aktorskie credo

Jerzy Stuhr, Tak sobie myślę… Dziennik czasu choroby, Wydawnictwo Literackie 2012.

Zabawne jest to zdjęcie z okładki. W niezamierzony sposób – zabawne i sympatyczne. Wzrok znad okularów, głowa wychylająca się z książki (notesu), spojrzenie uważnie rejestrujące. Aż trzeba by pozapinać kamizelkę. Poważny człowiek. 

W jednej z anegdot Stuhr wspomina swojego ojca i jego przykazanie, by nigdy w niezapiętej kamizelce (czytaj: rozchełstany) nie pokazywać się światu. W innej opowiada, jak dystyngowany rodak z dyplomatyczną teką w Ameryce, po trzech dniach towarzyszenia Stuhrowi, wyznał, że poważny z niego gość, choć oczekiwał kogoś bardziej w stylu Maksa z Seksmisji. Jerzy Stuhr raz po raz wraca do tej gęby wesołego gościa, która ciągnie się za nim, choć doprawdy wcielił się w tyle dramatycznych postaci, że nie powinno tak być. Mówi na przykład: Holoubek zostanie w Wielkiej Improwizacji, Radziwiłowicza będą kojarzyć ze Zbrodnią i karą, a mnie z tą frazą: „O, nasi tu byli!”. 

Tymczasem temat i ton „dziennika z czasu choroby” jest serio. Nie tylko dlatego, że zapiski prowadzone są od wczesnej jesieni 2011 do kwietnia 2012, czyli od wyroku po odroczenie (chciałoby się powiedzieć „uniewinnienie”, ale wyrok ciąży nad każdym). Walka z rakiem przełyku, nadzieja i szczęśliwy powrót do „obiegu”. Serio – przede wszystkim dlatego, że Stuhr patrzy na życie wzrokiem niczym z okładki: uważnie, lustrująco, z dystansem kogoś ukształtowanego dawniej i nieakceptującego bezrefleksyjnie zdziczałej teraźniejszej mody. To jest bardzo poważny gość. Czasem nawet trochę „naftalinowy” (to nie przytyk, bardzo doceniam!), pełen zdegustowania tandetą współczesności, przypominający o sztuce odpornej na komercję, rozróżniający scenę od estrady i aktora od „gwiazdki”. I gorzko rozczarowany bylejakością etyczną i estetyczną czasów, w których przyszło nam żyć. 

Choroba nie przytłacza – kilka szpitalnych scenek, kruchość istnienia, wyczulenie na odejścia innych (w czasie, gdy Jerzy Stuhr prowadzi zapiski, umiera Havel, Szymborska, Hanuszkiewicz, przyjaciele z Italii – tłumacz Szymborskiej i Mrożka, Pietro Marchesani i inni). Te odejścia są odnotowane, ale o ileż intensywniejsze w odbiorze jest oczekiwanie na nowe życie, na narodziny małej Lenki, wnuczki Autora. Duża porcja nadziei (nieprzesłodzonej) i anegdoty, która może nie śmieszy do łez, ale jakoś te łzy oczyszcza. Ot, tak wyglądało spotkanie Stuhra z Mrożkiem, niespodziewane, w Wydawnictwie Literackim:

„Mam łzy w oczach, bo w jego wieku i w moim stanie, on w Nicei, ja w Krakowie, każde spotkanie może być ostatnie. Więc ze łzami mówię mu wylewnie: «Sławek, trzymam się!». On spojrzał na mnie czule i … uśmiechnął się! Ludzie! Tegoście w życiu nie widzieli! Mrożek się  u ś m i e c h n ą ł! Do mnie!”

Tak sobie myślę… Tytuł adekwatny: dominuje subiektywna perspektywa bieżących zamyśleń, do których inspiracją może być  to, co wypełnia codzienność. Czasem są to docierające do Autora sytuacje społeczne, jakieś anomalie (?) polityczne, obserwacje ludzkich zachowań. Nierzadko zderzane z refleksją o tym, jak bywało drzewiej, co się zmienia i w jakim kierunku. Z  pewnością książka może odegrać rolę terapeutyczną i jest niezwykła ze względu na okoliczności powstawania: Stuhr pisze ją, nie wiedząc jeszcze, czy dane będzie mu skończyć, nie ma perspektywy szczęściarza, jest tym, który żywi nadzieję. 

