósł, a rola przy tym wybitna), jak i coraz lepszą robotę producencką i reżyserską. Potencjał podobnej drogi rozwoju (a nawet pierwsze jej symptomy) widzę też u takich „pięknisiów” Hollywood jak Brad Pitt (zresztą dobry kolega Clooney’a), czy Leoonardo di Caprio. Przyjęło się uważać, że uroda jest obciążeniem głównie dla aktorek, a tu okazuje się, że i aktorzy muszą się ostro natrudzić, by się z tego „dobrodziejstwa” wyzwolić. Ale Hollywood takie ucieczki chyba lubi, bo jeśli się przyjrzymy się aktorskim Oscarom, to często właśnie zdobywali je aktorzy, którzy – niekiedy bardzo spektakularnie – zaprzeczali swym walorom fizycznym.
    Ale wracając do filmu – w „Idach…” szczególnie interesująca wydała mi się próba odwrócenia akcentów w relacji politycy a tzw. spin-doctorzy (czyli w przypadku filmu niniejszego: Hoffman, Gosling, Giamatti). Z reguły przedstawia się ich jako kompletnych cyników, ludzi od tzw. „brudnej roboty”, często wykonywanej nawet bez wiedzy polityków (niejednokrotnie oczywiście polityk ów nie jest wtajemniczany w różne nieczyste zagrania, nie ze względu na swą krystaliczność i potencjalny opór, ale by uniknąć ewentualnych strat wizerunkowych, gdy sprawa wyjdzie na jaw). W filmie jest inaczej, mam wrażenie, że to właśnie oni mają jakiekolwiek zasady (i to nawet jeśli taką zasadą, czy wartością miałaby być jedynie lojalność). Morris, i tu się pewnie nie zgodzimy ze sobą, to dla mnie postać wyjątkowo cyniczna, w swym cynizmie wręcz „oślizgła”. Ale jednocześnie, gracz doświadczony, więc właściwie nerwy puszczają mu tylko w scenie „kuchennej”, gdy wie, że jest tylko on i przeciwnik. Ta scena jest tak elektryzująca, że ja się autentycznie bałem Morrisa i byłem pewien, że jest on zdolny w tym konkretnym momencie do wszystkiego, włącznie z tym, że ma on gdzieś w odwodzie ludzi od „jeszcze brudniejszej” roboty, którzy zaistniały problem będą mieli rozwiązać. Clooney zagrał to wybornie, a wyborność ta jest pogłębiona jeszcze tym wszystkim, co ową scenę poprzedza, tzn. wszystkimi scenami, w których Morris jawi się jako polityk z zasadami, sympatyczny gość, czuły mąż (i we wszystkich tych rolach Clooney oczywiście nie budzi żadnych wątpliwości, co do wiarygodności danego wcielenia).
    Co się tyczy zakończenia, jestem przekonany, że Stephen „wyłoży” wszystko. Poza zwykłą intuicją, przekonują mnie o tym dwie kwestie. Po pierwsze, to co napisałem powyżej – jeśli i Stephen nie jest w swej postawie takim oszustwem jak Morris (a jednak konstrukcja tej postaci i sposób jej postępowania sugerują, że raczej nie), to po przywołanej scenie nie mógłby tak po prostu stać przy boku Morrisa. Przecież to wszystko, co sprawiło, że wsparł go swoją pracą i zaangażowaniem, w ciągu kilku minut zostało, nawet z pewnym naddatkiem, unieważnione. Nie chodzi tu tylko o to, jakim człowiekiem jest Morris. Nawet w wymiarze czysto pragmatycznym – jeśli nie ma on żadnych hamulców, to nie jest też pewnym gwarantem realizowania określonych postulatów politycznych, w które Stephen wierzy. Jeśli sprawę stażystki postrzegam tu jako błąd Morrisa, to raczej nie w odniesieniu do samego czynu, ale próby jego zamaskowania – to jest ten jedyny moment, kiedy Morris traci kontrolę i przez chwilę gra w otwarte karty. Nie wygląda to za dobrze i myślę, że Stephen to widzi (nawet jeśli przychodzi do Morrisa jeszcze z nastawieniem cynicznej walki „o swoje”).
    Po drugie, tytuł filmu jest tu dla mnie pewną – być może dyskusyjną – podpowiedzią. Nie jestem szczególnie dobry z historii antycznej (historia zawsze mi się wydawała tym ciekawsza, im bardziej współczesna), ale z tego co kojarzę, to pamiętnego dnia Cezar – znając przepowiednię o tym, że właśnie gdy nadejdą idy marcowe, to ma się przydarzyć mu coś strasznego – miał powiedzieć mniej więcej coś takiego: „No i cóż, idy marcowe nadeszły i nic się stało”, tonem pewnym siebie i nieco pogardliwym. Na to, ktoś odpowiedział: „Tak. Nadeszły. Ale jeszcze nie minęły”. No i doskonale wiemy, co się stało później. W odniesieniu do filmu, taki odroczony „prztyczek” wymierzony Morrisowi przez Stephena, kiedy ten pierwszy jest przekonany, że – oczywiście, za pewną cenę – okiełznał swojego rywala, a jednocześnie triumfuje obiektywnie w wymiarze politycznym (a więc osiąga to, czego chciał) byłby karą wyrafinowaną (i chyba bolałoby wtedy bardziej, niż gdyby Stephen od razu „ustrzelił” medialnie Morrisa). Inna sprawa, że jakoś mi taka zagrywka bardziej pasuje do Stephena / Goslinga…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Wspólniku, amerykanofilu, ja się odniosę do kilku spraw, żeby Cię nie przebić w długości. ;)

