Archiwum dnia: 18 Maj 2012

babski spryt i spleen

Karmel, reż. Nadine Labaki, Francja, Liban 2007.
Dokąd teraz? (Et maintenant, on va où ?), reż. Nadine Labaki, Francja, Liban,… 2011.

Nadine Labaki jest libańską aktorką i reżyserką dwóch filmów. W obu gra znaczące role kobiece. W obu mówi o kobietach i z kobiecego punktu widzenia patrzy na świat. Sercem Karmelu jest zakład fryzjerski w Bejrucie i ujawniane w jego tle babskie sekrety. Zabawne chwilami, ale i poruszające takie nuty kobiecej duszy, że melancholia przejmuje pierwsze skrzypce.

W Dokąd teraz? (wciąż na ekranach) to, co babskie, definiowane jest poprzez relację z tym, co męskie. A oba te pierwiastki są jak biel i czerń we wzorze w pepitkę: zespolone i nieprzenikalne zarazem. Z babskiej perspektywy męski świat wydaje się nieobliczalnie naiwny, chaotycznie zadziorny, z dąsami nie wiadomo o co. Gdyby ktoś nakręcił opcję męską, pewnie tak samo niezrozumiale wyglądałyby kobiece przekręty, nawiedzenia i cały ten babski swing. Nie pojmie jedno drugiego, ale czasem sobie w czymś pomoże, ocali nawet.

Dwa różne filmy, ale jeszcze kilka spraw je łączy. Na przykład kompozycja. Powiedziałabym: impulsywna. Owszem, zawiązanie akcji i finał są dość dobitne, ale opowieść snuje się od pomysłu do pomysłu, od sekretu do sekretu, od jednego diabła wyskakującego z pudełka po kolejnego. Nie wszystkie wątki mają swe dopowiedzenia, gdzieś dobrze po połowie pojawia się nowy trop, który zagarnia wcześniejsze. Można by to wytknąć, gdyby ktoś wolał opowieść bardziej uporządkowaną i zwartą. Ale po co komu jakaś żelazna spójność? Te filmy wciągają w krąg sąsiedzkiej zażyłości. Wszyscy uczestniczą we wszystkim, więc my też podpatrujemy to, co akurat się odsłania. 

Dokąd teraz? 

Głos z offu zapowiada, że będzie to „historia kobiet ubranych na czarno, z oczami malowanymi popiołem”.

Wioska na obrzeżach świata. Pop opiekuje się gromadką prawosławnych, imam sprawuje pieczę nad muzułmanami. Gdy w pierwszej scenie widzimy procesję kobiet na cmentarz – a jest to jeden z musicalowych epizodów – to nad kobietami unosi się duch tragedii. Idą na groby swoich mężów, braci czy ojców. Całują zdjęcia przystojnych chłopców, przynoszą kwiaty i opłakują niepotrzebną śmierć. Nie mają żadnego zrozumienia dla konfliktów, które raz po raz zbierają tu swoje żniwo. Mężczyźni są zapalni jak suche drzewo, w kobietach jest żyzność i soczystość życia. Gdy dochodzą do celu, rozdzielają się: po jednej stronie drogi są groby chrześcijan, po drugiej muzułmanów. 

Czego trzeba, by ta droga nie dzieliła? Jest na to sposób i ostatnia scena będzie klamrą, przynoszącą jeśli nie rozwiązanie, to przynajmniej unieważnienie podziału. Ale zanim do tego dojdzie, potrzebny będzie jeden dramat i wiele wariackich babskich pomysłów, by męskie konflikty spacyfikować.

O tym opowiada film, który wbrew cmentarnej klamrze jest komedią, trochę musicalem… z dramatem społecznym w tle. Bo – między jedną a drugą męską awanturą – w wiosce toczy się leniwe życie; gdzieś między kościołem, meczetem i knajpką prowadzoną przez piękną Amale (w tej roli reżyserka). W knajpce Amale plotkuje się i obmyśla plany działania. Szczególną mobilizację trzeba uruchomić, by „uchronić” mężczyzn przed informacją o konfliktach w sąsiedztwie. Oj, ach, uff… Gazety się ukradkiem rekwiruje, jedyny we wsi telewizor – zagłusza podczas transmisji informacji. Kobiety decydują się na sprowadzenie seksownych Ukrainek, by męskie rozproszenie scentralizować i unieszkodliwić. 

