Archiwa miesięczne: Marzec 2012

coś wokół szyi

Chimamanda Ngozi Adichie, To coś na twojej szyi, Zysk i S-ka, Poznań 2011.

************************************************ Gdyby słuchać, co mówią okładki, to mielibyśmy taką oto sytuację, że do każdego ucha dociera inna opowieść. Równocześnie.

Każda ma swoje racje. Prawda, że motyle, bo wewnątrz krótkie opowiadania, historie – niekiedy dramatyczne – mówiące o ulotnych stanach świadomości, wtajemniczeniach, o odczuciach, które znikną, ale trochę ze swej aury pozostawią. Jak motyle.

Prawda, że twarz nigeryjskiej kobiety sugeruje klimat opowiadań. Zwłaszcza, że jest nieodgadniona. Może dzieje się z nią to, co z bohaterką tytułowego opowiadania: „Wieczorem coś owijało się wokół twojej szyi, coś, co przed uśnięciem niemal cię dusiło”. Dobrze znajoma obręcz, której uścisk czasem znika, to znów powraca. W jednym tylko, z dwunastu opowiadań, narratorem i bohaterem jest mężczyzna. Kobiecy punkt widzenia dominuje, a ponieważ bohaterki mieszkają w Nigerii albo się z niej wywodzą, więc kobiecość naznacza je również mentalnym bagażem ograniczeń społecznych. Sytuuje je w cieniu, z którego można, lecz niełatwo się wydobyć. Nie wiem, czy celowo twarz wygląda jak maska. Szkoda, że zbyt dosłowny gest dubluje sens tytułu.

Obie okładki mają swoje racje, choć gdyby mój apel mógł usłyszeć ktoś władny zmienić coś w tej sprawie, to ja proszę, bardzo, o nieumieszczanie buź na wierzchu. Gdybym nie znała autorki, ominęłabym.

Znam Chimamandę Ngozi Adichie i bardzo ją cenię. Gdy czytałam opowiadania, częściej niż Połówka żółtego słońca przypominał mi się jej wykład „o niebezpieczeństwie jednej historii” (wygłoszony na konferencji TED).

Na przykład wtedy, gdy pisze o tym, jak dziwnie reagujemy na przybyszy z Afryki. Nieważne skąd – Nigeria, Kongo, Sudan czy RPA – wydają się wycięci ze stereotypowego tła, jakie wytwarza nasza ignorancja. Wszystkie zasłyszane historie o Afryce zlewają się w jedno i tworzą koszmarnie nieprawdziwą rzeczywistość. Adichie odsłania trochę nigeryjskie realia (na pewno mniej niż w powieściach). Śledzi zetknięcie Nigeryjczyków ze światem amerykańskim. Możemy wówczas obserwować zderzenie czołowe dwóch mitologii: pierwsza reaguje zdziwieniem na poprawną angielszczyznę czarnoskórego przybysza, druga musi zrozumieć, że nie istnieje jedna twarz Ameryki (nie każdy ma tu „samochód, duży dom i broń”).

Pamiętam wypowiedź Adichie o radach, jakich udzielano jej na amerykańskich studiach. Pisz prawdziwie, … czyli tak, jak nam się zdaje, że wygląda prawda. Wówczas chodziło o rady amerykańskiego profesora, który źle ocenił opowiadanie Adichie, bo jego bohaterowie wydali mu się zbyt „biali” – uważał, że Nigeryjka nie powinna tak pisać (tak czuć).

Przypominam to sobie, czytając opowiadanie Wzgórze Skaczącej Małpy. Rzecz rozgrywa się w RPA, gdzie na zaproszenie wielkiego admiratora literatury afrykańskiej przybywają młode talenty pisarskie z całego kontynentu. Wśród nich Nigeryjka, Ujunwa. Tydzień warsztatów pisarskich ma zaowocować opowiadaniem, które napisze każde z nich, a ocenią współuczestnicy i organizator. Lubię ten temat. Lubię czytać o tym, jak rodzą się pomysły na teksty, jak są przetwarzane. Powraca temat stereotypu Afryki, ciekawie, bo przypisany nie ludziom z zewnątrz, lecz mieszkańcom kontynentu. Szef zawyrokuje: „tego rodzaju historie tak naprawdę nie oddają ducha Afryki”.  Pada pytanie: jakiej Afryki? Przecież ona nie jest monolitem. Uzasadnienie: „to nie jest prawdziwa historia, o prawdziwych ludziach”. A było to opowiadanie autobiograficzne.

Czytanie tego tomu rozpadło się na dwa podejścia. Pierwsze opowiadanie (dobre, lecz nie ujęło mnie) sprowadziło dwudniową przerwę, pozostałe połknęłam jednego dnia, oniemiała z podziwu. Teksty krótkie, ograniczone formą (błogosławieństwo ograniczeń!), sytuacje wyraziste, choć niedoprowadzone do jasno zamykającej kody. Chciałabym w niektóre z nich wejść na dłużej. Tego rodzaju niedosyt potwierdza klasę autora.

