uwierzysz, że jest tak blisko?

Andrzej Stasiuk, Grochów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012


Opowiadania, trzy krótkie i dłuższy – tytułowy – Grochów. Połączone motywem śmierci. Z tym samym bohaterem-narratorem, wykreowanym na autobiograficzną modłę. Stasiukowe teksty. Wszystko, czym słynie pióro Stasiuka, tym owocuje w tym tomie. Myślę, że to jest urodzajny zbiór. Opowiadania są tak po troszę esejami, wspomnieniami, autobiograficzną opowieścią. 

Ale to dziwnie brzmi: opowiadania o śmierci. Przecież są też o życiu, opisują nadejście śmierci w kontekście tego, czym było życie zanim pojawiła się ona. Zresztą: ona nie jest megierą, która niespodziewanie sfruwa i zbiera żniwo. Jest tuż obok cały czas. Nosimy ją pod skórą, tuż pod naskórkiem. Zawłaszcza nieustannie kolejne nasze warstwy. Bo, gdy umierają nasi bliscy, umiera coś w nas. I my sami, wraz z upływem lat, miesięcy, dni… –  stawiając mentalne weto – ustępujemy jej miejsca. 

Nieprzypadkowy jest układ tekstów. Gradacja wtajemniczeń, zacieśniający się krąg, śmierć dotyka coraz bardziej nas samych. 

Umiera babka (która wierzyła w duchy i sfera nadprzyrodzona mieszała się najnaturalniej z tym, co realne). Śmierć babki jest wtajemniczeniem, pierwszym spotkaniem dziecka z nieodwracalnym. Niepojęta. Ale nie bardziej niż śmierci następne. Nie da się tematu oswoić. Choć można zneutralizować emocje, zracjonalizować prawa natury, zbudować (lub odnaleźć) religijną interpretację. Babka umiera w dekoracjach starego świata. Nieponaglanego pędem ku witalności, wiecznej młodości, złudnej naprawialności zużytych sił.

Umiera Augustyn. Domorosły pisarz, utalentowany, choć nienagrodzony popularnością. Bohater przyjmuje tę śmierć z empatią, choć z dystansem, jaki daje brak  włączenia w osobisty świat Augustyna. Poznał go, czytając nadesłane na konkurs opowiadanie. Odwiedzał – w czasie sprzed wylewu i później. Nie na tyle często, by więź z Augustynem stała się wzajemną przynależnością. Wystarczająco, by jego znikanie budziło żal.

Umiera suka. Czas teraźniejszy jest tu najbardziej uprawniony, bo to śmierć rozłożona w czasie, czekająca na miłosierdzie ostatniego tchnienia. Najsmutniejszy tekst w tym tomie. Zapamiętałam, że Michał Chaciński porównał tę historię do Konia turyńskiego Beli Tara (w Tygodniku Kulturalnym – TVN). Przylgnęło do mnie to porównanie, jest trafne. Jakby akt stwarzania zyskał swą okrutną symetrię. Wszystkiego ubywa, wszystko zanika, pierwotnieje. Bezwładnieje ciało, wygaszane są odruchy i nawyki. Znikają kolejno zmysły. I choć umiera zwierzę, jasno wkracza analogia do ludzkich śmierci, a zatem rodzi się też pytanie: czy wraz z obumieraniem materii, otępieniu ulega świadomość? 

Umiera przyjaciel. Ostatni tekst utrwala jego pamięć. To ktoś jak brat, ktoś, z kim dzieliło się marzenia, młodzieńcze zgrywy i bunty, ucieczki i zdrady. Ktoś, kogo przywołuje znajoma przestrzeń, kto ostatecznie rozwieje się pyłem w pejzażu. To wiadomo, bo taki jest punkt wyjścia: kremacja ciała. A dalej są retrospekcje. Piętrowe.

Tą zasadniczą jest wielkanocna podróż do Budapesztu. Wielki Piątek, Wielka Sobota… „Trudno powiedzieć, kiedy do nas dociera, że to się stanie. Może nie dociera, dopóki nie nadejdzie? Może nawet teraz, gdy już wiem, że to jest, że przyjdzie do każdego, to i tak na razie oglądam się na innych? Odganiam, opędzam się, umykam. Tak jak wtedy gdzieś koło Gödöllő, gdy powiedział, że za jakiś czas najprawdopodobniej umrze, a ja nie podjąłem tematu. A w każdym razie nie wprost”.

