zahaczyć się o człowieka

Tadeusz Sobolewski, Człowiek Miron, Wydawnictwo Znak 2012.

Wiem że jestem
taki jaki jestem
może niegłupi
ale to może tylko dlatego że wiem
że każdy dla siebie jest najważniejszy
bo jak się na siebie nie godzi
to i tak taki jest się jaki jest.

Wyprawa z motyką na słońce. Pisanie o Białoszewskim, o kimś, kogo nie sposób oddzielić od tego, co napisał i nie sposób sprowadzić do przypisanych mu etykiet. Te etykiety, oczywiście, istnieją sobie w najlepsze: poeta lingwistyczny, poeta rupieci, odkrywca peryferii istnienia, poeta osobny etc.

Ale po lekturze Sobolewskiego wszystkie one wydają się nieco chybione. Jestem bliżej Mirona, choć większy mam w głowie galimatias. I wiem, że gdybym przypadkiem chciała informacje o Mironie przekazać na wzór notki-szkicu biograficznego, to zabłądzę, minę się, wszystko uproszczę. Sobolewski też niewiele porządkuje. Jego książka (świetna!) ma taki odśrodkowy dyskurs. Miron w środku i od niego zataczane są kręgi, wraca się na te same miejsca, odskakuje, wraca, pod światło i z różnych perspektyw, w różnych punktach na osi czasu. Rozdziały sugerują jakiś porządek, lecz złudny, bo na planie pierwszym jest to, jak bardzo Miron był „dla i wśród” ludzi i jak mimo tej bliskości był nieuchwytny. 

Książka-esej, podzielona jest na rozdziały tematyczne, pisana po białoszewskiemu, gadaniem i nawracaniem. Jest szczerze i niepomnikowo (a mimo to książka jest swoistym hołdem), chwilami dość polonistycznie (rozbiórki poetyckich tekstów). Dużo Mirona, dużo pisania Mirona, bo pisanie i bycie to w tym przypadku jedno. Każdy może po nią sięgnąć, jednak chyba ciekawiej czyta się tym, którzy Białoszewskiego spróbowali oswajać już wcześniej.

Znak wydał dwa tomiszcza, obok wspomnianego eseju Sobolewskiego również Tajny dziennik, który teraz dopiero może być opublikowany. Wydane bliźniaczo, dziennik stoi na półce tylko z lekka podczytany, biografia rozpękła mi się na 88 stronie, mimo że wcale nie narażałam jej na perturbacje. Co wspólnego z Białoszewskim ma znany krytyk filmowy, współpracujący z „Wyborczą”, z „Kinem” i razem z Torbicką promujący złotą myśl: Kocham kino? Wiele. I ten związek przesądza o kształcie książki.

Tadeusz Sobolewski poznał pięćdziesięcioletniego Mirona, gdy jako student polonistyki odwiedził go z Pamiętnikiem z powstania warszawskiego pod pachą, by poprosić o dedykację. Książkę przeczytał jak powieść przygodową, była dla niego olśnieniem (że można nie o zagładzie, lecz o potrzebie życia). Przyszedł i wsiąkł, i odtąd bywał, współtworzył towarzystwo młodych, którzy lgnęli do Mirona, bywali w świątek piątek, spędzali u niego święta, noce, szmat czasu. „Świątek”  to na przykład wtorek, dzień spotkań, gdy na Dąbrowskiego trafiali i młodzi, i starsi, artyści, badacze (Trzy Eumenidy: Janion, Żmigrodzka, Baranowska), znakomitości i ci „bez nazwiska”. Bo to teatr, bo to czytanie wierszy. Salon literacki PRL-u, który istniał w ahistorycznym wymiarze, nie był ani „pro” ani „anty”. 

Tu, do poety, który uciekał przed oficjalną stroną życia literackiego, trafiali jak zabłąkane ptaki: Jean-Paul Sartre z Simone de Beauvoir i Allan Ginsberg, a centrum było łóżko Białoszewskiego, na którym chciano „przysiąść”. A osią tego mikrokosmosu na obrzeżach świata był Miron.

