prasówka-filmówka

Filmowy. Magazyn do czytania nr 1/2012


Testuję pierwszy numer. Ja, człowiek, który czyta „Kino”, wyławia teksty Sobolewskiego, gdzie by się nie ukazały (a najczęściej to jednak w „Gazecie Wyborczej”), buszuję po FilmWebie na ogół, po Stopklatce z rzadka, po blogach filmowych troszeczkę. No właśnie nie wiem, dlaczego bliżej mi do tych książkowych, chociaż sama piszę o filmach chyba ciut więcej niż o literaturze. Otóż ja, skuszona głowami z górnego paska okładki, dałam szansę magazynowi, który wcale mnie nie przyciągał napisem z dołu tejże.

Bo proszę Państwa! Co za crème de la crème! Jeśli można za 9,99zł przeczytać Dukaja, Hugo-Badera, Jarniewicza, Karpowicza, Raczkowskiego (tekst, nie rysunki), Sobolewskiego i Szczygła opowiadających o kinie, to przecież czemu nie? 

Przeczytałam. Smakowało, ale podane było w innej zastawie niż przywykłam, więc jeszcze się muszę zastanowić, czy ta odmiana porcelany jest ok. Nie jest to Biała Maria, raczej model z dużym rzucikiem. Kolorowo, obrazkowo, z informacjami w pigułkach. W dodatku tyle o serialach, że ja (bywalec festiwali tudzież kin studyjnych) poczułam się jak matuzalem z powodu braku telewizyjnego nawyku. I zasmuciło mnie, że kino ma drugą duszę, a ja jej wcale nie znam. Węszę w tym zdradę. Ale przebaczę. Bo znam piosenkę Ordonki. 

Magazyn jest kwartalnikiem. To znaczy, że daje sobie prawo do swobodnego oddechu: rejestruje nowości, wymyśla tematyczne przekroje, sięga do zakurzonych taśm (hmmm…metafora raczej, wszystko przecież zdigitalizowane).

Krytycy polecają filmy z lat 70. – Szczerba szczególnie Lot nad kukułczym gniazdem (1975), Sobolewski Stalkera (1979). O filmie Tarkowskiego będzie można przeczytać w najbliższym „Archipelagu”, ja poluję, by spokojnie i uważnie obejrzeć. 

Tymczasem sięgam do innej odsłony klasyki: Osiem i pół Felliniego (1963) przypomniane jako antydepresyjna pigułka na XXI-wieczną melancholię
(Tadeusz Sobolewski). 

Bardzo dużo wywiadów: z Dustinem Hoffmanem i Nickiem Noltem (serial Luck), z Agatą Kuleszą i Tomaszem Kotem, z Maksem Von Sydow (a propos filmu Strasznie głośno, niesamowicie blisko, ale i o Bergmanie jest kilka słów), z dokumentalistą Michaelem Glawoggerem (Chwała dziwkom). Ze scenarzystami Gry o tron, Davidem Benioffem i Danielem B. Weissem. A Marek Kondrat wcale nie rozbiera Scarlett Johansson tylko opowiada o fenomenie „kobiety na każdą chwilę”. I smutną konstatacją kończy: aktorzy się zużywają, dziś szybciej niż dawniej. A jak się już po swoich pięciu minutach zużyją, to grają według tego, co im nakaże vox populi. To przytyk do Scarlett obsadzonej w komiksowej opowieści o drużynie superbohaterów (Avengers).

A propos wywiadów: zaskoczyła mnie rozmowa z Dustinem Hoffmanem. Najpierw rozbawiła. Dustin to typ mieszczucha, który zwierzęta obchodzi z daleka. Tymczasem zagrał swoją pierwszą serialową rolę w filmie o koniach (przy okazji wygłaszając pean na cześć dobrych seriali HBO, że odważniejsze w tematach i środkach niż kino). Towarzyszący mu Nick Nolte rzeczywiście ma hodowlę koni, (podobno) zna się na nich. Hoffman natomiast, każde wejście na koński grzbiet odchorowuje. Za duże rozstawienie nóg kończy się zabiegami pielęgnacyjnymi przywracającymi go do funkcjonowania w postawie wyprostowanej. Może sobie Dustin z siebie żartować.

