Mildred piecze ciasto


Mildred
Pierce (miniserial), reż. Todd Haynes , USA 2011.

Miniserial HBO, obsypany nagrodami Emmy, trwa 5 i pół godziny i ujęty jest w pięć odcinków. Tytułowa bohaterka niemal nie znika z ekranu, a mimo to żadnego przesytu Kate Winslet w roli Mildred Pierce nie odczułam. To pierwszy powód, za który należy się aktorce złota broszka. Ładna broszka, żeby pasowała do kreacji.

Mogłabym pójść o zakład, że wystarczy mi dziesięć zdań (a może siedem), by objąć całą fabułę. A mimo to nie jest to opowieść ani monotonna, ani bez zakrętów, ani dająca się oglądać po trzeciej kawie. Już po pierwszej trzeba uważać, by nie wyjść z siebie, gdy panienka Veda dochodzi do głosu, do spojrzeń czy do uśmieszków.

Miasteczko Glendale (przedmieścia Los Angeles), Kalifornia. Akcja rozpoczyna się w 1931 i trwa siedem lat. Niedaleko rozpościera się wielki świat Hollywood, którego odpryski dotrą do przestrzeni życia naszych bohaterów, ale oni pozostaną na zewnątrz. Będą próbowali radzić sobie w kryzysowych latach 30. z nie mniejszym kryzysem w relacjach osobistych.

Pierwsza scena filmu: Mildred krząta się po kuchni i piecze tarty. Jest młoda, za moment wrócą dzieci (dwie córeczki: 11-letnia Veda i słodka, kilka lat młodsza Ray), mąż pracuje w ogródku. Tego nie wiem na pewno, ale zakładam, że pachnie wokół ciastkami. Ta mydlana bańka za chwilę pryśnie. Mildred będzie tracić, zyskiwać,  tracić, odzyskiwać, w sumie – jednak tracić, choć ostatnia scena może też oznaczać spory zysk.

Co jeśli mąż ma inną? Przymknąć oko? Urządzić awanturę? Przestraszyć się samotności? Mildred lubi jasne sytuacje, więc wyprosi pana męża z domu. Lata 30., nawet w Kalifornii, nie sprzyjają kobietom samotnym. „Właśnie dołączyłaś do grona amerykańskich obywatelek, o których nie wspomina się w przemówieniach na Święto Dziękczynienia.” – to głos przyjaciółki, jednej z dwóch, które będą bliskie i okażą się bardzo potrzebne.

Kapitał życiowy Mildred Pierce: jest jeszcze młoda, zaradna, ambitna i dumna; umie się uśmiechać, stroić, dobrze gotować, no a ciasta to już piecze takie, że palce lizać; żal do męża potrafi elegancko zneutralizować, więc nie zalewa ją żółć zazdrości, zrobi natomiast wszystko, by jej córeczki były szczęśliwe – by mogły kiedyś zjeść ponętną wisienkę z tortu. Tak jest na starcie.

I z tego miejsca rozbiegają się tory, co rusz splatając się w ważniejszych kolejowych węzłach.

Pierwszy tor: praca.
Drugi tor: miłość lub „coś mniej więcej”.
Trzeci tor: wychowanie dzieci. 

Słowem: kobiecy los, kobieca determinacja i kobiece potrzaski. Zabarwione leciutko feminizmem (odcień pozytywny) i amerykańskim mitem sukcesu. Dwie sprawy są istotne w tym stwierdzeniu.

Pierwsza to perspektywa oglądu. Bardzo łatwo uwierzyć Kate Winslet i przeżywać perypetie Mildred zgodnie z tym jak ona je podaje. Byłam po jej stronie od początku do końca. Nawet wtedy, gdy myślałam sobie w duchu, że powinna „przejrzeć na oczy”, że serce matki i uczucia niedocenianej kochanki po przekroczeniu pewnych granic powinny skamienieć. Ale łatwo kobiecie zrozumieć, że asertywne macierzyństwo to idea mocno nierealna. I że w miłości (romansie czy „czymś mniej więcej”) duma jest wartością wielką, ale nie największą. Co więcej: w moich oczach Mildred zachowuje niezwykłą niezależność od mężczyzn i trzeźwo podchodzi do wychowania córek/córki. Reaguje stanowczo, niepokoi ją to, co i mnie by zaniepokoiło, cóż: trzeba by bardzo chłodno kalkulować, by dostrzegać kalkulacje innych. Czy założenie, że ci, których kochamy (dzieci!), są zdolni do uczuć jest naiwnością?

Jednak są tropy, sugerujące, że antagoniści Mildred mają jakieś swoje racje. I że perspektywa córki i kochanka kreuje zupełnie inną Mildred. Niemniej doceniam siłę perswazji zaklętą w grze Kate Winslet, która budziła moją empatię dla niej i wściekłość, irytację oraz sprawiedliwy gniew (!) wobec tych, którzy ją krzywdzą. I za to do złotej broszki dorzucam jakieś bardzo eleganckie kolczyki. Takie, które będą pasowały do różnych kreacji.

