nadrabiam i młodnieję

Tytuł zastępczy: TRUCIZNY!

Dwie książki, o których jakiś czas temu było na blogach głośno. Wszyscy czytali ze smakiem. Ja też miałam zamiar, ale – jak to bywa – odkłada człowiek co najlepsze na później, a potem się dziwi, że mógł tak długo żyć w nieświadomości.
Czas uświadomienia nadszedł. Zabawa była przednia!

EDYNBURG, lata 30. do tużpowojennych [Pełnia życia panny Brodie]

Cieniutka ta książeczka opowiada „o niejakiej pannie Brodie w pełni jej życia” i o jej stadku, które przez długie szkolne lata rozdziawiało dzioby i chłonęło mądrości z ust swojej pani, a później z różnym skutkiem uwalniało się od jej wpływu. Szkoła była żeńska, nauczycielka z charyzmą, metody nauczania – kontrowersyjne. Czyta się bajecznie: lekko, ale nie mdło (mieszają się perspektywy czasowe, więc poznawaniu „pełni życia” Miss Brodie towarzyszy przedsmak jej zmierzchu), zabawnie, ale i refleksyjnie. W gruncie rzeczy ta prosta opowiastka jest jak staroświecka walizka z drugim dnem, pod którym jest jeszcze trzecie i czwarte. 

Ale ponieważ dyskusje na powyższy temat już się rozegrały (Klub Czytelniczy Anki), a piękną recenzję powieści Muriel Spark napisała Lirael, więc sobie wyznaczam wyłącznie rolę czytelnika, który buszuje w zbożu jak pijana kuropatwa, zaśmiewa się i stroszy piórka. Aha, jeszcze dodam, że tytułowa bohaterka miała swój pierwowzór, który poznać można z biografii pisarki (Lirael wszystko zna i już opisała). Jako że  liczba trzy jest liczbą świętą, więc po raz trzeci przywołam Lirael, dodając, że czytałam przesłany mi przez nią egzemplarz, więc może dzięki temu zrozumiałam trochę więcej.

Ad rem.
Kluczowe zdanie wypowiada jedna z uczennic, Sandy, gdy sypia z mężczyzną, który kochał się w pannie Brodie i przez lata malował obrazy, na których wszystkie twarze jakoś dziwnie przypominały Jej  twarz. „Dlaczego jesteś taki opętany przez tę kobietę? Czy nie widzisz, że ona jest śmieszna?”

Śmieszna. Jean Brodie na pewno nie chciałaby tego słyszeć. Ona! – elegancka, triumfująca, świadoma swej pełni, obdarzająca szczęśliwców wiedzą, smakiem, wyczuciem życia, wyższymi aspiracjami… Śmieszna? Ach, jakże to?

Oczywiście, miała wrogów. Całe grono pedagogiczne i panią dyrektor, nierozumiejącą jej metod (a ona „e” -„dukuje”, czyli nie wtłacza wiedzy do głów, lecz ją z nich „wyprowadza”). Ileż to razy czepiano się jej! Daremnie! – bo Brodie w pełni swego życia pozostawała niezatapialna.
Była z niej trucicielka i nie tylko Teddy Lloyd widział ją we wszystkim, co portretował. Jedni otrząsali się dość szybko, inni musieli z tymi wpływami walczyć, niekiedy dość przewrotnie.

Ale żeby śmieszna? Ujmuje mnie ta diagnoza. Do tego stopnia, że żal mi panny Brodie, podszytej złudną, choć na pozór zwycięską kompensacją. Czy jest coś bardziej autodestrukcyjnego niż poświęcenie podniesione do potęgi misji? Wykreowanie siebie na kogoś, kto jest ponad to, co zwyczajne…, uczynienie z uczennic „powiernic”, manipulowanie, szukanie ekwiwalentów własnego życia. Rozumiem tę pokusę otoczenia się fanami (nie jest to wcale takie rzadkie!), przeglądania się w czyimś podziwie, grzania się myślą, że moje uznanie jest osądem miarodajnym. Są w takim myśleniu ziarna szlachetne. Może się wydawać, że skoro mamy dobre chęci, to nauczymy innych jak mądrze, szczęśliwie i pięknie żyć.