Chimamanda Ngozi Adichie po prostu umie opowiadać. Miałam jednak wrażenie, że eksperymentuje, szuka najlepszego sposobu, stroi ton do właściwej tonacji. Trochę mi przeszkadzały niektóre pomysły narracyjne. Niemal każdy tekst jest pod tym względem inny. Zdarza się narracja z perspektywy bohatera, pierwszoosobowa (raz jest to postać główna, kiedy indziej dziecko relacjonujące czyjąś historię, samo pozostając na boku). Narracja trzecioosobowa, ale też taka dziwna (lekko irytująca) maniera prowadzenia opowieści jakby adresowanej do jej bohatera („Przez cztery kolejne dni mówiłaś nie, kiedy prosił cię, żebyś się z nim umówiła, ponieważ krępował cię sposób, w jaki patrzył na twoją twarz, ten intensywny, żarłoczny sposób, który sprawiał, że chciałaś się z nim pożegnać, ale także nie miałaś ochoty odejść”.) Świetnie natomiast wypadł pomysł mieszania perspektyw czasowych. Opisywana chwila znienacka otwiera się na przyszłość, a wiedząc, co się w niej wydarzy, inaczej odczuwamy to, co tu i teraz.

Może, gdy kiedyś do tych opowieści powrócę, zmienię zdanie – teraz uważam, że ostatni tekst jest najsłabszy. I strasznie szkoda, bo właśnie w nim pojawia się moja ulubiona bohaterka: Nwamgba. Silna, niezwykła kobieta, odważnie wybierająca miłość. I swoją tożsamość. A potem potwierdza swój wybór w sprytnej i trzeźwej grze z fałszem. Słabość polega na tym, że zbyt szybko, zbyt pospiesznie wprowadzony został ciąg dalszy. Pogrobowe zwycięstwo Nwamgby rozgrywa się w jednym błysku, los wnuczki wszystko co ważne potwierdzi, usensowni porażki, zwycięstwo uczyni bezdyskusyjnym. (Uparta historyczka)

Największe wrażenie zrobiło na mnie pięć opowiadań. Moim zdaniem absolutne mistrzostwo. Fenomenalne połączenie tego, co lokalne,  wyrastające w Nigerii , z tym, co ponadczasowe, jakby dotyczyło mnie, choć przecież wcale nie o mnie.

Imitacja – rzecz o zdradzie, która daje zdradzonej siłę, by otworzyć oczy i po latach uśpienia powiedzieć coś własnym głosem. Zamieniając imitację w oryginał. Osobiste przeżycie – prosty, świetnie rozegrany pomysł. Zamieszki na tle religijnym wybuchają niespodzianie, a z ulicznej masakry uchodzą dwie kobiety, szukając schronienia w opuszczonym sklepie. Muzułmanka i chrześcijanka. Tak różne, jak tylko można, a przecież tak podobnie doświadczające chaosu. Drżenie – znów dziwne spotkanie. I świetne studium toksycznej zależności od własnych przywiązań – gdy kocha się dupka, roztrząsa rozstanie i w nieskończoność próbuje się przekonać samą siebie, że czas zacząć od nowa. Jutro jest zbyt odległeo niechcianym okrucieństwie popełnionym w dzieciństwie, ktore rozrasta się poczuciem winy na całe życie. Ambasada amerykańska – właśnie w kolejce do ambasady rozgrywa się cała akcja. Bohaterka stara się o wizę do Stanów, ale uświadamia sobie, że nie jest ona tym rozwiązaniem, które może wybrać. Nie można przecież zapomnieć jak bardzo czerwony jest świeży olej palmowy – jak krew.

„Dwa dni temu pochowała swoje dziecko w grobie nieopodal grządki z warzywami w Umunnachi, rodzinnym mieście swoich przodków, otoczona życzliwymi ludźmi, których już teraz nawet nie pamiętała. Dzień wcześniej odwiozła swojego męża, ukrytego w bagażniku ich toyoty, do domu przyjaciela, który przemycił go poza granice kraju. A jeszcze jeden dzień wcześniej nie musiała robić sobie zdjęcia do paszportu; jej życie było normalne, zaprowadziła Ugonnę do szkoły, w sklepie Mr Biggs kupiła mu bułkę z kiełbaską, a w samochodzie śpiewała razem z Majekiem Fashekiem, którego piosenkę akurat puszczano w radiu. Gdyby jakiś wróżbita powiedział jej, że w ciągu kilku dosłownie dni nie pozna swojego życia, roześmiałaby się tylko. Może nawet dałaby mu dodatkowe dziesięć naira za bujną wyobraźnię”.

To coś na twojej szyi (The Thing Around Your Neck) – tytuł zbioru przechwytuje tytuł jednego z opowiadań. Ale odnosi się do wszystkich. Do tego, co zaciska się wokół gardła, tamując oddech, by po chwili znów go przywrócić. Dobra imitacja świata. Bardzo prawdziwa fikcja.

Tonino

To będzie odstępstwo od reguły. Sytuacja jest wyjątkowa. Zasada, którą naruszam dotyczy niecytowania własnych tekstów. Przytoczę notkę sprzed roku, zapisaną na starym tamaryszku. Słowa, których użyłabym dziś, miałyby kształt klepsydry i podporządkowane by były dyktatowi czasu przeszłego. Nie ma już Tonina Guerry (od dzisiaj), nie ma Theo Angelopoulosa (od 25 stycznia 2012). Przynajmniej w pewien sposób ich nie ma, bo całkowicie nie znikną nigdy. 

[tamaryszek – opowieści zebrane, wpis z dnia 3.02.2011]

Scenarzysta. Poeta

Mówią o nim, że młody. Wierzę.

Metryki, statystyki, rankingi – to przecież informacje dla amatorów tabelek. Ja wolę opowieści, a Tonino Guerra jest ich mistrzem. Znam nieliczne, a wyczarował niemal setkę filmowych scenariuszy.