Druga sprawa to społeczny klimat amerykańskich lat 30. Oczywiście, jest możliwe, by pomimo kryzysu zbudować swoją karierę. Jeśli nie od pucybuta do prezydenta, to od bezrobotnej, przez kelnerkę w podrzędnym lokalu, po właścicielkę sieci restauracji słynących z glamour. A trudności z tym związane oraz aurę odtwarzającą styl pracy, lawirowanie różnych typów ludzkich między możliwościami tamtego świata (a jest tu miejsce i dla posłusznej siły roboczej, i dla dumnych pracowników, i dla drobnych naciągaczy, i dla trutniów-obiboków etc.) ciekawie się podpatruje.

Kluczową sprawą jest kwestia dobrego smaku („w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia” [Z.H.]). Mogłabym powiedzieć prościej, że chodzi o awans społeczny, ale to nie pieniądze czy ich brak budują dramat Mildred.

Gospodyni domowa (braki w wykształceniu i w doświadczeniu zawodowym) i eksżona faceta projektującego domy (bankrut) to żaden prestiż społeczny. Ale charakter nie musi być pochodną stanu posiadania, więc Mildred może być dumna i mierzyć wysoko. Nade wszystko chce, by takie były też jej córki. Opłaca lekcje muzyki Vedy, od ust sobie odejmie, by kupić jej fortepian, biega z nią do polecanych mistrzów, by zechcieli szlifować brylant talentu. Nie boi się pracy, ale wstydzi się, że dziewczynki mogłyby ją zobaczyć w fartuszku, obsługującą ludzi, zgarniającą napiwki. 

Nie ma się czego wstydzić, ktoś powie: w tym tkwi błąd Mildred, pozwalającej Vedzie myśleć, że świat elegancji i sztuki jest czymś lepszym niż rzeczywistość ludzi pracy. Ale właśnie ta buńczuczna niezgoda na to, co oferuje świat i potrzeba mierzenia wyżej zrodziły jej sukces. W rozmowie z Vedą, która kaprysi i cynicznie pokrzykuje na nią: kelnerka!, Mildred dławi się wstydem i obiecuje sobie i córce, że to wszystko tymczasowe, że stworzy własną restaurację. I mrzonki stają się faktem właśnie dzięki dumie. Klęska też ma w niej swoje korzenie, tak sobie rosną z jednego pnia: sukces i porażka.

Mildred nosi się z klasą. Ma szyk i wdzięk. Oczywiście inny w sukience w brązową łączkę niż w tej ecru z dnia swego ślubu. Za elegancję i bezpretensjonalność przyznaję Kate Winslet nagrodę w postaci pierścienia – skromnego i szykownego zarazem. Żeby pasował do każdej kreacji. 

Kulisy serialu odsłaniają, że Kate Winslet nosiła na sobie 66 kreacji. I to jest moim zdaniem wystarczający powód, dla którego serial Mildred Pierce po prostu warto obejrzeć. ;) Serio. W życiu nie założyłabym na siebie sylwestrowej sukienki Mildred, nie skusiłabym się też na brązową łączkę, a suknia złota … hmm… gdyby zaprosił mnie ktoś na tak prestiżowy koncert, w tak prestiżowym miejscu, to kto wie (choć raczej nie). Świetne stroje z lat 30. i ciekawa scenografia. Mamy tu po pierwsze wnętrze amerykańskiego domu (o zmieniającym się standardzie), mamy knajpki i restauracje, pola do gry w polo (nomen omen), filharmonie, ulice, po których jeżdżą cudne staroświeckie auta.

Tak. Ale najważniejsze i zdecydowanie przesądzające, że warto zobaczyć, jest to, co dzieje się między matką a córką. Rolę Vedy kreują dwie aktorki: młodszą – Morgan Turner, starszą (rewelacyjna!) Evan Rachel Wood.

Pal licho poprawność! Muszę przyznać, że dołożyłabym jeszczę jedną serię klapsów, gdyby tylko to przetrzepanie tyłka Vedy mogło jej przemówić do rozumu. Może porównanie do Kevina, o którym trzeba było porozmawiać, jest przesadą – ale nie tak znów dużą. Tyle, że tu nie chodzi o psychozę, o przemoc fizyczną, lecz o bezwzględność sopranu koloraturowego. Wielką artystkę (z piekła rodem) i podłą dziewuchę. 

* Wszystko, co najgorsze, przyszło do Mildred za pośrednictwem jej córki. Nie będę nazbyt odkrywcza, jeśli dodam, że tą samą drogą przywędrowało to, co najlepsze. Sceny, w których twarz Mildred rozpromienia szczęście, to uczucie dumy z własnego dziecka. Za każdą z tych chwil Mildred byłaby gotowa zapłacić każdą cenę. I płaci. Sceny, które ukazują jej porażkę, to chwile upokorzeń – takich, których za żadne skarby nikt nie chciałby doświadczać na własnej skórze. 

* Zakończenie: dobre. Katharsis, przede wszystkim dla widza. Co zrobi dalej Mildred, nie wiadomo, ale załóżmy, że upiecze dobre ciasto. Bo to potrafi robić jak nikt.