Ale za kołnierzem siedzi diabeł nieskromności i pogrywa archetypem Narcyza. A Narcyz, wiadomo, bardzo potrzebował aprobaty i nie było sposobu, by mógł się nasycić porcją, która mu się trafia. Więc ciągle „jest na głodzie”.

Ech, pełnia życia…! Bzdura. To niestety był ersatz. Jeśli w którymkolwiek momencie dotarło to do Jean Brodie, to musiało zaboleć.

Jak by na tę postać nie spojrzeć, nie da się zaprzeczyć, że Brodie to była tekściara! Gdyby dodać ze trzy szczypty autoironii, nie umiałabym się z nią rozstać. Jakie one zdania wygłasza! Kto kiedykolwiek pracował w szkole, ten wie, że czasem strasznie korci, by powiedzieć coś absurdalnego (mnie korci często i ulegam).  Wewnętrzny chichot podpowiada mi, ile teatralnego potencjału kryje się w takich frazach:

„Dajcie mi jakąkolwiek dziewczynkę w okresie największej chłonności, a jest moja.”
„Gdybyście mnie tylko, dziewczynki, słuchały, zrobiłabym z was crème de la crème”.

„Byłam z przyjaciółmi na audiencji u papieża. Oni pocałowali pierścień, a ja uznałam za stosowne pochylić się tylko nad nim. Byłam w długiej czarnej sukni i koronkowej mantyli i wyglądałam wspaniale”. (…) „Miałam na sobie jedwabną suknię w duże czerwone maki, która znakomicie podkreśla moją karnację”. Ja, ja, ja.

Teatralne lekcje Miss Brodie to przede wszystkim jej monologi, ale i scenografia. Jakieś zawiłe zadanie z algebry wypisane na tablicy dla niepoznaki lub rozłożone na ławkach podręczniki-kamuflaże. Gdyby ktoś wszedł, mamy alibi, że pracujemy – a tymczasem opowiem wam, dziewczynki, o mojej miłości, o tym, co jest ważne i jakim kremem odżywiać cerę.

Odmładzająca moc tej lektury to spoglądanie na świat oczyma jedenastolatek. Moją ulubienicą jest Sandy, która miała skłonność przeplatać dialogi realne z urojonymi. Kwestie jej się czasami mieszały, raz  adresowała je do koleżanki w ławce, raz do przyjaciół ze świata Stevensona (Porwany za młodu).

Świetne są gdybania dziewczynek na temat życia erotycznego panny Brodie! Czyżby ona… Nie, nie mogłaby się przy nim rozebrać! Zresztą – gdyby, to miałaby dziecko. Co miała na myśli, mówiąc, że „w czasie ostatniego spotkania lgnęli do siebie w namiętnym zapomnieniu?” Przecież stosunek płciowy jest taki okrrrrrropny! [Jedenastolatki swoje wiedzą!]

Cóż, w zasadzie nikt nie może się równać z panną Brodie, ale jeśli chodzi o teksty, to jednak palmę pierwszeństwa oddaję chemiczce.

„– Mam w tym słoju dość prochu, żeby wysadzić w powietrze całą szkołę – powiedziała panna Lockhart spokojnym tonem.
Stała za swym stołem, w białym płóciennym fartuchu, trzymając obie ręce na szklanym flakonie w trzech czwartych wypełnionym ciemnoszarym proszkiem. Śmiertelna cisza, jaka zapadła, była efektem, którego właśnie oczekiwała, ponieważ zawsze pierwszą lekcję chemii zaczynała od tych słów, ze słojem przed sobą (…). Wszystkie oczy wlepione były w słój”.

Aż mam ochotę pożyczyć sobie ten trick.;)

BUCKSHAW (koło Bishop`s Lacey), lata 50. [Zatrute ciasteczko]

Skoro mowa o jedenastolatkach, truciznach i chemii, to magiczny wehikuł powinien nas przenieść na angielską prowincję, do rodowego domostwa, w którym żyją: szlachetny, smutny pułkownik-filatelista i jego trzy nastoletnie córki: Ofelia (Fela), Dafne (Dafi) i Flawia. Najważniejsza jest, oczywiście, Flawia de Luce – i jeśli wspomniany wehikuł stoi jeszcze na poboczu, to powinien zniknąć, bo Flawia w czary nie wierzy, a wszelkie nieprawdopodobieństwa tłumaczy racjonalnie, na ogół z wykorzystaniem wiedzy chemicznej.