A potem wszystkie inne czasy uaktywniają się równocześnie. Podróże po Polsce, z namiotem, gitarą, flaszką taniego wina. Znużenie perspektywą powtórzenia losu ojców, robotniczego kieratu w fabryce samochodów. W potrzasku grochowskich ulic. Grochów lat 70. to beznadzieja rutyny, ale i tęsknota za innym życiem. Grochów jest – gdy się odpowiednio spojrzy – jak Bronx lub Brooklyn. Splątane korzenie oplatają każdy tutejszy kamień. Więc gdy się spojrzy wstecz, topografia tego świata zmartwychwstaje. Tylko w dawnej nadziei brzmi szydercza nuta zdrady.

„Przed trzydziestu laty paliliśmy ogień na Utracie i wydawało nam się, że jesteśmy bohaterami opowieści, która nigdy się nie skończy. Że to jest jak płyta, jak kolejne piosenki, które można puszczać w nieskończoność. A gdy się znudzą, wystarczy sięgnąć po następny krążek”.

„Trzydzieści lat po tym, jak wśród grochowskich torowisk mieliśmy wizję, że życie nigdy nas nie zdradzi, nie wystrychnie i że wszystko, czego będzie od nas oczekiwać, to absolutna zgoda na to, co przyniesie”.

Oczywiście, to jest tekst o śmierci. Ale naprawdę również o życiu, o przyjaźni, o przeszłości, która wcale nie mija i w kluczowych momentach wraca jakby zawsze była w nas. I pewnie jest. Tekst o przemijaniu, ale trochę też o trwaniu. Bo właśnie ta graniczna sfera, w której oba te kierunki sczepione są z sobą, rodzi melancholię. Ona jest kwintesencją tego tekstu. 

Gdzieś u końca Makowskiej widać było tory kolejowe, one zawsze budzą nadzieję na inny świat, na niekończącą się podróż.

„Nie można oderwać wzroku od dwu biegnących w nieskończoność srebrnych nitek.
Są namagnesowane i nasza tęsknota niczym żelazny okruszek biegnie za nimi na koniec świata”.

*********

Najwięcej przywiązania mam do ostatniego tekstu, ale ciekawy efekt tworzy cały zestaw. Te opowiadania są dla siebie nawzajem kontekstem. Wrócę do historii o Augustynie. Stasiuk (albo bohater Stasiukowej prozy) docenia konkursową opowieść Augustyna, wskazując na to, czego sam w literaturze szuka. I czego sam dostarcza.

„Było w niej to wszystko, czym żywi się prawdziwa proza. Szczegół, zmysł obserwacji, lekki dystans do przedmiotu, lekka autoironia, lekkość opisu i przyprawione goryczą ciepło”. 

Wielki Tydzień wpisany jest w eseje-opowiadania Stasiuka. Może więc rzecz nie kończy się na Wielkim Piątku, może nadchodzi Niedziela? 

Pozdrawiam, życząc Wszystkim nie nazbyt słodkiej, nie zdradliwej, wiecznie odnawialnej nadziei. Na trwanie. 

Advertisements

21 thoughts on “uwierzysz, że jest tak blisko?

    1. tamaryszek Autor wpisu

      No. Myślę, że nawet gdy Wielki Tydzień minie, rzecz się nie zdezaktualizuje. Cieniutka książeczka, ładne ilustracje, zabójcze zdjęcie Stasiuka (a la portret nagrobny czy coś) na tylnej okładce. Jest coś odpychającego w temacie. Ale to zarazem przyciąga. Dyskomfort myśli, ale komfort lektury. Dwa w jednym.
      Pozdrawiam!

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Bardzo w temacie! Niech kocurek pożyje. Oj, ciężko by Ci się na duszy zrobiło po przeczytaniu Suki. Pieskie to życie. Obojętnie, czy rzeczywiście psie czy kocie czy ludzkie. No ale istnieje jakiś awers. Zawsze.
      Wielka Noc właśnie trwa. Proszę bardzo! Czas wielkich przejść. Suchą nogą przez Morze Czerwone, z Jeruszalaim na drugą stronę księżyca, ze śmierci do życia, z nocy do dnia. I z zimy do wiosny.

      Choć u mnie akurat coś z pogodą odwrotnie. Zimno diabelnie.
      Życzenia odwzajemniam!

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Monia,
      wierzę w to „na pewno”. Grochów niezwykły. Gdy czytałam, to jednak śmierć była na pierwszym planie. Ale po zamknięciu książki myślę o mocy przyjaźni.
      Jest tam taka refleksja o przywiązaniu do twarzy bliskich. Że one się nie zmieniają. Długo trwają w tym przyłapaniu, które sięga początków znajomości. I że nawet patrząc na odmienioną czasem twarz, widzimy w niej odbicie twarzy tego piętnastolatka (tu dowolna faza metryki), z którym zawarliśmy sztamę.
      Mówi się, że żyjemy w dzieciach. W przyjaciołach również.

