Archiwa miesięczne: Maj 2012

iluzja

„ARCHIPELAG” nr 8 (wiosenno-letni)

Świeży, ósmy numer „Archipelagu” ma na okładce zapowiedź: ILUZJA TRZYMA LITERATURĘ ZA RĘKĘ. Prawda, tak właśnie jest. Bo czy literatura nie jest zmyśleniem, a czy zmyślenie nie jest iluzją?

Co się kryje pod zapowiedzią, można sprawdzić.
Ja sobie myślę o skojarzeniach około iluzyjnych. Że iluzja to po pierwsze…, po drugie…, po trzecie….

Magia. Czary. Dziwy
Wieczór w dorożce i stukot kopyt zaczarowanego konia. Taką iluzję uruchamia szarlatan Gałczyński (któremu kłaniam się przez archipelagi zaświatów w podzięce za wiersze o małych kinach):

„Moja poezja to są proste dziwy,
to kraj, gdzie w lecie,
stary kot usnął pod lufcikiem krzywym
na parapecie”.
(Pisze o nim Karolina Osowska-Wolińska). 

Miraż. Złudzenie. Omam
Rozczarowanie lub eskapizm. Destrukcja lub życiodajne źródło.

Przywidzenie lub zniekształcenie
Właściwie każda subiektywna perspektywa uruchamia ten proces. Świat jest iluzją piętrową!

Impresja. Ulotność.  Płynność
Nieszczelność granic między światami równoległymi. Jak w opowieści o Alicji…

…Sen…
Sen przede wszystkim!

***********

W wiosenno-letnim numerze królują podróże. Do miejsc ciekawych, choć nie zawsze bezpiecznych i wakacyjnych.

To nie jest telewizja, by kliknięciem pilota surfować po programach. To nie jest Biuro Podróży, by przerzucać karty kolorowych folderów. To zupełnie coś innego: kilka tekstów, za którymi stoi kilka innych tekstów (inspiracji) albo kilka osób, z którymi spotkać się znaczy wkroczyć w inną przestrzeń. 

1) Wędrówki palestyńsko-izraelskie (z nieuleczonym fanatyzmem i „zanikającym krajobrazem” w tle).

2) Fascynująca rozmowa z Xinran, chińską pisarką tworzącą w Londynie, ale ukształtowaną doświadczeniami z ojczyzny. To podróż w mentalność chińskich kobiet, w kulturowy garb i bagaż jednocześnie. Pamiętam jedno zdanie: „…jeśli mówisz o przeszłości, to musi to służyć twojej przyszłości”. Dodaje ono istotny aspekt do naszej potrzeby wyznań, dawania świadectwa, odsłaniania siebie samych.

3) Akcent poznański, więc nie mogę pominąć. Choć de facto trochę afrykański, bo chodzi o Kazimierza Nowaka, który rowerem przemierzył Czarny Ląd, pisząc stamtąd reportaże. Ściślej: chodzi o Jacka Y. Łuczaka, autora Polski Kazimierza Nowaka, który podążył śladami tego reportera,  szukając tropów sprzed słynnej wyprawy i po niej. Bo życie nie zamyka się w tym, z czego zasłynęliśmy i również na „obrzeżach” można spotkać twórczy ferment. Obaj panowie są rodem z grodu nad Wartą. Łuczak, z którym Asia Wonko-Jędryszek przeprowadziła wywiad, zna Poznań jak własną kieszeń (Spacerownik poznański!).
Myślę, że Poznań (w każdym wymiarze) jest wart poznania. 

4) Indie i Nepal. Proszę bardzo. W „Archipelagu” odsłona Indii biednych, społecznie splątanych, problematycznych. Rozmowie z Pawłem Skawińskim, autorem reportażu Gdy nie nadejdzie jutro, przyświeca cytat z Beethovena:  „Nauczyłem się patrzeć na świat w całym jego złu, ale wciąż go kochać”.

5) Wielbiciele Murakamiego mogą poczytać o jego wspomnieniach podróży po Grecji.

6) Przystanek specjalny: Pakistan. Podróż z widokiem na współczesną literaturę tego kraju. Podróż szczególna, bo niby jesteśmy w Karaczi, ale zarazem na łodzi dryfującej to tu to tam, od jednego portu książkowego do następnego.