Reklamy

34 thoughts on “Mildred piecze ciasto

    1. tamaryszek Autor wpisu

      :))) Monty Beragon faktycznie: po Ashleyowatym mężu Bercie, po brzuszkowatym Wallym robi wrażenie. Ale typ strasznie wypiękniony. Zaakceptowałam dopiero przy drugim podejściu (mam na myśli ponowne nawiązanie relacji). Choć widać źle go wyczułam, bo za drugim razem, choć bardziej ludzki się wydawał, to de facto było odwrotnie.
      A we mnie krwi arystokratycznej tyle, co w Mildred, więc zrozumienia nie mam dla faceta, który smakuje drinka, gdy roboty w bród!
      Niemniej jednak nazwisko sobie zapamiętuję (Guy Pearce), bo choć widziałam go we wcześniejszych rolach, to zawsze ktoś się wysuwał przed niego i nie odnotowałam.
      :)

    2. szwedzkiereminiscencje

      nie mówie, ze material na cokolwiek – ale LADNY

      zachowal sie okropnie, ale co sobie podzyla z im to jej. i chyba ja dowartosciowal jako kobiete

      wally byl straszny!!!

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Erotyka to jednak nie z lat 30. To znaczy myślę o sposobie jej pokazania. A właściwie…sama nie wiem, czy sposób pokazywania się zmieniał, czy jednak życiowy styl również. Monty „ładny”, ale niestety tak bardziej w stylu Brada Pitta. Lepiej rozumiem zachwyt 11-letniej Vedy niż Mildred. Ale jeśli chodzi o dowartościowanie (to jest straszne! żeby wartość wzmacniała się czyjąś adoracją!), to tak właśnie było. Cóż.

    4. szwedzkiereminiscencje

      nie zylam wtedy, wiec moge tylko spekulowac. ale czytalam anis nin i o przygodach d’annunzia…

      zainteresowanie drugiej osoby zawsze j mile i kazdy czlowiek ma potrzebe akceptacji (gdzies w srodku piramidy maslowa)! potem to juz osobisty wybór czyja akceptacja nas najbardziej uszczesliwia – mialam narzeczonego podobnego do montiego i to bylo b przyjemne. do czasu ;-)

  1. Ewa

    Z serialu widziałam fragmenty, bodaj 1 odcinek cały. Oglądało się wspaniale, również ze względu na scenografię, kostiumy, plenery. Tak, tak, lubię to.
    Kate jest prawdziwa do bólu, Guy egoistyczny i zimy. Co komu po urodzie takiego, tylko czasem miłego, ukochanego.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Kate jest świetna zwłaszcza w tych momentach, gdy naprawdę dostaje od życia w kość. Wiarygodna i nie przesłodzona. Jakby brała pod uwagę jakieś racje drugiej strony (a to zawsze uszlachetnia). Nie chciałam tu wyliczać tych scen, które wywoływały palpitacje serca, bo lepiej jednak zobaczyć.;)
      Facet, który jest „tylko czasem miły” to jednak nie to. :)
      Dołączam złotą Mildred: Mildred w złotej sukni

  2. holly

    Tamaryszku, wielkie brawa za przepiękną recenzję! Zgadzam się z Tobą, to relacje z córką są chyba najmocniejszą stroną tego serialu. Nie wiem, może nowoczesne scenariusze w serialach amerykańskich są obecnie po prostu takie ” z życia wzięte” a może to ten serial jest wyjątkowy? Relacje z Vedą, to znakomicie mi znana z doświadczenia arogancja młodych dziewcząt wobec matek, ale nigdy nie widziałam tego zjawiska tak znakomicie pokazanego w filmie, nie sądzisz? To zimne, wyrachowane patrzenie w oczy matki, poniżanie jej…temat mnie od lat pasjonuje, swego czasu chodziłam przez cały rok na seminarium z literatury poświęcony matce oraz relacji między matką i córką. Dzieci są często okrutne, ale chyba mało jest na ten temat w literaturze, obowiązuje raczej sielankowy obraz…A Monty? zakochana kobieta zdolna jest do wszystkiego, traci rozum…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Holly! bardzo się ucieszyłam, gdy w poprzednim komentarzu wspomniałaś o tym serialu.:)
      Bez dwóch zdań relacja Mildred – Veda to kwintesencja filmu. To oliwa, bez której pozostałe tory byłyby narażone na terkotanie po wyślizganych łożyskach (czy czymś tam). Ostatecznie i kariera, i miłość nie są same w sobie aż tak absorbujące. Są w sam raz, skoro jest Veda.
      Świetna sprawa takie zgłębianie relacji na seminarium (rocznym!). Nadużycia są po obu stronach, mogą być. To jedna z silnie toksycznych relacji.

      Tak sobie teraz myślę, że Veda widziała w M. kogoś, kogo nie znosi, nie bez powodu. Głupio i chamsko, ale podłoże mogło być głębsze niż fanaberie artystki. Jednak zazdrość o tatę (pretensja, że odszedł), podejrzenie, że jakaś cząstka winy (urojonej, ale to nic) za śmierć Ray przypada Mildred. Poza tym: Veda zawsze była zafascynowana Montym. A Mildred właściwie nigdy. I Veda nie mogła go mieć. I chciała być lepsza (+inna) od matki.

      Scena w sypialni, w której Monty ogłasza, że czuje się wykorzystywany, najpierw mnie zirytowała. Co za dzieciuch! Ale jak sobie przypominam, to jednak ich relacja sprowadzała się do przyciągania erotycznego. Nic poza tym nie działało. Mildred-pszczółka, Monty-truteń.

