odloty

Wszystkie odloty Cheyenne`a, reż. Paolo Sorrentino, Włochy, Irlandia, Francja

Sean Penn zerkający z plakatu jak jakieś ekscentryczne straszydło nie wpraszał się w nazbyt oczywisty sposób w moje filmowe plany. Aż tu jedna kulturalna rozmowa w TVP Kultura przesądziła, że pobiegłam sprawdzić. 

Trochę się potwierdziło, a trochę nie. Gwoli porządku przytoczę minimum nieszkodliwych informacji.

Cheyenne jest pięćdziesięciolatkiem, niegdysiejszym muzykiem rockowym, który nie umie zdjąć kostiumu. Wymalowany, z szopą włosów, z depresyjnym wzrokiem i sposobem mówienia przypominającym ni to nadąsane dziecko, ni to nastoletnią panienkę, ni to wypalonego artystę-starca. Ekscentryk. Ale nienarzucający się, smutny, gorzko-słodki, przy czym słodycz płynie z akceptacji, jaką budzi w swoim otoczeniu i w widzu. To znaczy: jeśli budzi, jeśli ktoś kupuje Seana Penna w roli Cheyenne`a, to kupuje cały film i przeżywa dwugodzinną przyjemność.

Cheyenne trochę się zagubił, więc zostawia żonę (nie niszcząc z nią więzi, bo żona to najbliższa przyjaciółka) i rusza w świat. Nie do Indii jednak, jak odpowiada na sugerowany ironicznie kierunek, lecz w głąb, wzdłuż i wszerz Ameryki. A zaczyna od Nowego Jorku, w którym umarł właśnie jego ojciec.

Wraz z ojcem wkracza drugi temat: Holocaust, a to połączenie wydaje się tak irracjonalne, że nie dowierzałam, by mogło tworzyć coś spójnego z ekscentrycznością współczesności i z kinem drogi „w stylu Wendersa”. Tematy (poszukiwanie siebie i zamykanie wojennych rachunków) łączą się w ten sposób, że Cheyenne spróbuje wypełnić ojcowską obsesję znalezienia zbrodniarza wojennego, który nękał go w Oświęcimiu. 

Cheyenne nie widział ojca od 30 lat, więc nic dziwnego, że na pytanie „czy wiesz co to Holocaust?” odpowiada tak samo jak na pytanie: „czy wiesz, kim był twój ojciec?” – „Mniej więcej”. Na szczęście reżyser nie stawia sobie za punkt honoru wyjaśniać żadnej z tych zagadek. Nawet jeśli uruchomi slajdy z głodnymi ludźmi „stamtąd”, nie będzie to wycieczka śladami Spielberga, Polańskiego czy Holland. Bo to jest zupełnie inna opowieść.

Cheyenne wyrusza i dotrze do starca, który tak irytował swą bezkarnością jego ojca. A ja się zastanawiam, czy było konieczne sygnalizowanie wielkiego tematu, skoro chodzi tak naprawdę o Cheyenne`a,  jego traumy i niedorośnięcia. Jeśli nawet nie było, to na szczęście nie okazało się również szkodliwe. A gdyby sensu się jednak doszukiwać, to pewnie w poczuciu winy i krzywdy, w potrzebie katharsis, w odkryciu tajemnicy ojca, które rodzi z nim jakąś zapóźnioną więź.

Obrazy z podróży są przede wszystkim kolażem różnych scen. Dlatego, choć byłoby to możliwe, nie zajmę się układaniem ich w ciąg przyczynowo-skutkowy, lecz podążę tropem kilku migawek. Bo dla mnie film Sorrentino to przede wszystkim kalejdoskop różności.

Zacznijmy od zniewieściałego image`u Cheyenne`a. Oto świergot panienek w windzie i przekrzykiwanie, która szminka dłużej trzyma się na ustach. L`Oreal? Helena Rubinstein? Cheyenne odpisknie: marka jest nieważna, trzeba na usta nałożyć podkład, potem dopiero pomadkę. Albo kiedy stoi z żoną przed lustrem i oboje tym samym mleczkiem zmywają makijaż. Albo tak jakoś znienacka spojrzy, okulary poprawi, prychnie na kosmyk, co na twarz mu się zsunął. Sean Penn umie to zagrać tak, że jego Cheyenne jest bardzo męski. W przebłyskach.

Jest chimeryczny, ale nie gwiazdorzy. Z udręczeniem i poczuciem winy przyjmuje objawy rozpoznawania go przez dekadenckie nastolatki. Ktoś zabił się pod wpływem słów jego piosenki (za które on sam nie byłby gotów zapłacić żadnej ceny). Niezaprzeczalnie był kiedyś kimś – prostuje przejęzyczenie, że to nie on z Jaggerem, ale Mick Jagger śpiewał z nim.