Zabrnęłam w tej wyliczance do takiego punktu, z którego nie widać już widnokręgu. To, co widać, to miraż. Za jedną linią, kolejna. Bo nie tylko rozmowa, nie tylko reportaż jest podróżą w inne miejsce. Przecież każda książka: ta z zagranicznego podwórka, ta z rodzimego wydawnictwa, ta panoramiczna, i ta klaustrofobiczna, drążąca mikroprzestrzeń jednego życia… każda jest wyprawą.

*************

Dwie zachęty specjalne. 

Pierwszą jest moja rekomendacja tekstu Roberta Mroza z działu W OBJĘCIACH X MUZY: Zbiorowa prywatność objawienia

Stalkerze Andrieja Tarkowskiego zwykło się mówić jako o luźnej adaptacji książki Piknik na skraju drogi Arkadija i Borysa Strugackich. Tymczasem, mimo iż fabularnie rzeczywiście dzieła te są ze sobą niepowiązane, dotyczą dokładnie tych samych problemów i niosą bardzo podobne przesłanie”.

Pochwała literatury science-fiction, która „wykorzystuje sztafaż fantastyki naukowej i atmosferę niezwykłej przygody do wypowiedzenia istotnych spostrzeżeń na temat człowieka, jego natury, dążeń i pragnień”.
I konfrontacja tekstu literackiego z autorską interpretacją poczynioną przez mistrza światowego kina, Andrieja Tarkowskiego. Oto  jeszcze jedna wyprawa – podróż do Strefy w poszukiwaniu transcendencji, zwątpienie w nią i nadzieja. To tropienie tego, co w obu dziełach wspólne i co w refleksji kończącej ten esej przemawia (mimo ostrożnego tonu hipotezy, która unika jednoznacznych kropek) mocno i olśniewająco.

„Wszystko to jednak zdaje się być tylko – istotnym, to prawda – tłem dla fundamentalnej prawdy, jaką niosą ze sobą Stalker i Piknik: pragnienie objawienia, choć głęboko prywatne, indywidualne i być może nawet niekomunikowalne, jest nam wszystkim jakoś wspólne i w tym sensie całkowicie zbiorowe. Czyżby radykalny indywidualizm miał być płaszczyzną międzyludzkiego porozumienia? Ot, kolejny znak zapytania…”

Druga rekomendacja to zaproszenie do zabawy w odgadywanie sennych obrazów.
Wspólnie z Lirael ułożyłyśmy Konkurs (wio)senny, dotyczący snów, które przyśniły się bohaterom literackim. Sięgnęłyśmy do dwunastu tekstów, odsłoniłyśmy (czasami stosując kamuflaż) fragmenty onirycznych iluzji. Kto pamięta, po przebudzeniu, co mu się śniło? Kto przypomni sobie, po zamknięciu książki, jakie były sny postaci spotkanych w danym tekście? Szczegół? Czasami bardzo istotny. W snach przeglądają się marzenia i lęki. Sny bywają lustrem albo symptomem, albo furtką, przez którą czmycha na wolność coś, co rozum zamyka na cztery spusty.

Jeśli już poznacie treść zagadek (czekam na nadesłanie odpowiedzi!), może zechcecie dorzucić coś jeszcze? Bardzo by mnie ucieszył ciąg dalszy katalogu snów wyjętych z literatury. Można zostawić ślad w komentarzach. Lub uciąć sobie drzemkę i sprawdzić, co się przyśni. :)

babski spryt i spleen

Karmel, reż. Nadine Labaki, Francja, Liban 2007.
Dokąd teraz? (Et maintenant, on va où ?), reż. Nadine Labaki, Francja, Liban,… 2011.

Nadine Labaki jest libańską aktorką i reżyserką dwóch filmów. W obu gra znaczące role kobiece. W obu mówi o kobietach i z kobiecego punktu widzenia patrzy na świat. Sercem Karmelu jest zakład fryzjerski w Bejrucie i ujawniane w jego tle babskie sekrety. Zabawne chwilami, ale i poruszające takie nuty kobiecej duszy, że melancholia przejmuje pierwsze skrzypce.

W Dokąd teraz? (wciąż na ekranach) to, co babskie, definiowane jest poprzez relację z tym, co męskie. A oba te pierwiastki są jak biel i czerń we wzorze w pepitkę: zespolone i nieprzenikalne zarazem. Z babskiej perspektywy męski świat wydaje się nieobliczalnie naiwny, chaotycznie zadziorny, z dąsami nie wiadomo o co. Gdyby ktoś nakręcił opcję męską, pewnie tak samo niezrozumiale wyglądałyby kobiece przekręty, nawiedzenia i cały ten babski swing. Nie pojmie jedno drugiego, ale czasem sobie w czymś pomoże, ocali nawet.