I tego wszystkiego w odbiorze pominąć się nie da, lecz dla mnie czytanie było spotkaniem z człowiekiem, który swoje życie związał z aktorstwem, z tworzeniem, ze sztuką – i ma na ten temat coś do powiedzenia. Więc słucham.

Jerzy Stuhr komentuje swoje lektury i filmy, które obejrzał. Te fragmenty czytałam z apetytem. I nie chodzi bynajmniej o listę tytułów. Po prostu wiem, ile z takich komentarzy można wyczytać o człowieku. Co do książek: pojawił się przenikliwy Słonimski (Alfabet wspomnień), korespondencja Mrożka i Lema, świeża książka Jarosława Mikołajewskiego o Rzymie rozpoznawanym tropami z Boskiej Komedii Dantego (Rzymska komedia – to musi być coś niezwykłego!), Białoszewski i jego Tajny dziennik. Ale zatrzymam się na komentarzu Stuhra do powieści Conrada (Tajfun) i umieszczonego w niej opisu żywiołu. Refleksja dotyczy sztuki stworzenia czegoś, czego nie można odtworzyć z autopsji, więc trzeba wykreować. Z wyobraźni, z empatii, z własnych lęków i rozpoznań. I tu jest sedno tworzenia, gdy zaczynasz od zera, bez gotowych matryc:

„Ja to często nazywam białą kartą – roli, scenariusza. Jak staję przed tą białą kartą, czyli nie wiem kompletnie, jak zadanie ugryźć, to czuję dreszcz, zaczyna się artystyczna przygoda”.

Gdy Stuhr mówi o filmach, to pojawiają się m.in.: W ciemności, Rzeź, Sponsoring, Baby sa jakieś inne (o Koterskim bardzo krytycznie) czy film Nanniego Morettiego Habemus papam. A mnie sprawił przyjemność pelen zachwytu komentarz Autora do Erratum Lechkiego i Róży Smarzowskiego. Dawno przygasła dyskusja, swego czasu tocząca się na tym blogu a propos okrucieństwa i nadziei (miłości) wpisanych w Różę. Stuhr dziwi się głosom krytyków, którzy jakby inny film oglądali: szukają w nim mroku, katastrofizmu, bólu, a on widzi jasny promień. Mnie te rozbieżności już nie dziwią, ale obiema rękoma podpisuję się pod tym, co wyczytuje w zapiskach z czasu choroby: 

„Film jest niesłychanie optymistyczny! Jest w nim niezłomna wiara w człowieka. (…) Widziałem opowieść o bezinteresownym wzięciu odpowiedzialności za drugiego człowieka, o lojalności, o towarzyszeniu partnerowi na dobre i na złe, a tu   przede wszystkim na złe, o sile rodzącego się uczucia, które przeradza się w przywiązanie i obronę tych, którzy okazali mu czułość”. 

Cenne było dla mnie zwierzenie, że spośród własnych ról szczególnie ceni sobie te, które choć nie przyniosły pochwał, poszerzyły świadomość i warsztat. Te „kamienie milowe wewnętrznego dojrzewania” to był Hamlet, Dziennikarz (z Wesela), Piszczyk. Jaki dystans wnosi to wyznanie do wszystkich spektakularnych sukcesów, które przychodzą z zewnątrz, nie przekształcając twórczo wnętrza.

Książka jest szczera, bezpośrednia, pisana początkowo dla siebie i najbliższych, później (od grudnia) już ze świadomością szerszego grona odbiorców. Szczera, ale nie rozchełstana, bez terapeutycznego obrabiania własnej żółci. Stuhr – pozapinany i w formie – trzyma fason inteligenta, który ma potrzebę, by przypominać o tradycji, o stylu i manierach. I może wpada raz po raz w moralistyczny ton, ale  to nie narusza decorum, jemu wolno. 

Jest taka minirozprawka na temat inteligenckich cnót. Budzi nostalgię. Mam nadzieję, że ktoś tak jeszcze myśli, że ten kręgosłup jeszcze niejedno udźwignie. Ujął mnie fragment o tym, że etos inteligenta nie akceptuje bezwstydu.

„Tak, odwaga wstydu, że się czegoś nie wie, że się jest niedouczonym, nieoczytanym, nie na bieżąco, nie trendy, i umiejętność przyznania się do tego to również (…) nieodłączne cechy inteligenta. Dzisiaj niezwykle przeszkadza mi w życiu codziennym i w obcowaniu z ludźmi wszechobecny bezwstyd”.  