      Mildred nie jest czysta, ale i tak ma rację.:))

  3. kornwalia

    Pod Twoim wpływem dodałam serial do listy:) W ogóle zafascynowana teraz jestem serialami kostiumowymi.
    Do Winslet przekonałam się…w zeszła sobotę, po obejrzeniu Epidemii strachu. Miała taka małą rólkę, ale była niesamowicie przekonywująca, po prostu całkowicie jej uwierzyłam, byłam pod wrażeniem jej naturalności.

    Odpowiedz
  4. tamaryszek Autor wpisu

    @ Kornwalio!
    Kate Winslet jest po prostu dobra. Właściwie tylko ten banał przychodzi mi do głowy. Ostatnio – w Rzezi – popisała się zmysłem humoru. Przedtem Lektor, Droga do szczęścia, Małe dzieci…Nie będę wymieniać. Ale Epidemii strachu jeszcze nie miałam okazji obejrzeć.

    Naturalność i brak przerysowań, a w serialu (przy tak intensywnej obecności na ekranie) łatwo mogła się ześlizgnąć w stereotypy i histerię. Lubię jej opanowanie w roli Mildred. Ja w kilku sytuacjach chyba miałabym ochotę sobie wrzasnąć. A tu jest takie przyglądanie się jakby koniec świata po prostu musiał wybrzmieć (40% szoku, 60% cierpliwości i 100% stylu).
    Podglądanie sukienek też jest fajne.:)

    Odpowiedz
    1. kornwalia

      Nie doceniłam jej w tych filmach, o których piszesz, zwłaszcza w Lektorze mnie irytowała, śmiesznie zagrała, kiepski film do tego. A za to w filmie o jakiejś, kurka, epidemii, nagle zaskoczyło i doceniłam jej talent :)

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Mój głos po stronie „Lektora”.:)
      Z wielu powodów. A dwa wymienię. Bo się na nim rozpłakałam (irracjonalne, nie wyjaśnię). I to czytanie książek, te prekursorskie audiobooki! I uczenie się czytania na opowiadaniu Czechowa (?). Mam sentyment.

    2. szwedzkiereminiscencje

      u mnie za milosc: milosc do ksiazek i milosc do kate winslet

      a poza tym za odwage pokazania co die dzialo w niemczech po wojnie – co sie stalo z ludzmi zamieszanymi w maszyne wojenna. ze ci mali byli karani, a waznym uchodzilo na sucho

  5. czara

    Tamaryszku, przez Ciebie poprosiłam moją lepszą połowę o zdobyciu choćby jednego odcinka tego serialu, narażając się na kpiące spojrzenia ;) Zobaczymy, w razie czego reklamacje zgłoszę tutaj!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Zaraz, zaraz…w pierwszym zdaniu są trzy nielogiczności. Primo: w tandemie może być tylko jedna lepsza połowa, to masz zarezerwowane. D. jest prawie równie dobry. Secundo: od razu wszystkie pięć odcinków, bo dopiero w czwartym pojawia się Evan Rachel Wood. Tertio (ale nie, to nie jest nielogiczne tylko dziwne): kpina, bo serial czy kpina, bo pięć godzin o pewnej pani i jej ciastkach?

      :) Ok, w razie czego zapraszam do reklamacji.:)

    2. czara

      Reklamacji nie bedzie, choc moze powinnam, bo od paru dni chodze spac o dziwnych porach, a to przez amerykanskie ciasteczka ;)
      A raczej kostiumy i dekoracje uwielbiam lata 30 i ta dokladnosc w odtworzeniu tamtego swiata, chapeau bas dla HBO! Widzialam ich rodzine Borgiow i moge powiedziec, ze na swoich mini serialach nie oszczedzaja. I tak jak Ty jestem za niebieska sukienka bez rekawow, chetnie bym zapytala Mildred w jakiej sieciowce kupila ;)
      Poza tym zgadzam sie z Toba, ze Monty to mydelko, takie macho-mydelko.
      Co do reszty – nie zgadzam sie w ogole. Latwo krytykowac Vede, ale tak naprawde czarna postacia jest tu zedcydowanie Mildred. Jesli Veda jest potworem i krzywdzi matke, to ta ostatnia naprawde dobie na to zasluzyla. Sama wpajala w nia poczucie bycia kims lepszym i cala te falszywa dume. Corke traktowala jak przedluzenie samej siebie, nie mogac zniesc faktu, ze Veda odnosi sukces bez jej udzialu i chce sie usamodzielnic. Ale coz, Mildred to nowobogacka prowincjuszka. Glupia gaska, ktora wykorzystuje mezczyzn (Wally zalatwia jej sprawy prawno-finansowe, malzenstwo Monty’ego po prostu kupuje sobie razem z idiotycznym pałacykiem, by odzyskac Vede, a do Berta wraca jak ja juz jest na lodzie).Na dodatek ma sklonnosci do przemocy.
      Oczywiscie, cos sie jej tam udaje, ale szybko to traci, co tylko potwierdza powiedzenie o slepych kurach i ziarnkach. I masz racje, powinna raczej skupic sie na swoich ciastkach, bo tyko tyle dobrego umiala zrobic. (No, nie bede taka okrutna – byl jeszcze kurczak;)
      Ale fakt, ze tworcom filmu i Winslet prawie sie udaje nas przekonac, ze Mildred to tylko biedna owieczka, to raczej ich sukces!