Dwa różne filmy, ale jeszcze kilka spraw je łączy. Na przykład kompozycja. Powiedziałabym: impulsywna. Owszem, zawiązanie akcji i finał są dość dobitne, ale opowieść snuje się od pomysłu do pomysłu, od sekretu do sekretu, od jednego diabła wyskakującego z pudełka po kolejnego. Nie wszystkie wątki mają swe dopowiedzenia, gdzieś dobrze po połowie pojawia się nowy trop, który zagarnia wcześniejsze. Można by to wytknąć, gdyby ktoś wolał opowieść bardziej uporządkowaną i zwartą. Ale po co komu jakaś żelazna spójność? Te filmy wciągają w krąg sąsiedzkiej zażyłości. Wszyscy uczestniczą we wszystkim, więc my też podpatrujemy to, co akurat się odsłania. 

Dokąd teraz? 

Głos z offu zapowiada, że będzie to „historia kobiet ubranych na czarno, z oczami malowanymi popiołem”.

Wioska na obrzeżach świata. Pop opiekuje się gromadką prawosławnych, imam sprawuje pieczę nad muzułmanami. Gdy w pierwszej scenie widzimy procesję kobiet na cmentarz – a jest to jeden z musicalowych epizodów – to nad kobietami unosi się duch tragedii. Idą na groby swoich mężów, braci czy ojców. Całują zdjęcia przystojnych chłopców, przynoszą kwiaty i opłakują niepotrzebną śmierć. Nie mają żadnego zrozumienia dla konfliktów, które raz po raz zbierają tu swoje żniwo. Mężczyźni są zapalni jak suche drzewo, w kobietach jest żyzność i soczystość życia. Gdy dochodzą do celu, rozdzielają się: po jednej stronie drogi są groby chrześcijan, po drugiej muzułmanów. 

Czego trzeba, by ta droga nie dzieliła? Jest na to sposób i ostatnia scena będzie klamrą, przynoszącą jeśli nie rozwiązanie, to przynajmniej unieważnienie podziału. Ale zanim do tego dojdzie, potrzebny będzie jeden dramat i wiele wariackich babskich pomysłów, by męskie konflikty spacyfikować.

O tym opowiada film, który wbrew cmentarnej klamrze jest komedią, trochę musicalem… z dramatem społecznym w tle. Bo – między jedną a drugą męską awanturą – w wiosce toczy się leniwe życie; gdzieś między kościołem, meczetem i knajpką prowadzoną przez piękną Amale (w tej roli reżyserka). W knajpce Amale plotkuje się i obmyśla plany działania. Szczególną mobilizację trzeba uruchomić, by „uchronić” mężczyzn przed informacją o konfliktach w sąsiedztwie. Oj, ach, uff… Gazety się ukradkiem rekwiruje, jedyny we wsi telewizor – zagłusza podczas transmisji informacji. Kobiety decydują się na sprowadzenie seksownych Ukrainek, by męskie rozproszenie scentralizować i unieszkodliwić. 

Są też ciasteczka z haszyszem. Na pewno smaczne, gdyż apetyczność kucharek musiała jakoś przeniknąć do wypieku. Lubię tę scenę. Ona również ma musicalowy charakter, jest energetyczna, zmysłowa, radosna. Kobiety są w niej razem (i w jedności ich siła), ale każda z nich ma sex appeal o samowystarczalnej mocy. Choć, oczywiście, haszysz już wspomagania nie wymaga. 

Cudna jest scena flirtu między Amale i Rabihem. Mężczyzna remontuje kawiarenkę Amale (cała wioska plotkuje, że dłużej niż trzeba) i wciąż ukradkiem na nią spogląda. A ona dyskretnie unika tych spojrzeń, ale przecież porusza się pod ich wpływem. Musicalowa scena (jest ich w filmie ledwie kilka) surrealnie to wydobywa.