Sobolewski poznaje w tym środowisku swoją żonę: Annę, badaczkę literatury, pisarkę. Jego teściowa, Jadwiga Stańczakowa będzie jedną z najwierniejszych przyjaciółek-uczniów Mirona. To jej zapisze Tajny dziennik, który przez lata był w posiadaniu Sobolewskich („Eskich” według Mirona), dopóki nie ujrzał światła dziennego (luty 2012). Te związki rodzinno-towarzyskie sprawiają, że autor biografii (?) ma wyjątkowo trudne zadanie, które spotyka zawsze tych wiedzących za dużo, mających aż nadto tropów, by móc widzieć klarownie i jednoznacznie. A zarazem: kto mógłby napisać coś równie istotnego? Sobolewski („skażony”, „naznaczony” Białoszewskim – jak mówił na spotkaniu autorskim: musiał uciekać od pisania, bo wpływ M.B. byłby przemożny) trafił się Białoszewskiemu jak los na loterii. Jeszcze jeden fart, trochę ich było. Nie do końca z przypadku, Miron sobie zasłużył.

Skoro już ustaliłam, że żadnego porządku do tej notki nie wprowadzę, to wyciągnę sobie kilka anegdotek, cytatów, sytuacji, które polubiłam.

Wnęka, dywanik i Beethoven
Znana z prozy Białoszewskiego sceneria jego pokoju: ciemność, „coś z rupieciarni i coś z zakrystii”, stosy obrazów, okna zaczernione. Wtajemniczeni wystukiwali w drzwi pierwsze tony V Symfonii Beethovena: ta ta ta taa. W środku on, najczęściej w piżamie, w ciuchach szarych, nieprasowanych. A mimo to zdobywający serca również wyglądem, urokiem osobistym. Czapski pisał o nim: „Co w Mironie zaraz mnie do niego przekonało, to jego twarz i oczy. Czy czuję naprawdę jego poezję – nie wiem. (…) Jego uwaga głęboka (…) i ta pewność, że mówi się z człowiekiem jakąś władzę, jakąś samoistność w sobie mającym”.

Białoszewski  (piewca Grochowa, Chamowa, Saskiej Kępy) zawiaduje w łóżku, na którym można przysiadać. Łóżko we wnęce. „Był tak wtopiony w to wnętrze, że złodziej, który tam się dostał, nie zauważył jego obecności”

Sobolewski pisze o gronie admiratorów młodszych od Mirona o 20 lat: „Zaczęliśmy u Mirona bywać grupowo, najpierw w poniedziałki, potem we wtorki. Nocowaliśmy na dywanikach, rozłożonych koło tapczana Mirona. Leszek wsunął kiedyś głowę do pokoju Mirona, zobaczył nas i orzekł po wiejsku: Maciora z prosiętami leży!”. Dywaniki, na których można siąść blisko, trwają po latach  jako „znak bezpieczeństwa, wolności, nigdy nie cofniętej akceptacji – czegoś, czego udzielał nam nieustannie Miron Białoszewski”.

Róże
To epizod ze skomplikowanej relacji między Mironem a Lu. i Lu. (Ludwik Hering i jego siostrzenica, Ludmiła Murawska). Ludwik (arcyciekawa postać, „akuszer cudzych talentów”, tłamszący własne) był współautorem tekstów dramatycznych, pod którymi podpisał się Białoszewski. To nie było czyste zagranie. Nawet jeśli później, poniewczasie, naprawiane. Rzecz dzieje się tuż po ukazaniu się Pamiętnika z powstania warszawskiego (1970), Lu. i Lu. nie utrzymywali wtedy kontaktu z Mironem, oto relacja Ludmiły:
„Przysłał nam książkę pocztą. Ludwik czytał kilka godzin, a potem przyniósł ją do mnie, do pracowni na Syreny. Położył przede mną bez słowa. Czytałam do rana. Zadzwoniłam o czwartej, przed świtem. Nie spał. «Ludwik, to znakomita książka!» A on, zostawiając mi ją, specjalnie nic nie powiedział, żeby nie sugerować. Okazało się, że uważa tak samo. Zapadła decyzja: idziemy do Mirona. Trzeba przejść koło Hali Mirowskiej. Ciemno jeszcze było. Zjeżdżały ciężarówy z kwiatami dla hurtowników. Kupiliśmy takie surowe, nieoprawione 150 róż, ubite, długie, ciężkie. Ludwik zawiązał pętlę z jednej strony, drugą od ogona, i tak szliśmy z tymi różami na plac Dąbrowskiego. On zaczął rozkładać w dzbanki, naczynia, i tak się od nowa zaczęło…”