      (przepraszam, ze bez ogonkow)

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Ufff, odetchnęłam.;) Reklamacje bez pretensji o zmarnowany czas (byłam prawie pewna!). W zasadniczych, życiowych kwestiach jesteśmy zgodne: ta sama sukienka nam się podoba i mamy ten sam odruch na pewien typ męskiej urody. Zgoda.
      A w kwestiach drugoplanowych zachodzą rozbieżności.;)
      Ja się nie zgadzam na „głupią gąskę”, bo błędy Mildred były po prostu wkalkulowane w zmieniającą się sytuację życiową. Trudno oczekiwać od niej mądrości arystokratycznej matrony. Duma była może szkodliwa (ale i napędowa, poza tym: charakterna, to po niej odziedziczyła ją Veda). Że źle ją rozegrała, że nie przewidziała, jak łatwo z narzędzia obrony zmienia się w coś, co okalecza…to fakt. Masz nawet rację z tą manipulacją. No tak, po zakończeniu filmu też tak pomyślałam. Ale tak strasznie mnie bolały kopniaki, jakimi los ją częstował…I tak bardzo mi się podobał brak histerii i przekonująca gra Kate Winslet… Że ja byłam za Mildred na 200 %. I teraz też bym cicho pisnęła, że jednak jeśli nie ona ich, to oni ją (o facetach). Albo że trudno ją winić, że potrzebowała więzi z Vedą. Ta scena, gdy ona chce incognito płacić dyrygentowi za lekcje śpiewu Vedy, a ten jej mówi, by sobie dała spokój: córka śmiała się, że pewnie mamusia przybiegnie z pieniążkami. Rozumiem, że nie może kupić miłości córki, ale co – u diabła! – ma robić, by ją pozyskać?
      Słowem: Mildred nie święta, ale babska do bólu. Veda na pewno ma swoje racje, ale i tak mnie przeraża.
      A Bert na końcu naprawdę dobrze się odnalazł. Zasługuje na ciasteczko. Nawet dwa.;)

    4. czara

      Potrzebuje więzi? Tak, toksycznej. Pozyskać miłość? Przypomina mi się taka piosenka: if you love somebody set them free. A Mildred nie może dać wolności Vedzie, bo uważa ją za swoją własność. Jest trochę jak Pigmalion i chyba chętnie zamiast Monty’ego czy Barta poślubiłaby właśnie Vedę ;) A trochę jak Wokulski zakochany w Isabelii. Isabela nie chciała Wokulskiego, bo ten miał czerwone ręce, a Mildred dla Vedy „śmierdzi smażonym tłuszczem”. Ale to Mildred nigdy nie powiedziała dziecku, że praca jest wartością samą w sobie, i że kelnerki są tak samo godne szacunku jak wielkie pianistki.
      Mildred dostaje kopniaki od życia, ale przyjrzyjmy się co dostaje jej córka. Najpierw rozwód rodziców, śmierć siostrzyczki, kolejni kochankowie matki w domu (z Montym Mildred nie raczyła nawet udać się do sypialni, zrobili to w salonie), rozbudzone nierealistyczne ambicje co do jej talentu i gorycz porażki, gdy okazuje się, że jego brakuje. Na końcu mamuśka chce jej ją jeszcze fizycznie okaleczyć. Ojciec? Raczej taki niedzielny, co zresztą ostatnia scena potwierdza więc rzeczywiście powinien z Mildred jeść jedno ciasteczko.
      Oczywiście, jestem teraz adwokatem diabła choć przez cały ten serial miałam sama ochotę udusić Vedę, małą czy dużą, i też bym za Mildred poszła w ogień. Ale realizatorzy filmu cały czas ją kryli, a ona sama zmanipulowała nawet widza :)
      Jednak nie zgodzę się co do braku histerii, bo Mildred cały czas w filmie na kogoś wrzeszczy, jak nie ma argumentów to przekłada dzieciaka przez kolano, policzkuje, w końcu próbuje udusić! W finalnej scenie wyszło już, że nawet ta rozpieszczona, nieznośna pannica ma więcej klasy od swojej matki, która znowu robi sceny i całe szczęście, że nie miażdży jej palców tymi drzwiami taksówki. Narcyz, a nie kobieta i stawiam tezę, że są z Vedą po jednych… ciasteczkach :)

    5. tamaryszek Autor wpisu

      :)) Ależ ona potrzebuje normalnej, zdrowej więzi, tylko trafiają jej się toksyczne.;) Fascynująca obrona Vedy! Bardzo dobrze. Bo ja nie mam do niej serca. A potępiać w czambuł nie wypada. Zapewne gdzieś są korzenie – może za mało klapsów;)! – i coś ją tłumaczy, choć nie usprawiedliwia. Przypomnę kilka scen. Ta, w której Veda pieni się z wściekłości i rozpaczy, że nie ma talentu. Bo odrzucił ją upatrzony nauczyciel. Że boli – rozumiem, ale żeby nienawidzić za to cały świat? Chore emocje. Dowód, że jednak konstrukcja psychiczna tej panienki powinna się wystrzegać artystycznej drogi. Najlepsza byłaby kuchnia w maminej restauracji. Opracowywanie nowej receptury na ciasteczka (lub kurczaka). Tu zachowanie Mildred jest bardzo ok. Takt, zrozumienie, próba podsunięcia czegoś innego. Choć być może (tu dygresyjnie zbaczam z kursu) obie nie umieją się wycofać tak naprawdę.