Nadine Labaki robi coś ryzykownego, inkrustując film muzycznymi scenami. Piosenki łagodzą kanty, wprowadzają nastrojowość, nawet melodramatyczność. Pytanie, czy to nie spłyca problemu, nie infantylizuje autentycznych przecież animozji i dramatów? Myślę, że efekt jest świetny: mądra komedia, w której jest ból, jest nieodwracalne cierpienie, ale równie silna jest nadzieja i uparta chęć przechytrzenia losu. Źródłem nadziei są kobiety. Chyba najbardziej poruszający jest tu wątek Takli i jej syna, uwspółcześniony topos Mater Dolorosa. W filmie tych babskich pomysłów jest co niemiara, ostatni (przepraszam, spojleruję!) polega na absurdalnej zamianie ról: muzułmanki zrzucają chusty, chrześcijanki je zakładają. Owszem, komediowe qui pro quo, które wywoła nieco zamieszania. Ale ten pomysł jest genialny! I naprawdę jedyny słuszny: wyjść ze swej skóry, wejść w cudzą, zmienić perspektywę oglądu świata, uwolnić się od najświętszych przywiązań. Nie wiem, czy to jest możliwe (na pewno nie tak dosłownie jak w komedii), ale to jedno naprawdę leczy rany i chęć odwetu.

Karmel

Pod wpływem kinowego seansu sięgnęłam po film sprzed pięciu lat. Rozpoznaję w nim ten sam nerw humoru i wdzięku, przede wszystkim tę samą aktorkę-reżyserkę (tu w roli fryzjerki Layale), tę samą mieszankę sprytu i melancholii. Ale spleenu tu chyba więcej. Sekrety pięciu kobiet są takie, że pewnie żadnej z nas nie przydarzyłyby się wszystkie razem, ale przynajmniej jeden, choćby jakiś jego wariant… na pewno. Arcybabskie kino na wysokich obcasach. 

Jeśli na Dokąd teraz? warto wybrać się do kina w towarzystwie  Mężczyzny (vice versa: gdy się jest facetem to z Kobietą), to Karmel boli najsłodziej w towarzystwie przyjaciółek. Karmel, że słodki to wiadomo, ale w salonie kosmetycznym służy do zabiegów, które bolą jak wszyscy diabli. To bardzo adekwatny tytuł. 

Nie będę tu wtajemniczać w losy Layali, Rimy, Jamale, Rose czy Nisrine, wymienię tylko wyrwane z konteksty sceny, które mnie poruszyły. Dwie drobne, trzecioplanowe. Gdy jedna z bohaterek ścina włosy i później idzie ulicą przeglądając się w każdym lustrze – podoba się samej sobie i nie może nadziwić się zmianie… Bo rzeczywiście młodnieje jakoś i całe życie, nie tylko włosy, wygląda jak odmienione. Drugi epizodzik dotyczy Pana, któremu Rose skraca spodnie. Nic prawie nie mówi, przygląda się krawieckiej robocie Rose i wsłuchuje w jej dialogi z siostrą. A potem wraca. I każe sobie skrócić spodnie jeszcze trochę. Szarmancki pan w za krótkich spodniach rozczula swym dystansem do własnej śmieszności. Z resztą: nie jest śmieszny, budzi westchnienie.

A co tu dopiero mówić, gdy sobie człowiek przypomni czekającą na telefon Layalę? Albo Layalę, która przygląda się żonie mężczyzny, z którym chciała być i której z wolna przechodzi ochota na konfrontację. Że co? Że banał? Ale niech ktoś spróbuje obejrzeć film i nie westchnąć! Co najmniej kilkanaście głębokich westchnień pojawi się niezawodnie. 

życie przed sobą

Romain Gary (Émile Ajar), Życie przed sobą, Wydawnictwo Cyklady, Warszawa 2005.

***

W sumie: chodzi o to, by kogoś kochać. Tak zupełnie „bezwzględnie”. To znaczy bez względu na walory i zasługi. Tak jak Momo kochał panią Rozę. Ona na pewno jego też. 

Dlaczego? Może ze względu na to, by uniknąć jałowości i spranych kolorów. Chociaż czy miłość ubarwia życie? Czy tu chodzi o barwę raczej czy o smak? 

Bo motto jest następujące:
Powiedzieli: „Oszalałeś przez Tego, którego kochasz”.
Odrzekłem: „Smak życia jest tylko dla szalonych”.