Na koniec zostawiam zapowiedziane w tytule aktorskie credo, czyli przesłanie zredagowane dla młodych adeptów sztuki aktorskiej. Warto się w nie wczytać, oczywiście również wówczas, gdy się nie zmierza ku scenie czy na plan. Bo jest w tych słowach taka staroświecka, prawdopodobnie mało trendy, wiara w sens pracy i bycia dla innych.

„Jesteście aktorami. Chciejcie reprezentować na scenie człowieka, a nie ideę, plakat, hasło.
Reprezentujcie go z godnością, świadomością artystyczną nabytą w szkole – nie dajcie tego waszego bohatera upodlić, zbrukać, odczłowieczyć.

Nie uczestniczcie w przedsięwzięciach nihilistycznych, anarchistycznych, jak mawiał Dostojewski, „bez Boga”.
Pamiętajcie: Najpiękniejszy artystyczny mozół zaczyna się, kiedy na początku ”nic nie wiem”.
Pamiętajcie: W każdym z nas tkwi leń pchający nas, żeby powtórzyć to, co się już raz nam sprawdziło, przyniosło aplauz, pochwałę. Gonić lenia z siebie!

Nie odważcie się nazwać chałtury koncertem, telenoweli wydarzeniem, sitkomu hitem.
Nie udowadniajcie jakości oglądalnością.

Uczyńcie, jeśli możecie, teatr swym losem”.

 

Advertisements

14 thoughts on “aktorskie credo

  1. czara

    Pod takim credo to się można podpisać, czy się ma coś wspólnego z aktorstwem, czy nie. Tak na przykład jeśli chodzi o nasze blogowe poletko, można by rzec „nie zamieniaj bloga swoja na fejsbuka”;)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :)) Ja najbardziej lubię zdanie, które podkreśla, jak ważne jest, by na początku „nie wiedzieć”. Obrastamy w przekonania, w scenariusze, w jakieś utarte, wydeptane koryta myśli. I dopóki ich nie porzucimy, kręcimy się w kółko lub robimy rzeczy, którym brakuje szczypty soli. Dotyczy nie tylko kreowania roli w teatrze czy filmie. Tworzenia czegokolwiek, również relacji z kimś drugim.

      Super, idę w te przekształcenia! Nie zamieniaj bloga na fejsbuka! Uczyń blog swoim losem! Nie pisz nigdy tak samo, goń lenia, goń!

  2. Ewa

    Potwierdzam, Pan Stuhr jest poważny i pozapinany.
    Wiele razy, pod jego adresem słyszę słowa najwyższego szacunku. I to wówczas, gdy nie ma go w pobliżu, a więc podlizywanie się – nie wchodzi w rachubę. Mam na myśli opinie pracowników PWST, z którymi mam czasem kontakt.
    Miałam też okazję obserwować Go prywatnie, byliśmy na wspólnym Sylwestrze w Teatrze Polskim we Wrocławiu (parę dobrych lat temu).
    A o tym co czuje człowiek oddany w ręce służby zdrowia, z autopsji wiem aż za wiele. Trudno ocalić wówczas godność, łatwo wpaść ‚w niezrównoważone tony’. Tym większe wyrazy uznania.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ewo, no właśnie, dla Stuhra warto po tę książkę sięgnąć. To, że akurat przydarza mu się choroba albo że reaguje na te czy inne absurdy życia (zapiski utrwalają medialne wydarzenia ostatniego roku, więc sięgamy do własnych niedawnych reakcji), że komentuje te a nie inne książki czy filmy – to wszystko jest rzeczą przypadku. A to, kim Autor jest, to, że reaguje z klasą – to już znak jakości, który sobie wypracował.

      Wiesz, mnie właściwie zaskoczyła trochę gorycz niektórych rozpoznań. A zaskoczyłaby jeszcze bardziej, gdyby nie to, że kilka tygodni temu widziałam powtórkę wywiadu ze Stuhrem na TVP Kultura. Ten ton był mocno obecny. W spostrzeżeniach dotyczących młodzieży aktorskiej czy studenckiej. Zapamiętałam taką uwagę (mniej więcej): boję się tych młodych ludzi, którzy mijają mnie, nie kłaniając się, choć mnie znają. Którym brak cierpliwości, by uczyć się warsztatu, bo muszą szybko być kimś, być „sobą”, bo to im się zdaje najcenniejsze.
      W ogóle – apoteoza zapomnianych cnót: pokory, wstydu, bezinteresowności.

