coś wokół szyi

Chimamanda Ngozi Adichie, To coś na twojej szyi, Zysk i S-ka, Poznań 2011.

************************************************ Gdyby słuchać, co mówią okładki, to mielibyśmy taką oto sytuację, że do każdego ucha dociera inna opowieść. Równocześnie.

Każda ma swoje racje. Prawda, że motyle, bo wewnątrz krótkie opowiadania, historie – niekiedy dramatyczne – mówiące o ulotnych stanach świadomości, wtajemniczeniach, o odczuciach, które znikną, ale trochę ze swej aury pozostawią. Jak motyle.

Prawda, że twarz nigeryjskiej kobiety sugeruje klimat opowiadań. Zwłaszcza, że jest nieodgadniona. Może dzieje się z nią to, co z bohaterką tytułowego opowiadania: „Wieczorem coś owijało się wokół twojej szyi, coś, co przed uśnięciem niemal cię dusiło”. Dobrze znajoma obręcz, której uścisk czasem znika, to znów powraca. W jednym tylko, z dwunastu opowiadań, narratorem i bohaterem jest mężczyzna. Kobiecy punkt widzenia dominuje, a ponieważ bohaterki mieszkają w Nigerii albo się z niej wywodzą, więc kobiecość naznacza je również mentalnym bagażem ograniczeń społecznych. Sytuuje je w cieniu, z którego można, lecz niełatwo się wydobyć. Nie wiem, czy celowo twarz wygląda jak maska. Szkoda, że zbyt dosłowny gest dubluje sens tytułu.

Obie okładki mają swoje racje, choć gdyby mój apel mógł usłyszeć ktoś władny zmienić coś w tej sprawie, to ja proszę, bardzo, o nieumieszczanie buź na wierzchu. Gdybym nie znała autorki, ominęłabym.

Znam Chimamandę Ngozi Adichie i bardzo ją cenię. Gdy czytałam opowiadania, częściej niż Połówka żółtego słońca przypominał mi się jej wykład „o niebezpieczeństwie jednej historii” (wygłoszony na konferencji TED).

Na przykład wtedy, gdy pisze o tym, jak dziwnie reagujemy na przybyszy z Afryki. Nieważne skąd – Nigeria, Kongo, Sudan czy RPA – wydają się wycięci ze stereotypowego tła, jakie wytwarza nasza ignorancja. Wszystkie zasłyszane historie o Afryce zlewają się w jedno i tworzą koszmarnie nieprawdziwą rzeczywistość. Adichie odsłania trochę nigeryjskie realia (na pewno mniej niż w powieściach). Śledzi zetknięcie Nigeryjczyków ze światem amerykańskim. Możemy wówczas obserwować zderzenie czołowe dwóch mitologii: pierwsza reaguje zdziwieniem na poprawną angielszczyznę czarnoskórego przybysza, druga musi zrozumieć, że nie istnieje jedna twarz Ameryki (nie każdy ma tu „samochód, duży dom i broń”).

Pamiętam wypowiedź Adichie o radach, jakich udzielano jej na amerykańskich studiach. Pisz prawdziwie, … czyli tak, jak nam się zdaje, że wygląda prawda. Wówczas chodziło o rady amerykańskiego profesora, który źle ocenił opowiadanie Adichie, bo jego bohaterowie wydali mu się zbyt „biali” – uważał, że Nigeryjka nie powinna tak pisać (tak czuć).

Przypominam to sobie, czytając opowiadanie Wzgórze Skaczącej Małpy. Rzecz rozgrywa się w RPA, gdzie na zaproszenie wielkiego admiratora literatury afrykańskiej przybywają młode talenty pisarskie z całego kontynentu. Wśród nich Nigeryjka, Ujunwa. Tydzień warsztatów pisarskich ma zaowocować opowiadaniem, które napisze każde z nich, a ocenią współuczestnicy i organizator. Lubię ten temat. Lubię czytać o tym, jak rodzą się pomysły na teksty, jak są przetwarzane. Powraca temat stereotypu Afryki, ciekawie, bo przypisany nie ludziom z zewnątrz, lecz mieszkańcom kontynentu. Szef zawyrokuje: „tego rodzaju historie tak naprawdę nie oddają ducha Afryki”.  Pada pytanie: jakiej Afryki? Przecież ona nie jest monolitem. Uzasadnienie: „to nie jest prawdziwa historia, o prawdziwych ludziach”. A było to opowiadanie autobiograficzne.

