dziesiątka ze wskazaniem na trzy (NH)

Z dedykacją: Ewie (ze wskazaniem, że może czytać wybiórczo)

Prawda jest taka, że trudno będzie napisać coś prawdziwie odkrywczego, prawdziwie przemyślanego i niezdawkowego, gdy niemal cięgiem obejrzało się 37 filmów. No, 35 – z jednego wyszłam, na jednym się wyłączyłam (nie czytałam napisów, a film był tajlandzki).

Pierwsza przeszkoda – chcę wspomnieć o kilku tytułach, więc przydzielę im mniejszą dozę słów. Przeszkoda druga – choć ostrzyłam uważność i popijałam wodę dla orzeźwienia i chłonięcia jak najczystszych wrażeń, to jednak wszystko co piszę, piszę spod warstwy kolejnych obrazów, więc odbiór mam zmiksowany.

Moja dziesiątka zbiera filmy z różnych kategorii: te „nowohoryzontowe”, przekraczające granice tradycyjnej filmowej narracji, i te, które wciąż ufają opowieści, te tworzone przez debiutantów i przez mistrzów kina, fabuły i filmowe eseje. Miszmasz podyktowany tym, że każdy mnie czymś nakarmił i zostawił niedosyt, a nawet potrzebę, by zobaczyć je jeszcze raz. Tyle że nie dzisiaj.
Kolejność niezobowiązująca. Długość nieprzyzwoita. W dodatku z pominięciem festiwalowej obyczajówki (bo byłoby jeszcze dłużej).

1. Najbardziej intrygujący i  nowohoryzontowy – Post tenebras lux, reż. Carlos Reygadas, Meksyk.
Ten film wart jest odrębnego eseju. Jak to u Reygadasa: niespiesznie jest, nielogicznie, prosto, ale dziwnie. Rzecz rozgrywa się mniej więcej wokół jednej rodziny: młode małżeństwo z dwójką małych dzieci (role obsadzone przez występujące pod swoimi imionami dzieci reżysera: Rut i Eleazar). Żyją w świecie pięknej natury, blisko niej. I oni też są ze sobą blisko. Tak to odbieram, gdy obserwuję, jak bezpiecznie czują się dzieciaki. Bodajże pierwsza scena: czteroletnia ufna dziewczynka, sama na olbrzymim pastwisku. Zmienia się światło, aż dzień przechodzi w mrok. A ona biega, radośnie nazywając krowę, osła czy psa. Tapla się raz po raz w błocie, ale wciąż jest zajęta, pochłonięta przez teraźniejszość. W dużo późniejszej scenie mężczyzna, ciężko chory (ranny), wspomina swoje dzieciństwo, takie błahe chwile, jakieś lizanie poręczy łóżka… i towarzyszącą temu pewność, że jedyne, co trzeba, to być. Ale dorosłość to czas wygnania z raju niewinności, więc błogość jest tylko wspomnieniem. 
O tym śpiewa Nathalie, żona bohatera, wtórując jego wyznaniom.

Otóż to jest właśnie kluczowe, że u Reygadasa czasy się przeplatają. Miniona przeszłość i niezrodzona jeszcze przyszłość istnieją niemal (?) tak samo jak teraźniejszość. Bo żyjąc, wspominamy i wyobrażamy sobie siebie w mających nadejść zdarzeniach. Dezorientujące dla widza może być to, że coś, co bierzemy początkowo za czasowy przeskok, tak naprawdę nie może zaistnieć, bo jesteśmy świadkami śmierci, która te wyobrażenia niszczy. Takiej przyszłości nie będzie… ale przecież była, w pewien sposób – wtedy, gdy ją wymyślaliśmy.