Raz jeden otrzymał nominację do Oscara (1976) za scenariusz oryginalny do filmu Amarcord – to mój ulubiony obraz Felliniego.

Włoskie kino naznaczone opowieściami Guerry to oprócz Felliniego (jeszcze: Ginger i Fred, A statek płynie) przede wszystkim MichaelAngelo Antonioni (Przygoda, Zaćmienie, Czerwona pustynia, Zabriskie Point i inne), również: Vittorio De Sica, Paolo Taviani, Francesco Rosi i Giuseppe Tornatore. Ważna była jego przyjaźń z Tarkowskim.

I bardzo szczególna współpraca z Theo Angelopoulosem. Ta interesuje mnie szczególnie ze względu na moje plany, by filmy te wreszcie poznać, do kilku powrócić. Zrobili razem osiem filmów (m.in. Pejzaż we mgle, Spojrzenie Odyseusza, Wieczność i jeden dzień).

Angelopoulos tworzy kino autorskie i sam jest zarazem reżyserem i scenarzystą. Tonino go wspomagał. To będzie odsłona szczególiku tej współpracy, który swą prostotą przypadł mi do serca.

„Zacząłem opowiadać mu o moim projekcie scenariusza Podróży na Cyterę. Słuchał jak dziecko.
Dotarłszy jednak do momentu, kiedy starzec wraca po trydziestu latach wygnania i widzi żonę, która czeka na niego w drzwiach domu, zatrzymałem się. Nie potrafiłem znaleźć pierwszego słowa, pierwszych słów, które wypowiedziałaby do niego kobieta po trzydziestu latach.
Tonino wstał z nagłym błyskiem w oczach.
– Jadłeś?
– Co takiego?
Nie rozumiałem. Tonino uśmiechnął się.
– Jadłeś? – powtórzył. – O to zapytał mnie ojciec, kiedy wróciłem pieszo z obozów jenieckich w Niemczech w czterdzistym piątym.
– Słowo, którego szukałem.” (Theo Angelopoulos)

Krytycy sugerują wpływ Tonina Guerry na znaczące przesunięcie w filmach Angelopoulosa: od historiozoficznej analizy do refleksji egzystencjalnej. Jednostkowy bohater, mniej – trudnych dla obcokrajowca – kontekstów politycznych. To wszystko nie czyni z tych filmów obrazów łatwych, lekkich i przyjemnych, ale wierzę (a priori), że je upraszcza.

Kultura włoska, rosyjska, grecka. Z tej międzynarodowej ekspansji czas jednak powrócić do miejsca, skąd wyruszył w świat, do którego wrócił, które uznał za docelowe.

Włochy, Romania, wioska Pennabilli.
Mikrokosmos. Stary (choć młody) Tonino Guerra mieszka tu z bratem, wśród
sąsiadów – Biny, Pineli, Filomeny (i jej głupiego syna), Pirina od Pszczół, Pidia i innych. Życie płynie wolniej, ciszej, nabrało gęstości – cokolwiek to oznacza, bo pewnie utraciło już niektóre smaki, te burzliwe i pikantne.

Tonino Guerra jest poetą. W Polsce znamy jeden tylko tomik, Miód. Przetłumaczony z włoskiego, czyli pośrednio, bo językiem oryginału jest dialekt, którym posługują się mieszkańcy tej ziemi. Wydawnictwo rekompensuje to kilkoma cytatami z dialektu i zestawieniem polskich tekstów z ich wersją włoską.

Powrót do początku niesie ze sobą odkrycia, które wymagają dojrzałości. Dopóki kogoś gna, by świat podbijać, będzie na nie głuchy. Później głuchniemy na to, co złudnie wabiło nas w młodości. Sięgnę po słowa Jarosława Mikołajewskiego ze wstępu do tomiku – Guerra „wraca do rodzinnej krainy – z miasta, w którym szukał przemiany losu, na wieś, która jest losem niezmiennym”.

Spaliłem strony z książek, kalendarze,
mapy. Dla mnie Ameryki
już nie ma, Australii jakby nie było,
Chiny są zapachem,
Rosja białą pajęczyną,
zaś Afryka szklanką wody, o której śniłem.   (Pieśń druga)

Wiersze – jakie są? Proste. Dla wiecznie zdziwionych brakiem ostrej różnicy między prozą a poezją mogą być kolejnym pretekstem, by o to spytać. Są słowa poetyckie, ale nie wyszukane. Jest liryzm, trochę kruchych uczuć i wrażeń. Czasem odpryski spostrzeżeń, obrazów:

Kiedy jesienią
drzewa były nagie,
pewnego wieczoru
nadleciała chmura
wycieńczonych ptaków;
usiadły na gałęziach.
Zdawało się, że to wróciły liście,
żeby pohuśtać się na wietrze.    (Pieśń dwudziesta druga)

Nade wszystko te wiersze są opowieściami, są epickie, trochę plotkarskie lub pamiętnikarskie.
Niech dopowie za mnie Italo Calvino:

„U Tonina Guerry wszystko przeobraża się w opowiadanie i w poezję: w słowie mówionym, pisanym, czy też w sekwencjach filmowych, w prozie czy w wersach, po włosku czy w dialekcie. W każdym jego wierszu jest opowiadanie; w każdym opowiadaniu poezja.”