      Tu pozdrowienia specjalne dla Piotrusia!
      Pięknych Świąt!

  1. Ewa

    Będzie niedziela, jak nie ta to inna, nie tu to gdzie indziej.

    Miło, że napisałaś w Wielką Sobotę, bo zaczęło już być za cicho w blogowej rodzince.
    A co to za Święta bez wrzawy.
    I może to nawet być szum około-przemijaniowy, choć temat ciutkę zdradliwy, bo przecież na tym filozofia tych Świąt się zasadza. Do Niedzieli. Po niedzieli poniedziałek zwany lanym i … da capo al fine. I tak jest ‚wporzo’, jedyna receptura testowana przez niezliczone wieki, więc musi być optymalna. Pozdr…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ewo,
      ja mam straszliwe zaległości w blogowej lekturze. Jutro nadrobię. A nie lubię tak nie wiedzieć, co u kogo. Wrzawa musi być. Trochę wróblego świergotu, trochę pohukiwań i chichotów.
      No to mnie uspokoiłaś, że niedziela jakaś będzie. Co też ja sobie wyobrażałam, wątpiąc w tę oczywistość?! Da capo al fine!
      Trzymaj się jutro parasola. Dla ochrony przed „lanym”. ;)

  2. nutta

    Pisanie o książkach to dokonywanie wyborów. Interesująco poukładałaś wątki. O książce trudno mi pisać, bo nie znam, choć różne „polecajki” poznałam.

    Pierwszy dzień świąt się kończy, ale życzenia o Miłoszowej nadziei na pewno są aktualne zawsze:)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Nutto,
      dziękuję, Nadzieja się czasem zużywa, ale życzenia nigdy. I nigdy nie dość odradzania. :)
      Niewiele miałam do układania w prezentacji. To cztery teksty, każdy z inną śmiercią. Warstwy zaczynają się dopiero przy tym czwartym. Książka ukazała się w dobrym czasie. Co bez wątpienia jest mądrą strategią wydawniczą.
      Pozdrawiam!

  3. Sempeanka

    Właśnie przeczytałam wywiad ze Stasiukiem w weekendowej Wyborczej. Świetny! Za „Grochów” chwycę z pewnością. Bardzo odpowiada mi jego styl. Podobnie, jak starszego od niego Aleksandra Jurewicza, który nie jest co prawda reportażystą, ale trudno nie zauważyć, że obydwoje mają podobny sposób postrzegania świata.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Sempeanko,
      do Jurewicza dawno nie sięgałam. Kojarzę Popiół i wiatr. On chyba ciut bardziej otwarty na liryczne nuty. Choć nie da się zmierzyć. U Stasiuka, który trzeźwy i realny też są niesamowite prześwity eseistycznych zapatrzeń. Widzę, że nawet nie muszę polecać, sama sięgniesz i sprawdzisz.:)
      O tyle trudno się o tych tekstach pisze, że przecież nie sposób nadbudowywać refleksji nad refleksją. Opowiadania Stasiuka to nie tylko historia, lecz i rozbudowana narracyjna obróbka, która komentuje opisany świat. Pisząc więc o Grochowie, pozostaje mi albo zapożyczanie i trawestacja tych spostrzeżeń albo cytat. Słowem: kierunek Grochów. Warto.

      Pozdrawiam!

    2. Sempeanka

      @tamaryszek: prawdę mówiąc gdy pierwszy raz chwyciłam za Stasiuka, to przede wszystkim uderzyły mnie te snujące się niespiesznie eseistyczne zapędy :) spodziewałam się pełnego faktów barwnego reportażu, a otrzymałam powolne smakowanie świata… obserwowanie go z boku, bez wchodzenia do środka. Zewnętrzny widz będący poza czasem. To nie są książki, które można wypożyczyć z biblioteki, połknąć i oddać. Te książki trzeba mieć na półce i czytać je tak samo nierytmicznie jak zostały napisane.
      Jurewiczem zachłysnęłam się swego czasu… Przy takiej prozie przychodzi mi do głowy określenie: liryczna epika… A już „Dzień przed końcem świata”… Och, bardziej poruszającej książki o Pożegnaniu do tej pory nie przeczytałam. Polecam, jeśli znów najdzie cię melodia na nostalgię…
      Z tego co czytam tu i ówdzie, to „Grochów” Stasiuka ma podobny nastrój…

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Tak, melancholia to serce Grochowa.
      Jasne, że będę wracać, bo to przyprawa absolutnie niezbędna. Mam na półce świeżą Melancholię Bieńczyka. Też zamierzam, chciałabym nawet nie zwlekać, ale to się zobaczy. Bo z przyprawą nie można przesadzić.;) Jak mówisz: gdy najdzie mnie melodia.