      Druga scena. Mildred podpytuje o szantaż, którego dopuściła się Veda. Sposób, w jaki Veda informuje ją o ciąży-nie-ciąży jest perfidny i cyniczny do granic. Gdyby Mildred nie wskazała jej po tym drzwi, to byłabym zmuszona wyłączyć film. Scena w sypialni. Faktycznie, Mildred poniosło. Ale nie od razu. Najpierw oniemiała. Mydełko krzyczał, że się czuje wykorzystany, córa zaciągała się dymkiem… nie, no to jest nadwerężanie nerwów. Prężące się ciało sopranu koloraturowego domagało się podduszenia jak nic! Bałam się tylko, że Mildred przesadzi i jeszcze biedaczkę aresztują.

      Tu dodam, że czytałam o kinowej wersji tego tytułu z 1945 (reż. M.Curtiz, do scenariusza przykładał się sam W.Faulkner!), że cała opowieść toczy się jako retrospekcja. Film jest kryminałem. Mildred zabiła swego drugiego męża (odpowiednik Monty`ego), aresztowali ją, więc wspomina przeszłość.
      A nasza Mildred vel Kate ma na sumieniu co najwyżej krew kurczaków. Wiem, że to też stworzenia, ale jednak…cóż, jak to ujęła pani Szymborska: „żyjąc zjadamy cudze życie”. ;)

    6. czara

      Nie wiem, czy się dobrze zrozumiałyśmy. Ja nie mam zamiaru bronić Vedy i usprawiedliwiać jej zachowanie, bo jeśli to jej proces, to oczywiście oskarżona JEST winna. Ale moim zdaniem na ławie oskarżonych koło niej musi usiąść Mildred. Veda to jest potwór, którego stworzyła Mildred, bo te zalążki potworności są po prostu w niej samej. Zatem kara, która ją spotyka – zdrada, utrata korporacji i w końcu utrata córki – jest w pełni zasłużona.
      A co do filmu, o którym mówisz – tak, aresztowali matkę, ale winną oczywiście w końcu okazuje się córka. Mildred – prawdziwa matka (aż chciałoby się powiedzieć: Polka) jest czysta jak jej fartuszek i sukienka w łączkę. Bo tak najłatwiej.
      I jeszcze jedno, o co chodzi z tymi klapsami? To znaczy, że słynne „nie bić, tłumaczyć” dotyczy tylko grzecznych dzieci, a te niegrzeczne to już przez kolano i możemy się wyżyć?

    7. tamaryszek Autor wpisu

      Czaro, nie wiem, co z klapsami.:))
      Jak dotąd żadnego dziecięcia osobiście nie zbiłam. No i zakładam, że nie, bo tego rodzaju sytuacje są dla mnie żenujące i pewnie zaraz po klapsie wykopałabym sobie norkę w podłodze i do niej bym wlazła. Analogicznie jest z podnoszeniem głosu. Ale wiem, że czasami jest się blisko, naprawdę tuż tuż. Tylko poczucie śmieszności sytuacji ratuje człowieka przed „upadkiem”.
      Wracając do Mildred: ja zapamiętałam przede wszystkim te chwile, gdy ona milcząco, z pewną konsternacją znosi arogancję, próbując ją przeczekać, a później egzekwuje swoje (nakazując np. podniesienie zapałki czy coś w tym stylu). Potem pęka, no źle, ale ja zawsze pękałam chwilę wcześniej, więc nie mogę potępić.:)

      Czaro, nie mów tak, że kara „w pełni zasłużona”, bo się boję. Rodzice są zawsze toksyczni. Mniej lub bardziej. Wyobrażam sobie swoją toksyczność i aż mam dreszcze. Ale to, czego nie dostrzegam patrząc w lustro, jakieś moje niespełnienia, kompleksy, przekonania, wdrukowane schematy, ułomna empatia etc… – coś, czemu teraz chętnie bym zaprzeczyła, pewnie wypłynęłoby i tak, i to wtedy, gdy mleko byłoby już rozlane. Rodzice są zawsze trochę toksyczni, ale ta dawka trucizny jest do zneutralizowania. Na tym polega dojrzewanie. Z późniejszej perspektywy wydaje się nieraz, że toksyna była gorzką witaminką.;)

      Chyba rozumiem: nie uniewinniasz Vedy, ale szukasz wytłumaczeń. Nie stanę w opozycji, bo zgadzam się, że nie mamy tu do czynienia z psychopatką, lecz z krnąbrnym (może zagubionym), egoistycznym (samotnym?), niedopatrzonym (obciążonym) dzieciakiem, który zdziczał. Mildred nie może powiedzieć, że nie ma w tym swego udziału.

      A podoba Ci się zakończenie? Bo mnie tak. Nie wiem, czy to jest tego rodzaju wolność, o której pisałaś, że należy ją dać osobie, którą kochamy…Raczej wyzwolenie (z oczekiwań i nadziei). Co mam powiedzieć? Tak zupełnie poza sądem: żal mi Mildred.

      Ależ emocje budzi ten serial! Świetnie mi się z Tobą polemizuje. A sukienki w łączki nie są najlepsze. Dobrze, że Kate wypróbowała je za mnie.