      Super, że miałaś w życiu Sylwester z panem Jerzym! Jakiś toast? ukłon? wymiana zdań?
      Ja jakiś czas temu zgłosiłam mego starego tamaryszka na konkurs blog roku, w którym J.S. był jurorem. No ale nie wybiłam się z niszy, by dostąpić fartu goszczenia go na swych łamach.;)

  3. Ojtam

    Mój dziadek miał taką życiową dewizę, której zawsze się trzymał: Chociaż dupa obszarpana, ale zawsze Proszę Pana. A chodziło o to, że gdy w życiu jest się nie wiadomo jak biednym, kamizelka (buty, koszula etc) ma być czysta i zapięta :) Oczywiście dotyczyło to całego życia, bo to Proszę Pana miało odnosić się również do zachowania. JS takim właśnie człowiekiem mi się zdaje.A credo jest genialne. Mam nadzieję, że nagra swoją książkę. Chętnie kupiłbym taki audiobook.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Oj,
      dewiza Dziadka poszła w ruch!
      A może nagra? Wielu ludzi dziękuje mu za nagrane audiobooki, które kojarzą im się z dzieciństwem (bajki) lub z jakimś przeżyciem. Zresztą Ty najlepiej wiesz, jak ważny jest dobry głos i wyczucie rytmu . A jego tekst to już naprawdę tylko on sam powinien zapodać.
      Zapiski nie są w zasadzie jajcarskie, ale kilka zabawnych sytuacji zapada w pamięć. Ja polubiłam opowieść o tym, jak uczył się włoskiego. Od przyjaciół Polaków mieszkających we Włoszech, od Włochów. No i zdarzyła mu się raz przygoda z kotem.;)

      „Otóż kiedyś Loriano z Ludką pojechali z „Cricotem” na tournée, zostałem w mieszkaniu sam… z kotem. I ten kot zdechł. Co robić ze zdechłym kotem w obcym mieszkaniu, w obcym kraju, w obcym języku, gdy jeszcze nie wiem, gdzie jest i jak się mówi „łopata”. Pod wieczór zakopuję kota łyżką na klombiku przed domem. Po chwili słyszę głosy sąsiadek: „Sa Signora, questo maladetto Polacco, ha mangiato il gatto di Loriano e adesso sepelisce i resti con cucchiaio. Che disastro questi imigranti!” (Czy pani wie, że ten potworny Polak zjadł kota Loriano i teraz zagrzebuje łyżeczką resztki. Co za okropność, ci emigranci!). I jak mam powiedzieć Loriano po włosku, że kot zdechł, a nie ja go zadusiłem”.

      Pozdrawiam!

  4. janek

    Wydaje się, że to wartościowa książka, choć bałem się, bo była pisana, od pewnego momentu, trochę na zamówienie. Oczywiście książki też pisze się na zamówienie (nie mylić z ‘na prośbę’), ale tego typu to raczej nie. Więc znajdzie miejsce w mojej bibliotece :). Dobrze Ren, że umieściłaś ten cytat o Róży, ech, nic dodać …
    Wierzę ci, kiedy piszesz, że choć czasem moralizuje ‘to nie narusza decorum’; czymkolwiek by owo decorum nie było. Ten ton kaznodziejski może być jednak dla niektórych nie do strawienia. Mam nadzieję, że nie dla mnie.
    Ojtam, dewiza Dziadka przednia i nawet nie wymaga tłumaczeń. Jeśli pozwolisz – puszczę dalej :).