Są też ciasteczka z haszyszem. Na pewno smaczne, gdyż apetyczność kucharek musiała jakoś przeniknąć do wypieku. Lubię tę scenę. Ona również ma musicalowy charakter, jest energetyczna, zmysłowa, radosna. Kobiety są w niej razem (i w jedności ich siła), ale każda z nich ma sex appeal o samowystarczalnej mocy. Choć, oczywiście, haszysz już wspomagania nie wymaga. 

Cudna jest scena flirtu między Amale i Rabihem. Mężczyzna remontuje kawiarenkę Amale (cała wioska plotkuje, że dłużej niż trzeba) i wciąż ukradkiem na nią spogląda. A ona dyskretnie unika tych spojrzeń, ale przecież porusza się pod ich wpływem. Musicalowa scena (jest ich w filmie ledwie kilka) surrealnie to wydobywa.

Nadine Labaki robi coś ryzykownego, inkrustując film muzycznymi scenami. Piosenki łagodzą kanty, wprowadzają nastrojowość, nawet melodramatyczność. Pytanie, czy to nie spłyca problemu, nie infantylizuje autentycznych przecież animozji i dramatów? Myślę, że efekt jest świetny: mądra komedia, w której jest ból, jest nieodwracalne cierpienie, ale równie silna jest nadzieja i uparta chęć przechytrzenia losu. Źródłem nadziei są kobiety. Chyba najbardziej poruszający jest tu wątek Takli i jej syna, uwspółcześniony topos Mater Dolorosa. W filmie tych babskich pomysłów jest co niemiara, ostatni (przepraszam, spojleruję!) polega na absurdalnej zamianie ról: muzułmanki zrzucają chusty, chrześcijanki je zakładają. Owszem, komediowe qui pro quo, które wywoła nieco zamieszania. Ale ten pomysł jest genialny! I naprawdę jedyny słuszny: wyjść ze swej skóry, wejść w cudzą, zmienić perspektywę oglądu świata, uwolnić się od najświętszych przywiązań. Nie wiem, czy to jest możliwe (na pewno nie tak dosłownie jak w komedii), ale to jedno naprawdę leczy rany i chęć odwetu.

Karmel

Pod wpływem kinowego seansu sięgnęłam po film sprzed pięciu lat. Rozpoznaję w nim ten sam nerw humoru i wdzięku, przede wszystkim tę samą aktorkę-reżyserkę (tu w roli fryzjerki Layale), tę samą mieszankę sprytu i melancholii. Ale spleenu tu chyba więcej. Sekrety pięciu kobiet są takie, że pewnie żadnej z nas nie przydarzyłyby się wszystkie razem, ale przynajmniej jeden, choćby jakiś jego wariant… na pewno. Arcybabskie kino na wysokich obcasach. 

Jeśli na Dokąd teraz? warto wybrać się do kina w towarzystwie  Mężczyzny (vice versa: gdy się jest facetem to z Kobietą), to Karmel boli najsłodziej w towarzystwie przyjaciółek. Karmel, że słodki to wiadomo, ale w salonie kosmetycznym służy do zabiegów, które bolą jak wszyscy diabli. To bardzo adekwatny tytuł. 

Nie będę tu wtajemniczać w losy Layali, Rimy, Jamale, Rose czy Nisrine, wymienię tylko wyrwane z konteksty sceny, które mnie poruszyły. Dwie drobne, trzecioplanowe. Gdy jedna z bohaterek ścina włosy i później idzie ulicą przeglądając się w każdym lustrze – podoba się samej sobie i nie może nadziwić się zmianie… Bo rzeczywiście młodnieje jakoś i całe życie, nie tylko włosy, wygląda jak odmienione. Drugi epizodzik dotyczy Pana, któremu Rose skraca spodnie. Nic prawie nie mówi, przygląda się krawieckiej robocie Rose i wsłuchuje w jej dialogi z siostrą. A potem wraca. I każe sobie skrócić spodnie jeszcze trochę. Szarmancki pan w za krótkich spodniach rozczula swym dystansem do własnej śmieszności. Z resztą: nie jest śmieszny, budzi westchnienie.

A co tu dopiero mówić, gdy sobie człowiek przypomni czekającą na telefon Layalę? Albo Layalę, która przygląda się żonie mężczyzny, z którym chciała być i której z wolna przechodzi ochota na konfrontację. Że co? Że banał? Ale niech ktoś spróbuje obejrzeć film i nie westchnąć! Co najmniej kilkanaście głębokich westchnień pojawi się niezawodnie.