  6. katasia_k

    Tamaryszku, po obejrzeniu serialu zastanawiałam się „o co tak naprawdę w nim chodziło” (bo raczej o coś więcej niż o toksyczną relację z córką i piękne stroje – skoro już o tym mowa – a co powiesz na sukienki Vedy?!) i dzięki Tobie chyba już wiem. Czy ten film nie przedstawia upadku American Dream? Mildred pracuje, poświęca się i stara i kończy jako bankrut – emocjonalnie i finansowo. Podstępna Veda kręci, mataczy i szantażuje i to do niej w końcu uśmiechnie się los. Czy nie przywodzi to na myśl Gatsby’ego, który ciężko pracował, by osiągnąć sukces, tylko po to, by odkryć, że wzbogacić się może jedynie jako przestępca?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Katasiu:)
      A to dopiero! O co chodziło? O ciastka. Ja obstaję przy tej wersji. Bo jak się dobrze coś umie robić, to przynajmniej tego jednego można być pewnym. Wszystko inne się sypie, jak domek z kart.
      Amerykańskość historii Mildred Pierce jest przewrotna. Z jednej strony: pewnik. Nigdzie poza Stanami nie moglibyśmy świadkować takiemu sukcesowi kobiety w latach 30. A z drugiej strony, masz rację, mit pucybuta został odwrócony, logika zakłócona – nie ma nagrody za dobre chęci ani kopniaka za podłość.
      Wielki Gatsby. Smutne. Czyżby smak sukcesu musiał być na dnie taki gorzki?
      Katasiu, co do sukienek, mnie się podoba ta niebieska, bez rękawów. Ale kostium z pierwszej randki z Montym, ten marynarski, był sympatyczny. Dołączam. I jeszcze suknię sylwestrową, moim zdaniem: absurdalnie i straszliwie kobiecą. Stroje Vedy były ciekawe. Wszystkie dorosłe.

      Mildred marynarska Mildred sylwestrowa

  7. szwedzkiereminiscencje

    jezeli mozna sie wlaczyc – ja mildred rozumiem i podziwiam. wykazala zadziwiajaco wiele inicjatywy, pracowitosci i sily woli. maz ja opuscil dla watpliwej wdówki i musiala sobie radzic jak potrafila – a nie miala ani wyksztalcenia, ani kapitalu, ani kursu przedwsiebiorczosci – i na dodatek byly inne czasy. tak jak kazda z nas grala taka „reka” (bridge) jaka dal jej los i uwazam, ze rozegrala partie niezle, szczególnie jak na debiutantke.

    w krytyce czary pobrzniewa troche inteligenckiiego lekcewazacego stosunku do „prywatnej inicjatywy” – a losy firmy mildred to niemal podrecznikowy przyklad z ekonomii przedsiebiorstwa. zeby firma szla trzeba jej poswiecic 24 godziny na dobre, trzeba isc na kompromisy/umiec sie dogadywac z ludzmi, trzeba sie rozwijac – ale nie za szybko (mildred troche przeszarzowala)

    nie wiem czemu nie widze krytyki meza, berta? powinien zajmowac sie dziecmi / veda na równi z mildred, a de facto to ona byla za nie odpowiedzialna. gdzie jego rola wychowawcza? czemu nikt go nie osadza? jeszcze zdobywa pochwaly, bo jak go wdówka zostawila na lodzie to sobie o zonie przypomnial. na drzewo z takim bertem – nie tyle „sie zachowal”, co przyszedl z podkulonym ogonem i mildred okazala wielkodusznosc, ze wiarolomce pod swój dach przyjela

    a co do dzieci – czaro, czy masz swoje? bo wychowanie dzieci w teorii (a nadchodza coraz to nowe) a w praktyce to dwie zupelnie inne rzeczy. mildred starala sie jak mogla i robila wszystko, co w jej mocy. czyli dokladnie tyle ile my, wszyscy rodzice czynimy dla swoich dzieci. jednym to wystarczy i maja kapital na zyie, a drugim paczy osobowosc. mildred miala i szczescie i pecha: udalo jej sie wychowac trudna i uzdolniona córke, która przejechala po niej niczym czolg radziecki. co nie zmienia faktu, ze veda bez mildred nie zrobilaby kariery

    jestem pewna, ze mildred podniesie sie, a veda wróci do niej za jakies 10-15 lat

    Odpowiedz
  8. tamaryszek Autor wpisu

    M., parafrazując przysłowie, od którego zaczęłaś: tak krawiec kraje, jak mu materiał staje. Czyli wracamy do meritum, do sukienek.
    Veda miała z pewnością mniej kreacji, ale naprawdę świetne. Fakt, szczypiorek z niej był i patrząc z profilu ciało miała jak z kartonu wycięte, ale właśnie dlatego tak dobrze wszystko na niej leżało.

    Co do Berta, oj, ja bym już wolała nie sądzić. Ogródek podlał, trawę skosił, dom i samochód podarował (a wszystkiego tego nie musiał)… Jak na jednego faceta to wcale nie mało. Trzeba było być, to był (za to doceniam go już bez ironii). Może „był” selektywnie, ale mostów nie palił.
    A Ktoś mi powiedział (męski punkt widzenia), że nie podziwiał Mildred i nie dał się zmanipulować Kate Winslet, bo cały czas się zastanawiał, dlaczego ten facet od niej odszedł, skoro ona była taka (niby) świetna. Znaczy: nie mogła być ok, skoro odszedł. No ale to męski punkt widzenia. Ja po babsku powiem, że relacje w ogóle (od startu po metę) są trudne. A bilans musi uwzględniać i zyski, i straty.

