magicy (nie) istnieją

Iluzjonista, reż. Sylvain Chomet, Francja, Wielka Brytania 2010.

„Kiedy życie traci swój czar, wszystko czego trzeba, to jedna osoba,
która wciąż wierzy w magię”.

Kto jest kim?

Sylvain Chomet (ur.1963) – utalentowany autor komiksów i filmów animowanych; krótkometrażową animację (jego debiut, nominacja do Oscara) – Starsza pani i gołębie (1998) – zobaczyć można TU. Sławę przyniosła mu pełnometrażowa animacja (znów oscarowe nominacje) Trio z Belleville (2003). W 2010 powstał Iluzjonista nagrodzony Cezarem i Europejską nagrodą Filmową. Chomet parał się również filmem aktorskim: reżyserował jedną z części Zakochanego Paryża (2006).

Jacques Tati (1907-1982) – francuski aktor, reżyser, scenarzysta, szczyt popularności osiągnął w latach 50. Zasłynął z roli pana Hulot (Wakacje pana Hulot, Mój wujaszek etc.) – fajeczka, kapelusz, przykrótki płaszcz, niezdarny krok. Komik porównywany z Chaplinem czy Busterem Keatonem. Również scenarzysta. W roku 1956 napisał scenariusz, którego nigdy nie zrealizował. Reanimował go Chomet i w roli głównej: starego magika, którego sława już przygasła i który traci wiarę w sens iluzji, „obsadził” postać przypominającą Jacquesa Tati. Prawa do scenariusza sprzedała Chometowi córka Tatiego (inspiracja tej opowieści), sugerując, by powstała animacja, której kreska odrywa się od dosłownego odgrywania roli jej ojca, symbolicznie przenosząc postać w stronę archetypu.

O co chodzi?

To nie jest świat dla magików (czytaj: artystów). Iluzjonista z cylindrem, grubym królikiem i napełniającymi się kieliszkami ustępuje miejsca aktorom popkultury: rockowym zespołom, reklamie, medialnym gwiazdom. Nie dla niego estrada Londynu czy Edynburga. Wyrusza na prowincję, gdzie przez chwilę utrzymuje się na fali, zanim nadejdzie nowe. Przegrywa z tym, co skoczne, merkantylne, lepiej wypolerowane. I nie on jeden: brzuchomówca sprzedaje lalkę (cena zniżkuje aż do zera!), cyrkowiec ma myśli samobójcze. Są lata 50., lecz równie dobrze mógłby to być świat współczesny. To nie jest świat dla artystów (wytwórców magii). 

Iluzjonista spotyka Alice, dziewczynę-sierotę, sprzątającą w hotelu, w którym się zatrzymał. I ona wierzy w iluzję. A iluzjonista dla niej czaruje. Zabiera ją ze sobą w świat. Nadal jest trudno, ale zwyżkują akcje sensu. Bo przecież  „wszystko czego trzeba, to jedna osoba, która uwierzy w magię”. Znaczące, jak bardzo potrzebny jest odbiorca. To, że artysta kocha sztukę, nie wystarcza. On przecież zna swe rzemiosło, a chodzi o wiarę w czary. 

Iluzjonista wyczarowuje dla dziewczyny buciki, płaszczyk, sukienkę… Dorabiając nocami gdzie bądź. Najgorzej, gdy musi wykorzystywać swój talent do wyciągania z cylindra staników i pończoch (reklama). Pieniądze nie biorą się znikąd, choć taką iluzję podsuwa dziewczynie. Ale wszystko ma swój kres. Alice zakochuje się i wkracza w świat zupełnie innych czarów. Czas Iluzjonisty przeminął: odchodzi, zostawiając kartkę z wyznaniem: „magicy nie istnieją”. I nie istnieją wymyślone przez nich światy. Ale moc przemiany trwa: Alice z kopciuszka staje się piękną panną. Sztuka daje siłę do metamorfozy.