To mój najulubieńszy fragment z tej książki. Animozje, urażona duma i słuszny zapewne żal – pokonane przez uznanie dla dobrze wykonanej pisarskiej roboty. 

Miejsce dla inwalidy
Białoszewski opisał tę historię w Szumach, zlepach, ciągach, ale ja przytoczę ją za Sobolewskim, z jego komentarzem. Otóż:
„Klucz do mieszkania na Poznańskiej przez nieuwagę wpada do kloacznego dołu. Ten wypadek w jednej chwili zmienia status Mirona. Czekając na sublokatora, który się nie zjawia, wędruje po mieście, wyobcowany, usunięty poza nawias życia. (…) W końcu decyduje się przerwać fatalny ciąg. I jak nieraz bezwładność, niedziałanie wywiera lepszy skutek niż działanie.

Jedyne, co posiadał bohater tego opowiadania – skrawek pokoju, «ciepło, samotność, łóżko» – zostaje mu odebrane. Mogłoby się wydawać, że posłuży to poecie do odsłonięcia «kafkowskiego» absurdu lat stalinowskich, obnażenia własnej samotności. Ale nie. To opowiadanie mówi o czymś innym – o tym, że ratunkiem staje się świadomość.

Miron rezygnuje z walki o odzyskanie klucza. Niech się dzieje, co chce. Decyduje się jechać do matki, do Garwolina. W pociągu siada naprzeciwko starszego pana, który «wydał mu się podobny do sztywnego astra». [M.B.] „Pociąg ruszył i zobaczyłem nad sobą tabliczkę «miejsce dla inwalidy». Nie było już miejsc. Pomyślałem półżartem, że jeszcze mnie wezmą za inwalidę. Zacząłem półżartem ruszać nogami, rękami. Żeby było widać, że prawdziwe i czynne”. Trzeba robić wszystko, żeby nie dać się uwięzić w sytuacji i w czyimś spojrzeniu. Może cała rzeczywistość, z jej pułapkami i zawirowaniami, z tym, co nazywamy losem, jest falą rządzącą się jakimś prawem przyczynowo-skutkowym, na które nie mamy wpływu? „Wiedziałem, że czas rozwiąże wszystko sam”. I tak się stało. Wobec przeciwności losu zachowanie wewnętrznej wolności jest ważniejsze niż walka o swoje”.

Orientacja
A propos Tajnego dziennika akcentuje się szczególnie intymność Białoszewskiego, jego homoseksualizm. Nie chciałabym się wpisywać w komentarze, które to drążą. Choć całkowicie pominąć nie sposób, bo sfera seksu była dla Mirona ważna i przygód erotycznych miewał bez liku. A także kilku ważnych partnerów. Uderzyło mnie, jak inaczej trzeba to było wówczas w sobie wyważyć, ułożyć, zaakceptować i odsłaniać niż dziś. Że z jednej strony o tym się wiedziało, a z drugiej – nie była to sensacja, choć przecież mentalność z lat 70. miała pozornie (!) więcej progów do przekroczenia. Jest tak scenka, którą uwieczniła po śmierci Mirona pani Jadwiga. To zapis jej rozmowy z sąsiadką, Nelą.

„– Tyle lat żyję – wzdycha Nela – a pan Miron musiał odejść. Szkoda, że nie założył rodziny.
– Był przecież homoseksualistą.
– Ach, prawda, zapomniałam”.

Bo taki był Miron: osobny, ale swój.