  4. Paweł.W

    Stasiu zawsze do mnie przemawiał. Czytając zbiór „Przez rzekę” miałem wrażenie, że czytam o własnym dzieciństwie. Podobne obrazy, sytuacje, emocje… „Grochów” jest bardzo warszawski ale – abstrahując od miejsca – też uniwersalny. Umieranie, odchodzenie, przemijanie zawsze mają w sobie ten sam ładunek.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      No tak, uniwersalne. Bardziej niż by się chciało. Po trosze to siła tematu. Na pewno również wzmacnia efekt stopniowanie (różne śmierci, różnych osób – bliższych, dalszych, takich od których można się jakoś zdystansować; zresztą nie tylko osób, także zwierząt). W tej ostatniej historii krąg się rzeczywiście bardzo zacieśnia, tak że właściwie chodzi o nas.
      Jest w tym tekście niesamowite zbliżenie do śmierci, ale i wyraźny dystans, że tym razem nie ja. I tak jak czytając, rzeczywiście wchodzę w melancholię, tak po odłożeniu esejów myślę sobie, że życie potrzebuje ogłuszenia tej pamięci. I że łatwo to przychodzi. Przynajmniej mnie. Chociaż to jest jak zwycięstwo instynktu życia nad refleksją.

  5. PawełW

    „Jest w tym tekście niesamowite zbliżenie do śmierci, ale i wyraźny dystans, że tym razem nie ja.” Mahmmm, może nadzieja a może ulga.Stasiuk prowokuje, wciąga. Pyta: czy to Ciebie dotyczy czytelniku ? Znaszto uczucie ?

    Odpowiedz
  6. holly

    Po przeczytaniu Twojej recenzji, czuję, że muszę naprawdę poważnie zabrać się za Stasiuka, a Grochów będzie chyba cudownym początkiem…Ja też z Warszawy, co prawda nie z Grochowa, ale mój świat dzieciństwa, mojej dzielnicy, skądinąd cudowny, też gdzieś tam się kończy, wszyscy sąsiedzi powoli wymierają, robi się pusto wokół, burzą domy, zmieniają szyldy sklepów, tak jakby ten świat się rozpadał, umierał, a ja za każdym razem, gdy odkrywam, że czegoś, lub kogoś brakuje, czuję się, jakby coś ze mnie odłupywano, zdzierano kolejne warstwy kory…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Holy,
      ta przypadłość (czy dar) dotyczy zwłaszcza tych, którzy pozostawili swoje miejsce, by przemijało własnym rytmem. Różnym od naszego przemijania. Znam tę kruchość powrotów, gdy widzę jak ludzie spotykani kilka razy do roku (gdy wracam na tyle oficjalnie, że mogę uważniej obserwować) są starsi, zmienieni. Nie dostrzegłabym tego, będąc tuż obok. No i właśnie: często takie miejsca nie rozkwitają a właśnie z wolna gasną.
      Zdejmowane kawałki kory, mówisz… Albo nakładane jakieś warstwy… Polecam Grochów. Bo też tyle tych Grochowów co Kowalskich.;)

  7. Mag

    Też czytałam Grochów w Wielkanoc. Lubię Stasiuka. On, jako jeden z nielicznych pisarzy potrafi stworzyć niesamowity klimat, operujac prostym językiem. W te książki się po prostu wpada. Mnie najbardziej podobało się to opowiadanie o babce, choć o suce jest, tak jak piszesz, najbardziej poruszające.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      O babce. To też niezwykła sprawa, że nawet tak niezmienna sprawa jak umieranie zmienia jednak swój styl, czy nawet format. Najtęższe łby mogą się mierzyć z teologią, ontologią i wszelkiej maści -izmami, a babka zagięła by ich jedną prostą opowieścią.

      „Moja babka siadała na skraju łóżka i snuła opowieści. Robiła to bezinteresownie, bez żadnego określonego celu. Zwyczajność niezwyczajnych zdarzeń przydawała im wiarygodności”. Artystka jednym słowem.:)
      W Wielkanoc Stasiuk był najwidoczniej asymilowany na potęgę;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s