Trzydzieści pięć pieśni. W jednej bracia obserwują przez okno burzę, a później smakują wodę ze szklanki, którą napełniła ulewa – „a potem porównaliśmy tę wodę z nieba / z codzienną wodą,/ która nie ma zapachu piorunów”. W innej Prin od Pszczół wędruje z ulami po wsiach (tak, trzeba pszczołom dopomóc). Kolejna o ojcu Biny, który wyjechał do Chin i stamtąd pisał listy:

raz w roku słał wiadomości, potem nazwane
„listami z Chin”. W pierwszym pytał o kozę,
która miała gorączkę w dzień jego wyjazdu,
w drugim opowiadał, że jadł węża; w trzecim
o przyszywającej mu guzik kobiecie,
czwarty był pełen gryzmołów, jakby kura grzebała pazurem
w błocie, aby wiedzieli, że już jest Chińczykiem
i że zapomniał wszystko, nawet słowa.    (Pieśń pierwsza)

Gdybym miała wybrać wiersz jeden jedyny dla oddania klimatu tego tomu, wybrałabym Pieśń trzydziestą. Jest o gadaniu. Tonino i jego brat, dwaj tetrycy marudzący na zmieniający się, oczywiście na gorsze, świat. Noc przegadali o zbożu – że kiedyś było takie, „które nie pokładało się podczas wichury”, podczas gdy dzisiejsze „wyciągnięte jak głód,/ które niczym dziwka od razu kładzie się na ziemię”. I ciąg dalszy:

tak w ogóle przygnębiała nas myśl, że świat
jest coraz brzydszy. Jednak pewnego ranka
wyciągnęliśmy z szuflad komody
odświętne ubrania, których nie zakładaliśmy już od dawna.
Moja marynarka i spodnie pasowały także jemu,
jego rzeczy zdawały się szyte na moją miarę.
Nie wiedząc, dokąd idziemy, otworzyliśmy drzwi
i tuż przed nami, na przydrożnej
łące, kwitły wiśnie,
które witały nas w błękicie powietrza.
Wtedy ja i mój brat stanęliśmy
jak wryci na schodku i bez słowa
zdjęliśmy z głów kapelusze.

Chapeau bas! Iga Cembrzyńska w którymś filmie Kondratiuka mówi podobnie: „Chcę mieć ładne myśli, to się ładnie ubrałam”. :)

To nie jest tomik, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Tu można spotkać Tonina Guerrę. Starszego pana z talentem do opowieści. I oczywiście cały jego mały mikrokosmos.

Ta poezja przypomina mi klimat filmu, który widziałam kilka lat temu. To dokument hiszpańskiej reżyserki Mercedes Alvarez Niebo obraca się (El cielo gira). Autorka powraca do wioski, którą opuściła jako mała dziewczynka. Była ostatnim dzieckiem, które przyszło na świat w tym miejscu. Teraz żyją tu wyłącznie starsi ludzie, kilkunastu. I właśnie taka senna, niespieszna, lekko nostalgiczna, ale też humorystyczna aura spowija ten film. I tomik Tonina Guerry również.

Tonino Guerra, Miód, Wydawnictwo Anagram. Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, Warszawa 2008.

Żeby uściślić wiek młodego Tonina, podaję rok urodzenia: 1920.

A poniżej plakaty kilku filmów, do których pisał scenariusze.

odloty

Wszystkie odloty Cheyenne`a, reż. Paolo Sorrentino, Włochy, Irlandia, Francja

Sean Penn zerkający z plakatu jak jakieś ekscentryczne straszydło nie wpraszał się w nazbyt oczywisty sposób w moje filmowe plany. Aż tu jedna kulturalna rozmowa w TVP Kultura przesądziła, że pobiegłam sprawdzić. 

Trochę się potwierdziło, a trochę nie. Gwoli porządku przytoczę minimum nieszkodliwych informacji.

Cheyenne jest pięćdziesięciolatkiem, niegdysiejszym muzykiem rockowym, który nie umie zdjąć kostiumu. Wymalowany, z szopą włosów, z depresyjnym wzrokiem i sposobem mówienia przypominającym ni to nadąsane dziecko, ni to nastoletnią panienkę, ni to wypalonego artystę-starca. Ekscentryk. Ale nienarzucający się, smutny, gorzko-słodki, przy czym słodycz płynie z akceptacji, jaką budzi w swoim otoczeniu i w widzu. To znaczy: jeśli budzi, jeśli ktoś kupuje Seana Penna w roli Cheyenne`a, to kupuje cały film i przeżywa dwugodzinną przyjemność.

Cheyenne trochę się zagubił, więc zostawia żonę (nie niszcząc z nią więzi, bo żona to najbliższa przyjaciółka) i rusza w świat. Nie do Indii jednak, jak odpowiada na sugerowany ironicznie kierunek, lecz w głąb, wzdłuż i wszerz Ameryki. A zaczyna od Nowego Jorku, w którym umarł właśnie jego ojciec.

Wraz z ojcem wkracza drugi temat: Holocaust, a to połączenie wydaje się tak irracjonalne, że nie dowierzałam, by mogło tworzyć coś spójnego z ekscentrycznością współczesności i z kinem drogi „w stylu Wendersa”. Tematy (poszukiwanie siebie i zamykanie wojennych rachunków) łączą się w ten sposób, że Cheyenne spróbuje wypełnić ojcowską obsesję znalezienia zbrodniarza wojennego, który nękał go w Oświęcimiu. 