Harmonia, za którą tęskni filmowa rodzina, nie jest bynajmniej oczywista. Piękno natury zakłócane jest złem, demonicznością lub mordem. Nie dziwne, że na zwierzęta z pierwszej, ufnej sceny, w scenie ostatniej pada czerwony jak krew deszcz. Że krew tryska z aorty mężczyzny, który urwał sobie głowę. A jednak trochę dziwne. Gdy film się kończy, nie wiem, o czym właściwie był, choć nie odrywałam oczu od ekranu. Reżyser mówi po projekcji, że niczego nie trzeba rozumieć, że filmu nie wolno streszczać (a jego filmu po prostu nie sposób), że należy go odbierać tak, jak był tworzony, czyli siłą podświadomych skojarzeń.
Czy można zrozumieć morze? Albo zinterpretować sens piękna dostrzeżonego w zachodzie słońca? Pyta Reygadas w wakacyjnym numerze „Kina”. Po seansie (gdy trwam w mocnej dezorientacji) reżyser zapewnia, że przechodzący przez dom fluorescencyjny (czerwony) byczek-diabeł to nie żadna fantastyka, tylko rzeczywistość. Bo to, co realne, nie musi mieć wymiaru materialnego, sensorycznego. Może w ten sposób przemyka tuż
obok nas cień zła? Mnie to intryguje. Zazwyczaj tak właśnie odbieram filmy, że szukam w nich opowieści, scalam rozproszone elementy, porządkuję linię czasu, łączę zobaczone z kontekstami, które – jak mniemam – są im przypisane. Reygadas proponuje coś innego. A ja bardzo bym chciała zobaczyć ten film jeszcze raz i zdecydować ostatecznie, czy przekonuje mnie ten język. Bo nie jest to kino dla każdego, o czym świadczy choćby reakcja krytyków. Z jednej strony: nagroda za reżyserię w Cannes, z drugiej – wypowiedzi dziennikarzy-filmoznawców (np. Jerzy Płażewski, „Kino” nr 7/8), które widzą w Post tenebras lux reżyserskie kalectwo. I gdy przypomnę sobie niektóre sceny, to muszę przyznać, że nie tylko „nie rozumiem” filmu, ale nie umiem też jednoznacznie się wobec niego określić.

2. Najbardziej arcydzielny [to znaczy, że choć wymieniam go raz, jest jak joker, mógłby obsadzić każdą kategorię] – Miłość, reż. Michael Haneke, Francja (choć reżyser-Austriak).
Złota Palma w Cannes. Wielkie nazwiska: Michael Haneke, Jean-Louis Trintignant, Emmanuelle Riva (na drugim planie jeszcze Isabelle Huppert) . Każdy zrobił to, co potrafi, z prostotą i maestrią. Temat ważny: doświadczenie usuwania się najbliższej osoby w chorobę, demencję, w nieuchronność; towarzyszenie jej w tym znikaniu; cierpliwe akceptowanie rzeczywistości i bunt, gra o ocalenie tego, co jeszcze ocalić się da. Czyli? Walka o godność, trwanie w miłości, przynoszenie ulgi swą obecnością lub decyzją, która wymaga posunięć kontrowersyjnych. Ale najważniejsze, że to jest takie kino, które porusza, ujmuje swą dramaturgią, każdym gestem, spojrzeniem i słowem. Tak, że nieważne jest w gruncie rzeczy to, że spadł na ten film deszcz nagród i pełnych zachwytu komentarzy – nieważne, to wcale nie przeszkadza, by wzruszyć się na swój rachunek. 

Odpowiada mi, że Haneke wybrał ten właśnie tytuł, a nie musiał, bo w kolejce stały słowa bardzo adekwatnie ujmujące tę historię a dużo bliższe pustki, bezradności, poczucia kresu. Dobrze, że „miłość”, bo to zgodne z duchem opowieści, która pozbawiona jest sentymentalizmu i emocjonalnego szantażu, ale uchyla okno jakiejś… nadziei?, poezji?, sile mierzenia się po ludzku z czymś nieludzkim.
Ważne wydają mi się te pierwsze sceny, gdy choroba czai się, uśpiona, nie zakłócając niczego. Dwoje starszych ludzi, ich piękne paryskie mieszkanie, pełne książek, płyt, obrazów, przestrzeń oswojona, budowana przez lata, wypełniona treścią ich życia. I różne drobne rytuały: wyjście na koncert do teatru (oboje są koneserami muzyki klasycznej), czułe gesty, komplement zgrabnie podrzucony żonie, uśmiech posłany mężowi. Starość to takie zatrute słowo, a tu naprawdę – na początku – wygląda całkiem nieźle. Dopiero pewnego zwykłego dnia, przy śniadaniu, niby nic takiego, ale coś zaczyna się sypać, puszczają szwy, maleje władza ducha nad ciałem. Dobrze oswojone miejsce, rytuały, solidnie zbudowana relacja zaczynają nabierać niepokojących kształtów. 