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Janku,
      bo ja trafiłam na książkę przypadkiem (podczytując prezent dla Taty). I gdyby nie to, też miałabym podobne obawy. Tym większa klasa, że nie ma rozsypki emocjonalnej, że choroba nie przejmuje nad Autorem sterów.
      Stuhr trochę moralizuje, ale nie ex cathedra, z pokorą. W swoim stylu. Czy to jest mój styl? No nie do końca, bo mam większe zapotrzebowanie na autoironię i przedzielanie gór dolinkami. Nie powątpiewam jednak, że zachodzi tu duża zgodność „osoby mówiącej” z „treścią wypowiedzi” – jeśli wiesz, co chcę powiedzieć.;)

      Jeszcze odsłonię taką zapożyczoną anegdotkę ze Słonimskiego …o chłopczyku, który stojąc przed sklepem z artykułami skórzanymi, pyta ojca: „Tato, co znaczy lopa?”. Bo co znaczy anty, to w Polsce każdy od dziecka wiedział.
      :))

  5. Logos Amicus

    Do Jerzego Stuhra mam stosunek – można powiedzieć – niemal osobisty. Przegadałem z nim swego czasu ładnych parę godzin (wyszedł z tego spory wywiad – gdzieś pewnie jeszcze leży taśma video, które nakręcił podczas tej rozmowy mój przyjaciel, w wersji drukowanej zaś opublikowała to jedna z polonijnych gazet). Było to akurat tuż po jego debiucie reżyserskim („Spis cudzołożnic” wg Pilcha) a przed debiutem całkowicie autorskim (czyli nie tylko Stuhrowa reżyseria ale i oryginalny scenariusz) „Historii miłosnych”, więc odnosiłem mocne wrażenie, że Stuhr zaczął jakiś inny, ważny dla siebie (jako twórcy) etap życia. Sporo więc było o aktorstwie i reżyserowaniu, ale i pisaniu. Później się przekonałem, że o pisaniu potrafił on nie tylko interesująco mówić, ale i skutecznie radzić z nim sobie w praktyce – pisząc (nie znałem jeszcze wtedy jego „Sercowej choroby, moje życie w sztuce” – książki, którą wydał parę lat wcześniej). No a teraz „Tak sobie myślę” – chyba też udane, sądząc po Twojej recenzji.
    Zgadzam się we sprawie „kamizelkowej”: jeśli ktoś decyduje się założyć kamizelką, to powinien ją także na ostatni guzik dopiąć (może dlatego nigdy za kamizelkami nie przepadałem – i miałem coś takiego na sobie tylko parę razy w życiu ;) ).
    Nie przepadam za ludźmi (ślepo) zasadniczymi, ale bliski jest mi sentyment Stuhra za wartościami nieco – jak się okazuje – staroświeckimi, jak szacunek dla czyichś osiągnięć, umiejętności, warsztatu, sztuki… odrobina pokory i umiejętność przyznania się do swojej niewiedzy; także niechęć wobec wobec współczesnej mody gonienia za sukcesem na skróty, albo wobec tych, którzy żadnych autorytetów nie potrzebują, bo sami wszystko wiedzą najlepiej.

    Bardzo dotknęła mnie wiadomość o poważnej chorobie Stuhra, ale czytając niedawno jeden z jego ostatnich wywiadów (niestety, już nie pamiętam gdzie) poczułem jednak jakieś pozytywne wibracje w tym, co Stuhr mówił – w sumie powiało z tego optymizmem… i to takim, który wydawał się całkiem szczery, a nie tylko dydaktyczny, „budujący” na siłę.

    Życzmy mu zdrowia!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Logosie, dziękuję za Twój komentarz, tym cenniejszy, że masz swoje wyobrażenie Stuhra, oparte na bezpośrednim spotkaniu, rozmowie. Świetnie – możesz konfrontować to, co czytasz, oglądasz czy słyszysz z tym, co się odkrywa w bezpośrednim kontakcie. Zobacz, no wszyscy Pana Jerzego lubią i szanują.
      Kamizelka pewnie mało praktyczna.;) Zresztą, ta metaforyczna – o którą głównie się rozchodzi – też nie jest super wygodna. Ale fason nadaje. A fason modeluje i ciało i ducha.

      Lubię zwłaszcza dwa filmy Stuhra – Historie miłosne i Tydzień z życia mężczyzny. No i nie znam Mistyfikacji, mam nadzieję, że kiedyś nadrobię. Książkę odbieram nie tyle jako dzieło literackie (choć pióro, oczywiście, sprawne), co wsłuchanie się w głos kogoś, kogo szanuję.
      Bardzo polecam (myślę, że przyjąłbyś z uznaniem) fragment, w którym Autor próbuje zdefiniować, czym jest inteligencja jako grupa społeczna. Odrzuca wyznaczniki drugorzędne, zostaje esencja i to jest naprawdę … wino najlepszego sortu. Tylko – czy taka inteligencja jeszcze istnieje? Chyba już tylko w rozproszeniu poszczególnych okazów. :)
      I ciekawe było dla mnie ponowne odkrycie (już wspominałam o tym), że prawda, którą głosimy musi być zgodna z naszym krwiobiegiem. Nic na wyrost, bez wspinania się palce – bo byłoby śmiesznie. Tak sobie myślę… to jest też świetna powtórka z tego, o czym się mówiło w polskich mediach, co poruszało Polaków (społecznie, politycznie etc). Więc dla Ciebie dodatkowy smaczek.