Wiersze trochę nie takie
Tu chcę zwrócić uwagę
 na dwie odrębne sytuacje. Pierwsza rozgrywa się w czasach, gdy Miron dopiero przymierzał się do pisania i poświadcza o jego pokorze. Druga – gdy miał za sobą największe sukcesy, a życie (w postaci redaktorów z wydawnictwa) nadal uczyło go pokory, ale – jako że nie każdego nauczyciela słucha się tak samo – Miron postawił na dumę. Bo tak sobie od dziś tłumaczę, co znaczy „zachować się po chińsku”. ;)

„Gdy jako niespełna dwudziestoletni chłopak Miron przyznał się Ludwikowi, że pisze, i zaczął pokazywać mu swoje wiersze i poematy, Ludwik nie zostawiał na nim suchej nitki. Miron wracał od Ludwika z ulicy Częstochowskiej na Ochocie do siebie na Chłodną. Szedł Towarową – opowiada Ludmiła. – Pod latarniami były kosze na śmieci. Wyrzucał tam swoje poematy, jeden po drugim, i kiedy przychodził do domu, nie miał nic. Zaczynał od początku”.

Trochę za Czapskim powiem, że nie wiem, czy ja te wiersze „czuję”, może mi bliżej do prozy. I mogę sobie z łatwością wyobrazić, że nawet w PRL-u, gdy nie kalkulowano tak jawnie zysków, a gust „statystycznego” czytelnika nie był dyktatem, wydawanie Mirona było artystyczną odwagą. On sam tak to opisuje w Tajnym dzienniku

„Kiedy wiersze do Rachunku zaściankowego już się zebrały, Sandauer przyjechał do mnie do Otwocka (…) i zaproponował mi, że on ten tomik ułoży, ale pod warunkiem, że ja zrezygnuję z połowy co najmniej wierszy, tych niezrozumiałych, tych, które uzna za bardzo niepewne czy niedobre. Ja się na to nie zgodziłem. (…) W PIW-ie miałem wkrótce niezbyt przyjemną rozmowę. Andrzej Kijowski, który załatwiał ze mną sprawy tomiku z ramienia redakcji, powiedział, że nie mogę wydać tomiku z wszystkimi wierszami, które ja proponuję, bo sam bym doszedł do tego, że za te wiersze trudno ponosić odpowiedzialność. Byłem wtedy z Ludwikiem. Lu. siedział obok, nic nie mówiąc, a ja spokojnie wycofałem się z umowy i wyszedłem z Lu. z pokoju. Lu. stwierdził na ulicy, że zachowałem się po chińsku„.

***
A ponieważ nie znajduję sposobu, by zakończyć mocną puentą, bo mnie wzięła ta metoda, żeby gadać i powracać, więc do dwóch jeszcze cytatów sięgnę, co to lepszych nie ma na koniec. Żaden zresztą koniec, to wszystko jakoś dalej się toczy. 

Sobolewski o Białoszewskim: „Kiedy umiera zakonnik, mówi się, że «odszedł do Boga». Miron odszedł do literatury, która jest żywa, jak niestarzejący się portret Doriana Graya. Poświęcił się literaturze w takim stopniu, że badanie jego «życia» niezależnie od «twórczości» wydaje się bezprzedmiotowe. Trzeba zajmować się tym Mironem, który jest, a nie tym, którego nie ma”.

Białoszewski skupiony na teraźniejszości, miał swoje zaczepienia w tym, co stworzono dawniej. Dla niego takim medium, w którym możliwe jest spotkanie z mistrzem, który dawno temu odszedł, jest muzyka. Słuchał nieustannie.  Palestrina, Monteverdi, Bach, Telemann, Vivaldi, Mozart… Można słuchać i się „zahaczyć”. Albo czytać i też może się przytrafić to samo.

czas, wieczność bezstronna
nie ma nic do rzeczy
w jednym człowieku
gubi się wieczność
a między dwoma przez wieki
może zahaczyć się
ta sama chwila

ANEKS: Nominacja do Literackiej Nagrody Nike (za rok 2012).