Czytanie tego tomu rozpadło się na dwa podejścia. Pierwsze opowiadanie (dobre, lecz nie ujęło mnie) sprowadziło dwudniową przerwę, pozostałe połknęłam jednego dnia, oniemiała z podziwu. Teksty krótkie, ograniczone formą (błogosławieństwo ograniczeń!), sytuacje wyraziste, choć niedoprowadzone do jasno zamykającej kody. Chciałabym w niektóre z nich wejść na dłużej. Tego rodzaju niedosyt potwierdza klasę autora.

Chimamanda Ngozi Adichie po prostu umie opowiadać. Miałam jednak wrażenie, że eksperymentuje, szuka najlepszego sposobu, stroi ton do właściwej tonacji. Trochę mi przeszkadzały niektóre pomysły narracyjne. Niemal każdy tekst jest pod tym względem inny. Zdarza się narracja z perspektywy bohatera, pierwszoosobowa (raz jest to postać główna, kiedy indziej dziecko relacjonujące czyjąś historię, samo pozostając na boku). Narracja trzecioosobowa, ale też taka dziwna (lekko irytująca) maniera prowadzenia opowieści jakby adresowanej do jej bohatera („Przez cztery kolejne dni mówiłaś nie, kiedy prosił cię, żebyś się z nim umówiła, ponieważ krępował cię sposób, w jaki patrzył na twoją twarz, ten intensywny, żarłoczny sposób, który sprawiał, że chciałaś się z nim pożegnać, ale także nie miałaś ochoty odejść”.) Świetnie natomiast wypadł pomysł mieszania perspektyw czasowych. Opisywana chwila znienacka otwiera się na przyszłość, a wiedząc, co się w niej wydarzy, inaczej odczuwamy to, co tu i teraz.

Może, gdy kiedyś do tych opowieści powrócę, zmienię zdanie – teraz uważam, że ostatni tekst jest najsłabszy. I strasznie szkoda, bo właśnie w nim pojawia się moja ulubiona bohaterka: Nwamgba. Silna, niezwykła kobieta, odważnie wybierająca miłość. I swoją tożsamość. A potem potwierdza swój wybór w sprytnej i trzeźwej grze z fałszem. Słabość polega na tym, że zbyt szybko, zbyt pospiesznie wprowadzony został ciąg dalszy. Pogrobowe zwycięstwo Nwamgby rozgrywa się w jednym błysku, los wnuczki wszystko co ważne potwierdzi, usensowni porażki, zwycięstwo uczyni bezdyskusyjnym. (Uparta historyczka)

Największe wrażenie zrobiło na mnie pięć opowiadań. Moim zdaniem absolutne mistrzostwo. Fenomenalne połączenie tego, co lokalne,  wyrastające w Nigerii , z tym, co ponadczasowe, jakby dotyczyło mnie, choć przecież wcale nie o mnie.

Imitacja – rzecz o zdradzie, która daje zdradzonej siłę, by otworzyć oczy i po latach uśpienia powiedzieć coś własnym głosem. Zamieniając imitację w oryginał. Osobiste przeżycie – prosty, świetnie rozegrany pomysł. Zamieszki na tle religijnym wybuchają niespodzianie, a z ulicznej masakry uchodzą dwie kobiety, szukając schronienia w opuszczonym sklepie. Muzułmanka i chrześcijanka. Tak różne, jak tylko można, a przecież tak podobnie doświadczające chaosu. Drżenie – znów dziwne spotkanie. I świetne studium toksycznej zależności od własnych przywiązań – gdy kocha się dupka, roztrząsa rozstanie i w nieskończoność próbuje się przekonać samą siebie, że czas zacząć od nowa. Jutro jest zbyt odległeo niechcianym okrucieństwie popełnionym w dzieciństwie, ktore rozrasta się poczuciem winy na całe życie. Ambasada amerykańska – właśnie w kolejce do ambasady rozgrywa się cała akcja. Bohaterka stara się o wizę do Stanów, ale uświadamia sobie, że nie jest ona tym rozwiązaniem, które może wybrać. Nie można przecież zapomnieć jak bardzo czerwony jest świeży olej palmowy – jak krew.

„Dwa dni temu pochowała swoje dziecko w grobie nieopodal grządki z warzywami w Umunnachi, rodzinnym mieście swoich przodków, otoczona życzliwymi ludźmi, których już teraz nawet nie pamiętała. Dzień wcześniej odwiozła swojego męża, ukrytego w bagażniku ich toyoty, do domu przyjaciela, który przemycił go poza granice kraju. A jeszcze jeden dzień wcześniej nie musiała robić sobie zdjęcia do paszportu; jej życie było normalne, zaprowadziła Ugonnę do szkoły, w sklepie Mr Biggs kupiła mu bułkę z kiełbaską, a w samochodzie śpiewała razem z Majekiem Fashekiem, którego piosenkę akurat puszczano w radiu. Gdyby jakiś wróżbita powiedział jej, że w ciągu kilku dosłownie dni nie pozna swojego życia, roześmiałaby się tylko. Może nawet dałaby mu dodatkowe dziesięć naira za bujną wyobraźnię”.

