Archiwum dnia: 25 Czer 2012

aktorskie credo

Jerzy Stuhr, Tak sobie myślę… Dziennik czasu choroby, Wydawnictwo Literackie 2012.

Zabawne jest to zdjęcie z okładki. W niezamierzony sposób – zabawne i sympatyczne. Wzrok znad okularów, głowa wychylająca się z książki (notesu), spojrzenie uważnie rejestrujące. Aż trzeba by pozapinać kamizelkę. Poważny człowiek. 

W jednej z anegdot Stuhr wspomina swojego ojca i jego przykazanie, by nigdy w niezapiętej kamizelce (czytaj: rozchełstany) nie pokazywać się światu. W innej opowiada, jak dystyngowany rodak z dyplomatyczną teką w Ameryce, po trzech dniach towarzyszenia Stuhrowi, wyznał, że poważny z niego gość, choć oczekiwał kogoś bardziej w stylu Maksa z Seksmisji. Jerzy Stuhr raz po raz wraca do tej gęby wesołego gościa, która ciągnie się za nim, choć doprawdy wcielił się w tyle dramatycznych postaci, że nie powinno tak być. Mówi na przykład: Holoubek zostanie w Wielkiej Improwizacji, Radziwiłowicza będą kojarzyć ze Zbrodnią i karą, a mnie z tą frazą: „O, nasi tu byli!”. 

Tymczasem temat i ton „dziennika z czasu choroby” jest serio. Nie tylko dlatego, że zapiski prowadzone są od wczesnej jesieni 2011 do kwietnia 2012, czyli od wyroku po odroczenie (chciałoby się powiedzieć „uniewinnienie”, ale wyrok ciąży nad każdym). Walka z rakiem przełyku, nadzieja i szczęśliwy powrót do „obiegu”. Serio – przede wszystkim dlatego, że Stuhr patrzy na życie wzrokiem niczym z okładki: uważnie, lustrująco, z dystansem kogoś ukształtowanego dawniej i nieakceptującego bezrefleksyjnie zdziczałej teraźniejszej mody. To jest bardzo poważny gość. Czasem nawet trochę „naftalinowy” (to nie przytyk, bardzo doceniam!), pełen zdegustowania tandetą współczesności, przypominający o sztuce odpornej na komercję, rozróżniający scenę od estrady i aktora od „gwiazdki”. I gorzko rozczarowany bylejakością etyczną i estetyczną czasów, w których przyszło nam żyć. 

Choroba nie przytłacza – kilka szpitalnych scenek, kruchość istnienia, wyczulenie na odejścia innych (w czasie, gdy Jerzy Stuhr prowadzi zapiski, umiera Havel, Szymborska, Hanuszkiewicz, przyjaciele z Italii – tłumacz Szymborskiej i Mrożka, Pietro Marchesani i inni). Te odejścia są odnotowane, ale o ileż intensywniejsze w odbiorze jest oczekiwanie na nowe życie, na narodziny małej Lenki, wnuczki Autora. Duża porcja nadziei (nieprzesłodzonej) i anegdoty, która może nie śmieszy do łez, ale jakoś te łzy oczyszcza. Ot, tak wyglądało spotkanie Stuhra z Mrożkiem, niespodziewane, w Wydawnictwie Literackim:

„Mam łzy w oczach, bo w jego wieku i w moim stanie, on w Nicei, ja w Krakowie, każde spotkanie może być ostatnie. Więc ze łzami mówię mu wylewnie: «Sławek, trzymam się!». On spojrzał na mnie czule i … uśmiechnął się! Ludzie! Tegoście w życiu nie widzieli! Mrożek się  u ś m i e c h n ą ł! Do mnie!”

Tak sobie myślę… Tytuł adekwatny: dominuje subiektywna perspektywa bieżących zamyśleń, do których inspiracją może być  to, co wypełnia codzienność. Czasem są to docierające do Autora sytuacje społeczne, jakieś anomalie (?) polityczne, obserwacje ludzkich zachowań. Nierzadko zderzane z refleksją o tym, jak bywało drzewiej, co się zmienia i w jakim kierunku. Z  pewnością książka może odegrać rolę terapeutyczną i jest niezwykła ze względu na okoliczności powstawania: Stuhr pisze ją, nie wiedząc jeszcze, czy dane będzie mu skończyć, nie ma perspektywy szczęściarza, jest tym, który żywi nadzieję. 

I tego wszystkiego w odbiorze pominąć się nie da, lecz dla mnie czytanie było spotkaniem z człowiekiem, który swoje życie związał z aktorstwem, z tworzeniem, ze sztuką – i ma na ten temat coś do powiedzenia. Więc słucham.