Świetna animacja! Nostalgiczna. Piękna wizualnie. Pełna delikatnych uczuć. Niewypowiedzianych, bo film, choć mówi odgłosami, jest pozbawiony dialogów (niemal, kilka razy bohaterowie dopełniają sytuację słowem, ale mam wrażenie, że nie nie były to słowa francuskie, lecz onomatopeiczne  zgłoski). Wspaniale nastrojowa muzyka. Duża porcja melancholii, ale i dowcipu, energii, anegdotycznych sytuacji. Jeśli odsłaniam zarys fabuły, to dwie przyczyny mną kierują. A pierwsza z nich to przekonanie, że ta opowieść składa się z tylu anegdotycznych sytuacji, scenek, występów etc., że proste ramy fabuły nie zdradzają esencji, a są przecież dość przewidywalne. Druga przyczyna wynika z okoliczności, o których na marginesie.

No cóż, szkoda, że magicy są tak często usuwani w cień. Ale nieprawda, że nie istnieją. Nawet jeśli potykają się o własne skrzydła i śmieszni są jak złowiony przez marynarzy albatros. Gdy poderwą się do lotu, to ho, ho! Jeszcze magia może zwyciężyć… Chociaż chyba jednak zbyt optymistycznie próbuję spuentować ten film. Wyrastanie z naiwnego odbioru świata ma naturę ciągu geometrycznego, postępuje w zastraszającym tempie. 

Na marginesie

Oglądałam w sali pełnej nastolatków (seans z prelekcją i dyskusją), niektórym zdarzyło się przysnąć (widać nie są jeszcze odpowiednim targetem dla nostalgii). Żwawo natomiast zabrali się do wymiany poglądów po seansie. Przynajmniej „moja” gromadka łapczywie chwytała w dłoń mikrofon i perorowała. Dyskusję prowadziła studentka, którą polubili  (ja też) już podczas poprzednich poseansowych rozmów. Zadawała sensowne pytania, można było odpowiadać bardzo swobodnie i wyczerpująco. Żadnej tam z góry założonej tezy, każdy trop równoprawny. Zabawa świetna. I wielkie brawa, że podsumowując, niczego dydaktycznie nie ujednoliciła. A zadanie było trudne, bo pędy „do wycięcia”, dzikie i absolutnie wbrew logice opowieści, wystrzeliły wyjątkowo mocno, dopiero w drugiej fazie lekko zneutralizowane kontrą.

Otóż, film okazał się opowieścią o niewdzięcznej dziewczynie, pazernej na prezenty. Która później zdradza starszego pana i umawia się na randkę z rówieśnikiem. Tu pytanie, czy sympatyczny skądinąd magik nie był nadto dziwny, biorąc ze sobą młode dziewczę i spełniając jej zachcianki zakupowe. Poza tym: czas cyrkowców minął, faktycznie co innego przyciąga dziś uwagę. 

A nostalgia przemijania? A czary magii? A czysta naiwność dziewczęcia, która dodaje wiary artyście i ma tę samą siłę przemiany, co iluzja? 

Wspominam, bo symptomatyczne. Zwłaszcza to podejrzliwe dopatrywanie się anomalii relacji. Dorosły przyjaźniący się z dzieckiem? Lampka: pedofilia. Chłopięca przyjaźń? Lampka: widocznie geje (tu coraz częściej neutralna aprobata). Dziewczyna przyjmująca prezenty? Lampka: sponsoring (słowo padło w dyskusji kilkakrotnie!).

Jakie to dziwne. Świadomość dzieciaków pełna jest takich demitologizujących podejrzeń. Niejeden film już widzieli, nie raz, nie dwa śledzili dyskusje o odmienności. Aż wydaje się, że mniejszość to większość. 

I choć wiem, że upraszczam (z konieczności), bo terminem „odmienność” objęłam zgoła różne zjawiska. Poza tym: jest jakaś siła w przełamywaniu wyobrażeń stereotypowych i zasiedziałych (w uświadomieniu sobie „podtekstów”). To jednak  nostalgia Iluzjonisty dopadła mnie i przyłapała na refleksji wykraczającej poza opowieść o starym magiku. Czar iluzji pociąga za sobą czar naiwności. Znikają. „I może tak jest dobrze” – cytuję głos z sali. Ale żal mi tej magii przemiany, którą mogła wprawić w ruch nieskażona niczym ufność.

