Archiwum dnia:

prasówka-filmówka

Filmowy. Magazyn do czytania nr 1/2012


Testuję pierwszy numer. Ja, człowiek, który czyta „Kino”, wyławia teksty Sobolewskiego, gdzie by się nie ukazały (a najczęściej to jednak w „Gazecie Wyborczej”), buszuję po FilmWebie na ogół, po Stopklatce z rzadka, po blogach filmowych troszeczkę. No właśnie nie wiem, dlaczego bliżej mi do tych książkowych, chociaż sama piszę o filmach chyba ciut więcej niż o literaturze. Otóż ja, skuszona głowami z górnego paska okładki, dałam szansę magazynowi, który wcale mnie nie przyciągał napisem z dołu tejże.

Bo proszę Państwa! Co za crème de la crème! Jeśli można za 9,99zł przeczytać Dukaja, Hugo-Badera, Jarniewicza, Karpowicza, Raczkowskiego (tekst, nie rysunki), Sobolewskiego i Szczygła opowiadających o kinie, to przecież czemu nie? 

Przeczytałam. Smakowało, ale podane było w innej zastawie niż przywykłam, więc jeszcze się muszę zastanowić, czy ta odmiana porcelany jest ok. Nie jest to Biała Maria, raczej model z dużym rzucikiem. Kolorowo, obrazkowo, z informacjami w pigułkach. W dodatku tyle o serialach, że ja (bywalec festiwali tudzież kin studyjnych) poczułam się jak matuzalem z powodu braku telewizyjnego nawyku. I zasmuciło mnie, że kino ma drugą duszę, a ja jej wcale nie znam. Węszę w tym zdradę. Ale przebaczę. Bo znam piosenkę Ordonki. 

Magazyn jest kwartalnikiem. To znaczy, że daje sobie prawo do swobodnego oddechu: rejestruje nowości, wymyśla tematyczne przekroje, sięga do zakurzonych taśm (hmmm…metafora raczej, wszystko przecież zdigitalizowane).

Krytycy polecają filmy z lat 70. – Szczerba szczególnie Lot nad kukułczym gniazdem (1975), Sobolewski Stalkera (1979). O filmie Tarkowskiego będzie można przeczytać w najbliższym „Archipelagu”, ja poluję, by spokojnie i uważnie obejrzeć. 

Tymczasem sięgam do innej odsłony klasyki: Osiem i pół Felliniego (1963) przypomniane jako antydepresyjna pigułka na XXI-wieczną melancholię
(Tadeusz Sobolewski). 

Bardzo dużo wywiadów: z Dustinem Hoffmanem i Nickiem Noltem (serial Luck), z Agatą Kuleszą i Tomaszem Kotem, z Maksem Von Sydow (a propos filmu Strasznie głośno, niesamowicie blisko, ale i o Bergmanie jest kilka słów), z dokumentalistą Michaelem Glawoggerem (Chwała dziwkom). Ze scenarzystami Gry o tron, Davidem Benioffem i Danielem B. Weissem. A Marek Kondrat wcale nie rozbiera Scarlett Johansson tylko opowiada o fenomenie „kobiety na każdą chwilę”. I smutną konstatacją kończy: aktorzy się zużywają, dziś szybciej niż dawniej. A jak się już po swoich pięciu minutach zużyją, to grają według tego, co im nakaże vox populi. To przytyk do Scarlett obsadzonej w komiksowej opowieści o drużynie superbohaterów (Avengers).

A propos wywiadów: zaskoczyła mnie rozmowa z Dustinem Hoffmanem. Najpierw rozbawiła. Dustin to typ mieszczucha, który zwierzęta obchodzi z daleka. Tymczasem zagrał swoją pierwszą serialową rolę w filmie o koniach (przy okazji wygłaszając pean na cześć dobrych seriali HBO, że odważniejsze w tematach i środkach niż kino). Towarzyszący mu Nick Nolte rzeczywiście ma hodowlę koni, (podobno) zna się na nich. Hoffman natomiast, każde wejście na koński grzbiet odchorowuje. Za duże rozstawienie nóg kończy się zabiegami pielęgnacyjnymi przywracającymi go do funkcjonowania w postawie wyprostowanej. Może sobie Dustin z siebie żartować.