To coś na twojej szyi (The Thing Around Your Neck) – tytuł zbioru przechwytuje tytuł jednego z opowiadań. Ale odnosi się do wszystkich. Do tego, co zaciska się wokół gardła, tamując oddech, by po chwili znów go przywrócić. Dobra imitacja świata. Bardzo prawdziwa fikcja.

Reklamy

19 thoughts on “coś wokół szyi

  1. Ewa

    Taki wysyp świeżutkich postów dzisiaj… Przeczytałam starannie, ale muszę wrócić.
    Przy okazji, od dłuższego czasu najchętniej czytam opowiadania. Może i dlatego, że przed snem (dla przyjemności) łatwiej łyknąć coś nie za długiego, nim oczy zaczną się kleić.
    Podoba mi się „bardzo prawdziwa fikcja”; coś chyba mam ze wzrokiem, ale widzę jej wokół ilość wielką. :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ewo,
      każdy Twój powrót jest przyjemnością.:)
      Opowiadania naprawdę świetne. W ogóle: Chimamanda!
      Bardzo polecam wykład, do którego link umieszczony jest w poście. Możliwe, że już znasz. Nie ja go odkryłam, zawdzięczam ten namiar Chihiro i jestem jej za to niezmiernie wdzięczna. Trwa 19 minut. Zaproponowałam go moim klasom i (nie mogę mówić za wszystkich) był bardzo dobrze przyjęty. Raz głośnymi brawami, innym razem kopiowaniem linku, by do niego powrócić.
      Opowiadania, istotnie, dobre na smakowanie po jednym. Choć ja żarłocznie połknęłam wszystkie naraz.:)

  2. agaczyta

    Od dłuższego czas chodzę wokół książek tej autorki. Chyba potrzebowałam takiego impulsu jak Twoja recenzja żeby wreszcie po którąś sięgnąć.
    Przy okazji, okropnie mi się nie podoba polska okładka z wyfotoszopowaną „kobietą”, dlatego na 100% poszukam wydań zagranicznych.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Aga,
      skoro możesz wybierać, to oryginał ma priorytet. Ja sięgam zawsze po polskie tłumaczenia, bo nie chce ryzykować, że zrozumiem piąte przez dziesiąte.
      Myślę, że docenisz. Ale tak czy siak, koniecznie trzeba spróbować Adichie w wydaniu powieściowym (Połówka żółtego słońca).
      A co do tomu opowiadań, jest ich dwanaście, to bardzo mnie ciekawi, jakie będą Twoje preferencje.:)

  3. Ewa

    Wysłuchałam wystąpienia Chimamandy N. A. Wielka swada, urok i prostota.
    Tak, jeszcze nie dawno, opowiadano powszechnie. W czasach sprzed TV i internetu.
    Takich uroczych, żartobliwie podanych historyjek nasłuchałam się wielu. I tak chciałabym umieć opowiadać, bo ten sposób opowiadania budzi radość i chęć poznania dalszych historii.
    Nie koniecznie wszystkich naraz :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ja też mogę się rozpływać w wyrazach sympatii dla ludzi, którzy tak (staroświecko) atrakcyjnie opowiadają. Mądrze, a bez nadęcia. Pomyślałam, że ona jednak opowiada jak pisarka. Nie sięga do logicznych konkluzji, wnioskowań etc, lecz do opowieści, jakichś epizodycznych drobin, które stają się parabolą głównej myśli.
      Lubię to.