***

Książka ma ciekawą historię. Nie jest to bowiem tytuł nowy. W 1975  roku Émile Ajar otrzymał za Życie przed sobą Nagrodę Goncourtów. Fenomen polegał na tym, że pod tym pseudonimem ukrywał się pisarz, który tę nagrodę otrzymał kilka lat wcześniej. Jako jedyny wymusił podwójne potwierdzenie swego talentu. Mistyfikacja trwała aż do śmierci pisarza i obejmowała również osoby postronne, m.in. „figuranta” podszywającego się pod tę postać. Romain Gary – to oficjalne personalia. Ale gdyby sięgnąć do czasów przedliterackich (pochodził z Wilna, skąd emigrował po I wojnie światowej do Francji) to mamy do czynienia z Romanem Kacewem. Te przebieranki są jak mrużenie oka, gra, przekora. Podobają mi się i diagnozuję, że impulsem był zmysł humoru, skłonność do odwracania świata do góry nogami, do kabaretowych w swych korzeniach chwytów qui pro quo. Może zbyt pochopny wniosek? Romain Gary zmarł śmiercią samobójczą. To niby niczemu nie zaprzecza. Ale poczucie humoru miał czarniejsze niż można by przypuszczać.

***

Kurewski świat pani Rozy. Tak, kurewski, ale czysty jak łza. Literatura lubi zapuszczać żurawia w te pograniczne rejony i tak wywracać nasze przekonania i uprzedzenia, że ostatecznie wierzymy w świętość kolejnej Soni Marmieładowej czy Małgorzaty Gautier. Tu mamy świat trochę odmienny. Nie tak mroczny jak u Dostojewskiego i nie tak romantyczny jak  u Dumasa (syna). 

Paryż wczesnych lat 70., dzielnica Belleville, gdzie obok siebie żyją imigranci: Żydzi, Arabowie i Murzyni. Kamienica, w której na szóstym piętrze niegdysiejsza prostytutka wychowuje dzieci kobiet z branży, oddane jej i opłacane z różną regularnością. Pani Roza jest Żydówką, która przeżyła Holokaust w Polsce. Czasem, gdy bardzo jej źle, wyciąga spod łóżka portret Hitlera i przypominała sobie, że pierwowzór jest już  nieszkodliwy.

Stara jest, ale „kiedyś była kobietą i trochę jej z tego jeszcze zostało”. Ma swoje dziwactwa, jest gruba i rozpada się mentalnie na naszych oczach. Ostatnią dekadę życia ubarwia (albo przyprawia, gdyby trzymać się metafory miłości-smaku) jej Momo, przybrane dziecko, z którego perspektywy prowadzona jest narracja. Momo, czyli Mohammed. W ochronce pani Rozy nie przywiązywało się wagi do religii jako takiej, ale pilnowano, by nikomu niczego nie odebrać, więc Arab wysyłany był na nauki do uczonego w Piśmie, Żyd dostawał koszerne jedzenie, a Murzyna zaprowadzano na ulicę, gdzie żyli jego współplemieńcy, „by się napatrzył na czarne”.

Nie wiadomo, ile lat ma Momo, gdy spisuje wspomnienia, pisze z perspektywy, w której wszystko się już dokonało, ale wciąż myśli i mówi jak dziesięciolatek. O, pardon: dziesięciolatek, który pewnego dnia postarzał się o cztery lata w ciągu kwadransa. Momo jest do pani Rozy przywiązany tak cudnie, prawdziwie, dziecięco i dojrzale, że dla tej wzruszającej relacji trzeba tę książkę przeczytać. 

„Z początku nie miałem pojęcia, że pani Roza zajmuje się mną tylko dlatego, żeby dostać przekaz pod koniec miesiąca. Kiedy się o tym dowiedziałem, miałem już sześć czy siedem lat. Jakbym dostał w łeb na wieść, że jestem opłacany. Myślałem, że pani Roza kocha mnie za nic i że jesteśmy dla siebie kimś. Przepłakałem całą noc i to było moje pierwsze wielkie zmartwienie”.

” – Nie trzeba płakać, Momo, to naturalne, że starzy ludzie umierają. Ty masz jeszcze całe życie przed sobą.
Chciał mnie drań nastraszyć, czy co? Ciągle słyszę, jak starsi mówią z poczciwym uśmiechem «jesteś młody, masz całe życie przed sobą», jakby im to sprawiało przyjemność. Wstałem. No dobra, wiem, że mam całe życie przed sobą, ale nie będę z tego robił afery”.

