wstydliwie (2)

Wstyd (Shame), reż.  Steve McQueen, Wielka Brytania 2011

Pisanie tekstu w odcinkach to nie dla mnie. Ze współczuciem pomyślałam o Sienkiewiczu, który całą Trylogię wysmażył porcyjkami. Pewnie dzięki temu miał zapewniony regularny dochód, poza tym rzeczywiście w jednym odcinku by się nie zmieścił. Ale co to za mobilizacja! Jakie karczowanie gałązek odrastających nie w tym co trzeba kierunku! Ile to trzeba się namachać, by odgonić myśli-pokusy, zdrożne dygresje i lenistwo. Jeszcze gorsze: jak przywołać myśl, która mi oba odcinki zespoli? I w ogóle: co to ja chciałam powiedzieć?

W samochodzie słucham Trójki, w której Mariusz Szczygieł mówi o swoim nowym zbiorze tekstów (Láska nebeská). W anegdocie pada wreszcie zdanie, które daje mi kopa, więc od niego zaczynam. Mimochodem, półżartem. „Wódka nie da ci odpowiedzi… Ale pozwoli zapomnieć pytania”. Chodzi o zagłuszanie, znieczulanie myśli, emocji i pragnień. Wstyd Steve`a McQueena jest opowieścią o trzydziestoletnim seksoholiku, Brandonie Sullivanie. Można pewnie spojrzeć na tę postać jak na przypadek kliniczny (tym ciekawszy, że nieodosobniony, może nawet symptomatyczny dla naszych czasów). Ponieważ jednak opowieść ukazuje Brandona intymnie, zbliża do jego niewypowiedzianych(!) emocji (miedzy innymi licznymi zbliżeniami twarzy), więc trudno o dystans. Buduje się dziwna więź z tym człowiekiem, choć przecież on wszelkie więzi odcinał od siebie radykalnie. Gdy myślę o tym filmie, myślę o człowieku udręczonym (i o echu podobnych udręczeń, które w różnym nasileniu można odnaleźć w sobie), który znalazł metodę na znieczulanie i chwilowe ulgi. Metoda jest destrukcyjna.

Ze względu na temat seksu, relacji odartej z bliskości, film koresponduje ze Sponsoringiem (o czym już nadmieniałam). Drugim mocnym kontekstem jest wcześniejszy film duetu McQueen – Fassbender, Głód. Ta opowieść o głodówce Boby`ego Sandsa (IRA), prowadzącej do zmian polityki brytyjskiej wobec więźniów politycznych, jest odległa tematycznie, ale bliska dzięki pewnej skrajności, cielesności, autodestrukcji. Dawno temu pisałam o tym zafascynowana odkryciem Fassbendera. Jednak tytułem najbliższym w klimacie, budzącym analogiczny wstrząs, jest Code Blue Urszuli Antoniak. Tak, po rozmowie z A., upewniam się, że to powinowactwo jest najbliższe.

Zatrzymam się na trzech scenach, a podszyte jest to wrażeniem, silnym już podczas seansu, że opowieść buduje konfrontowanie Brandona z kontrpostaciami. Dodam, że osoba Brandona jest pierwszoplanowa. Tak bardzo, że Fassbender niemal nie znika z ekranu, nie ma się gdzie ukryć (jak wspomina w wywiadzie). A przecież ucieczka to jego droga. Ci, którzy w tę drogę mu wchodzą, tworzą znaczącą opozycję, dookreślającą Brandona. Myślę tu o Sissi, o Marianne (koleżance z pracy), o dziewczynie z metra.

Można by wskazać również szefa Brandona, który cynicznie łączy rolę męża i tatusia z wyskokami na dziewczyny i podrywem w wyjątkowo złym stylu. Brandon jest sam, związki uważa za przeżytek, nigdy nie jest namolny.

[Staram się nie streszczać, również te przywołane sceny pozostają odsłonięte tylko częściowo – niemniej jednak: kto się wystrzega spojlerów, powinien tu ujrzeć światełko.]