  4. katasia_k

    Przypomniał mi się poznany kilka lat temu chłopak z Sudanu, który uczył się tam w angielskiej prywatnej szkole i nie wiedział nic o konfilkcie w Darfurze. Wiedział za to, gdzie leżą Czechy (a ja nie wiedziałam wtedy nawet, że Sudan graniczy z Egiptem). Chyba nie jest nawet tak, że stereotypowo patrzymy na Afrykanów – po prostu nic, poza najbrutalniejszymi obrazami z mediów, o nich nie wiemy. Dobrze, że osoby takie jak Adiche, zyskując światową sławę, mogą to zmienić.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ale dziwne…
      Wszyscy chyba jesteśmy zanurzeniu w jakichś wyimkach rzeczywistości. Coś wiemy o jednym, a drugie pozostaje już poza horyzontem, choćby i było o krok.
      Tak sobie jeszcze raz ogarniam To coś na twojej szyi pod kątem tła afrykańskiego.
      Każda historia skupia się na jednym temacie, dość jednostkowym, tło nie może urastać (z racji gatunkowych) do rangi panoramy społecznej. Ale co nieco jednak przenika do tekstu (a z tekstu do głowy czytelnika). Zamieszki religijne, przemoc polityczna (kara za krytykę władz), echa wydarzeń z epoki Biafry. Trochę obyczajówki (nigeryjskiej lub nigeryjsko-amerykańskiej). Nade wszystko jednak są to okruchy pojedynczych doznań. Może więc niekoniecznie dla zwolenników reportażu, ale dla amatorów opowieści to już na pewno. Dobrze, że Adichie jest sławna! O ile trudniej byłoby do niej dotrzeć, gdyby tkwiła w jakiejś lokalnej niszy. Pozdrawiam! :)

  5. czara

    Zaciekawiłaś mnie. Choć w Połówce Słońca najbardziej podobała mi się jej „cegłowatość” o lekkości piórka, to chętnie przeczytałabym też małą formę. Tak jak Ty uważam że zwięzłość to cnota, a ograniczenia bywają zbawienne.
    Pozdrawiam serdecznie!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Czaro,
      a mnie ostatnio te drobiny prozatorskie przyciągają. One są zupełnie inaczej rozegrane niż powieść, inaczej smakują. Czasem się wydaje, że są raczej przystawką niż daniem głównym. Ale jeśli dobrze napisane, to mogą być bardzo pożywne. A na pewno nie grzeszą przesytem.
      No tak, kto zna Połówkę…, ten wie, że warto poznać nową odsłonę. Ciekawe jak Ty przyjęłabyś te narracyjne eksperymenty.

      Pozdrawiam, w przededniu Świąt, najserdeczniej!

    2. czara

      Na pewno byłaby idealna na lekturę do metra. Ostatnio rozjaśniam sobie dwudziestominutówki pod ziemią takimi okruchami Moravii (czy u nas się czyta tego autora), inaczej się potem dzień zaczyna.

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Moravia? U nas pewnie tak jak i nie u nas. Ale ja nie. Czaro, paryskie metro i lektura to jak zestawienie typu: chleb i masło, jajko i sól, herbata i cytryna. A nawet bardziej. :)

  6. Sempeanka

    oj przeoczyłam ten post, a tak lubię Adichie. Również trafiłam swego czasu na jej wystąpienie na TED dzięki Chichiro :) Do opowiadań jako takich mam słabość – uwielbiam ograniczenie krótką formą. Z tego zbioru najbardziej zapamiętałam „Osobiste przeżycie”, było bardzo sugestywne.
    I jeszcze jedno – oj te okładki :) przyklaskuję twojemu komentarzowi na ten temat :) Ja również mam wrażenie, że projektujący nie mają z reguły pojęcia o czym jest książka. Mnie również nie jedna okładka zirytowała do tej pory i też nie pozostawiam tego bez komentarza :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Tak, Chihiro przedeptuje szlaki.:) O opowiadaniach też pisała już wtedy, gdy ukazały się po angielsku.
      Cieszę się, że mówisz o konkretnym tekście.:) Osobiste przeżycie jest w mojej piątce do zapamiętania. Zresztą: samo się zapamiętuje, bo – jak mówisz – sugestywne. Oparte na bardzo prostym pomyśle. Bo właściwie nie zaskakuje. Wiem, że tak to pewnie właśnie jest. Zamieszki, agresja, śmierć i chaos na poziomie społecznym, gdzie wszystko może zadziałać jak iskra (przejechany Koran to absolutnie wystarczające zarzewie). I spotkanie dwóch kobiet, różnych i podobnych, gdy trzeba reagować na zagrożenie, opanować lęk, zmierzyć się ze skutkami zamieszek. Podobało mi się, że opowiadanie koncentruje się na kilku godzinach spotkania, ale wychodzi w przyszłość, gdy raz po raz otwierają się zapowiedzi tego, co się stanie.

      Okładka… Niesamowite. Z psychologicznej obręczy wpadamy od razu w cielesność. Można by pomyśleć, ze chodzi o jakieś znamię na szyi, o jakąś krostę czy coś.;)
      Dosłowność to jednak źródło niezamierzonego komizmu.