Jednym zdaniem tylko powiem: wspaniała gra Trintignanta i Rivy! Grają ich ciała, ich aktorska mądrość, jakieś niezwykłe wyczucie umiaru i odwagi jednocześnie.

Film zaczyna się sceną, w której wszystko już się dokonało. Dość szokujące rozwiązanie losu Anne i Georges’a towarzyszy nam, gdy później krok po kroku obserwujemy retrospektywną narrację. I wydaje się, że tego początku nic już nie przebije, co najwyżej pogłębi się zrozumienie, dlaczego tak właśnie się stało. A tymczasem końcowa sekwencja, czyli poetycka, niezwykła, tajemnicza „dogrywka”, sugerująca los Georges`a, jest mistrzowska. Może się komuś wydawać, że śmierć stawia kropkę. Ale tyle jeszcze nut chce się dorwać do głosu, chce wybrzmieć… Gołąb, wybór, zniknięcie… To, co dzieje się z bohaterem jest takie niejednoznaczne (choć przecież to musi być znów ona, znów śmierć), że wzruszenie nie wygasa. może nawet najsilniej kumuluje się w scenie, gdy Isabelle Huppert rozgląda się po pustym mieszkaniu swych rodziców, gdy ich już nie ma, ale też są – bo cztery ściany wytwornego wnętrza, które nasiąkły latami ich obecności i miesiącami finałowej tragedii nie mogą być tak po prostu, do końca, puste.

3. Oho! kino pełną gębą! – Holy Motors, reż. Léos Carax, Francja.
Znowu Paryż, tym razem wsadzony w jakiś szalony malakser, który kroi na plastry, miesza (składniki z różnych konstelacji, pozornie niemieszalne) i zapewne ubija na piankę. Wywrotowy film, jeśli zestawić go z klasyczną Miłością; na tyle jednak spójny i podszyty kontekstami, że ewentualną dezorientację zamienia w lekko absurdalną, lecz sensowną opowieść. O kinie? Tak, myślę, że to jest film o kinie i o byciu aktorem-artystą. Reżyser sugeruje w wywiadach (również w rozmowie po seansie), że ważniejszy jest kontekst życia niż sztuki,  że to film o nas, o podejmowaniu ryzyka działania, przeobrażaniu się, nieustannym szukaniu, przełamywaniu impasu, wchodzeniu w nowe role. Nie wiem, czy to właśnie sugeruje Carax, ale idąc tropem reżyserskiej sugestii, tak mniej więcej odczytałabym tę historię.
Oscar, mężczyzna w średnim wieku (w tej roli aktor Caraxa, Denis Lavant), mieszka w dość tajemniczym miejscu – okna wychodzą na dworzec lub lotnisko, drzwi prowadzą do sali kinowej, a samochód, do którego wsiada, okazuje się być niczym ruchoma garderoba lub kosmiczny transformator osobowości. Wehikuł to nie rekwizyt, bo – primo – to jest biała limuzyna, obłędnie wyposażona, secundo – ma szoferkę, tertio – mieszka w garażu (wytwórni) o nazwie Holy Motors, gdzie co noc spotykają się i trochę obgadują świat inne białe limuzyny. 