Cheyenne nie widział ojca od 30 lat, więc nic dziwnego, że na pytanie „czy wiesz co to Holocaust?” odpowiada tak samo jak na pytanie: „czy wiesz, kim był twój ojciec?” – „Mniej więcej”. Na szczęście reżyser nie stawia sobie za punkt honoru wyjaśniać żadnej z tych zagadek. Nawet jeśli uruchomi slajdy z głodnymi ludźmi „stamtąd”, nie będzie to wycieczka śladami Spielberga, Polańskiego czy Holland. Bo to jest zupełnie inna opowieść.

Cheyenne wyrusza i dotrze do starca, który tak irytował swą bezkarnością jego ojca. A ja się zastanawiam, czy było konieczne sygnalizowanie wielkiego tematu, skoro chodzi tak naprawdę o Cheyenne`a,  jego traumy i niedorośnięcia. Jeśli nawet nie było, to na szczęście nie okazało się również szkodliwe. A gdyby sensu się jednak doszukiwać, to pewnie w poczuciu winy i krzywdy, w potrzebie katharsis, w odkryciu tajemnicy ojca, które rodzi z nim jakąś zapóźnioną więź.

Obrazy z podróży są przede wszystkim kolażem różnych scen. Dlatego, choć byłoby to możliwe, nie zajmę się układaniem ich w ciąg przyczynowo-skutkowy, lecz podążę tropem kilku migawek. Bo dla mnie film Sorrentino to przede wszystkim kalejdoskop różności.

Zacznijmy od zniewieściałego image`u Cheyenne`a. Oto świergot panienek w windzie i przekrzykiwanie, która szminka dłużej trzyma się na ustach. L`Oreal? Helena Rubinstein? Cheyenne odpisknie: marka jest nieważna, trzeba na usta nałożyć podkład, potem dopiero pomadkę. Albo kiedy stoi z żoną przed lustrem i oboje tym samym mleczkiem zmywają makijaż. Albo tak jakoś znienacka spojrzy, okulary poprawi, prychnie na kosmyk, co na twarz mu się zsunął. Sean Penn umie to zagrać tak, że jego Cheyenne jest bardzo męski. W przebłyskach.

Jest chimeryczny, ale nie gwiazdorzy. Z udręczeniem i poczuciem winy przyjmuje objawy rozpoznawania go przez dekadenckie nastolatki. Ktoś zabił się pod wpływem słów jego piosenki (za które on sam nie byłby gotów zapłacić żadnej ceny). Niezaprzeczalnie był kiedyś kimś – prostuje przejęzyczenie, że to nie on z Jaggerem, ale Mick Jagger śpiewał z nim.

Przychodzi mi na myśl nocne spotkanie Cheyenne`a z nauczycielką historii (żoną tropionego Niemca), surrealistyczne zupełnie: ona wyciąga z lodówki i zachłannie wypija chyba ze cztery litry soku, a jego (ukrytego w mroku) dziobie gęś. Piękna, elegancka, długoszyja gęś. Podskubuje. Albo spotkanie z oprawcą, starym człowiekiem, który nago wychodzi na śnieg, trzęsący się, pomarszczony. Podobny do swoich ofiar. Tu nie ma słów. A tam gdzie są, są naprawdę w sam raz. Na przykład gdy w grę wchodzi walizka. To bohaterka numer dwa, Cheyenne taszczy ją ze sobą wszędzie, a ona milcząco podskakuje jak niezauważalna introwertyczka. Aż do spotkania w przydrożnym pubie z mężczyzną, który okazuje się wynalazcą kółek do walizki.

Dialogi świetne, od niechcenia, nie silące się na mądrości, a jednak będące blisko prostych trzeźwych spostrzeżeń. Tu zapożyczam jedną celną uwagę: Cheyenne jest po trosze „takim jurodiwym kultury Zachodu, tyle, że w przebraniu rockmana”. Dlatego żadne miejsce, żaden cel nie są najistotniejsze, lecz podróż i przemiana.

W sumie: chodzi o to, by papierosa zapalić. Cheyenne nie pali i nie rozumie po co niby.
Ale tłumaczą mu, że widocznie dzieciak z niego, bo tylko dzieci nie potrzebują. A ponieważ zdarzyło się tak, że Cheyenne trochę dorósł, więc w jednej z końcowych scen zaciąga się nikotyną. I nie ma innego wyjścia i innej dojrzałości jak zmycie make up-u i zrzucenie skóry chłopaczka.

Dobrze się ogląda, dobrze się słucha (muzyka Talking Heads i Davida Byrne`a). I tak jak nie potrafiłam delektować się poprzednim filmem Sorrentina (Boski), tak tym razem nie narzekam, choć raczej doceniam niż przeżywam.

Dwa pytania stawiam à propos. Włoski reżyser, koprodukcja włosko-irlandzko-francuska:  jak to uporządkować? Kino włoskie? Przecież film jest to szpiku amerykański. Sean Penn, plenery, Nowy Jork. Więc?

Cheyenne jest ekscentrykiem, wystarczy spojrzeć. A jednak postać rozegrana jest w ten sposób, że nie tak znów wiele siebie nam odkrywa. Introwertyczny ekstrawertyk? I to prowadzi mnie ku drugiemu pytaniu, o to, co komu bliższe: ekstra- czy introwertyzm? Polubienie Cheyenne`a uświadamia mi, że jestem zdolna otworzyć się na ekstrawertyzm, choć zazwyczaj deklarowałabym co innego. Ekstrawertycy dobrzy są w epizodycznych scenach (w życiu znieść ich jeszcze trudniej), chwilę później męczą nas niczym hałaśliwy klaun. Introwertycy przeciwnie, przyciągają uwagę obietnicą głębi. Nie muszę dodawać, że te pozory rzadko wytrzymują konfrontację z rzeczywistością. Ekstra- i intro- ? Czyżby remis?