Ale nie żartuje chyba, gdy mówi o swej niepewności, o lęku przed odrzuceniem. „Nigdy nie opuszcza mnie przeczucie, że moja kariera się załamie, że film, który właśnie robię, jest ostatnim, że więcej się nie uda”. Cytuje Gene`a Hackmana, który czuje podobnie. Nie wiem, czy jest to motywowane świadomością przemijania (silniejszą może u aktorów niż u zwykłych śmiertelników), nieuchronnością zastąpienia przez kogoś z młodszej generacji, czy też potrzebą udowadniania, że nie odcina kuponów, że wciąż go na coś stać. Albo tym, że się zużywa a nowe czasy nie potrzebują starych mistrzów. Jak by nie było, nie jest to myśl, którą chciałabym sobie zaaplikować. Hoffmanowi też przydałaby się neutralizacja obaw. Wentylacja nerwic.

Może nie ma się czego bać? Nie taka żaba straszna. Patryk Vega, gdy wskrzesza legendę J 23, dobrze wie, że nie trzeba nikogo zastępować. Wymyśla co prawda młodą – nową – wersję Klossa (Tomek K.) i Brunnera (Piotrek A.), lecz intrygę rozgrywają stare wygi i nikt im filmu nie ukradł. Nie byłby w stanie. Mikulski i Karewicz rulez! Film mało tamaryszkowy, ale byłam na miłym seansie i wszystko mi się podobało.;)

Najlepsze teksty tego numeru to jednak te pisane przez ludzi bliższych literaturze. Świetny esej Jacka Dukaja o serialu Breaking Bad konsekwentnie  rozczytujący go jako wariant średniowiecznego moralitetu, by później wykazać, że współczesny moralitet to jednak insza inszość niż ten dawny. Nadal mamy Everymana (nauczyciel chemii, którego los stawia w sytuacji wyjątkowej: diagnoza terminalnej choroby każe mu postawić wszystko na jedną szalę i skosztować pokus), mamy umowne nunc et semper, tylko nawrócenia i zbawienia zabraknie w postreligijnym świecie.

„Kiedy przed laty pisałem, iż to serial telewizyjny staje się najbardziej naturalną formą opowiadania o świecie i człowieku, zastępującą powieść, był to samotny głos ekscentryka. Dziś nie mam się nawet z kim spierać o tę oczywistość. (…) Pora zatem podbić stawkę. Stanę w obronie tezy silniejszej – seriale w dużej części są dla człowieka XXI wieku tym, czym dla ludzi średniowiecza i renesansu były moralitety”. Tyle że chodzi tu nie o telenowele, ani nawet nie o tasiemce-paciorkowce, których każdy odcinek rozgrywa sprawdzoną formułę a bohater jest ciągle sobą w stanie niezmiennym (Dr House). I właśnie dlatego tyle uwagi poświęcam temu numerowi „Filmowego…”, że tak wyraźnie nobilituje pewien rodzaj opowieści odcinkowej, która zdaje się być czymś niemieszczącym się w taniej przegródce popkultury. Że też ja tak mało o tym wiem…

O jakich serialach poczytać można w „Filmowym…”?

Marek Raczkowski pisze o Downton Abbey. Mariusz Szczygieł o serialu Agnieszki Holland o Janie Pallachu (ciekawe ze względu na każdą z trzech wymienionych wyżej osób – a dorzuciłabym jeszcze młodego scenarzystę, który wymyślił opowieść i wysłał propozycję do najwyżej ulokowanego w swoim rankingu reżysera, bo mierzyć niżej nie chciał). Ignacy Karpowicz bierze na warsztat Grę o tron, dowodząc, że seriale fantasy też są ok, też o nas, też technicznie bez zarzutu.