Reklamy

23 thoughts on “zahaczyć się o człowieka

  1. szwedzkiereminiscencje

    renée – zanosi sie na to, ze jak bede w krakowie, to dzieki twojemu zachwalaniu „towaru” wpadne na slawkowska do „znaku” i kupie!

    w moje zycie bialoszewskiego, jako postac, wprowadzily pamietniki stanczakowej, czytane lata temu w radio (poprzednio istnial wylacznie poprzez tekst piosenki demarczyk). jako pisarza poznalam dzieki pamietnikowi z powstania, kt uwazam za znakomity. jako poete – wiecej niz paru wierszy – j jeszcze przede mna

    co do mówienia o homoseksualizmie, to uwazam, ze za komuny bylo zdecydowanie latwiej. co prawda mówilo sie scenicznym szeptem, ze „docent l lubi chlopców”, ale przynajmniej sprawa byla jasna. teraz kolezanka zaklina mnie na wszystkie swietosci, zeby tylko sie tylko nie wygadala, iz jej byly maz j homo. bo by mu ludzie zycie zatruli

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      M., czyli że odwiedzisz Polskę (w wakacje)? Może jak kupisz u źródła, to Ci nie pęknie i się nie rozklei. Podtrzymuję, że dobra rzecz. Unikatowa ze względu na perspektywę widzenia. Wygląda na to, że polska kultura wchłania Białoszewskiego za sprawą „Eskich”. Primo, pani Stańczakowa i jej dzienniki, na podstawie których Barański nakręcił Parę osób, mały czas (2005). No i one same w sobie. secundo: praca Anny Sobolewskiej (1997) – Maksymalnie udana egzystencja, szkice o Mironie. Teraz esej pana Tadeusza. Opieka rodziny nad Tajnym dziennikiem etc.

      Trzeba polubić sposób pisania, który nie jest encyklopedyczny, nawet nie za bardzo porządkujący. Ale oddający to, co najcenniejsze. Warto, również dla wielu smaczków i dla osób z drugiego planu. Świetne sylwetki osób jakoś zapoznanych przez oficjalną kulturę, a niesamowitych. Przede wszystkim Ludwik Hering bardzo mnie zainteresował, oczywiście Stańczakowa, i ci, który robili coś na swój sposób, angażowali się w sztukę jak Białoszewski, ale albo talent mniejszy, albo – co równie prawdopodobne – mniej szczęścia. Mironowi bardzo w debiucie pomógł Sandauer. Pozostali mieli mniej szczęścia po prostu. Jest taka historia jak to Białoszewski z Czachorowskim chyba oddawali tomiki do wydania. Ale że to PRL, to limity na wszystko. Formularz był tylko jeden, Miron dostał, bo był na „b: ten drugi na „c”. Miał przyjść jutro, ale limit się już wyczerpał i tyle z debiutu.
      Więc te smaczki. Dla mnie zupełnie z zaskoczenia wyłonili się tacy ludzie jak Czapski (był w wielkiej komitywie z Heringiem) czy Wanda Chotomska i jej wierszyki dla dzieci.

      Co do mówienia o homoseksualizmie, przede wszystkim: to są dwie różne epoki, wczoraj i dziś. Dziś mamy więcej celebracji, ale niekoniecznie sytuacja jest czystsza. Sobolewski pisze z wielkim wyczuciem. Poza tym: „Białoszewskiego nie da się zdemaskować, bo on sam robił to w swojej twórczości niezliczoną ilość razy”. Powiedział raz coś takiego:
      „– Taki byłem od początku – opowiadał mi kiedyś Miron – od piętnastego roku życia. Czekałem, aż coś się zmieni. Ale się nie zmieniło. Wtedy sobie powiedziałem: tak musi być i nie będę się tym przejmował”. Tak prosto pewnie nie było. Ale właśnie dlatego można powiedzieć, że Miron całe życie uczył się zgody na siebie i akceptacji losu. Z dobrym skutkiem. I jak to trafnie zdiagnozowano: „Gdyby Białoszewski mieszkał w Paryżu czy Nowym Jorku (…), nikt by go nie pytał, z kim śpi, o której wstaje i jak się ubiera. On tymczasem żył w peerelowskiej Warszawie, w kwaterunkowym pokoju z kuchnią, prowadząc życie francuskiego surrealisty czy nowojorskiego bitnika”. To jest ciekawe. Chociaż naprawdę nie pierwszoplanowe.
      Pozdrawiam!