Scena w klubie, dokąd trafia zaproszony na występ Sissi. Piękna piosenka Sinatry, melancholijna i ufna. O marzeniach, by zacząć od nowa, podbić świat, porzucić smutek i wygrać z losem. To jest piosenka Sissi. O niej. Zaprezentowana chyba w całości (co niezwykłe!). „Prowincjonalne smutki znikną. Chcę zacząć od nowa w starym Nowym Jorku”. Bo „jeśli uda mi się tam, uda mi sie wszędzie”. Marzenia, złudzenia, ręka pełna blizn po cięciach, ekscentryczne próby budowania relacji, zwrócenia na siebie uwagi. Od pierwszej sceny filmu, gdy jej głos nagrywa się na sekretarkę telefonu: „Brandon, odbierz, no odbierz…”. Aż po sceny ostatnie, które ukazują już wprost, jak bardzo nadzieja Sissi podszyta jest rozpaczą.

Póki co – piosenka trwa. Twarz Brandona zdradza silne wzruszenie, ukradkiem ściera łzy. Czułość starszego brata? Jeśli zestawić to z tym, jak traktuje Sissi, jak bardzo ona mu przeszkadza, jak chętnie zakończyłby jej tymczasowy pobyt w swym mieszkaniu, jak irytują go rozmowy z nią (jej bałaganiarstwo, ekscentryczność, naiwność), to wzruszenie zadziwia. Bo Brandon jest inny – uporządkowany, introwertyczny i trzeźwy. Może więc chodzi o te „prowincjonalne smutki” z przeszłości? Jest jakaś poraniona przeszłość, sięgająca prawdopodobnie dzieciństwa, którą dzielą oboje, a o której nie mówi się wprost. Być może przeszłość jest kluczem do tego, kim są dziś. 

Za dwie rzeczy jestem szczególnie wdzięczna McQeenowi. Za wybór Fassbendera i za to, że nie tłumaczy, skąd się wzięła rana. Jesteśmy w teraźniejszości. Musimy sobie radzić bez retrospektywnych wyjaśnień. Tajemnica uświadamia mi, że – po pierwsze – znajomość tej historii mogłaby uprościć interpretację, po drugie – oprócz bagażu prywatnego jest jeszcze bagaż społeczny, duch miejsca i duch czasu, w którym przyszło nam żyć. Tak więc, wzruszenie Brandona szybko zostanie zneutralizowane, komentarz występu będzie zdawkowy, a niezręczne milczenie zażegnane udaniem się po drinki. New York, New York…

Jak Brandon postrzegany jest w pracy? Młody człowiek sukcesu. Przystojny, samotny, dobry kompan podczas wieczornych wypadów do pubu. Singiel, chyba wysoko notowany wśród samotnych pań. W każdym razie Marianne zwraca na niego uwagę. I oto mamy coś niezwykłego: zwyczajne spotkanie przy winie, rozmowę i spacer.

„Miliony” kobiecych ciał, którym Brandon płaci za seks, które wypełniają po brzegi dyski jego laptopa i komputera w pracy, które zawłaszczają jego myśli – każda na krótko i bezimiennie… I taka konkretna, może lekko banalna w swych oczekiwaniach, Marianne. Fiasko oczywiste. Ale sedno tkwi w konfrontacji. Ona mówi o tremie przed randką, która  dla niej jest testem na coś więcej. Brandon się dziwi. Związki? Kto potrzebuje dzisiaj stałego związku? To sentymentalne, nierealne, z góry skazane na porażkę. Druga runda podczas spaceru: w jakich czasach i gdzie chciałabyś żyć? Marianna chce być tu i teraz, chce być sobą. A Brandon na to, że to nudne. Runda trzecia: seks. Znów rozbieżność. Zaangażowanie Marianne kontra potrzeby Brandona. Coś stanowi przeszkodę – to, że M. jest kimś z realnego życia?, to, że on potrzebuje doznań hiperintensywnych?, to, że seks nie jest dla niego spotkaniem, lecz zaspokojeniem własnego instynktu?

Scena w metrze. Nie jedna, jest ich wiele, są jak lejtmotyw. Metrem dojeżdża do pracy. Jak zawsze: w metrze każdy jest sam w tłumie. Brandon jest sam do potęgi. Poza tym to jest czas, kiedy myśli błądzą swobodnie, namagnesowane na to, co pilne lub ważne. Myśli Brandona kręcą się wokół seksu. Obsesja.