Tylko o serialach? Nie. Jerzy Jarniewicz (dla mnie wyższa półka krytyki literackiej) pisze o filmie Skowyt, który wskrzesza epokę bigbitowców i bohemę Ginsberga. Jacek Hugo-Bader rozdaje nieodpłatnie pomysły na film, ale mam nadzieję, że nikt nie skorzysta (wiem, że potencjał w tej opowieści jest olbrzymi, ale Sosnowiec – Magda – Katarzyna to za dużo w jednym, dla mnie za dużo). I tak by można jeszcze wymieniać. Kilka tekstów (w stylu „pigułkowym”) wydało mi się czczą zabawą.  Eseje są jednak naprawdę warte przeczytania. Ja z ciekawością – po wtajemniczeniu w świat seriali i kilku wycieczkach w przeszłość – wczytałam się w sondaż o  najbardziej oczekiwanych premierach. I sama też dołączam do czekających, np. na nowy film Michaela Hanekego (Miłość) z Isabelle Huppert.

Wniosek końcowy, który zamierzałam udowodnić, jest właściwie oczywisty: można zaryzykować i posmakować herbatkę podaną w filiżance z nowym nadrukiem. Gdyby jeszcze podaną przez którąś z dam w białym fartuszku (z Downton Abbey), to już wszystko, czego  sobie można zażyczyć.

Advertisements

16 thoughts on “prasówka-filmówka

  1. Ewa

    Tamaryszku, poczułam się (czytając wstępne zdania) jakby odkryto przede mną tajemnice alkowy. Później nastąpił akapit o Białej Marii, na której w mojej rodzinie jada się na codzień, i pomyślałam, że to właśnie może być ów wentyl. Codzienność, niezmienność – z odrobiną oswojonej elegancji. Bo przecież niepewność i obawy mamy wszyscy. Mało kogo na bal
    zapraszają nieustannie.

    O boskim Hansie K., pewnie awansem, już gadają nie najlepiej. Tamaryszkowi ‚pasuje’; dobra wiadomość. Nowe pismo też zdaje się mieć więcej plusów niż minusów. Zatem spokojnie mogę wypić zieloną herbatę, o smaku ananasowym!

    Na dodatek, przed chwilą, coś ‚strasznie huknęło’. Koniecznie muszę wyjaśnić przyczynę. Pozdrawiam więc…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :) Boski Hans K. nie trafił chyba w swój czas. Nie wiem, czy jest zapotrzebowanie na powrót legendy. Mnie samą ona ominęła. Wiem, z grubsza, o co chodziło, ale nigdy się nie ekscytowałam ikoną Klossa. Tym bardziej nie potrzebuję nowych wersji. Ale zabawa była przednia! Że naiwne i psychologicznie może nie w stylu Prousta, to fakt. Jednak scenariusz miał swą logikę, panowie w mundurach trzymali się prosto (a mundury spod Poznania), efekty specjalne na poziomie (liczne podskoki na kinowym fotelu). Zaintrygowana jestem armatą, którą się obsługuje nogą – naciska się pedał i lecą serie eksplozji. Gdyby Kmicic wiedział…!
      Co Ci tam huknęło? Mam nadzieję, że to nie Kloss nadepnął na spust?
      Z porcelany zostałyby tylko kruszynki.;)

  2. holly

    A ja wolę czytać „Tamaryszka” piszącego o filmach! Ale magazyn zapowiada się interesująco, ciekawa jestem, czy dotrze do Paryża. Przede wszystkim ze względu na te kilka nazwisk osób bardziej związanych z literaturą niż z filmem. Chętnie poczytałabym również o filmach z lat 70-tych, o takiej klasyce jak Stalker.
    Zastanawiam się natomiast, czy lansowanie nowego magazynu, takiego z ” z dużymi rzucikami” jeszcze ma sens, czy wszyscy nie przenosimy się coraz bardziej na czytanie w Internecie?
    Bardzo ciekawe jest to co piszesz/pisze magazyn o serialach. Ja co prawda też z założenia seriali nie oglądam, mam alergię, ale ostatnio widziałam Mildried Pierce z Kate Winslet polecony mi przez Bee i przyznam się szczerze, całkowicie wpadłam w zastawioną na mnie pułapkę. Może więc przy okazji obejrzę również i te o których piszesz?
    Po uważnej lekturze Twojego wpisu, chyba jednak wybiorę się jutro na St. Germain i zapytam o numer nowego pisma…Pozdrawiam serdecznie!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Holly! Wczoraj obejrzałam piąty (ostatni) odcinek Mildred Pierce! Bingo! Też jestem na tak!
      Dawno mnie tak nie zdenerwowało czyjeś zachowanie. Nie o Mildred mówię, lecz o Vedzie.