Advertisements

10 thoughts on “magicy (nie) istnieją

  1. Ewa

    Pana Hulot wciąż świetnie pamiętam.
    Były to czasy, gdy dziatki nie szukały wszędzie podtekstów nieuczciwości.
    Rodzice i otoczenie ‚nie uczulały’ milusińskich na czyhające zewsząd niebezpieczeństwa.

    Czy też zauważyłaś, że wokół nas prawie nie ma dzieci? Jeśli, to zazwyczaj pod opieką dorosłych. Kiedyś hasały w grupach po podwórkach, hałasowały pod oknami. Budowały własne światy, czar iluzji i wynikająca z tego moc – były z nimi.
    I ‚tak’ jak jest – raczej nie jest za dobrze :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      A ja się na Hulota nie załapałam. Pobrzmiewa mi w tyle głowy nazwisko. Po seansie Iluzjonisty widzę też przed oczyma tę postać, ale bez kontekstu fabuły. Poza tym: animowany Tati w jednej ze scen wchodzi do kina, a tam na ekranie fragment komedii z panem Hulot.;)
      Co do przewrażliwień na czyhające niebezpieczeństwa, to po prostu duch czasów. Nie lekceważę tego, że tym sposobem rozbrajamy różne tabu. Ale nie mogę się nadziwić. Tyle jest pięknych opowieści o męskiej przyjaźni dajmy na to (to bez związku z Iluzjonistą), których ja nigdy bym nie umieściła w „rzeczonym” podtekście. Jest przyjaźń męska. Tak samo jak przyjaźń i wspieranie się kobiet. Zupełnie bez żadnych „kontekstów”. A przechodząc do przyjaźni dorosłego z dzieckiem: pamiętasz Alfredo i Salvatore z Kina „Paradiso”? A z wierzchniej warstwy pamięci: Róża i Momo z Życia przed tobą. Gdyby za każdym razem zapalać lampki, to będziemy mieć w głowie Las Vegas.
      Mam taki wewnętrzny bunt przeciw szarganiu pięknych opowieści.

      „Tak, jak jest” chyba po prostu musi być. Mantra: duch czasów.

  2. czara

    Mam bardzo miłe wspomnienia z seansu Iluzjonisty. W maleńkiej i pustej sali kinowej w Krakowie, w której go oglądałam, trudno było uwierzyć, że magia nie istnieje!
    A co do odbioru widowni… Ja tam nie wierzę w dzieciństwo i niewinność. Jak to Ewa pisze, w takich hasających grupach podwórkowych miałam wiele okazji, żeby się przekonać, że dzieci to małe okrutniki, a pedofilii hasających za nimi niestety też pamiętam. Nie dziwię się, że „Twoja” młodzież ogląda to przez własne filtry.
    Natomiast jeden z francuskich filmów pokazanych w Cannes, Adieu Berthe, traktuje trochę podobny temat, ale w zupełnie innym stylu, lekkim i przewrotnym. Tutaj też dorośli wydają się bardziej zakochani w magii i iluzji. Która właśnie pozwala im wierzyć, że wciąż żyją w krainie dzieciństwa i nie muszą (ale czy nie muszą?) stawiać czoła „dorosłości”, trudnym wyborom, odpowiedzialności itp…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Film w sam raz na małą salę kinową.:)
      „Moi” przyszli dziś z peanem na ustach: film bardzo ok. Podobało się nawet to, że nie było dialogów. Najwyraźniej potrzebne było to poseansowe rozgadanie. I myślę, że tak często bywa, gdy po skończonym filmie podejmujemy rozmowę, zanim nam się w głowie i w sercu ułoży prawdziwe rozpoznanie. Czasem pierwszy odruch (niby najprawdziwszy) ustępuje miejsca czemuś całkiem odmiennemu.

      No świetnie, gdy tylko nadarzy się okazja, spróbuję obejrzeć Adieu Berthe. Może w zbyt dużych dawkach byłby to eskapizm, ale odrobinka nostalgii to jak filiżanka czekolady. Nie może zaszkodzić.