Dwukrotnie obserwujemy spotkanie ze śliczną dziewczyną. Nieznajoma. Brandon przypatruje się jej, a to spojrzenie jest znaczące i niezwykle skuteczne. W gruncie rzeczy jedna z ważniejszych scen filmu. To scena uwiedzenia. Tworzenie sieci i wabienie obietnicą. Bez słów, oczywiście. Wiemy, czym kończy się scena pierwsza. 

Powraca w finale niczym déjà wu. Ale okoliczności są dramatycznie inne. Otwarte zostały drzwi do przemiany. Brandon doświadczył wstrząsu, którego skutki są jeszcze nieprzewidywalne, niewykluczone, że uruchamiają przemianę. No tak… Tylko ta śliczna dziewczyna w metrze. Tym razem ma czerwone usta. I chyba zmieniają się role. New York, New York… Więcej: taki jest świat. Pozwala zapomnieć o pytaniach, podsuwając zdradziecki trunek.

Reklamy

22 thoughts on “wstydliwie (2)

  1. Ysabell

    Czekałam na ten wpis i czytałam go z prawdziwą przyjemnością. Ale, że nie oglądałam jeszcze „Wstydu”, skomentować go mogę tylko tak: teraz to już koniecznie muszę to obejrzeć. :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ysabell, dla wciągniętych w temat rzeczywiście nie do przeoczenia.:) Mnie ujmuje gra Fassbendera. Jest takie nieco hiperboliczne powiedzenie: „ten aktor zagra wszystko” – do niego pasuje jak ulał. Poza tym rzecz jest dobrze opowiedziana. Ja już może nie rozmyślam nad dramatem Brandona, ale wracają do mnie spostrzeżenia, jak to zostało rozegrane. I widzę, że nieźle. Również na poziomie planów czy kadrowania. Twarz przede wszystkim. Ale bywa i tak, że jest część centralna, a twarz poza kadrem. ;)
      Jestem ciekawa wrażeń. Napisz coś u siebie (lub wróć do mnie).
      Pozdrawiam!

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ewo,
      urodziwy i przykuwający uwagę! Ja się spodziewałam (trochę głupio, fakt), że w tej roli będzie bardziej „oślizgły”, „rozpaprany” i namolny. A tu proszę: schludność, elegancja, dystans…
      No nie, oczywiście, mocno szarpnięty gość. Aż przeraża, jakie „wdruki” nosimy w mózgu. Jak zniewala nas coś, co jest wytworem wnętrza. I że to zazwyczaj jest wypadkowa czegoś, czym nas naznaczono (zranienia, wzorce itp) i czegoś, co już sami wyprodukowaliśmy (bo przecież te same czynniki u kogo innego rodzą inną odpowiedź). :)

  2. Ewa

    Właśnie tamaryszku, inność chętnie postrzegamy jako wszelką ‚oślizgłość’. Myślę tu zarówno o przedstawionym u ciebie ‚nieszczęściu’, jak i in. problemach związanych z szeroko rozumianą seksualnością. Przetacza się tych dyskusji bez liku, choćby ostatnia u L.A.(zjawisko sponsoringu). Wszystko pod pozorem troski o ‚zdrowie psychiczne’ uwikłanych. A tak naprawdę troski w tym nie wiele, raczej stygmatyzacja i ‚pyskówka’ o społecznym przyzwoleniu na inność, szczególnie z punktu widzenia płci.

    Trochę mnie martwi upatrywanie wszelkich problemów w ‚zranieniach i wzorcach’ z zamierzchłej przeszłości. Czy naprawdę aż tak wielu z nas nie potrafi dorosnąć? Czy aż tyle ‚poprzetrącanych psychik’ wokół nas.
    Twórcy chyba demonizują, łatwiej przecie obrazować wszelkie ekstrema.
    Trochę też ‚straszno’ na myśl, że ci wszyscy nie radzący sobie z sobą, są wśród nas i stoją (być może) na pozycjach decydentów; twórców i obrońców prawa (np.), rodziców, wychowawców… brrr Czego możemy spodziewać się po tych schludnych, eleganckich i zdystansowanych – skoro to tylko fasada.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Co za fasadą? Tajemnica. Ale czy nie jest podobnie z nami? „Wszyscy mamy źle w głowie – przeżyjemy”.;)
      Niezbyt fortunnie pojawił się tu motyw „innych”. Choć Brandon jest w jakimś sensie skrajny, na pewno można by postawić diagnozę (i określić, co to za jednostka chorobowa), to McQueen nie naznacza go innością. A poharatani ludzie obok niego potwierdzają, że różne rzeczy mamy w głowach, różne supły i narośle. I że to jest męczące.