      Ja o serialach wiem tyle co nic, więc i moja lektura esejów była być może niepełna. Ale one mnie zainteresowały ze względu na refleksję kulturową czy filmową. Jestem też pod wrażeniem zjawiska seriali-powieści. Bo jeśli jest tak, że te tytuły stanowią zamkniętą (skończoną) całość, że każdy odcinek jest jak rozdział w powieści, że zmierza do punktu, który autorowi znany jest od początku, więc nie prowadzi intrygi z horyzontem ogarniającym ledwie najbliższe pół godziny – to rzeczywiście analogia z powieścią jest uzasadniona. Sama analogia to jeszcze nie wszystko – chętnie bym sprawdziła, czy rzeczywiście charaktery, aktorstwo, aura i problematyka doskakują do sugerowanego pułapu.

      Myślę, że to możliwe, czytam przecież pochwały pod adresem The Killing, Luck, Downton Abbey, Układów (z Glenn Close), Mad Men czy Hour albo Californication.

      O Stalkerze jest trafnie, lecz krótko, bo to taki ranking the best of lat 70.

      Nie wiem, nie wiem, czy polecać na 100 %, to nie jest mój estetyczny klimat. Ale czytało mi się dobrze. I właśnie fajnie, że o kinie piszą pisarze.

  3. litera

    No właśnie, co jestem w punkcie z prasą, to się zastanawiam nad Filmowym. Bo Książki mnie zawiodły trochę, niestety. Z tym, że wiesz, ja tak mam, że pewne herbaty tylko w konkretnym kubku (malutkim, już lekko wyszczerbionym, bo nowego znaleźć nie mogę w tych rozmiarach) lub w konkretnej filiżance. W zastawie innej, choć niby te same, smakują inaczej. Pozdrawiam!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Litero, witaj!
      Z „Filmowym…” może być różnie, może troszkę nie smakować. Ja nie mam zapotrzebowania na informacje „pigułkowe” (to jest poetyka telewizji śniadaniowej). Najmniej podobało mi się zestawienie ról Dustina Hoffmana przygotowane przez Wojciecha Orlińskiego. Bo miało być programowo zabawne. Ale jeśli pismo stawia na eseje, to kierunek jest dobrze wytyczony.
      Hmmm…kwestia smaku to sprawa zasadnicza.:) Wiem, że pijasz herbatę ze świadomością wielowiekowej tradycji jej zaparzania na Wschodzie.:)) W tym kontekście nawet Biała Maria wydaje się być frymuśną doraźnością.;)

      A serio – bo ja notkę pisałam spontanicznie, nie jak krytyk – chyba jest zapotrzebowanie na to pismo. Czytam „Kino” (jest staroświeckie trochę, ale odpowiada mi to) i nie zarzucę. „Film” omijam. Z „Filmowym…” to nie wiadomo, co będzie. Będą się trzymać linii serialowej? Mam nadzieję, że znajdą równowagę. Bardzo by się przydały powroty do klasyki. Takie bez pretekstu. Mocną stroną może być mariaż z literaturą. Redaktorem naczelnym (zabawny wstępniak) jest Włodzimierz Nowak. To chyba ten sam W.N., który napisał „Obwód głowy” (zbiór reportaży). To mi się podoba.
      Pozdrawiam!

  4. litera

    @Tamaryszek: Rzadko kupuję pisma o filmach, przyznam, ale gdy już mam kupić, wybieram wlaśnie „Kino”. Może jest, jak mówisz, staroświeckie, ale ma to coś, poziom. „Filmu” kupiłam chyba tylko jeden numer, ale to nie było to, czymś mnie rozczarowało to pismo, teraz nie bardzo już pamiętam, czym. Może po prostu nie spełniło moich oczekiwań.

    Odpowiedz
  5. Ewa

    Otóż, nastąpiło zjawisko z filmowego pogranicza science fiction – zapewne.
    Huk był, a jakże, tyle że do teraz nie ustaliłam powodów. Pewnie wyskoczą jak diabeł z pudełka, po czasie.
    Może to i armata obsługiwana nogą, bez porozumienia z głową.