Który z atutów prozy Bradleya przedłożyć nad inne?
Mogłabym postawić na klimat angielskiej prowincji lub dobrze skrojoną intrygę kryminalną (nie tak krwawą i drastyczną jak te znane ze szwedzkich opowieści dla dorosłych, ale z pewnością logiczną i pełną napięcia).

Można by przyznać premię za intertekstualne mrugnięcia – parafrazy klasyki kryminalnej (chyba szczególny ukłon w stronę Agathy Christie i panny Marple, ale i Sherlock ma tu swój niepodważalny status), powieści młodzieżowych (ja wyczuwam wyobraźnię Ani Shirley), kontekstów muzycznych (miło że w tle sączy się nie tylko ulubiony kawałek Flawii – Toccata Pietra Domenica Paradisiego – ale i przywołany w roli pobudki Polonez a-moll Chopina i Rozszumiały się wierzby płaczące…), last but not least –  aluzje filmowe i cytaty z Szekspira.

Nie ma co rozdzielać tej książki na warstwy, nie zauważając, że najważniejsza jest główna bohaterka. Rezolutna wielbicielka nauk ścisłych, przeprowadzająca w domowej pracowni skomplikowane chemiczne reakcje. Złośliwa i empatyczna, wszędobylska i wścibska. Śmigająca po okolicy na rowerze o imieniu Gladys. Odważna taką brawurą, jaką tylko nastoletnie dziewczynki potrafią się wykazać. I w dodatku udowadniająca (tak! bo to szczerozłota prawda!), jakie sprawne bywa myślenie małolatów i ile w nim psychologicznej dedukcji.

Ale gdybym musiała zdecydować się na jeden atut i miała ćwierć minuty na wygłoszenie jego pochwały, to wybór pada na narrację i styl. Jeden czy dwa rozdziały oddają głos ojcu Flawii, który wyjaśnia, ile temperamentu jest w filatelistach. Raz po raz ktoś ze starszych otwiera swą odpowiedzią drzwi retrospekcji. Flawia nie mogłaby odsłonić nam tych opowieści osobiście, ale cała teraźniejszość i sporo zrekonstruowanej przeszłości należy do Flawii de Luce. 

Jakie ryzyko było w takiej koncepcji! No, pewnie, ktoś już kiedyś coś podobnego wymyślił, ale oddanie głosu jedenastolatce to nie jest takie hop siup. Powieść podoba się rówieśnikom bohaterki, lecz i panienki z dłuższym stażem (panów nie przepytałam, ale sądzę, że się nie wyłamią) nabierają przy lekturze rumieńców. Świat, jaki się z tak podanych słów wyłania, nasączony jest chemią i jest chemiowytłumaczalny. Ma swoje smutki i nostalgie, ale w dawkach niedepresyjnych. Bo w tym wieku dobrze się sprawdza zasada Scarlett O`Hary: „Pomyślę o tym jutro”. Dialogi przekorne, obserwacje detaliczne, a słowa dobrane są tak, że działają jak duży kubek espresso. Zaryzykuję cytat, choć najlepiej smakować go w kontekście.

„Czekałam, aż zrozumie, co do niego mówię. Porozumiewanie się z Nedem przypominało wymianę depesz z dyslektykiem z Mongolii”.

„Natychmiast poczułam, że lubię Mary, nawet jeśli ona nie lubi mnie. Każdy, kto zna słowo «kocmołuch», wart jest naszej przyjaźni”.

[tu mógłby się znaleźć opis witraży z pobliskiego kościoła – podany ze wskazaniem związków chemicznych, którymi osiągnięto taki a nie inny efekt kolorystyczny ;)]

[chodzi o stan błogiego ożywienia] „Poczułam się dziwnie, a raczej ogarnęło mną dziwne uczucie, jakbym była parasolem, który sobie przypomniał, co znaczy być otwartym na deszczu”.

I tak właśnie można się poczuć, czytając Bradleya. Jak parasol albo ciastko z rabarbarem (o ileż smaczniejsze od kremówki!) lub jak bulgocząca herbatka podgrzana w chemicznej kolbie panny Flawii.

Muriel Spark, Pełnia życia panny Brodie, PIW, Warszawa 1972
Alan Bradley, Zatrute ciasteczko, Wydawnictwo Vesper, Poznań 2010.