      Dyskusja trwa, wiem, czytałam Logosa. Bardzo ciekawe i wiele już zostało powiedziane.
      Dla mnie tego rodzaju filmy jakoś wymykają się klasyfikacji moralnej. Zwłaszcza Wstyd, który nie wiem, jakim cudem (bo mogłabym się łatwo od problemu odciąć, „to nie ja”) zaprasza do patrzenia okiem Brandona. Dziwne to jest doświadczenie. Ale pozwala na poszerzenie świadomości.

      To jest trochę schizofreniczne. Bo wsłuchując się w racje czy w percepcję bohaterów Sponsoringu czy Wstydu, nie przyjmuję przecież ich punktu widzenia. Ale na tyle chcę go zrozumieć, że się nie dystansuję (więc i nie oceniam etc.).

      „Obślizgłość” jest pokłosiem stereotypu, dostał mu się prztyczek w nos. :)

    2. Ewa

      „siaba daba da, hej, hej”. Ta trochę schizofrenia musi być męcząca, i dla tych co ‚w środku’ i ty co z zewnątrz. Łatwo mi nie oceniać stereotypowo, puki nie mam bliskich spotkań 3 stopnia.
      W ogóle zrobiło się „dziwnie”, księżyc był przed chwilą niesamowity, z jakąś nieprawdopodobnie rozległą różowawą poświatą. Szkoda, że nie potrafię zdjęcia przenieść do komentarza. Pewnie czas rozważać inne przypadki. Co kolejnego na pre-tapecie?

    3. tamaryszek Autor wpisu

      No szkoda, ładny księżyc nie jest zły.;)
      Schizofrenia bywa ubogacająca.
      Tymczasem na tamaryszku nic nie domaga się przekucia w tekst, natomiast obowiązki wzywają i absorbują, więc nie wiem jak będzie.
      Tymczasem.

  3. katasia_k

    Tamaryszku, naprawdę już nie „rozmyślasz nad dramatem Brandona”? Mnie ten film, odkąd go zobaczyłam, nie wychodzi z głowy, również przez temat, który tak elegancko porusza. I naprawdę widzę w Brandonie nie jednego chorego człowieka, ale symbol epoki, w której pierwszym kontaktem z seksualnością dla wielu młodych mężczyzn jest właśnie kontakt z pornografią i, którym trudno później odnaleźć się w sytuiacji „w realu” z kobietą, która – tak jak Marianne, tak jak Sissy – chciałaby się zakochać i zbudować trwały związek. Wydaje mi się, że recenzenci trochę za szybko mówią, że to film o seksholiku – temat jest w ten sposób spychany na margines, jeśli to film o rzadkiejj chorobie, to nikt nie czuje się nim osobiście dotknięty – a Brandonów spotykamy codziennie w metrze wielu.

    Łzy Brandona w barze rozumiem tak samo jak Ty – oto udało mu się, zdobył wszystko w Nowym Jorku – sukces, pozycję, własne mieszkanie z widokiem – ale wszystko to po nic, bo najwyraźniej nie jest szczęśliwszy od swojej zagubionej życiowo siostry.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Oj, niedobrze, że nie myślę? Ale to dlatego, by nie zbzikować. Intensywność obu „wstydliwych” obrazów, obejrzanych niemal jeden po drugim, skłania mnie ku odreagowaniu. Serio: pamiętam jednak o filmie McQueena. Bardziej z potrzeby rozszyfrowywania opowieści, tego, jak jest opowiedziana. Wiele bardzo przemyślanych scen, gestów i spojrzeń.
      Katasiu, szalenie trafna uwaga na temat narzuconej kliszy „seksoholika”. Nawet jeśli bardzo mało wczytujemy się w recenzje, dotrze do nas etykietka przypisująca Brandonowi zachowania chorobliwe. I wydaje nam się to oczywiste (aż nadto!) od pierwszych scen. To udręczenie przypomina chorobę. Inna rzecz, że niejeden odnalazłby się w roli Fassbendera. Może więc po prostu rzecz jest o gorączce seksualnej współczesności?