śmieszne słowo na „p”

A dwa tygodnie temu było święto! Dzień Języka Ojczystego (21.02).

Taki dzień ma prawo  być co dzień. Więc nic nie szkodzi, że ja piszę o tym pięć minut później.

To jest święto międzynarodowe, o mniejszej – niestety – renomie niż Dzień Kobiet. I młodziutkie bardzo, jeszcze niepełnoletnie.
Ustanowiono je w 1999 roku „na cześć studentów, którzy zginęli w Bangladeszu w roku 1952 podczas demonstracji, w czasie której domagali się nadania językowi bengalskiemu statusu języka urzędowego. Dzień ten ma promować różnorodność językową i pomagać w ochronie ginących języków”.

Rany! Ojczysty mógłby zginąć? Nie daj Bóg! Coś się w tej sprawie robi. Mówi się przecież. Pisze i czyta. Może nie zginie, póki my żyjemy.

Jest taka akcja (kampania), która budzi moją nadzieję, życzyłabym sobie, by kwitła i owocowała: ojczysty – dodaj do ulubionych.
Nie wiem, czy nie skostnieje, bo kampanie narodowe, podobnie w gruncie rzeczy jak przeróżne patronaty, jak idea Czyjegoś Roku etc. bardzo szybko się wypalają i kostnieją.
Przypadkiem obejrzałam Tego Dnia końcowy fragment uroczystej gali. W brodę sobie plułam, że nie całą. Bo prowadzili, błyskotliwie sobie gaworząc, panowie, których lubię: Andrzej Poniedzielski, Marek Kondrat i Maciej Stuhr. Goście piękni byli. Potoki słów perliste.
I podobno (bez mojego słuchowego udziału) odbyła się debata Polszczyzna czterech pokoleń. Tu rolę gospodarza pełnił Jerzy Sosnowski.

Jest specjalna strona internetowa, prezydencki patronat i są spoty reklamowe. Ale to po prawdzie lichota jakaś, powinno być intensywniej. Kto to w ogóle zauważył? Gdzie sarmacki animusz? Gdzie ułańska fantazja? Gdzie konspiracyjna przebiegłość wyssana przecież z mlekiem matki? Gdzie? Ech, niegdysiejsze śniegi…

Spoty zamieszczam. Są na trójkę z plusem. Z biglem, ale jednowątkowe jak nowela i po troszę jak bajka. Bo z morałem. A gdyby tak Kabaret Mumio trzymał gardę, to echo może nieco dłużej by żart powtarzało. Kabaret Mumio w sprawie słów ojczystych powiedział już niejedno (niegdysiejsze „kopytko”, „trudne słowo metafora i jeszcze trudniejsze – alegoria”, ech, czasy sprzed Ery i T-Mobile`a!). Zgłaszam akces i dziś kilka słów o słowach dorzucę.

Wymowny dialog

Protoplastą Taty jest – jak mniemam – Benedykt Korczyński i jego „ten tego tam”.

Zgrabne kopytka

Poniżej apel, by nie zatracać się w zapożyczaniu. W tej kwestii zajmuję stanowisko schizofreniczne. Zapożyczenia bardzo lubię – zapewne z powodu mej żarłoczności. Im więcej słów, tym pełniej. Gdyby jednak wchłanianie nowego miało staremu zaszkodzić, byłabym rozdarta. Proszę spojrzeć: co za rącze nogi! Jakie śmigłe kopytka! Oczywiście, że kopytka powinny wygrać! 

Co innego, gdy mowa jest o takich słowach, których polszczyzna nie miała czym zastąpić i po prostu usynowiła je i ucórczyła.
Wejdźmy w niszę kolorystyczną. Każde z poniższych określeń ma zagraniczne korzenie, ale po przeflancowaniu rosną zdrowo, gdzie tylko posadzić. Nazwy barw są jak poezja lub smakołyk.
Poezja: amarant, ametyst, szmaragd, karmazyn, cynober, cyklamen, ochra, marengo, kobalt, indygo (nade wszystko!), malachitowy (jak z wiersza Baczyńskiego: „Znów wędrujemy ciepłym krajem/ malachitową łąką morza/ Ptaki powrotne umierają/ Wśród pomarańczy na rozdrożach…”).
I może jeszcze ecru.  

„Ecru – jeden z kolorów nierozróżnialnych przez mężczyzn. Trochę różowawy, trochę beżowawy, dosyć jasny. Nadaje pomieszczeniom nutę romantyzmu (twierdzą tak wyłącznie przedstawicielki płci pięknej). Przez fachowców od produkcji świec nazywany zjebanym białym. Dla mężczyzn jest to doskonała alternatywa, gdy kobieta domaga się koloru na ścianie, a on wolałby jednak biały. Warto zgodzić się na ecru”.  [Nonsensopedia]

Oczywiście, specjaliści od świec powinni się jeszcze douczyć polszczyzny milszej dla ucha.

Co do rodzimych z gruntu nazw, mają one skłonność, by odwoływać się do rzeczy jadalnych i pitnych. Proszę bardzo: cytrynowy, bananowy, mleczny (kawa z mlekiem), kawowy i herbaciany (!), jagodowy, malinowy, buraczkowy, wiśniowy, brzoskwiniowy, miętowy czy groszkowy. I inne, liczne.