Oscar cały dzień wypełniony ma spotkaniami, na które limuzyna go podwozi, a on wyskakuje z niej w coraz to innym wcieleniu, odgrywa epizod, wraca, mknie dalej. Bez wytchnienia, samotnie, według założonego scenariusza, który chce wypełnić jak najściślej. Nie wiem, czy w ogóle istnieje Oscar, czy tylko kolejne role-maski. Czasem nabieram się, że któraś z ról jest życiem „prawdziwym”, ale co to w ogóle za określenie: gra to też życie.

Przebieranki są mistrzowskie! Filmu Caraxa nie da się opowiedzieć, nie uruchomiając podglądu na obraz. Wszystko, czym może być kino, tym jest film Holy Motors. Historią gangsterską, obyczajową, musicalem, miksem fantasy i s-f, burleską i tym, co przełamuje gatunki i jest kinem po prostu. Ponieważ nie sięgnę głębiej w tej krótkiej impresji, więc na marginesie pozostawię znaki, jakimi są mniej lub bardziej czytelne cytaty czy aluzje do świata filmu czy popkultury. Znakami takich kontekstów są między innymi występujący w epizodach aktorzy czy celebryci: Edith Scob (pani szofer!), Michel Piccoli, Eva Mendes czy Kylie Minogue. Lubię scenę, w której do Oscara przysiada się mężczyzna (Piccoli) i sonduje jego kondycję. Pyta o zatracony entuzjazm, o motywację, odsłania jakąś podszewkę: idealizm i przypisane mu nieuchronnie wypalenie. [tu niestety napotykam na dziurę: nie mogę sobie przypomnieć słów Oscara, mam wrażenie, że mówił coś o potrzebie piękna, jakim jest samo działanie, o tym, że wszystko usensownić może oko patrzącego… o ile wciąż ktoś umie uważnie patrzeć – głowy nie dam, może mówił coś innego?]

4. Dowcipnie ponury (a la Dostojewski) – Podziemie, reż. Zeki Demirkubuz, Turcja

Jeden jedyny film turecki, ale wystarczy, by mi przypomnieć, że ja to kino lubię. O Demirkubuzie i innych Turkach pisałam dwa lata temu, po 10.MFF NH (tutaj). Dostojewski jest dla tej kinematografii niemal ikoną, podobnie jak Andriej Tarkowski. Może czasami szukanie kulturowych analogii jest oglądaniem z tezą, ale tym razem wszystko sugeruje, że można i należy Fiodora D. obrać za punkt odniesienia. Bo to adaptacja Notatek z podziemia przeniesiona do współczesnej Ankary. Jest bohater, który choć na półmetku życia, ma idealistyczne dylematy pokroju Rodiona R.: dziwi się podłości świata, ale sam jest podły, mierzi go dążenie do sławy, ale zazdrości, bo jaki sens ma istnienie, jeśli się nie jest wybitnym, szuka upokorzeń, a potem się gruntownie obraża, spotyka szlachetną prostytutkę i jest wobec niej gburem, bo „niegburem” być organicznie nie może. Świetne zakończenie! Czyżby najcięższym balastem, który przeszkadza nam normalnie żyć, była niezgoda na pulsujące nam pod skórą zło? Przedtem bohater wył jak pies z rozpaczy (dosłownie!), obwąchiwał się i napraszał o ksywkę „świra”. Teraz – powiada – „Poczułem ulgę. Zrozumiałem, że już się nie zmienię”. Oho! Duszo rosyjska (w tureckiej translacji)! Oj, jakby to powiedział Rodion R.: „Człowiek jest podły i podły jest ten, kto go podłym nazywa”. Moja ulubiona scenka: Muhharem (główny bohater) siedzi vis-à-vis młodego urzędnika i mówi do siebie w duchu: „Patrzę na ludzi z pogardą i nienawiścią. I myślę, że oni robią to samo”. Pojedynek na miny, i jemu, i urzędnikowi gra w duszy ta sama melodia, urzędnikowi nawet głośniej. 