    2. szwedzkiereminiscencje

      dziekuje za poszerzone horyzonty – czy aby zostanie mi cos jeszcze do czytania? bo sie wybieram do krakowa i pewnie kupie – bede ogladac okladki, zeby nie byly porozklejane juz na wstepie ;-)

      nie do konca jasne sa wyroki pani fortuny – znani staja sie nie zawsze ci najzdolniejsi i nie ci, co by „zaslugiwali”. wande chotomska i jej wierszyki doskonale pamietam – mialam w domu ksiazeczki jej pióra

      a co sandauera – to byl to chyba jeden z jego niewielu dobrych uczynków?

    3. tamaryszek Autor wpisu

      :) Ok, będzie co czytać. Gadam tak, bo mam nadmiar i chciałabym dorzucić jeszcze to i owo. Po kawie mi przejdzie, poniesie mnie w inną stronę.
      Teraz mi przypomniałaś tę sytuację z debiutem pięciu poetów. W jednym z numerów „Życia Literackiego” z 1955 pięciu krytyków zarekomendowało debiut pięciu poetów, każdy swojego. To znana informacja, ale przypomnę te duety: Błoński-Herbert, Sandauer-Białoszewski, Jastrun-Harasymowicz, Flaszen-Czycz, Przyboś (jako krytyk)-Drozdowski. I jedna myśl: nie każda rekomendacja wytrzymała próbę czasu. Druga myśl: czas nie zawsze obdarza pełną garścią, czasem zamiast garści – piąstka.

      Czas na kawę.:)

  2. Ewa

    – piękny ten nowy układ strony, bardzo przystaje do tamaryszka,
    – pięknie pisze tamaryszek, zupełnie jak wielkie, mocne drzewo a nie delikatny krzew,
    – piękne miał życie M.B.; co tam przeszkody,
    – bezwładność, niedziałanie wywiera lepszy skutek niż działanie… bo wobec przeciwności losu zachowanie wewnętrznej wolności jest ważniejsze niż walka o swoje; spróbuję zostać chińczykiem :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :) Myślę,że ten szablon może być. Nie budził zastrzeżeń we mnie, cieszę się, że i Tobie wydaje się przyjazny. Duży walor: komentarze nie są więzione w zbyt wąskich ramkach, więc można sobie popisać.;)
      Jednak istota rzeczy w tym, by piękno dostrzegać. Bo może to życie Białoszewskiego nie było arcydziełem (może trochę było? jak każde), bo może szablon neutralny, a tamaryszek pisze względnie… A całe piękno w Twoich oczach?
      Jeszcze przytoczę kawalątek z dzienników Czapskiego (wcale go w tej książce nie ma dużo, ale gdy już jest, to intensywnie). Kto zamierza szybko sam przeczytać, to powinien te odsłony zlekceważyć.
      „W swoim dzienniku wspomina on [J.Cz.] spotkanego w górach Hucuła, który zapytany, czego by jeszcze pragnął w życiu, odpowiedział poważnie: „Jeszcze jednu świniu!”. Wszystko, czego pragniemy, do czego dążymy – dopowiada Czapski – jest w nas, nie poza nami.