Serwus! Jestem nerwus

Słowa lekko omszałe, w codziennym użytkowaniu nieprzecierane… odchodzą do lamusa. Lamus też tam jest. Trudno je wytropić, gdy samemu się po nie sięga, a gdy już znikną z podorędzia, to nie sposób sobie przypomnieć. W spocie powracają: serwus, klawo i birbant.

Można przy tej okazji wspomnieć o spolegliwym. Niecnie mylonym z uległym (oj, faux pas). Spolegliwy, czyli budzący zaufanie, ktoś na kim można polegać. Dorzucę jeszcze: rubaszny, kuplety, kocmołuch (przypomniany mi niedawno przez Bradleya). Nie żal mi absztyfikanta, do epuzera jeszcze wracam.;)

Gdy słowa się starzeją, zanim ostatecznie znikną w skrzyni archaizmów, robią się śmieszne, odrywają się od desygnatu i dziwią swoim brzmieniem. 

À propos śmiesznych wyrazów. Najzabawniejsze słowa w polszczyźnie zaczynają się literą „p”. Taka moja miniteza.

Minidowód: pierworódka, pliszka i pierdoła, piżama, pipidówka, pępek, przyzwoitka i podżegaczka, pipeta albo pasikonik! I cudna piętka, podwiązka i passiflora.

Owszem, niezły jest również tupecik, kuśtykanie i wykidajło (z wagabundą pospołu). Ale prym wiodą słowa na „p”. Teza do obalenia, lecz trzeba sobie zadać trochę trudu.

MUMIO: Serwusowa na kawie. Wymownie, choć niemal bez słów!

wstydliwie (2)

Wstyd (Shame), reż.  Steve McQueen, Wielka Brytania 2011

Pisanie tekstu w odcinkach to nie dla mnie. Ze współczuciem pomyślałam o Sienkiewiczu, który całą Trylogię wysmażył porcyjkami. Pewnie dzięki temu miał zapewniony regularny dochód, poza tym rzeczywiście w jednym odcinku by się nie zmieścił. Ale co to za mobilizacja! Jakie karczowanie gałązek odrastających nie w tym co trzeba kierunku! Ile to trzeba się namachać, by odgonić myśli-pokusy, zdrożne dygresje i lenistwo. Jeszcze gorsze: jak przywołać myśl, która mi oba odcinki zespoli? I w ogóle: co to ja chciałam powiedzieć?

W samochodzie słucham Trójki, w której Mariusz Szczygieł mówi o swoim nowym zbiorze tekstów (Láska nebeská). W anegdocie pada wreszcie zdanie, które daje mi kopa, więc od niego zaczynam. Mimochodem, półżartem. „Wódka nie da ci odpowiedzi… Ale pozwoli zapomnieć pytania”. Chodzi o zagłuszanie, znieczulanie myśli, emocji i pragnień. Wstyd Steve`a McQueena jest opowieścią o trzydziestoletnim seksoholiku, Brandonie Sullivanie. Można pewnie spojrzeć na tę postać jak na przypadek kliniczny (tym ciekawszy, że nieodosobniony, może nawet symptomatyczny dla naszych czasów). Ponieważ jednak opowieść ukazuje Brandona intymnie, zbliża do jego niewypowiedzianych(!) emocji (miedzy innymi licznymi zbliżeniami twarzy), więc trudno o dystans. Buduje się dziwna więź z tym człowiekiem, choć przecież on wszelkie więzi odcinał od siebie radykalnie. Gdy myślę o tym filmie, myślę o człowieku udręczonym (i o echu podobnych udręczeń, które w różnym nasileniu można odnaleźć w sobie), który znalazł metodę na znieczulanie i chwilowe ulgi. Metoda jest destrukcyjna.

Ze względu na temat seksu, relacji odartej z bliskości, film koresponduje ze Sponsoringiem (o czym już nadmieniałam). Drugim mocnym kontekstem jest wcześniejszy film duetu McQueen – Fassbender, Głód. Ta opowieść o głodówce Boby`ego Sandsa (IRA), prowadzącej do zmian polityki brytyjskiej wobec więźniów politycznych, jest odległa tematycznie, ale bliska dzięki pewnej skrajności, cielesności, autodestrukcji. Dawno temu pisałam o tym zafascynowana odkryciem Fassbendera. Jednak tytułem najbliższym w klimacie, budzącym analogiczny wstrząs, jest Code Blue Urszuli Antoniak. Tak, po rozmowie z A., upewniam się, że to powinowactwo jest najbliższe.

Zatrzymam się na trzech scenach, a podszyte jest to wrażeniem, silnym już podczas seansu, że opowieść buduje konfrontowanie Brandona z kontrpostaciami. Dodam, że osoba Brandona jest pierwszoplanowa. Tak bardzo, że Fassbender niemal nie znika z ekranu, nie ma się gdzie ukryć (jak wspomina w wywiadzie). A przecież ucieczka to jego droga. Ci, którzy w tę drogę mu wchodzą, tworzą znaczącą opozycję, dookreślającą Brandona. Myślę tu o Sissi, o Marianne (koleżance z pracy), o dziewczynie z metra.

Można by wskazać również szefa Brandona, który cynicznie łączy rolę męża i tatusia z wyskokami na dziewczyny i podrywem w wyjątkowo złym stylu. Brandon jest sam, związki uważa za przeżytek, nigdy nie jest namolny.