    Ale nikt nie przeżywał sukcesu Vedy jak Mildred! I to przeżywanie mnie wzruszało. Radio, filharmonia, dom weselny… Veda chyba tylko tym sposobem mogła okazywać swoją wdzięczność, a Mildred zachwytem koić upokorzenia.

    Piszmy petycję w sprawie nakręcenia epilogu! Niech się okaże, co dalej z dziewczynami. Która się uczy na błędach, a która się ich tylko wstydzi?

    Odpowiedz
    1. szwedzkiereminiscencje

      jak widac brakuje nie tylko epilogu, ale i prologu – bo nie do konca wiadomo dlaczego bert odszedl? posadzam, ze z wygody – prawdziwie po mesku, jakby to okreslila panna kordelia. zazwyczaj przy rozstaniach „zawinily” obie strony, co nie zmienia faktu, ze to mildred zostala sama z odpowiedzialnoscia za rodzine. jajk dla mnie bert j zupelnie mdly – moze dlatego nawet nie zauwazylam, ze cos czasami robi. mam zmodyfikowane szwecja podejscie: faceci potrafia wszystko zrobic i dzieckiem sie zaopiekowac. jedyma zaleta berta bylo, ze mial troche pieniedzy z domu ;-)

  9. tamaryszek Autor wpisu

    M., widzę, że nie odpuszczasz! Szwedzki facet to jest jakaś „nadnorma”. Mam nadzieję, że wobec kobiet kryteria są niższe. Bo nie wiem, czy bym nie odpadła.;)

    Chyba musimy się pogodzić, że choćbyśmy obiema rękoma głosowały za Mildred Pierce, to nie zmieni to faktu, że nie jest to film o interesujących facetach.

    Kordelia? Czy ja dobrze kojarzę, że to pewna starsza (acz żwawa) dama występująca w którymś sequelu Ani z Zielonego Wzgórza? Czy coś mi się miesza?

    Odpowiedz
    1. szwedzkiereminiscencje

      matka szwedka bywa zupelnie normalna, a czasami nawet b sympatyczna. na pewno bys wyrobila i jeszcze by zostalo

      b dobrze kojarzysz! panna kordelia to zapalona prezbiterianka i przeciwniczka rodu meskiego. pojawila sie w „wymarzonym domu ani”. pracowita i gadatliwa. sadze, ze j tuba samej autorki. pózniejsza zona marszalka elliota, kt nie golil brody kilkadzisiat lat, a jak ja zgili to nikt go nie poznal. ech te postaci z ani! zastanawialas sie kiedys która z nich moglabys zostac?

    2. tamaryszek Autor wpisu

      Co się będę długo rozglądać: Anią trochę jestem. (A która z nas nie jest?). Anią lubiącą wszystko po swojemu nazywać, coś napisać, zagapiać się w jakieś wiśnie kwitnące, uczyć się z pasją, wyobrażać sobie różne historie. Tyle że nie mam 11 lat, więc egzaltacji mniej a granic więcej. Hi, hi, ale z panią Kordelią to mnie zaskoczyłaś! Ty, feministka (?), z takim XIX-wiecznym zapleczem! Prawda. U Montgomery kobietki bardzo samodzielne!

    3. szwedzkiereminiscencje

      wierzaj mi aniu – pani montgomery b mnie zaskoczyla swoja nowoczesnoscia, jak znowu przecztalam cale szec tomów rok temu. myslalam, ze to zakurzona ramota, a bylo smiesznie i madrze.

      pewnie, ze jestem feministka – i lucy maud TEZ. to jakies nieporozumienie, ze w PL, gdzie j tyle samodzielnych kobiet, slowo feminizm wzbudza negatywne uczucia. na temat sytuacji kobiet w SE oraz feminizmu w PL i SE zrobila ze mna wywiad pani agnieszka kublik. wywiad ma sie ukazac w WO – ale nie wiadomo jeszcze kiedy. dla mnie feminizm idzie w parze z pieczeniem ciastek i haftowaniem ;-)

      pewnie masz na mysli panne kornelie? bo kordelia to bylo ulubione imie ani, zas kornelia to imie marszalkowej elliot. lubie takie kobiety: serdeczne i odwazne

    4. tamaryszek Autor wpisu

      M., jeśli odniosłam feminizm do Ciebie, to widać nie mam do niego uprzedzeń. Jasny dowód.:)
      Będziesz w „Wysokich obcasach”?! Ale super! Ogłoś, żebym nie przegapiła, bo chcę koniecznie!
      Feminizm i ciastka? To wypisz wymaluj Mildred Pierce! :)) Ale chyba za duży zakręt wzięłam, bo ustaliłyśmy wyżej, że Mildred nie święta (że dopuszczalny jest brak aprobaty do wyżej wymienionej). Cóż, nie da się o feminizmie jednoznacznie…

  10. Pingback: sercowe. Carol & Planeta… | tamaryszkowe pre-teksty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s