Reklamy

26 thoughts on “nadrabiam i młodnieję

  1. kornwalia

    To są dokładnie te dwie książki, które wypatrzyłam w zeszłym roku na blogach i czekam niecierpliwie aż trafią do mojej pajęczej sieci :) Świetnie je opisałaś, wcześniej nie myślałam tak o pannie Brodie, dopiero Twoja recenzja dała mi na nią bardziej konkretne spojrzenie.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Kornwalio-pająku:)
      obie muchy są z tych niepozornych wiercipięt. Znaczy: nie mają może szlacheckich (zielonych czy czerwonych) „brzuszków”, ale sieć Ci rozwalą.
      Brodie wymyka się konkretnym spojrzeniom. Krótka historia, a najpewniej zobaczysz w niej coś własnego. Choć to, co już o niej napisaliśmy na blogach (gdyby tak wziąć pod uwagę rok czy dwa – a tekst Muriel Spark powstał w 1961!), jest dłuższe niż sama opowieść. :)

  2. pandorcia

    Bardzo zaciekawiłaś mnie swoją recenzją i z chęcią sięgnę po te dwie książki :) Zwłaszcza po „Zatrute ciasteczko” (okładka mnie również zauroczyła!) :D

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Pandorciu,
      (skąd upodobanie do Pandory? to znak niemałej przewrotności)
      w zasadzie jest coś niesamowitego w tym zachwycie nad powieścią, której bohaterka przenosi nas w świat nastoletniej rozruby. I to bez żadnych dorosłych przekształceń. Tę książkę mogę czytać rówieśnicy Flawii de Luce, nie zgubią filozoficznych treści etc.
      Ale polecam, najbardziej tym, którym przyda się coś, co przyspieszy rytm krwi. Ja się czułam, jakbym sama tak spedałowała okolicę na rowerze. I bardzo mi się podobał okrzyk Flawii pędzącej na Gladys: „Byłam sobą! Byłam Flawią! I kochałam siebie, bo nikt inny nie chciał tego robić”.
      Dziecinne, ale energetyczne.;)

  3. ksiazkowiec

    Jestem po tej samej stronie. Pod wpływem blogowych „achów” przeczytałam „Pełnię życia…” i trwam pod urokiem. Bradley grzecznie czeka i dojrzewam. Sama sobie nie wierzę, że nastolatka mnie aż tak porwie. No, ale skoro Lirael tak mówi… Trzeba przeczytać. Według mnie magiczną liczbą jest również siedem. To jeszcze raz wspomnę naszego magicznego blogowego Anioła (Lirael oczywiście!), który dosyć odstaje od innych książkomaniaków, puszczając w obieg czytelniczy perełki zebrane na internetowej plaży. :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Bogusiu!
      ja trzy razy, a Ty dwa. To jeszcze by trzeba coś dodać, by uderzyć w siódemkę. Lirael rzeczywiście ma nosa, no ale to pewnie dlatego, że mieszka na plaży.:)
      [No cóż, zostawiam miejsce na ewentualne dopełnienie siódemki.]
      A poza tym to – rzecz jasna – pamiętam wędrówkę obu tytułów po wielu blogach. I z jednej strony cieszy mnie, że ktokolwiek jeszcze ma siłę czytać o czymś nie nazbyt odkrywczym. A z drugiej – widocznie wspomnienia są budujące. A jeśli mogłam komuś, kto nie czytał, przypomnieć, że tytuł jest na liście i może warto go przesunąć o dwa oczka do góry, to mój wkład w polepszanie życia na ziemi jest wystarczający.

      No, ciekawe, czy Cię ta małolata uwiedzie! – ?

  4. buksy

    Panna Brodie to jest postać! Choć kiedy wspominam czasy gdy kręciłam sie w tzw kręgach pedagogicznych, przypominam sobie że były tam co najmniej jedna czy dwie panie o ambicjach Panny B.
    Natomiast jeśli o Flawię chodzi, to jestem chyba jedyną czytelniczką niezatrutą zachwytem nad jej osóbka i przygodami.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Buksy! Brodizm jest wiecznie żywy! ;)
      To znaczy: niejeden by chciał, ale dorównać archetypowi niełatwo.
      „…różniła się od reszty grona nauczycielskiego tym, że w dalszym ciągu podlegała procesowi rozwoju, podczas gdy jej koleżanki, zupełnie zresztą słusznie, nie ufały sobie na tyle, by zmieniać poglądy, zwłaszcza w sprawach etycznych, po dwudziestym roku życia. Nie istniało coś takiego, czego by się panna Brodie nie mogła jeszcze nauczyć, i tym się szczyciła”.