Ale nie żartuje chyba, gdy mówi o swej niepewności, o lęku przed odrzuceniem. „Nigdy nie opuszcza mnie przeczucie, że moja kariera się załamie, że film, który właśnie robię, jest ostatnim, że więcej się nie uda”. Cytuje Gene`a Hackmana, który czuje podobnie. Nie wiem, czy jest to motywowane świadomością przemijania (silniejszą może u aktorów niż u zwykłych śmiertelników), nieuchronnością zastąpienia przez kogoś z młodszej generacji, czy też potrzebą udowadniania, że nie odcina kuponów, że wciąż go na coś stać. Albo tym, że się zużywa a nowe czasy nie potrzebują starych mistrzów. Jak by nie było, nie jest to myśl, którą chciałabym sobie zaaplikować. Hoffmanowi też przydałaby się neutralizacja obaw. Wentylacja nerwic.

Może nie ma się czego bać? Nie taka żaba straszna. Patryk Vega, gdy wskrzesza legendę J 23, dobrze wie, że nie trzeba nikogo zastępować. Wymyśla co prawda młodą – nową – wersję Klossa (Tomek K.) i Brunnera (Piotrek A.), lecz intrygę rozgrywają stare wygi i nikt im filmu nie ukradł. Nie byłby w stanie. Mikulski i Karewicz rulez! Film mało tamaryszkowy, ale byłam na miłym seansie i wszystko mi się podobało.;)

Najlepsze teksty tego numeru to jednak te pisane przez ludzi bliższych literaturze. Świetny esej Jacka Dukaja o serialu Breaking Bad konsekwentnie  rozczytujący go jako wariant średniowiecznego moralitetu, by później wykazać, że współczesny moralitet to jednak insza inszość niż ten dawny. Nadal mamy Everymana (nauczyciel chemii, którego los stawia w sytuacji wyjątkowej: diagnoza terminalnej choroby każe mu postawić wszystko na jedną szalę i skosztować pokus), mamy umowne nunc et semper, tylko nawrócenia i zbawienia zabraknie w postreligijnym świecie.

„Kiedy przed laty pisałem, iż to serial telewizyjny staje się najbardziej naturalną formą opowiadania o świecie i człowieku, zastępującą powieść, był to samotny głos ekscentryka. Dziś nie mam się nawet z kim spierać o tę oczywistość. (…) Pora zatem podbić stawkę. Stanę w obronie tezy silniejszej – seriale w dużej części są dla człowieka XXI wieku tym, czym dla ludzi średniowiecza i renesansu były moralitety”. Tyle że chodzi tu nie o telenowele, ani nawet nie o tasiemce-paciorkowce, których każdy odcinek rozgrywa sprawdzoną formułę a bohater jest ciągle sobą w stanie niezmiennym (Dr House). I właśnie dlatego tyle uwagi poświęcam temu numerowi „Filmowego…”, że tak wyraźnie nobilituje pewien rodzaj opowieści odcinkowej, która zdaje się być czymś niemieszczącym się w taniej przegródce popkultury. Że też ja tak mało o tym wiem…

O jakich serialach poczytać można w „Filmowym…”?

Marek Raczkowski pisze o Downton Abbey. Mariusz Szczygieł o serialu Agnieszki Holland o Janie Pallachu (ciekawe ze względu na każdą z trzech wymienionych wyżej osób – a dorzuciłabym jeszcze młodego scenarzystę, który wymyślił opowieść i wysłał propozycję do najwyżej ulokowanego w swoim rankingu reżysera, bo mierzyć niżej nie chciał). Ignacy Karpowicz bierze na warsztat Grę o tron, dowodząc, że seriale fantasy też są ok, też o nas, też technicznie bez zarzutu.

Tylko o serialach? Nie. Jerzy Jarniewicz (dla mnie wyższa półka krytyki literackiej) pisze o filmie Skowyt, który wskrzesza epokę bigbitowców i bohemę Ginsberga. Jacek Hugo-Bader rozdaje nieodpłatnie pomysły na film, ale mam nadzieję, że nikt nie skorzysta (wiem, że potencjał w tej opowieści jest olbrzymi, ale Sosnowiec – Magda – Katarzyna to za dużo w jednym, dla mnie za dużo). I tak by można jeszcze wymieniać. Kilka tekstów (w stylu „pigułkowym”) wydało mi się czczą zabawą.  Eseje są jednak naprawdę warte przeczytania. Ja z ciekawością – po wtajemniczeniu w świat seriali i kilku wycieczkach w przeszłość – wczytałam się w sondaż o  najbardziej oczekiwanych premierach. I sama też dołączam do czekających, np. na nowy film Michaela Hanekego (Miłość) z Isabelle Huppert.

Wniosek końcowy, który zamierzałam udowodnić, jest właściwie oczywisty: można zaryzykować i posmakować herbatkę podaną w filiżance z nowym nadrukiem. Gdyby jeszcze podaną przez którąś z dam w białym fartuszku (z Downton Abbey), to już wszystko, czego  sobie można zażyczyć.