5. Delikatny, kruchy, goniący za nieuchwytnym (ex aequo) – Od czwartku do niedzieli, reż. Dominga Sotomayor Castillo, Chile; Niebieski ptak, Gust Van den Berghe, Belgia.
Pierwszy tytuł to film nagrodzony w głównym konkursie festiwalu (konkurs filmów nowohoryzontowych). Film drogi, film rodzinny, film, w którym trudne sprawy dotyczące rozsypującej się jedności, przefiltrowane są przez dziecięcą wrażliwość, wnikliwość, intuicyjność, świeżość. Portret rodziny we wnętrzu… samochodu, ze zmieniającym się tłem: pejzaż zewnętrzny z zieleni zmienia się w pustynię (Chile), pejzaż wewnętrzny analogicznie traci życiodajne soki. Niebieski ptak to również podróż, tym razem rodzeństwo przemierza (bliżej nieokreśloną) afrykańską przestrzeń w poszukiwaniu niebieskiego ptaka, który im uciekł. No, zdziwiły się, że odfrunął, bo wydawało się, że powinien się trzymać tych, którzy go pogłaskali. Naiwnie więc sobie wędrują i trochę tej naiwności po drodze gubią, zwłaszcza, że spotykają zmarłych (dziadka i babkę – zabawnych i bardzo ziemskich) i nienarodzone dzieci, które dopiero szykują się do przybycia na ziemski padół. Piękny film, sama nie wiem – chyba melancholijny, ale też lekki i pogodny. Oba filmy, choć różne, łączą mi się w dobrze zestrojony tandem.

6. Z tajemnicą i nieodróżnialną stroną prawą od lewej – Za wzgórzami, reż. Cristian Mungiu, Rumunia. 
Będzie w kinach, polecam pójść i zobaczyć. Można ze względu na reżysera, który zdobył sobie uznanie niegdysiejszym dramatem 4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni; można ze względu na nagrodzone Złotą Palmą aktorki: Cosminę Stratan (Voichiţa – dziewczyna szukająca schronienia w oddalonym od świata klasztorze) czy Cristinę Flutur (Alina, która przybywa do dawnej przyjaciółki, próbując ją z klasztornego uśpienia wyrwać i na nowo oferując jej miłość). Naprawdę tragiczna sceneria i perypetie. I zło, które niełatwo wskazać jednoznacznie. Bo kto jest tu jego zarzewiem? Alina, ze swymi „grzesznymi” skłonnościami i niepokornym charakterem? Klasztorny ojciec czy matka (przełożona), którzy egzorcyzmują bezlitośnie i głupio? Może po prostu świat? W ostatniej scenie, gdy rozegrało się już to wszystko, o czym nie wspomnę, bohaterowie siedzą w samochodzie, gotowi do drogi. I wtedy – przy wtórze słów o jakiejś innej zbrodni, równie (jak każda) nieuzasadnionej – szybę samochodu obryzguje błoto. Niczym zło, z którego nie sposób się obmyć czy przed nim uciec. Ani w naiwność ani w trzeźwość, ani w pokorę, ani w bunt.

7. Z największą dozą wzruszenia – Proste życie, reż. Ann Hui, Hongkong.
Współczesny Hongkong, dobrze sytuowana rodzina (w H. żyje tylko 30-letni mężczyzna, reżyser, pozostali emigrowali do USA) i służąca, która pracowała dla nich 60 lat. Niańczyła, sprzątała, gotowała. Pysznie gotowała (ten kulinarny motyw jest silnie zaznaczony). Teraz ma lat 75 i gdy nadchodzi choroba, gotowa jest usunąć się w cień do domu starców. I tak się dzieje. Ale mężczyzna (Roger) budzi się z uśpienia i zaczyna się troszczyć o Ah Tao. Co jest reakcją tyleż sprawiedliwą (wobec Ah Tao) co ocalającą (dla Rogera). Proste życie to prosta historia o pięknie prostoty. Niebanalna.