Przychodzi mi na myśl nocne spotkanie Cheyenne`a z nauczycielką historii (żoną tropionego Niemca), surrealistyczne zupełnie: ona wyciąga z lodówki i zachłannie wypija chyba ze cztery litry soku, a jego (ukrytego w mroku) dziobie gęś. Piękna, elegancka, długoszyja gęś. Podskubuje. Albo spotkanie z oprawcą, starym człowiekiem, który nago wychodzi na śnieg, trzęsący się, pomarszczony. Podobny do swoich ofiar. Tu nie ma słów. A tam gdzie są, są naprawdę w sam raz. Na przykład gdy w grę wchodzi walizka. To bohaterka numer dwa, Cheyenne taszczy ją ze sobą wszędzie, a ona milcząco podskakuje jak niezauważalna introwertyczka. Aż do spotkania w przydrożnym pubie z mężczyzną, który okazuje się wynalazcą kółek do walizki.

Dialogi świetne, od niechcenia, nie silące się na mądrości, a jednak będące blisko prostych trzeźwych spostrzeżeń. Tu zapożyczam jedną celną uwagę: Cheyenne jest po trosze „takim jurodiwym kultury Zachodu, tyle, że w przebraniu rockmana”. Dlatego żadne miejsce, żaden cel nie są najistotniejsze, lecz podróż i przemiana.

W sumie: chodzi o to, by papierosa zapalić. Cheyenne nie pali i nie rozumie po co niby.
Ale tłumaczą mu, że widocznie dzieciak z niego, bo tylko dzieci nie potrzebują. A ponieważ zdarzyło się tak, że Cheyenne trochę dorósł, więc w jednej z końcowych scen zaciąga się nikotyną. I nie ma innego wyjścia i innej dojrzałości jak zmycie make up-u i zrzucenie skóry chłopaczka.

Dobrze się ogląda, dobrze się słucha (muzyka Talking Heads i Davida Byrne`a). I tak jak nie potrafiłam delektować się poprzednim filmem Sorrentina (Boski), tak tym razem nie narzekam, choć raczej doceniam niż przeżywam.

Dwa pytania stawiam à propos. Włoski reżyser, koprodukcja włosko-irlandzko-francuska:  jak to uporządkować? Kino włoskie? Przecież film jest to szpiku amerykański. Sean Penn, plenery, Nowy Jork. Więc?

Cheyenne jest ekscentrykiem, wystarczy spojrzeć. A jednak postać rozegrana jest w ten sposób, że nie tak znów wiele siebie nam odkrywa. Introwertyczny ekstrawertyk? I to prowadzi mnie ku drugiemu pytaniu, o to, co komu bliższe: ekstra- czy introwertyzm? Polubienie Cheyenne`a uświadamia mi, że jestem zdolna otworzyć się na ekstrawertyzm, choć zazwyczaj deklarowałabym co innego. Ekstrawertycy dobrzy są w epizodycznych scenach (w życiu znieść ich jeszcze trudniej), chwilę później męczą nas niczym hałaśliwy klaun. Introwertycy przeciwnie, przyciągają uwagę obietnicą głębi. Nie muszę dodawać, że te pozory rzadko wytrzymują konfrontację z rzeczywistością. Ekstra- i intro- ? Czyżby remis?

Advertisements

18 thoughts on “odloty

  1. katasia_k

    Tamaryszku, zaintrygował mnie pierwszy od góry filmowy plakat, a zwłaszcza stwierdzenie „Najzabawniejszy film Seana Penna.” Fakt, że cytujesz kilka zabawnych scen (np. tę z gęsią), ale film nie jest chyba jednak komedią?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Katasiu,
      humor absurdalny. Raczej nie obśmiałam się jak norka, ale zwroty akcji i niektóre riposty są tak zaskakujące, że komizm naprawdę przedni.
      Czyli raczej humor niż dowcip czy gag. Klimat jest bardzo ciekawy, taki przyjazny. To było zaskakujące. Bo spodziewałam się ekscentryczności rozumianej jako dziwactwo, tymczasem Cheyenne jest bezpretensjonalny, a niektóre spotkania wzruszające.
      Nie czuję jakiegoś szalonego zachwytu, ale mam poczucie, że ten seans przeniósł mnie w odrębny świat, i że to była przyjemna wyprawa. Humor, trochę czarny.

      Napisy na plakatach! To jak minirecenzje na książkach. Skąd się biorą?