    2. Logos Amicus

      Jeśli prawda, którą głosimy, nie jest zgodna z naszym krwiobiegiem, to jest wielkie niebezpieczeństwo tego, że będzie ona brzmiała (w naszym wykonaniu) fałszywie. Ja osobiście wolę autentyzm (osiągany nawet kosztem prawdy), niż prawdę anektowaną cokolwiek na siłę – bo wtedy zwykle zgrzyta dysonansem między tym czym (kim) jesteśmy a tym czym (kim) chcielibyśmy być (lub wyznawać). Na palce czasem można się wspiąć – może nawet warto niekiedy podskoczyć ;) – ale nie jest dobrze, jeśli zaczynamy robić to zbyt często (bo rzeczywiście robi się wtedy śmiesznie, albo nawet głupio i pokracznie).

      Pogodziłem się już chyba z tym, że inteligencja jest w (społecznym) regresie (tj. schodzi z głównej sceny i przestaje być znaczącym motywem publicznego obrazka), wielu moich idoli intelektu już nie żyje (Lem, Kołakowski, Miłosz, Herling, Tischner, Jeleński, Giedroyć… – umarli niemalże na moich oczach), ale wiem, że zawsze mogę się schronić w niszy jaką tworzy to, co napisali (podobnie jest z twórczością innych pisarzy, czy reżyserów). Zresztą, takie nisze tworzą nie tylko oni – można je znaleźć sięgając wiele stuleci (może nawet millenia) wstecz.

      PS. „Mistyfikacja”? Ja bym się za tym nie zabijał ;)
      Aktorstwo tam niezłe (zwłaszcza w wykonaniu Ewy Błaszczyk i młodego Stuhra), ale moim zdaniem reżyseria fatalna – kładzie cały film robiąc z niego niezborny (i raczej niezamierzony) kabaret. Ale oczywiście – jest to tylko moje skromne zdanie ;)

  6. tamaryszek Autor wpisu

    A propos podskakiwania: masz rację, że póki widzimy autorytet, to podskakiwać do niego warto, ale bez zatracania tożsamości.

    A propos inteligencji: strasznie myśleć, że zanika… Mam nadzieję (trochę bezpodstawną), że to po prostu zmiana pokoleń i że nadejdą inni. A smutek po odejściu tych wymienionych przez Ciebie Gigantów, to po prostu nostalgia za kimś niepowtarzalnym. Byli inteligenci cisi, znani przez najbliższe kręgi, ale byli i tacy, których przemilczeć nie sposób. Nazwiska, które wymieniasz to pierwsza liga, dla mnie szczególnie Tischner, Kołakowski (znam nie tak dobrze jak Tischnera).

    A propos Mistyfikacji: to znaczy, że lubimy Stuhra, pomimo że nie zawsze jest perfekcyjny. ;)

    Odpowiedz
    1. Logos Amicus

      Nie wiem czy się dobrze rozumiemy: „Mistyfikację” wyreżyserował Jacek Koprowicz, a nie Jerzy Stuhr – więc to nie do niego „piłem” pisząc o kiepskiej reżyserii.
      Stuhr grał tam Witkacego, ale moim zdaniem była to kreacja zupełnie nie trafiona.
      Zresztą, jeśli miałabyś ochotę, to zapraszam do przeczytania małej notki, jaką poczyniłem o tym filmie tutaj:

      http://wizjalokalna.wordpress.com/2010/11/20/zero-matka-teresa-od-kotow-hustawka-zwerbowana-milosc-mistyfikacja-cudowne-lato-o-filmach-22-festiwalu-filmu-polskiego-w-ameryce-cz-ii/

      Pozdrawiam
      i gratuluję udanych wpisów
      (zwłaszcza tych ostatnich o filmach Polańskiego)
      S.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s