      Okrutniki, diabły wcielone, prowokatorzy, nadpsuci popkulturą. Prawda.
      Spragnieni sentymentów, hiperbolizujący emocje (z gatunku „dramatycznych”), wrażliwcy, empatyczni i genialni w odbiorze sztuki. Też prawda.
      Chyba nic mi nie da wyciąganie średniej arytmetycznej, co? :)

  3. maria

    Pięknie powiedziałaś : ‚Mam taki wewnętrzny bunt przeciw szarganiu pięknych opowieści’. Ja też mam taki bunt. Dam się zawsze uwieść urokowi iluzji i magii.
    Wspomniałaś o męskiej przyjaźni i pierwsze skojarzenie z filmem : ‚Porozmawiaj z nią’ Almodóvara. To dla mnie najpiękniejsza opowieść o mężczyznach , ich wrażliwości i przyjaźni.

    Odpowiedz
    1. janek

      Jakże się serce raduje! Tyle dobrego o przyjaźni męskiej! Mario, Ren – dziękuję, w imieniu chłopaków :). A Almodovar również cudownie snuje opowieści o przyjaźni kobiet. Ren, przypomniałaś mi film Tornatore, który długo był moim no 1. Oczywiście nadal jest w czołówce. Nie ma chyba piękniejszego filmu o miłości do kina…Ja jak zwykle wchodzę na marginesy :). Sorry. Aha: ‚mieć w głowie Las Vegas’ – koniecznie to wyślij do Chacińskiego, wzbogaci jego słownik. Super!

  4. tamaryszek Autor wpisu

    Ale muszę się przyznać, jeśli to gdzieś umknęło, że temat męskiej przyjaźni wyszedł z mojej głowy, nie z filmu. Bo ja lubię opowieści o męskiej przyjaźni. I czasem może być tak jak na Brokeback Montain, ale żeby nie zawsze i nie tylko tak. Po prostu jeszcze jeden temat przestrojony z tabu na jawność (niszcząc po drodze całe pobocza).

    Almodovar – dobry na wszystko? Proszę! Kto by pomyślał, że akurat na niego się tutaj powołamy. Porozmawiaj z nią chętnie bym sobie odkurzyła (póki apetytu na klasykę nie przegnają festiwalowo-lipcowe emocje). Co do Cinema Paradiso – chyba wciąż jeszcze mam w głowie większość kwestii dialogowych. Rewelacja.

    Nie wiem, czy Las Vegas wystarczająco „wypasione”. ;)
    Tak, marginesy są ostatnio szersze od „pola właściwego”.:)

    Odpowiedz
  5. katasia_k

    Tamaryszku, dobrze, że zdradziłaś, że film tak smutno się kończy, bo w przeciwnym razie obejrzałabym i sama zadumała się nostalgicznie. Reakcja Twoich uczniów faktycznie zastanawia (i też trochę zasmuca), ale tłumaczyłabym ją również jednak nietrafionym doborem filmu. Po namyśle, wydaje mi się całkiem naturalne, że młodzi raczej mają pęd do nowego niż płaczą po starym i minionym.

    A skoro już mowa o starym i minionym: jakiś czas temu widziałam – nie zgadniesz – prawdziwego kataryniarza!

    Odpowiedz
  6. tamaryszek Autor wpisu

    Katasiu – konsternacja: jak to? co złego w smutnym zakończeniu? W filmach takie są najlepsze. Tylko w życiu obstawiam happy endy. ;)
    Małolaty się nie załapują na nostalgię tak organicznie. Ale postseansowe refleksje przyniosły nawrócenie.

    Kataryniarz! Ciekawe, jak zareagowałaś. Bo można różnie:
    – po japońsku: fotka,
    – po reportersku: zagadnięcie,
    – na modłę filantropijną: wrzucając pieniążek,
    – na przedszkolaka: otwarta buzia,
    – na akompaniatorkę a rebours: tańcząc lub dośpiewując,
    – na indywidualistę: tu dowolna inna opcja. ;)

    Kataryniarz był bardzo wiekowy, czy może w sile wieku? Od tego zależy stężenie nostalgii. Pa.

    Odpowiedz
  7. Pingback: dziesiątka ze wskazaniem na trzy (NH) | tamaryszkowe pre-teksty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s