  2. Ewa

    Tak to z nami bywa. Nie widzimy się 30 lat, a później staramy się nadrobić stracony czas. Nie znamy siebie, nie znamy naszych bliskich; czy da się dorosnąć do dorosłości?
    Dość to nieoczekiwane, że prezentuje nam się konieczność odkrywania prostych prawd, prezentując bardzo pokręconego faceta. A może „wszyscy jesteśmy Cheyenne’ami”?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ewo, bardzo ciekawe tropy interpretacyjne. Wszyscy jesteśmy Cheyenne`ami? Tak, bo nam się już czasem wszystko przejadło. Ale Cheyenne jest zdecydowanie stworzony w jednym egzemplarzu. Trudno przekazać jak go odbieram, bo ja się nie ekscytuję szczególnie ekstrawertykami, nie szukam w Cheyenne ani głębi ani fajności. Ale dobrze pomyślano tę postać (dobrze zagrano). Niby zniewieściały gość, ale męski, depresyjny, ale zdolny ruszyć w drogę. Bezpretensjonalny.
      Nie wiem, dlaczego normalności uczymy się od „pokręconego faceta”… Może zgodnie z zasadą przyciągania: plus woła o minus?
      Pozdrawiam!

  3. maria

    Film za mną chodzi odkąd zobaczyłam plakat z twarzą Seana. Obejrzałam zwiastun i myślę , że jest to świetny film – już nie mogę się doczekać. Ja dla odmiany uwielbiam wszelkiej maści ekstrawertyków, świrów, ludzi wyróżniających się z otoczenia , nie koniecznie tylko wyglądem. Świat byłby bez nich nudny. Ale najbardziej porusza mnie ich poczucie godności i odwaga bycia sobą. I właśnie ta twarz na plakacie, to jest twarz starzejącego się mężczyzny, który jest wierny sobie. Mam nadzieję, że te dwie godziny z Seanem to będzie wielka przyjemność. Dzięki za recenzję.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Dla admiratorów Seana Penna – do obejrzenia koniecznie. Wielu krytyków podkreśla, a ja się z nimi zgodzę, że gra jest ryzykowna (na granicy maniery), ale zdecydowanie zwycięska.

      Wygląd trochę stylizowany na lidera The Cure (Robert Smith) albo na Ozzy`ego Osbourne`a. Biografia niczyja to jednak nie jest.

      Ekscentrycy! Czyli punkt dla nich za wierność sobie. Notuję. Ale dziwaków wśród introwertyków też niemało. Miłego seansu.

  4. buksy

    Chenney’a najpierw zobaczyłam jako replikę solisty The Cure. ten sam make up ta sama fryzura. Automatyka Osborne’a. Nieśmiałość Nożycorekiego.A film, no cóż, jeszcze przez pierwsza 1/3 dawał mi nadzieje na coś dobrego. potem biedaczka uleciała jak wiatr nad pustynią w Utah.A mógł to być taki dobry film o Ameryce, o dziwactwach. Prawie Altman, troszkę Lynch. Wyszła mieszanka firmowa o smaku niedogrzanych cheeseburgerów. Trudna do żucia, ciężka do przełknięcia.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      O! Aż tak? Niedogrzany cheeseburger? brrr…
      Utah to rzeczywiście koniec końców. Nadzieja może się ulotnić.
      Szczerze mówiąc, po tygodniu od seansu, zauważam, że film się we mnie nie rozrasta. Ale być może dlatego, że oglądałam kilka innych i zabrakło miejsca? Mój odbiór był wolny od wygórowanych oczekiwań. Chciałam sprawdzić ekscentryczność Penna i absurdalność holocaustu w tym zestawieniu. Pamiętałam, że poprzedni film Sorrentino (Boski) mnie irytował. Odloty zadziwiająco dobrze „się” oglądały, a Chenney jest – no naprawdę – niesamowicie zagrany. Gdyby mi to ktoś opowiadał, odrzuciłabym być może. Ale siedząc w kinie, czułam się jak dołączona do walizki Chenneye`a.

      Może to nie jest Wenders (jak mówią), może masz rację, że nie Lynch (ale co? Prosta historia?) czy Altman. Raczej świat odmiennej niż moja percepcji. I właśnie dlatego było mi w nim wygodnie. Ale, jak widzisz, krążę wśród subiektywnych odczuć, jakoś nie jestem zmotywowana do interpretacyjnej obrony.
      Chodzi o to, że mógłby być bardziej społeczny (socjologiczny?), z takim przeglądem ekscentryczności wszelakiej? Gdybym szukała czegoś, co troszkę mi nie pasuje, to byłaby fizyczna przemiana w ostatniej sekwencji. Bo zbyt przewidywalne czy łatwe. Z drugiej strony – uff – przyda się Chenneyowi nowa mimika.:)
      A w kinach znowu nowe i dobre. Aż czasu brak. (Elena):)