      I to jest cecha bardzo intrygująca.
      Ale zasadniczo diagnozuję pannę B. jako szkodnika. A odpuszczam tylko dlatego, że sobie zaszkodziła najwięcej.
      Flawia mniej skomplikowana, ale nie wiadomo, co z niej wyrośnie.;)

    1. sarna

      Niedawno pożegnałam się z wieloma książkami, ale okładka serii KIK coś mi mówiła. Mała sonda na półki i znalazłam. PIW W-wa, pierwsze wydanie z 1983 r „Rodziny Palliserów”. Klejony egzemplarz za 120 zł. Niewiele faktów już dziś pamiętam z tej lektury, choć musiała mi się podobać, skoro jakimś cudem uniknęła pogromu.
      Twoja recenzja Panny Brodie napisana jest w sposób jakby sama w sobie już była odrębną książką. Przyznam, że rozbudziłaś moją ciekawość, więc popytam w bibliotekach.

    2. tamaryszek Autor wpisu

      O, kiedyś to się płaciło za książki „grubą kasę”. Za któryś ze słowników Kopalińskiego dałam (co poświadcza cena ołówkiem zapisana na okładce) 15 tysięcy!
      Sto dwadzieścia – też przyzwoicie.;)
      Jeśli wcześniej nie słyszałaś, to cieszę się, że mam tu swój wkład w popularyzację. Lekka w lekturze, a niejednoznaczna w wymowie.
      Dostępna tylko w KIK-u.

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Inez, wierzę! A nie mam w domu żadnej takiej książki na własność.
      Ciekawe jest to, że wydano w tej serii książki chyba (nieśmiało to piszę, bo może się mylę), które nie były często wznawiane, jakby nie przedostały się do krwiobiegu klasyki. A zapotrzebowanie na nie jest. Ot, choćby Magda Szabo, na którą polowanie wymaga arcyczujności. Pannę Brodie też chętnie ulokowałbym na własnej półce.

      Pozdrawiam!

    4. Inez

      No właśnie! Ja PRAWIE całą Magdę Szabo już skompletowałam:) Posprawdzałam kiedyś na Allegro różne pozycje z serii KIK, zwykle chodzą po 3-7zł. Często to bardzo ciekawe książki, powiedziałabym niszowe. Mało które zostały wznowione. A nawet jeśli któraś nie przypadnie nam do gustu, za taką cenę można ryzykować. A zawsze można trafić na taką Pannę Brodie…

      Pozdrawiam!

  5. sarna

    120 zł w stosunku do 7 zł za książkę na allegro fiu, fiu – skąd u mnie taka rozrzutność?
    Też czasami łapię się za głowę widząc wielotysięczne ceny na egzemplarzach kupionych przed wieloma laty. Widać w tym kraju absurd goni absurd, wszak już na moim koncie były ewidencjonowane miliony i nie mam nic przeciw by tak było znowu. mam tyle pomysłów na ich wyda nie …

    Odpowiedz
  6. szwedzkiereminiscencje

    z rabarbarem (polaczonym z imbirem i skórka pomaranczowa) robilam ostatnio nawet paczki ;-)

    b mi sie podobaja ekscentryczne wychowawczynie w literaturze brytyjskiej! taka mary poppins albo dr price w „la’s orchestra saves the world”. pozwole sobie zacytowac te ostatnia:

    „Serce mi krwawi”, kontynuowała nauczycielka, „na widok tych wszystkich inteligentnych dziewczyn, które do nas przychodzą i potem nas opuszczają, mniej lub bardziej przyrzeczone jakiemuś mężczyźnie. A one zostawiają nas, wychodzą za maż i na tym się kończy. Co za strata. Za to powinno się iść do kryminału.”

