Archiwum dnia: 29 Lu 2012

wstydliwie (1)

Sponsoring (Elles), reż. Małgośka Szumowska, Polska, Francja, Niemcy 2011.
Wstyd (Shame), reż.  Steve McQueen, Wielka Brytania 2011

                

O seksie, bardzo bezpośrednio.
Oba filmy odważnie odsłaniają życie intymne swoich bohaterów. Unaoczniają, obserwują, podążają po śladach ich seksualnych doświadczeń, przyglądając się jak wpływają one na to, kim są lub kim się stają. Nie mogę napisać, że analizują „tę sferę życia” bohaterów, bo nie oddałoby to istoty rzeczy. Brandon Sullivan (Wstyd) zdaje się być tak bardzo pochłonięty swą seksualną obsesją, że inne sfery są przez nią zdominowane, jej podporządkowane, przez nią zmarginalizowane etc. Alicja i Charlotta (Sponsoring) to paryskie studentki, które zarabiają na utrzymanie seksem – „znudzeni mężowie” zgłaszają się na ich anons i słono płacą. Dziewczyny nie angażują się (?) emocjonalnie, ale czy można powiedzieć, że te erotyczne doświadczenia oddzielone są od sedna ich tożsamości? Seks wkrada się i przemienia wszystko. A opowieść wciąga w swój wir również widza, który doświadcza konfuzji przekraczania czyichś intymnych granic, wślizgiwania się w cudzą sferę intymną.

To znaczy, że nie są to filmy dla każdego, choć w pewnym sensie o nas wszystkich. Nie, bynajmniej nie doszukuję się w Brandonie everymana, ani w dziewczynach z filmu Szumowskiej nie widzę jakiejś nadchodzącej generacji. Trawestując frazę poetki, przyznam jednak, że: Jesteśmy dziećmi epoki. Epoka jest erotyczna.
[Szymborska, Dzieci epoki (tu: epoka jest polityczna)]

Zbieżność wejścia obu tytułów na ekrany polskich kin sprawia, że one z sobą rozmawiają. Sugerują, że współczesny świat sprzyja erotycznym zawirowaniom, ułatwia je lub wymusza.
Jestem pod dużym wrażeniem filmu McQueena i roli Michaela Fassbendera. Sponsoring mnie nie przekonuje,  mówiąc językiem innej polskiej reżyserki: jest jak artystyczna wydmuszka. Siła Wstydu odbiera impet opowieści Szumowskiej. Wstyd jest odważny, Sponsoring, mimo sięgnięcia po dość drapieżny temat, jest mdły, rozmyty…, a przynajmniej mnie taki się on wydaje.

Studentki marzą o wyrwaniu się ze swoich światów – Alicja przyjechała do Paryża z Polski, Charlotte rozpoczyna w nim życie po opuszczeniu szarej rzeczywistości francuskiego blokowiska. Obie chciałyby żyć elegancko, być kimś takim, jak Anna – dziennikarka poczytnego pisma, która pisze artykuł o studentkach-prostytutkach. Ona ma wszystko, czyli odpowiedni standard życia (!). Ale spotkanie z dziewczętami uświadomi Annie, że „wszystko” to za mało, gdy ze związku (rodzina!), w którym tkwi, wyparowała bliskość.
Ona chciałaby być – trochę – jak one.

Mogłoby być ciekawie, gdybym potrafiła w to uwierzyć. Że dziewczyny zaprzedają się po coś (że to, co chcą osiągnąć jest warte ceny lub przynajmniej „konieczne”). Albo że Anna rzeczywiście ma czego im zazdrościć (że w czymkolwiek one nad nią górują).

I nie chodzi o to, że to nie współgra z moją percepcją świata, zasadami etc. Nie jestem przekonana, bo to, co widzę na ekranie jest niewiarygodne. Mówię sobie: a może tak jest? może Szumowska dotarła do ludzi, którzy tak myślą, sama tak myśli, więc jest w tym jakaś prawda? Ale dlaczego to nie wybrzmiało? Źle zagrane? Chaotycznie poprowadzone? Zbanalizowany scenariusz?