  4. szwedzkiereminiscencje

    zgadzam sie z ewa, choc nie czytalam dyskusji u LA, ze moralizowanie przychodzi za szybko

    czy na prawde nikt nie zna seksoholika? bo opisywany j niczym zelazny wilk ;-)

    to chyba poklosie takiego a nie innego (czyli: represyjnego) wychowania albo/i podwójnej moralnosci. seks i milosc to dwie rózne rzeczy i pieknie jak mozna je polaczyc. ale dla wielu osób seks j jak wymycie zebów czy inna czynnosc higieniczna

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Dyskusję warto przeczytać! Na pewno zechcesz dorzucić swoje. My tu z Ewą nawet nie a propos, bo się tak nie da przenieść w jednym zdaniu całej myśli. Jeśli zabrzmiało jak echo prostej opozycji, to donoszę, że sprawa jest wyłożona głębiej, wiąże się raczej ze Sponsoringiem. I jednak jakąś propozycję wartościowania, czyli oceniania proponuje, ale co innego niż seks podlega ocenianiu.

      McQeen trochę mi rzecz przybliża. Tak jak już mówiłam: jest w zachowaniu Brandona coś szalonego, niepohamowanego – przede wszystkim destrukcyjnego. Ale nie takie to może kuriozum jakby się chciało myśleć.
      Pozdrawiam

  5. milvanna

    Bardzo trafny wpis:) Film zrobił na mnie naprawdę spore wrażenie. Rzeczywiście, dobrym rozwiązaniem jest to, że nie wiemy w zasadzie nic o przeszłości Brandona i jego siostry. Chyba najbardziej utkwiły mi w pamięci sceny z dziewczyną z metra i rozmowy Brandona z siostrą. Pomijam już to, że Fassbender jest w nich świetny (choć przyznam, że nie potrafię być obiektywna w ocenianiu go – jeszcze mnie nie zawiódł). Warto też zwrócić uwagę na Carey Mulligan, która to powoli na nowo mnie do siebie przekonuje.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Tak, Carey Mulligan robi coś niezwykłego. Jest niemal równie istotna co Brandon. Oczywiście, jeśli chodzi o czas ekranowy i skupienie uwagi narracyjnej to Brandon gra pierwsze skrzypce. Ale postać Sissi świetnie jest skonstruowana, a Carey nie marnuje szansy.
      Milvanno, te rozmowy rodzeństwa, dwuznaczności, niedopowiedzenia – albo właśnie całkiem wprost wyznana potrzeba więzi i strach przed nią… – ja też pamiętam. Świetne.
      Ale nawet takie mniejsze rzeczy: telefon do faceta, który ją rzucił, a któremu ona w szlochach wyznaje miłość. Totalne przeciwieństwo Brandona. Gdzieś słyszałam (czytałam), jak ktoś porównywał tych dwoje i zwrócił uwagę również na zewnętrzny wizerunek. On – nowoczesny, schludny. Ona w stylu vintage, bałaganiara.
      A w ubiegłym roku zachwycałam się Carey Mulligan w roli Jenny (Była sobie dziewczyna). Więcej takiej Mulligan!
      Fassbender jest na mojej liście ulubionych. Na krótkiej liście. :)

    2. milvanna

      Masz rację. Mnóstwo w filmie pozornie mniej znaczących scen, które wiele mówią i zdecydowanie trudno wyrzucić je z pamięci. Scena z telefonem na pewno do nich należy. Mam jeszcze przed oczami Brandona kulącego się na jakimś krześle (chyba) w kącie. Obok na łóżku stoi laptop. I Brandon po wyjściu ze szpitala od siostry. Cóż, jeśli w filmie jest tyle scen godnych zapamiętania, to chyba zwyczajnie warto go zobaczyć:)
      Zgadzam się co do Mulligan. W „Była sobie dziewczyna” była świetna. Zupełnie inna a zachwycająca.