Jerzy Stuhr komentuje swoje lektury i filmy, które obejrzał. Te fragmenty czytałam z apetytem. I nie chodzi bynajmniej o listę tytułów. Po prostu wiem, ile z takich komentarzy można wyczytać o człowieku. Co do książek: pojawił się przenikliwy Słonimski (Alfabet wspomnień), korespondencja Mrożka i Lema, świeża książka Jarosława Mikołajewskiego o Rzymie rozpoznawanym tropami z Boskiej Komedii Dantego (Rzymska komedia – to musi być coś niezwykłego!), Białoszewski i jego Tajny dziennik. Ale zatrzymam się na komentarzu Stuhra do powieści Conrada (Tajfun) i umieszczonego w niej opisu żywiołu. Refleksja dotyczy sztuki stworzenia czegoś, czego nie można odtworzyć z autopsji, więc trzeba wykreować. Z wyobraźni, z empatii, z własnych lęków i rozpoznań. I tu jest sedno tworzenia, gdy zaczynasz od zera, bez gotowych matryc:

„Ja to często nazywam białą kartą – roli, scenariusza. Jak staję przed tą białą kartą, czyli nie wiem kompletnie, jak zadanie ugryźć, to czuję dreszcz, zaczyna się artystyczna przygoda”.

Gdy Stuhr mówi o filmach, to pojawiają się m.in.: W ciemności, Rzeź, Sponsoring, Baby sa jakieś inne (o Koterskim bardzo krytycznie) czy film Nanniego Morettiego Habemus papam. A mnie sprawił przyjemność pelen zachwytu komentarz Autora do Erratum Lechkiego i Róży Smarzowskiego. Dawno przygasła dyskusja, swego czasu tocząca się na tym blogu a propos okrucieństwa i nadziei (miłości) wpisanych w Różę. Stuhr dziwi się głosom krytyków, którzy jakby inny film oglądali: szukają w nim mroku, katastrofizmu, bólu, a on widzi jasny promień. Mnie te rozbieżności już nie dziwią, ale obiema rękoma podpisuję się pod tym, co wyczytuje w zapiskach z czasu choroby: 

„Film jest niesłychanie optymistyczny! Jest w nim niezłomna wiara w człowieka. (…) Widziałem opowieść o bezinteresownym wzięciu odpowiedzialności za drugiego człowieka, o lojalności, o towarzyszeniu partnerowi na dobre i na złe, a tu   przede wszystkim na złe, o sile rodzącego się uczucia, które przeradza się w przywiązanie i obronę tych, którzy okazali mu czułość”. 

Cenne było dla mnie zwierzenie, że spośród własnych ról szczególnie ceni sobie te, które choć nie przyniosły pochwał, poszerzyły świadomość i warsztat. Te „kamienie milowe wewnętrznego dojrzewania” to był Hamlet, Dziennikarz (z Wesela), Piszczyk. Jaki dystans wnosi to wyznanie do wszystkich spektakularnych sukcesów, które przychodzą z zewnątrz, nie przekształcając twórczo wnętrza.

Książka jest szczera, bezpośrednia, pisana początkowo dla siebie i najbliższych, później (od grudnia) już ze świadomością szerszego grona odbiorców. Szczera, ale nie rozchełstana, bez terapeutycznego obrabiania własnej żółci. Stuhr – pozapinany i w formie – trzyma fason inteligenta, który ma potrzebę, by przypominać o tradycji, o stylu i manierach. I może wpada raz po raz w moralistyczny ton, ale  to nie narusza decorum, jemu wolno. 

Jest taka minirozprawka na temat inteligenckich cnót. Budzi nostalgię. Mam nadzieję, że ktoś tak jeszcze myśli, że ten kręgosłup jeszcze niejedno udźwignie. Ujął mnie fragment o tym, że etos inteligenta nie akceptuje bezwstydu.

„Tak, odwaga wstydu, że się czegoś nie wie, że się jest niedouczonym, nieoczytanym, nie na bieżąco, nie trendy, i umiejętność przyznania się do tego to również (…) nieodłączne cechy inteligenta. Dzisiaj niezwykle przeszkadza mi w życiu codziennym i w obcowaniu z ludźmi wszechobecny bezwstyd”.  

Na koniec zostawiam zapowiedziane w tytule aktorskie credo, czyli przesłanie zredagowane dla młodych adeptów sztuki aktorskiej. Warto się w nie wczytać, oczywiście również wówczas, gdy się nie zmierza ku scenie czy na plan. Bo jest w tych słowach taka staroświecka, prawdopodobnie mało trendy, wiara w sens pracy i bycia dla innych.

„Jesteście aktorami. Chciejcie reprezentować na scenie człowieka, a nie ideę, plakat, hasło.
Reprezentujcie go z godnością, świadomością artystyczną nabytą w szkole – nie dajcie tego waszego bohatera upodlić, zbrukać, odczłowieczyć.

Nie uczestniczcie w przedsięwzięciach nihilistycznych, anarchistycznych, jak mawiał Dostojewski, „bez Boga”.
Pamiętajcie: Najpiękniejszy artystyczny mozół zaczyna się, kiedy na początku ”nic nie wiem”.
Pamiętajcie: W każdym z nas tkwi leń pchający nas, żeby powtórzyć to, co się już raz nam sprawdziło, przyniosło aplauz, pochwałę. Gonić lenia z siebie!

Nie odważcie się nazwać chałtury koncertem, telenoweli wydarzeniem, sitkomu hitem.
Nie udowadniajcie jakości oglądalnością.

Uczyńcie, jeśli możecie, teatr swym losem”.