Książka jest zabawna, świeża, pełna błyskotliwych podpatrzeń, jakichś łez wychlipanych w ukryciu i bezpośrednich, zadziornych puent. I jest zarazem smutna, tak bardzo, jak tylko smutne może być przemijanie. Zwłaszcza w tej fazie, gdy nie chodzi już o ubytek urody, mniejszą energię, spadek kondycji fizycznej. Ale wtedy, gdy miesza się pamięć, kretyniejemy, nikną podpory i drogowskazy, dzięki którym wiedzieliśmy z grubsza, o co nam w życiu chodzi. Gdy najbliżsi mruczą pod nosem, że byłoby już najlepiej dla nas, gdyby czas dobiegł mety. To, że starość podpatrywana jest przez wrażliwego chłopca, który zaskakuje wiernością (a chwilę później myślę sobie: dlaczego zaskakuje? dlaczego oczywisty miałby być egoizm i komfort?) – buduje niezwykły efekt. Trochę makabryczny, trochę komiczny. 

Właściwie – tyle. Niczego już nie mogę dodać, by nie zepsuć nikomu lektury. 

Ale jeszcze chętnie wspomnę o jednej z moich ulubionych scen, dygresyjnej wobec tego, co tworzy nurt główny opowieści. Rzecz w tym, że Momo portretuje sąsiedzki światek: transwestytę panią Lolę (do rany przyłóż!), pana Hamila, który studiował Koran, a później pomylił go z Nędznikami Wiktora Hugo (Momo: „jak dorosnę, też napiszę nędzników, to się zawsze pisze, kiedy się ma coś do powiedzenia”.), jakichś przybyszów z Afryki, co tańce plemienne w kamienicy odgrywali, prostytutki i alfonsów. I jeśli przyjaźń pani Rozy z Momo to kolor bazowy opowieści, to dygresje o postaciach drugiego planu stanowią niezłą paletę odcieni.

Muzułmanin szuka syna. Odwiedził raz panią Rozę licho wyglądający mężczyzna, dopiero co zwolniony z psychiatryka, który postanowił odebrać dziecko zostawione u niej dziesięć lat temu. Cóż, pani Rosa nie zamierza rozstawać się z Momo, podsuwa mu więc inną ofertę, doprowadzając mężczyznę do szału. Twierdzi, że jego syn ma teraz na imię Mojżesz i jest, co sugeruje nazwa, Żydem. Oto jego reakcja.

„Jedenaście lat temu powierzyłem pani trzyletniego syna, muzułmanina o imieniu Mohammed. Dała mi pani pokwitowanie na muzułmańskiego syna, Mohammeda Kadira. Jestem muzułmaninem, mój syn był muzułmaninem. Jego matka byla muzułmanką. Powiem więcej: oddałem pani arabskiego syna w należytej formie i takiego chcę widzieć. Absolutnie nie chcę żydowskiego syna, madame. Nie chcę go, koniec, kropka. Zdrowie mi nie pozwala. (…) Pozwalam sobie nadmienić, że nie wolno mi doznawać podobnych wzruszeń. Przez całe życie byłem obiektem prześladowań, mam na dowód zaświadczenia lekarskie, które stwierdzają na wszelki użytek, że jestem prześladowany.

– Ale w takim razie czy jest pan pewien, że nie jest pan Żydem? – zapytała pani Roza z nadzieją.

Po twarzy pana Jusefa Kadira przebiegały skurcze boleści.
– Jestem prześladowany, nie będąc Żydem. Nie macie monopolu. Koniec z żydowskim monopolem, madame. Są inni ludzie poza Żydami, którzy też mają prawo być prześladowani. Chcę mojego syna Mohammeda Kadira w arabskim stanie, w jakim go pani powierzyłem za pokwitowaniem. Nie chcę żydowskiego syna pod żadnym pozorem, i tak mam dość zmartwień”.

Wyrwany z kontekstu cytat oddaje klimat językowy tej opowieści. Gdyby cokolwiek mąciło jego odbiór, dodam, że książka o żadne rasizmy czy nazizmy nie zahacza. Wręcz przeciwnie: zachowuje wobec nich jak najsłuszniejszy dystans.

*************************

ps.
Rany! jak się cieszę, że mogłam to napisać. Miałam szlaban, dopóki nie wywiążę się z innej inszości. A jako prawdziwy grafoman, gdy nie mogę sobie popisać, jestem na głodzie. Usycham, rozpada mi się świat wartości, nie wiem, co robić z rękoma, mam nerwowe tiki i inne takie okropieństwa. Jeszcze chwila a groziła mi wysypka. Uff, co za ulga.