  5. buksy

    Jak słusznie zauważyłaś film jest na wskroś amerykański i jak każdy tego typu wytwór ma silny morał na podsumowanie. W tym wypadku wydaje się, że brzmi on: dowal staruszkowi, przegon po śniegu, a wyprostuje Ci się życie.Wniosek końcowy, że co? że dorosły powinien ziać nienawiścią i nikotyną? Że Bohaterowi w tak niepiękny sposób udaje się dojrzeć? I jeszcze ten straszliwie manieryczny dziennik tatuśka czytany w tle. Ble

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :)) Buksy! Ty mnie podpuszczasz! Ani trochę nie wierzę, że to na serio. Co prawda papierosy szkodzą, ale może od razu Cheyenne w nałóg nie wpadnie. Spotkanie z człowiekiem, który upokorzył tatusia podobało mi się. Naprawdę – nie wiem, jakim cudem! – Holocaust w Odlotach nie zasługuje na veto. Idzie łeb w łeb z absurdem całego filmu. Rozumiem, że można Seana Penna odrzucić, a wtedy to już cały film się sypie. Ale kto się przekona, ten ma frajdę. I muzyka całkiem przyjemna. Czegóż więcej?

  6. maria

    Tak jak pisałam wcześniej przed seansem , mając przeczucie ( graniczące z pewnością) , że film mnie zachwyci. I zachwycił. Dałam się zabrać w podroż, jak trafnie Tamaryszku napisałaś jak ta walizka Cheyenne’a. Uwielbiam kino drogi, może min dlatego , że mam nadzieję kiedyś na swoją wyprawę , która dostarczy mi tak wiele wzruszeń. To nie musi być, jak Sean powiedział w filmie podróż do Indii w poszukiwaniu siebie, może być tak samo absurdalna jak ta. Póki co, odtąd z Seanem wyruszę w każdą podróż.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Mario, to udało Ci się przeskoczyć wysoki próg: oczekiwać zachwytu i go doznać – to jak wygrana w totka! Kino drogi i kino tekściarskie, i kino muzyczne. Mix skazany na sukces :)

  7. liritio

    Chyba to obejrzę. Może nie w kinie, ale obejrzę, Seanowi Pennowi nie przepuszczam żadnego filmu. I ta walizka mnie nęci, i gęś długoszyja. Czy to możliwe, że ten film jest odrobinę głupi w morale? No cóż, Sean Penn jest, to przeważa.

    Chociaż plakat jest koszmarny. „Gdyby Tarantino robił odjechane komedie, nazywałby się Sorrentino!”… Co to w ogóle znaczy?

    Odpowiedz
  8. Logos Amicus

    Jakim cudem ten film przegapiłem, to sam tego nie wiem…
    Muszę go skądś wygrzebać.

    Utah to rzeczywiście koniec końców.

    O nie! Utah to dopiero początek! ;)
    Jeden z najciekawszych amerykańskich stanów – z odlotowymi pejzażami jak nigdzie indziej na świecie.
    I z równie odlotowymi – choć przy tym bardzo praktycznymi – Mormonami.

    Odpowiedz
  9. tamaryszek Autor wpisu

    @ Liritio,
    „Czy to możliwe, że ten film jest odrobinę głupi w morale?” – genialne zapytanie! ;)
    Możliwe, ale niekonieczne. :)

    @ Logosie,
    nareszcie rozumiem tytuł filmu.;) Skoro w Utah wszystko jest odlotowe i miary z Sevres nie imają się rzeczywistości, to co się dziwić Cheyenne`owi.

    Pozdrawiam, polecam i przepraszam za opóźnienie w odpowiedzi. 3xP

    Odpowiedz
  10. Logos Amicus

    „This is the Place” – takie słowa ponoć wypowiedział w 1847 r. Bringham Young, przywódca Mormonów, kiedy jego (poszukująca swojego miejsca na ziemi) karawana przekroczyła góry i zobaczyła dolinę Słonego Jeziora w Utah. Czyli zobaczyli w niej Ziemię Obiecaną im przez Boga (i założyli tam osadę, znaną dzisiaj jako Salt Lake City).

    PS. Ale nie wiem, czy ma to cokolwiek wspólnego z filmem Penna.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Wiesz, że też nie jestem w stanie rozstrzygnąć. Tytuł filmu jest zapożyczony z tytułu piosenki Davida Byrne`a. On sam występuje w filmie i użycza muzyki-kontekstu dla Cheyenne`a. Nie orientuję się dobrze ani w klimatach muzycznych, ani tym bardziej w aluzjach mormońskich. Ale te ostatnie , nie powiem, ciekawe. Film Sorrentino ma dość luźny związek z czymkolwiek, co pojawia się niby odniesienie (np. holocaust). Dzięki za dorzucenie tej sugestii.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s