      Gramy w chińczyka! :)

    2. szwedzkiereminiscencje

      kiedy mnie sie to gadanie b podoba!
      szczególnie, ze zahacza o kraków – chodzilam do szkoly z dwoma synami redaktorów „zycia literackiego”. w tym naczelnego
      a harasymowiczowi wsparcie wladzy chyba niespecjalnie wyszlo na zdrowie – talent trzeba umiejetnie glaskac, zeby nie zaglaskac ;-)

  3. janek

    Pięknie dziękuję za ten wpis i kolejną inspirację. Do tej pory bardziej znałem działalność „Sobola’ – uwielbiam jak opowiada o kinie. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by zmienić te proporcje. Frapuje mnie przede wszystkim nie tyle twórczość, co biografia Mirona.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Mnie też przyciągnął Sobolewski.:) Bo równie dobrze mogłabym zacząć od czytania dziennika Mirona. Ale właśnie zachodzi tu ciekawość wtórna. Sobolewskiego cenię i lubię, to idzie w parze. I on był dla mnie drugim, pozostającym w cieniu, ale jednak bohaterem tej książki. Poza tym – mam dedykację. Trochę przewrotną, bo mówiłam, że czytam z uwagą S., a S. napisał: „Dla R., która czyta Mirona”. Mirona też czytam, „poczytywam”.;)

      Tę książkę czytałam dość wolno. Chyba wynika z postu, dlaczego. Pozdrawiam, Janku.
      ps. Biografii od pisania nie oddzielisz, dlatego specyficzna to twórczość, specyficzne życie i specyficzna książka.

  4. janek

    Na pewno masz rację, że nie oddzielę. Dlatego ‚Szumy, zlepy, ciągi’ wciąż są przede mną :)

    Odpowiedz
  5. czara

    Aj, zahaczyłam się! Zahaczyłam się o Mirona, dzięki Sobolewskiemu i Tobie. Może razem wprowadzicie modę na Mirona? Mnie jakoś mniej interesuje biografia (choć czarne okna! Frapują.) Prozy nie pamiętam (mój błąd). Ale te wiersze! Zahaczyły mnie jakoś przed maturą pamiętam… Co on w nich robi z językiem! Jak on to robi, że mu wszystko tam jęczy, brzęczy i w ogóle, wygina się i nagina tak jak mu Miron gra? A Szare Eminencje Zachwytu? Od tamtej pory nie mogę spokojnie patrzeć na łyżkę durszlakową…
    (PS A teraz drżę, czy mój komentarz się doda, czy powtórzy los wielu innych, ostatnio tu znikniętych?)

    Odpowiedz
  6. janek

    Hej Czaro! Widzę,że się żywotnie zahaczyłaś i radośnie zawisłaś! :) Ja się tu z komentarzem wciskam (Ren wybacz), bo chce zapytać jak wygląda i do czego służy ta łyżka durszlakowa? Dobrze, ze przynajmniej wiem co to durszlak! :). Szare Eminencje… no tak! to już teraz bez twórczości nie da rady dalej! I żebym to ja tak z matury wszystko pamiętał! ….

    Odpowiedz
  7. janek

    OK, sam sobie odpowiem, zanim ktoś mi wytknie, że to jedno i to samo :). U mnie w domu mówiło się po prostu : durszlak. U Mirona zyskał on ‚obleczenie monumentalne’ i niebiańskie zarazem.
    Czaro, zwracam honor. :)

    Odpowiedz
  8. tamaryszek Autor wpisu

    @ Czaro, Janku,
    Się oddaliłam od książki i od tomu z poezją i niczego z pamięci nie umiem zacytować. A w necie nie szukam, bo same ściągi się otwierają, a tam bzdury i schematy. A wierszyk byłby tu jak ulał.:)
    Janku, to pytanie o łyżkę durszlakową było cudne. Aż szkoda, że się wycofałeś. :))
    U mnie mówi się cedzak. Gorzej brzmi.
    Czaro masz rację z tą swoistością języka. No a druga rzecz: literatura jako krojenie opowieści czy przetwarzanie (utrwalanie) życia, coraz to nowych jego obszarów? Bo z jednej strony: ja jestem wielbicielką dobrze opowiedzianych historii, dobrze rozegranych. A u Mirona nie o to chodzi, by za dużo wymyślać. Brać z tego, co pod ręką, nie wyszukiwać powabów, tylko przetwarzać. Ta Mironowa wiara, że jego peryferie są pępkiem świata i że zostały mu dane, więc z nich właśnie będzie czerpać, to jest dla mnie rzecz, wobec której muszę się określić. W ogóle: Miron ze swymi dziwactwami jest wezwaniem do akceptacji siebie. Vide: wiersz rozpoczynający wpis. Mnie teraz bardziej do prozy ciągnie, ale też nie da się Mirona jeść jak chleb.