    Odpowiedz
  6. kornwalia

    Gazet w ogóle nie kupuję, więc się nie skuszę, choć brzmi nieźle. Faktem jest jednak, że po pewnej liczbie obejrzanych filmów już mało co człowieka zaskakuje i ciekawi, tzn. oni nie są mi już w stanie nic polecić, czego bym nie widziała, albo bym już o tym nie słyszała, więc tradycyjnie – nie jestem targetem kolejnego tytułu :(
    A Downton Abbey polecam gorąco, byłam zachwycona i aż smutno czekać teraz na wrzesień, na sezon 3. Co prawda, sezon 2 był już trochę ciut za telenowelowaty, ale jednak cóż za aktorstwo, scenografia, kostiumy i no i ten cudowny angielski! Ten artykuł może sobie w jakimś sklepie szybko przeczytam.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Rekomendację zapamiętuję. :)
      „Filmowy…” to kwartalnik, więc recenzowanie stawia raczej na drugim planie. I to właśnie dobrze rokuje. Bo eseje można przeczytać nie tyle dla informacji czy warto zobaczyć, jak zaklasyfikować i o czym film traktuje, ale właśnie dla refleksji innej rangi.
      Z tym, że nie chcę tutaj hurtowo reklamować wartości każdego eseju.
      Swoją drogą: drżyj praso! epoka czytania on-line jest bezlitosna. Zwłaszcza, że jest to zarazem epoka, w której bardziej chce nam się pisać niż czytać. To trochę straszne, trochę prawdziwe, a trochę może przesadzone.
      Ale jak właściwie można obejrzeć te poprzednie dwa sezony? Hmm…nie wiem, czy to jest taktowne pytanie.;)

    2. kornwalia

      Ja obejrzałam je online, na jakimś zagranicznym serwisie, u nas nie znalazłam, ale może niedokładnie szukałam.
      Eseje o filmach i twórcach też już mnie za bardzo nie kręcą – już się o nich naczytałam i sama poświęciłam im własny czas na przemyślenia, więc taka gazeta nie jest już dla mnie taka stymulująca.

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Kornwalio, jesteś nieubłagana… Żadnego z Ciebie pożytku ani dla recenzenta, ani dla eseisty.:) Serio, myślę, że to syndrom czasu (częściowo podzielam). Trochę to mi się wydaje dziwne, że każdy sobie prorokiem. I może żal, że coraz mniej nastawiamy ucha na tych mądrych, którzy mają coś do powiedzenia (tak, wiem: którzy to są?). Ale jest w tym zrozumiała dla mnie chęć obrony przed zalewem zewsząd napływających – nie hierarchizowanych miarodajnie – opinii. Zamiast być gąbką, która wchłania, wybieramy rolę wytwórcy znaczeń (czy choćby interpretacji). Tak to rozumiem. I także w drugim znaczeniu: rozumiem, uznaję za sensowne.

      Bo ja Mildred Pierce zakupiłam na dvd. Bez nadwerężenia kieszeni.;)

  7. czara

    Tamaryszku, ostatnio jak tylko piszę u Ciebie komentarz, to mi go zjada, wcina, połyka, zamykam niechcący okienko, bateria w laptopie się wyczerpuje, jakiś gadżet nie chce współpracować, ech… Jeszcze raz:
    okładka jest pociągająca napewno, zwłaszcza dla określonej grupy docelowej, „główki” dla chyba zupełnie innej. Znak czasów?
    Zaciekawiło mnie natomiast Twoje „wolimy pisać niż czytać”, czy to prawda, a jeśli tak, to dlaczego i czy to dobrze, czy źle? „Każdy sobie prorokiem” – na pewno tak jest, brak czasu również (ale ile czasu zjada pisanie?!). Z jednej strony jest w tym coś krzepiącego, że zamiast biernie odbierać prawdy objawione krytyków i eseistów sami chwytamy za pióra i próbujemy coś wyrazić (to takie ogólnoludzkie „my”, nic personalnego), z drugiej nadprodukcja treści i te wszystkie „gwiazdki” i inne sposoby „oceniania” spłycają wszystko.
    A w internecie czyta się krótko i szybko, przynajmniej ja tak czytam. Wyjątki robię dla nielicznych, ale to już wiesz.