      1) Trafnie ująłeś jeden z podstawowych chwytów filmu: spin-doctorzy są wyjątkowo zaangażowani w idee, mniej cyniczni niż można by zakładać. I to wymagało dobrej gry, bo jednak nie mamy ochoty zakładać niewinności speców od wizerunku polityka. Miałam cały czas w tyle głowy, że Stephen zbyt dobrze zna podszewkę, by mu wierzyć,… a jednak uwierzyłam Goslingowi.

      2) „Oślizgły” Morris? Prawda, że scena kuchenna jest bezwzględna. Ale Ty wzmacniasz ją tym, że to konfrontacja, w której Morris był ze Stephenem sam na sam – nie musiał grać i okazało się, że jest draniem. Wcześniejsza „porządność” została zakwestionowana.
      A ja położyłabym akcent na to, że Brutus idzie na całość. Morris jest świadom, że przed nim stoi rozjuszone zwierzę, które zamierzał usunąć, a oto ono podnosi łeb i wierzga. Przecież Stephen nie gra tu czysto. Może on się mści za Molly, a może oskarża Morrisa, by siebie oczyścić (sprawa Molly), na pewno chce zemsty za zwolnienie. Morrisa nie stać na bycie ponad personalnymi rozgrywkami, ale to jeszcze nie oślizgłość.
      Oczywiście, podkreślam tu swój odbiór, ale to nie jest kwestia do rozstrzygania, bo można odbierać różnie.

      3) A to mnie zaskoczyłeś. Mnie się jakoś zdawało, że „tylko ja” dopuszczam szarżę Brutusa, że logika (poza tytułem!) każe spodziewać się kompromisu.
      Postać Stephena rozpięta jest między dwoma wyznaniami: „Mogę zrobić wszystko jeśli tylko wierzę w słuszność sprawy.” i tym, co mówi, gdy Tom każe mu się zająć czymś innym (show biznesem, np) – [parafraza] „Moje życie to polityka”. Pierwsze każe oczekiwać, że zniszczy Morrisa, drugie, że jednak nie, bo to byłaby również jego polityczna śmierć.

      A Różę już widziałeś? Bo ja tak. W niedzielę. :)

    2. Wspolnik

      „Rozjuszone zwierzę” – świetne określenie postawy Stephena, które jednocześnie otwiera nową (i odmienną od tej, którą przedstawiłem wcześniej) przestrzeń do interpretowania zachowania Morrisa. Po zastanowieniu stwierdzam, że może także Morris w scenie „kuchennej” zachowuje się trochę jak zwierzę, ale przerażone i w związku z tym ulegające instynktowi oraz rzucające się na oślep i próbujące różnych sposobów uratowania własnej skóry. Na początku jest nieco przyczajony, ostrożny (jakby jeszcze nie wiedział do końca z kim walczy i o co), potem próbuje trochę ograć przeciwnika sprytem, następnie czując, że jest przyciśnięty – przechodzi do kontrataku, by – gdy rywal ostatecznie pokaże pazur – ulec panice i zagubieniu. Abstrahując od tego, które wyjaśnienie jest najbliższe prawdy (zgadzam się, że to kwestia subiektywnych odczuć ergo nie do rozstrzygnięcia), to paleta aktorskich środków wyrazu zastosowanych przez Clooney’a w tej scenie jest w swej różnorodności imponująca.
      PS. „Róży” jeszcze nie widziałem, ale obiecuję poprawę :)

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Koniecznie, koniecznie.
      Więc triumf zwierzęcości w starciu kuchennym!
      Tak, a w „Kinie” jest świeży wywiad z Clooneyem. Przeczytałam. Sądzę, że reżyser stawiał jednak na kompromis. No ale: pozostawił nam furtkę, by myśleć inaczej. I tę furtę należy szturmować. :)

    1. tamaryszek Autor wpisu

      ;)
      Ktoś nade mną czuwa. Zdjęto Kevina z repertuaru. A rozglądałam się.
      Ferie! Ach, wina dajcie! Jestem pijana już samą myślą, że dzwonek nie będzie mi uszu świdrował.
      Chyba ulepię bałwana. :))

  7. katasia_k

    Tamaryszku, ja za to wypatrzyłam, że do polskich kin dotarł już Artysta :) Zobacz koniecznie! „Idy” nie zaciagnęły mnie jakoś do kina, mimo wysokiego stężenia ładności – odnoszę wrażenie, że takich filmów powstało już bardzo dużo i, co gorsza, że niektóre z nich już widziałam ;-)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Katasiu, no dzisiaj mogłabym pójść. Ale nie wiem, czy się zmotywuję. Mam na to godzinę. Artysta mnie przyciąga, ale uchodzona jestem jak stary kalosz. ;)

  8. Pingback: NIEŁATWE WYBORY – “IDY MARCOWE” i “BOB ROBERTS”, czyli problem z amerykańskimi kandydatami « WIZJA LOKALNA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s