    Odpowiedz
  7. tamaryszek Autor wpisu

    Mary Poppins to niezupełnie. Jean Brodie (vide plakat filmowy) zaprzedanie się małżeństwu potraktowałaby jako pewną powierzchowność, ale uczennic w murach szkoły zatrzymywać nie chciała. Niektórzy to, co robiła, nazywają bezpardonowo stręczycielstwem. Wymyka się kobieta jednoznacznym kategoriom.

    Odpowiedz
  8. Ewa

    Ojej, nim dotarłam, 16 osób zdążyło mnie wyprzedzić!
    W obu książkach ‚występują’ chemiczki. Przyjdzie mi zweryfikować swoje o nich zdanie. Co tu kryć, do dziś nie przepadałam.

    Obie książki wpisuję do sztambucha: zainteresowała mnie panna Brodie – żyjąca pełnią życia. Powinnam też poznać zawartość zatrutych ciasteczek, nigdy nie wiadomo dokąd wiedza może mnie doprowadzić :) Nóż, tak jak tamaryszek – odmłodnieję?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ewo, nóż-widelec, żaden środek lat ujmujący nie zasługuje na wzgardę. :)
      Najlepiej pielęgnować dobry humor. Ale lektury uruchamiające wyobraźnię dziewczęcia mogą czynić cuda. O ile, rzecz jasna, nie wkurzą infantylnością. Ale Flawia de Luce stoi na straży zdrowego rozsądku. Zawsze warto się dowiedzieć, co zrobić po – przypadkowym – spożyciu cyjanku. I czy na arszenik pomagają stare koronki.

      Brodie już tak nie odmładza. Panna to była w kwiecie wieku. Jednak upór, z jakim ogłaszała, że właśnie znajduje się w okresie „pełni swojego życia” był rozbrajający.
      Pozdrawiam!

  9. Lirael

    Kochany Tamaryszku, z całego serca dziękuję Ci za tyle miłych słów.
    Tak bardzo się cieszę, że obydwie książki wywołały tyle pozytywnych wrażeń, a opisałaś je wręcz przecudnie!!!
    Myśl o twórczym wykorzystaniu „szklanego flakonu w trzech czwartych wypełnionego ciemnoszarym proszkiem” w celu np. dyscyplinowania niesfornych klas, zdecydowanie popieram! :D
    A propos Bradleya, dla zaostrzenia apetytu dodam, że druga część cyklu o Flawii jest jeszcze lepsza. M.in. występuje tam fan twórczości sióstr Bronte, który postanawia zrobić coś całkowicie zwariowanego, żeby zamanifestować swoje uwielbienie dla ich powieści.
    Styl autora można w pełni docenić czytając wersję angielską. Bogactwo słownictwa wręcz niesamowite.
    Jeszcze raz pięknie dziękuję za niezapomniane chwile przy twojej podwójnej recenzji!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Lirael, jesteś moją Inspiracją.:)
      Spróbuję sięgnąć po dalsze losy tej dziewuszki.

      Kolba panny Lockhart to jest właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej. Ta chwila skupienia (z odrobiną przestrachu i dużą dawką nieprzewidywalności) jest bezcenna. Ja sobie wymyślam różne namiastki tegoż zjawiska. Jest jedno „ale”: nie da się stosować zbyt często, bo przestaje działać.

      Raz ze znużenia, żeby się obudzić, opowiedziałam grupie historię Konrada Wallenroda. Nikt już tego nie zna, bo wyleciał z kanonu. Osobiście nie przepadam, ale im większe wyzwanie, tym ciekawsza gra. Może troszkę przeakcentowałam pewne sprawy. Nacisk położyłam na pocałunek śmierci w Grenadzie. Cisza była. A po przerwie kilka osób przyszło z wypożyczonym egzemplarzem. Potem mówili, że byłam lepsza niż Adam. Sama rozumiesz, nie mogę przesadzać, bo nie uwierzą, gdy zaoferuję jakieś cacko. ;)

    2. Lirael

      Ileż ja bym dała, żeby usłyszeć tego „Konrada…” w Twoim streszczeniu i wykonaniu! To musiał być majstersztyk, zresztą reakcja Twoich uczniów mówi sama za siebie. W sumie dziwne, że wypadła z kanonu,bo chyba ma spore szanse na zainteresowanie, może wywołać ciekawą dyskusję. Też nie przepadam. Boleję nad tym, że zupełnie zapomniana jest „Maria” Malczewskiego, to prawdziwe arcydzieło.
      Może trzeba by opracować streszczenia znanych lektur w formie rapu, tak jak raperzy znad Wisły opracowali historię Polski :)
      To bardzo niesprawiedliwe, wystarczyło, że panna Lockhart tylko potrząsnęła kolbą, a nauczyciele innych przedmiotów muszą wykazywać się większą produktywnością. :)