    Odpowiedz
  8. tamaryszek Autor wpisu

    Czaro, dotknęłaś nerwu.
    Sytuacja jest ambiwalentna. Piszę bloga, czytam blogi innych, doceniam subiektywny punkt widzenia czy wartościowania. Co więcej: mam się za eksperta w sprawie tego, co sama czuję czy myślę… (nikt nie wie tego lepiej niż ja; choć… niekoniecznie, zdarza się, że czyjeś spojrzenie z boku uświadamia mi, że tworzę sobie iluzję czy uprzedzenia jakieś). Widzę, że to zabieranie głosu ma sens, że wymaga ode mnie uporządkowania myśli, selekcji, zastanowienia się. Służy mi.

    Ale żal mi prawdziwych autorytetów. Nie dlatego, bym chciała oddać komuś pierwszeństwo w definiowaniu własnych doświadczeń. Ale po cichu wierzę, że Eksperci istnieją. I to mówię ja, osoba, która ma zwichnięte wyczucie hierarchii i alergicznie reaguje na pozowanie na autorytet.
    Myślę sobie, że bardzo nie lubię tego postmodernistycznego bigosu. Są przynajmniej dwa przejawy, które działają mi na nerwy. Pierwszy to medialne wypowiedzi pseudoekspertów. I prześwitująca przez nie ignorancja. Drugi to uczniowska indolencja w przyswajaniu sobie wiedzy, oparta na założeniu, że nawet nie wiedząc nic, wiem dokładnie tyle, ile mi trzeba.

    Mnie ukształtowały inne priorytety. I do dziś mam poczucie wstydu, gdy czegoś oczywistego nie wiem. To nie znaczy, że boję się przyznać, gdy nie wiem, ale też nigdy nie demonstruję swej nonszalancji wobec wiedzy.

    Więc gdy tak wszyscy piszą (a będzie się to pogłębiać), to zagłuszane są wypowiedzi naprawdę cenne.
    A w tyle głowy mam wspomnienie z wczorajszego spotkania z Tadeuszem Sobolewskim. A propos biografii Mirona Białoszewskiego, którą napisał (Miron człowiek). Pechowo prowadzone dość dziwnie, z nadęciem. Gdy zaczynał opowiadać Sobolewski, wszystko wracało do normy i siedzieliśmy jak przed Mironem, zasłuchani. Bo to jest styl: erudycja, prostota, doświadczenie wypełniające mowę. Chapeau bas!

    Odpowiedz
  9. czara

    Sobolewski pisze o Białoszewskim ciekawiej niż o filmach! (czytałam jedynie wywiady, biografii jeszcze nie).
    Mnogość pseudoekspertów jest rzeczywiście przerażająca, ale tak jest ze wszystkim, ludzie zawsze się świetnie znają na wszystkim, mają wyrobione poglądy na każdy temat – polityka, zdrowie, sztuka, jeśli akurat ich to interesuje to też literatura i kino. Bez poglądów nie masz się co na mieście pokazywać!
    Ale pisanie i wyrażanie swoich opinii może mieć nie tylko wartość publicystyczną, co zresztą świetnie wiesz i, mam nadzieję, może pisacza wznosić i edukować. „Erudycję, prostotę i doświadczenie” trzeba nabywać i kształcić.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Pisze o Białoszewskim i o sobie (bardzo słusznie, nie da się oddzielić, bo tylko tak może zachować autentyczną perspektywę). Ja podczytuję. Trochę mnie codzienność stopuję, ale czyta mi się dobrze.
      A co do pseudoekspertów: nie przeszkadza mi pęd do pisania, słusznie: to bardzo rozwijający trend. Razi mnie dewaluacja rangi krytyka w mediach. Mam nawet konkretne osoby na myśli (subiektywna wycena), które tonem ogłaszającym odkrycie Ameryki mówią o oczywistościach i przekręcają fakty. I to ujdzie, że są ignorantami, ale dlaczego dano im mikrofon? Oczywiście, nie jest to problem spędzający mi sen z oczu. Właściwie, zaraz po tej podle zawistnej konstatacji wyłączam ją i neutralizuję. Do następnej okazji.;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s