    3. tamaryszek Autor wpisu

      No, tak. Dobry scenariusz to skarb. Możemy się rozwodzić nad grą aktorów i odwagą reżysera. A precyzja scen to jest siódmy filar, taki arcyważny. Primo: nie ma rzeczy zbędnych. Secundo: dramaturgia! Ten film się rozpędza, choć nikt nie sapie. Brandon zapada się coraz głębiej. Szuka upokorzenia. Raz oberwie. Przecież na żądanie. Bo to taki element autodestrukcji, ryzykowna teza: on chyba szuka potępienia, woli by przyszło z zewnątrz (wewnątrz już je czuje). Myślę o scenie w barze, gdy zaczepia dziewczynę, która jest z kim innym. Albo to podziemie homoseksualne… Tertio: sceny drobne, te nieposuwające akcji, są oczywiście najważniejsze. [Mnie na przykład zaskoczył jogging. To, że B. musiał rozładować wściekłość na to, co działo się w jego domu. Choć przecież można by przyjąć, że jest mu to obojętne – sam przekracza podobne granice…]
      Zatem: jak najbardziej, należy zobaczyć!
      Pozdrawiam!

    4. milvanna

      Rozumiem Cię, Tamaryszku, doskonale i zgadzam się z Tobą:) Naprawdę zwróciłyśmy uwagę na podobne kwestie. Pozdrawiam również!

  6. maria

    Ja tez film miałam w głowie przez klika dni. Najbardziej poruszył mnie ten chłód emocjonalny, ta chęć odcięcia się od uczuć. Scena kiedy Brandon nie pozwala siostrze strzepnąć jakiegoś paproszka z ramienia. Skąd ja to znam : nie dotykaj , nie patrz na mnie nie pytaj , to moje życie i nikt nie ma do niego dostępu oprócz mnie. Ta modna asertywność, którą wkładają nam do głowy : odetnij się, zerwij kontakty z toksycznymi ludźmi, a pomożesz sobie. Być może Brandon chciał odciąć się od siostry , z którą łączyły go trudne emocje z dzieciństwa . Jej przyjazd przywołał to wszystko o czym chciał zapomnieć. Dla mnie ten film to wielka lekcja o relacjach międzyludzkich. I nie tylko studium seksoholizmu.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Mario,
      dzięki za ten głos, bo mnie również się wydaje, że nie tylko o seksoholika tu chodzi!
      Zajrzałam przed chwilą do wywiadu z McQueenem i on deklaruje, że seksoholizm jest chorobą naszych czasów jak miażdżyca itp. Że wytwarzają go na potęgę wielkie metropolie zamieszkane przez ludzi samotnych. A ponieważ nie mówi się o tym uzależnieniu nazbyt często, więc zawężenie problemu ma swój sens. Ale i tak film nie traci drugiego dna. Brandon nie umie budować relacji i boi się ich. Choć pewnie by zaprzeczył. Wydaje mi się, że odsuwa Sissy nie tylko ze względu na emocje przeszłości, ona mu po prostu przeszkadza w koncentrowaniu się na celebracji swej obsesji. Zakłóca ład, wchodzi w niego nieprzewidywalnie, zostawia ślady, zagląda przez ramię, chce się przytulać etc. A Brandonom najwygodniej jest być samemu.
      Zresztą również Katasia tak to odbiera i tak skomentowała.

      Tak więc zgoda w temacie. :)

      Steve McQueen, o czym jest Wstyd:
      „O ludziach masowo produkowanych przez współczesne zachodnie społeczeństwa. Wierzących, że najwyższą wartością jest wolność. Sami jednak doprowadzili ją do absurdu. I wpadli przez to w pułapkę, z której trudno im się wyzwolić”.

  7. Kijankowo

    Tamaryszku, trafiłam tutaj przypadkiem i już zostanę :)
    Taki piszesz, że nie można się oderwać od ekranu monitora.

    Po takim opisie muszę ten film obejrzeć.

    Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Tak, polecam. Chyba już krąży jako gadżet gazetowy. Zresztą – sposobów na obejrzenie jest kilka.
      Film, który dobrze pamiętam. Choć upłynęło sporo wody od seansu.
      Witam i pozdrawiam :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s