[Staram się nie streszczać, również te przywołane sceny pozostają odsłonięte tylko częściowo – niemniej jednak: kto się wystrzega spojlerów, powinien tu ujrzeć światełko.]

Scena w klubie, dokąd trafia zaproszony na występ Sissi. Piękna piosenka Sinatry, melancholijna i ufna. O marzeniach, by zacząć od nowa, podbić świat, porzucić smutek i wygrać z losem. To jest piosenka Sissi. O niej. Zaprezentowana chyba w całości (co niezwykłe!). „Prowincjonalne smutki znikną. Chcę zacząć od nowa w starym Nowym Jorku”. Bo „jeśli uda mi się tam, uda mi sie wszędzie”. Marzenia, złudzenia, ręka pełna blizn po cięciach, ekscentryczne próby budowania relacji, zwrócenia na siebie uwagi. Od pierwszej sceny filmu, gdy jej głos nagrywa się na sekretarkę telefonu: „Brandon, odbierz, no odbierz…”. Aż po sceny ostatnie, które ukazują już wprost, jak bardzo nadzieja Sissi podszyta jest rozpaczą.

Póki co – piosenka trwa. Twarz Brandona zdradza silne wzruszenie, ukradkiem ściera łzy. Czułość starszego brata? Jeśli zestawić to z tym, jak traktuje Sissi, jak bardzo ona mu przeszkadza, jak chętnie zakończyłby jej tymczasowy pobyt w swym mieszkaniu, jak irytują go rozmowy z nią (jej bałaganiarstwo, ekscentryczność, naiwność), to wzruszenie zadziwia. Bo Brandon jest inny – uporządkowany, introwertyczny i trzeźwy. Może więc chodzi o te „prowincjonalne smutki” z przeszłości? Jest jakaś poraniona przeszłość, sięgająca prawdopodobnie dzieciństwa, którą dzielą oboje, a o której nie mówi się wprost. Być może przeszłość jest kluczem do tego, kim są dziś. 

Za dwie rzeczy jestem szczególnie wdzięczna McQeenowi. Za wybór Fassbendera i za to, że nie tłumaczy, skąd się wzięła rana. Jesteśmy w teraźniejszości. Musimy sobie radzić bez retrospektywnych wyjaśnień. Tajemnica uświadamia mi, że – po pierwsze – znajomość tej historii mogłaby uprościć interpretację, po drugie – oprócz bagażu prywatnego jest jeszcze bagaż społeczny, duch miejsca i duch czasu, w którym przyszło nam żyć. Tak więc, wzruszenie Brandona szybko zostanie zneutralizowane, komentarz występu będzie zdawkowy, a niezręczne milczenie zażegnane udaniem się po drinki. New York, New York…

Jak Brandon postrzegany jest w pracy? Młody człowiek sukcesu. Przystojny, samotny, dobry kompan podczas wieczornych wypadów do pubu. Singiel, chyba wysoko notowany wśród samotnych pań. W każdym razie Marianne zwraca na niego uwagę. I oto mamy coś niezwykłego: zwyczajne spotkanie przy winie, rozmowę i spacer.

„Miliony” kobiecych ciał, którym Brandon płaci za seks, które wypełniają po brzegi dyski jego laptopa i komputera w pracy, które zawłaszczają jego myśli – każda na krótko i bezimiennie… I taka konkretna, może lekko banalna w swych oczekiwaniach, Marianne. Fiasko oczywiste. Ale sedno tkwi w konfrontacji. Ona mówi o tremie przed randką, która  dla niej jest testem na coś więcej. Brandon się dziwi. Związki? Kto potrzebuje dzisiaj stałego związku? To sentymentalne, nierealne, z góry skazane na porażkę. Druga runda podczas spaceru: w jakich czasach i gdzie chciałabyś żyć? Marianna chce być tu i teraz, chce być sobą. A Brandon na to, że to nudne. Runda trzecia: seks. Znów rozbieżność. Zaangażowanie Marianne kontra potrzeby Brandona. Coś stanowi przeszkodę – to, że M. jest kimś z realnego życia?, to, że on potrzebuje doznań hiperintensywnych?, to, że seks nie jest dla niego spotkaniem, lecz zaspokojeniem własnego instynktu?

Scena w metrze. Nie jedna, jest ich wiele, są jak lejtmotyw. Metrem dojeżdża do pracy. Jak zawsze: w metrze każdy jest sam w tłumie. Brandon jest sam do potęgi. Poza tym to jest czas, kiedy myśli błądzą swobodnie, namagnesowane na to, co pilne lub ważne. Myśli Brandona kręcą się wokół seksu. Obsesja.

Dwukrotnie obserwujemy spotkanie ze śliczną dziewczyną. Nieznajoma. Brandon przypatruje się jej, a to spojrzenie jest znaczące i niezwykle skuteczne. W gruncie rzeczy jedna z ważniejszych scen filmu. To scena uwiedzenia. Tworzenie sieci i wabienie obietnicą. Bez słów, oczywiście. Wiemy, czym kończy się scena pierwsza. 

Powraca w finale niczym déjà wu. Ale okoliczności są dramatycznie inne. Otwarte zostały drzwi do przemiany. Brandon doświadczył wstrząsu, którego skutki są jeszcze nieprzewidywalne, niewykluczone, że uruchamiają przemianę. No tak… Tylko ta śliczna dziewczyna w metrze. Tym razem ma czerwone usta. I chyba zmieniają się role. New York, New York… Więcej: taki jest świat. Pozwala zapomnieć o pytaniach, podsuwając zdradziecki trunek.