    Jak to? Pożarł coś WordPress łakomy? To żal niezmierny. Może kiedyś to coś wylezie niczym Jonasz z brzucha wieloryba.

    Odpowiedz
  9. czara

    1. U nas się mówi „łyżka cedzakowa”. Ha. Ale durszlak to piękne słowo, tak mi brzmi z francuska się od razu widzi trudny do przebrnięcia szlak.
    2. Mironowskie przetworzenia… Aż zdziwiona jestem, myślałam, że to na każdego działa tak jak na mnie. Nie jak chleb, ale jak jakaś posypka do chleba, którą najlepiej jest wyjadać samą (metafora za daleko posunięta). (Ale ma tę zaletę, że może wiele znaczyć, a nie musi nic.)
    3. WordPress proceder połykania moich tutejszych komentarzy uprawia od dawna, pod różnymi pretekstami. Nie wypluwa pod żadnym. (Zostaje szarenagieokienko)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      3. Jest metoda. Wiem, bo i mnie zżarło u Ciebie, gdym zapomniała wpisać kod. Teraz przed publikacją kopiuję. Gdyby pożarło, wkleję. Bo odtworzyć lub pisać na nowo – trudno. Żal mi tych nienarodzonych (sorry, nie ma się z dziećmi kojarzyć;)) słownych paciorków.
      1. Durszlak po prawdzie z niemieckiego pochodzi (Durchschlag), ale to wszystko kwestia wymowy, można po francusku: dłuższe samogłoski i specjalne „r”.;)
      :)) To ja pójdę tropem Janka. Wiem, co to cedzak, ale co to jest łyżka cedzakowa? :))))
      2. Nie wiem, jak tego Mirona kulinarnie wyrazić. On sam jadał marnie. Lubił tabletki (psychedrynę, np.), coś, żeby się obudzić w nocy albo żeby zasnąć w dzień. Niepożywne. Podobnie jak powstańcza zacierka z tynku. Nie kojarzy mi się z bułką z masłem, może troszkę jak chleb z cukrem?

  10. Ojtam

    t. – łyżka cedzakowa vel durszlak = urządzenie użyteczne przy gotowaniu makaronu. Działanie oparte na ruchu mięśni rąk, moja babcia robiła to tak: woda weg! kluski zurück! I to tyle w sprawie Białoszewskiego ;)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :))
      Miron mówi to tak:
      „Jakżeś nieprzecedzona w bogactwie,
      łyżko durszlakowa!”
      Na pewno o to mu właśnie chodzi, że „weg!” i „zurück!”

      To sobie na koniec jeszcze kawałek dopiszę (O sobie rosnąco):
      „oklapłem
      z swoich natchnień
      bo
      zdaje się
      jak na nich rosłem
      to ktoś wziął za klamkę
      mnie zawiało”

      Słowem: unikać przeciągu.;)

  11. xbw

    Wstąpiłam na chwilę w Białoszewskiego i porwało mnie i uniosło i nie mogę się wydostać. Wspaniały człowiek.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      xbw,
      najlepsze są takie nieplanowane zasiedzenia. Wydaje się, że przypadkiem, że wpadamy na chwilę. A tu odkrycie i przywiązanie na całej linii. Ciekawe czy wpadłaś do biografii spisanej przez sobolewskiego, czy raczej do twórczości źródlanej – do wierszy, prozy, do dziennika. Bo to przepastna jest rzecz. Ja „wcale nie wszystko” ogarniam. :)

  12. xbw

    Przeczytałam „Zawał” a teraz czytam „Tajny dziennik”, w przerwach obejrzałam „Parę osób, mały czas” i podczytuję wiersze. Sobolewskiego zostawiam sobie na deser :) Nie przypuszczałam, że będzie aż tak.

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s