Po kolei. Czego chcą dziewczęta? Szumowska w wywiadzie tłumaczy:  „One po prostu chcą mieć pieniądze. Chcą żyć na takim poziomie, na jakim żyje Anne – zejść rano na śniadanie do kawiarni, kupić fajne ciuchy. A żeby tak żyć w Paryżu, trzeba mieć mnóstwo kasy. One w końcu tę kasę mają, jedyny problem polega na tym, że muszą ukrywać skąd i pewnie płacą za to jakąś wewnętrzną cenę”.

Standard życia jako wartość sama w sobie? Cena, jaką płacą, to poczucie, że muszą kłamać, bo ten obłudny świat nie zniósłby, gdyby mówiły wprost, że pełnią taką a nie inną rolę społeczną? Wydaje się, że cena jest wyższa. Film sugeruje rozpad związku Ch. z jej chłopakiem i A. z matką. Dlaczego aż tak ten koszt zaniżać?

Gdy Anna pyta, czy relacje z klientami je upokarzają – odpowiedź brzmi: nie. Jedna z dziewczyn rozmawia przez telefon z klientem tak czule jak z kimś bliskim, ale fragmenty „spotkań” mówią co innego. Gdy dziennikarka pyta, co sprawiało trudność (oczekuje wyznania, że musiały przełamać jakiś wewnętrzny opór), słyszy, że to w ogóle nie było trudne, a prawdziwą przeszkodą życiową jest „ten zapach”. Jaki? – pyta Anna, mając na myśli chyba co innego, niż usłyszy w odpowiedzi: zapach blokowiska, z którego pochodzę.

Dziewczyny mówią, że ich klienci są „normalnymi, zwyczajnymi facetami” – no tak, ale nie przychodzą do nich, by zaznać zwyczajności. I tylko decyzja reżyserki sprawia, że widzimy ich jako trochę smutnych, trochę niezaspokojonych facetów. Równie dobrze mogliby to być osobnicy bardziej ześwirowani, na prasowy anons może przecież odpowiedzieć każdy.

Dalej: co takiego intryguje Annę, że zaczyna inaczej postrzegać swoje życie? Tu na plan pierwszy wysuwa się Binoche i jej wierzę trochę bardziej (rodzina nie leczy z samotności, mąż przypomina tych podtatusiałych klientów, którzy przychodzą do dziewczyn).
Miota się kobieta po mieszkaniu, przyjemnie się ją ogląda (bo Binoche – elegancka czy rozchełstana – wygląda kobieco i inteligentnie), no musi coś w tej swojej wydmuszce zmienić, ale czy mogą jej w tym pomóc nowo poznane pannice? One są jej potrzebne jako bodziec. Jedyne, czego mogłaby im zazdrościć, to młodość. Ale płacz nad rozlanym mlekiem, czyli wyrośnięciem z wieku wczesnostudenckiego i przebywanie w świecie ludzi dorosłych (zazwyczaj przecież nie dość dojrzałych) to nie jest jeszcze koniec świata.

Mimo to podoba mi się w Sponsoringu kilka scen. Kolacja i śniadanie w finale opowieści. Bratanie się Anne z Alicją (np. ten śmiech z ustami pełnymi makaronu), bliskość z Charlottą, wizyta polskiej mamy w Paryżu (czyli Janda w różowym sweterku!). Może ta scena, w której Alicja i „facet z gitarą” śpiewają piosenkę. I okulary Juliette Binoche, te czarne i te kolorowe. 

*****************

Wolę Fassbendera! To, o czym opowiada film McQueena, mogłoby budzić więcej oporów i zastrzeżeń. Nie budzi, bo jest wiarygodne. Tu opowieść broni się sama. Jest Brandon, jest jego siostra Sissi, jest Nowy Jork… Jest jakieś okaleczenie, narośl, pułapka. Trochę wytwarza je świat, a trochę my sami. Mam pytania, ale nie mam zastrzeżeń. Poza jednym: że nie zmieszczę swoich uwag w tej notce, więc rozbijam ją na „wpis w odcinkach”.