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Ha! Uważam, że skoro chemik ma kolbę z trucizną, to historyk powinien mieć broń (jeśli nie palną, to przynajmniej bagnet!), a co do filologów i ich możliwości przykuwania uwagi w sposób absolutnie zawłaszczający – stawiam pytanie. Może ktoś coś podrzuci.
      Gdy tak wertuję pamięć, myślę, że dość skuteczna jest elipsa, niedokończone zdanie. Nie dlatego, by kogoś ten ciąg dalszy szczególnie interesował, ale zawsze to zakłócenie rytmu, gdy coś brzęczącego zamilknie.;)

      Konrad był dawno. I nie z sympatii (Maria o niebo lepsza). Powiało przewidywalnością i zapragnęłam spisku, kontrabandy, kobiety zamurowanej, porwanego za młodu, kwiatu róży wyszytego zielonymi listeczkami…I Grenady! Słonecznej, acz zdradzieckiej.
      Teraz jest trudniej (z miesiąca na miesiąc), bo żeby się rozkręcić potrzebuję kilku minut. A tu po 20 sekundach słuchacze zmieniają kanał odbioru. Cała para idzie w gwizdek, czyli w studia nad hipnozą. Rap miałby duże szanse. Tyle że ja jestem chodzącym zaprzeczeniem tego rytmu.:D

    4. Lirael

      Kochany Tamaryszku, właśnie dzięki Tobie doznałam olśnienia w kwestii kolejnego konkursu. Otóż podpowiedziałaś mi pewien pomysł, za co bardzo Ci dziękuję. To już staje się rzeczywiście lekko chorobliwą obsesją. :)
      Co do elipsy zgadzam się w pełni. W ogóle zamilknięcie kogoś, kto z założenia powinien nieustannie trajkotać, wywołuje konsternację. :)
      Zamiast rapu można by rozważyć dramatyczne melodeklamacje i zawodzenia, ale efekt nie będzie już chyba taki piorunujący.

  10. katasia_k

    Doskonale rozumiem Twoje zainteresowanie Flawią, bo sama lubię czasem rzucić się na książkę napisaną z myślą o dzieciach. Ostatnim tego rodzaju odmładzającym prezentem ode mnie dla mnie było I Capture the Castle Dodie Smith, urocza powieść dla nastolatek, ktorej akcja toczy się w ponurym zamczysku na angielskiej prowincji.
    Piszesz o nawiązaniach literackich we Flawii – już sam fakt, że w powieści wystepują trzy siostry budzi skojarzenia z siostrami Bronte :)

    Trochę szkoda, że Wallenroda wyproszono z kanonu – sama wspominam go lepiej niż np. Dziady lub Kordiana.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Katasiu,
      pewnie dziś wznosisz toast za Artystę!

      Ja dopiero zobaczę, mam nadzieję, że jutro. Za duże było stężenie tych oscarowych tytułów, więc wybierałam coś spoza listy.

      Co do Bradleya, sprawdza się stara zasada, że dla młodszego adresata trzeba pisać tak samo jak dla dorosłych, tylko lepiej. Ja powinnam częściej sięgać do tej kategorii. Żadnych infantylizmów i dobry humor, oczywiście bez komediowego przerysu.

      Oj, kanon chudnie. I po prawdzie dieta jest mu wskazana. Nie tyle, żeby się ograniczać, co zmienić produkty na pożywniejsze i świeższe. ;)

  11. katasia_k

    Tamaryszku, nie tylko wzniosłam toast, ale i zarwałam noc podczas oscarowej ceremonii :) Kiedy ten film pojawił się w kinach myślałam, że mało kto o nim usłyszy i z całych sił starałam się promować go na blogu i wśród znajomych. Cieszę się, że dzięki otrzymanym nagrodom ma szansę na dotarcie do trochę szerszej publiczności niż czytelnicy blogu i moi znajomi ;)

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s