    2. Sempeanka

      :)) tak masz rację, ta odsłonięta szyja nienaturalnie obrobionej photoshopem kobiety sugeruje znamię. Czyli, jak obie wiemy, jest zupełnie nie na temat. To prawda: taka łopatologiczna dosłowność jest śmieszna i irytująca jednocześnie.

      Podam ci mój ulubiony okładkowy przykład. Podczytujesz czasem Notatki Coolturalne kasi.eire ? Zerknij na to : http://notatkicoolturalne.blogspot.com/2011/03/noce-deszczu-i-gwiazd-maeve-binchy.html
      Nie znałam tego jej posta, gdy chciałam kupić tę książkę na Allegro, bo w trakcie słuchania audiobooka umknęło mi kilka szczegółów. Ale… kiedy zobaczyłam polską okładkę, zamurowało mnie – sugestia klasycznego Harlequina. To powinno być karalne, nie sądzisz ? :)))

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Sempeanko,
      Kasię odwiedzam.:) Ale zajrzałam dla przypomnienia. Jeśli nie karalne, to przynajmniej powiązane jakimś zobowiązaniem wobec posiadacza praw autorskich do tekstu. Bo przecież przyczepiając byle jaki obrazek zniekształca się i tekst. Okładka to nie tylko opakowanie, które zdejmujesz i wyrzucasz, to immanentna część dzieła. No, co tu dodać, dziwni są czasem wydawcy. I słabo znają target tego, co wydają. Albo po prostu wychodzą z założenia, bardzo uogólnionego, że każdy kto czyta, na moment odłączając się od bodźcowania popkultury, powinien dostać rekompensatę w postaci ślicznej buzi na okładce (lub naguski wśród fal – jak na przykładzie).
      Dodam – by nie popełniać grzechu uogólnienia – na szczęście bywają okładki piękne. Adekwatne. I wydaje mi się, że one się opłacają. Grochów świetnie wydany. No ale to jest Wydawnictwa Czarne. Bez komentarza. :)

  7. PawełW

    „Dobra imitacja świata. Bardzo prawdziwa fikcja.” – Tak to ujęłaś Tamaryszku.
    Przeczytałem – prawie równolegle – książkę Adichie i „Wypalanie traw” Jagielskiego. Nałożenie na siebie tych dwóch, jakże różnych w narracji i spojrzeniu, książek umieszczonych jednak w tym samym Miejscu – Afryce – pokazuje jak niewiele wiemy o tej kulturze. O zasadach tam rządzących. Czytam i patrzę na nie okiem Europejczyka. Przepraszam ale tak jestem obciążony dziedzicznie. Śledzę przebieg zdarzeń ale oceniam je tylko tak jak potrafię – z mojego punktu widzenia. I z niego ta literatura jest egzotyczna, problemy …. (tautologia) problematyczne. Przypomniał mi się ‚Hotel Ruanda’. Studium niemocy i bezsilności. Myślę, że Afryka długo poczeka na swojego Noblistę. Kogoś kto będzie jak Nadżib Mahfuz potrafił ‚przetłumaczyć’ nam Afrykę

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      To musiało być ciekawe zestawienie: Adichie i Jagielski. Z jednej strony ta perspektywa, która jest Ci bliska, wychwytująca odrębność, dziwiąca się inności (dziwiąca się w najlepszym sensie). A z drugiej: głos ze środka (bo amerykańska perspektywa Adichie niczego jej nigeryjskości nie ujmuje), który to, co afrykańskie wynosi na poziom uniwersalny, ogólnoludzki. Tak sobie myślę, ile te opowiadania mówią o Afryce? Mówią. Jakieś zamieszki, trochę obyczajowości, silnie dyktowane tradycją role społeczne… Ale to, co najsilniejsze, dotyczy właściwie nas samych.
      Nie wiem, czy się różnimy w odbiorze. Masz rację, że potrzebujemy tłumaczy i że dobrze, gdy stają się nimi zdolni pisarze. Ale z drugiej strony: wyobrażam sobie, że nie każdy afrykański pisarz ma ochotę brać na siebie tamtejszy „płaszcz Konrada”, może nie chcieć tłumaczyć odrębnego, tylko opowiadać o człowieku.
      Z Hotelem Ruanda o tyle sytuacja jest bardziej wyrazista, że dotyczy krzyku stamtąd, wołania, by świat zobaczył/usłyszał i zareagował. Tu właściwie nastawienie twórców do roli tłumacza jest aprobujące.
      Nadżiba Mahfuza bardzo chcę wreszcie poznać.
      Świetnie, że przeczytałeś Adichie.:)

  8. Pingback: amerykaana | tamaryszkowe pre-teksty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s