8. Ze względu na dźwięki, które opowiadają historię – Play Timereż. Jacques Tati / Francja, Włochy 1967.
Film z Jacques`em Tati (w jego reżyserii i z jego scenariuszem), czyli nagrodzona cierpliwość. Moja cierpliwość i mój brak orientacji. Bohater Iluzjonisty w roli, z którą jest utożsamiany, w roli pana Hulot! Niezgrabny pan Hulot – czasem nogi mu się plączą jak stonodze, to znów podskakuje leciutko jak motylek, gubi się wszędzie, przegapia, co się da przegapić i uruchamia tysiąc zwiewnych psot. Ale film ważny
 również ze względu na genialnie manipulujący odbiorem dźwięk. Mistrzowski. Spadająca na piątym planie łyżeczka czy szelest kartek, nagłośnione, wydobywają detal spośród tysiąca innych detali. Więc pomijamy plan pierwszy i obserwujemy źródło brzdęku. Super! Coś jak zabawa w odnajdywanie szczegółów, którymi różnią się obrazki. Obraz tu niby jeden, ale szczegóły i tak trzeba tropić. Wdzięk, elegancja, zabawne qui pro quo i ciągłe mijanie się w labiryncie (ulic, boksów, zaułków, stolików, czego bądź).

9. Ważny ze względu na bohatera – Inny świat, reż. Dorota Kędzierzawska.
Ta panienka z kijem to Danusia (w papierach na pierwsze imię ma Zofia), czyli Danuta Szaflarska. W Kosarzyskach, wiosce, w której spędziła pierwszą dekadę swego życia (niby nic, gdy żyje się długo – pani Szaflarska jest dziś 97-letnią damą). Tam nauczyła się ślebody, która emanuje z tego, co mówi,  jak żyje, kim jest. Trzecie spotkanie z Dorotą Kędzierzawską. Najpierw była Wiedźmą w Diabłach, diabłach (1991, Złote Lwy Gdańskie za drugoplanową rolę kobiecą), później nadeszła Pora umierać (2007, Złota Kaczka i Orzeł za główną rolę kobiecą) i zamarzyło się reżyserce zrobić film, w którym pozwoli Szaflarskiej opowiadać. Pomysł prościutki, ale więcej nie trzeba, gdy ktoś opowiada tak jak pani Danusia i ma o czym mówić. Z wdziękiem nieznanym dzisiejszym celebrytom, z humorem wolnym od jakiegokolwiek sarkazmu za to podszytym autoironią i zmysłem obserwacji, z pamięcią … z genialną i bezcenną pamięcią. Absolutnie nie do przeoczenia.

10. Worek z dobrymi tytułami, które mogłyby powalczyć o miejsce na tej liście, bo warto je było obejrzeć:

Niewinność, reż. Lucile Hadžihalilović, Belgia, Francja (& others) – nadal uważam, że to jeden z moich ulubionych filmów.
Donoma, reż. Djinn Carrénard, Francja – rzecz o związkach, można się uspokoić: wszystkie są pokręcone i każdy na swój sposób, co nie znaczy, że te skręty są bez sensu.
Pokój 237, reż. Rodney Ascher, USA – filmowy esej o Lśnieniu Kubricka; o rany! taka interpretacja (liczne, liczne interpretacje) to nie w kij dmuchał, zabawne i imponujące.
Cygan, reż. Martin Šulík, Czechy, Słowacja – film minionego już sezonu, ale żal przegapić.
Marina Abramović: artystka obecna, reż. Matthew Akers – dokument o radykalnej performerce i o tym, że artysta, działając mniej, tworzy więcej. Marina patrzy w oczy.;)
Cztery słońca, reż. Bohdan Sláma, Czechy – film czeski, z tym wszystkim, co w czeskim filmie da się lubić.
Sąsiedzkie dźwięki, reż. Kleber Mendonça Filho, Brazylia film z najbardziej zaskakującą puentą.

Druga liga (ale wciąż warto): WrongNa zawsze Laurence, Bestie z południowych krain.

Advertisements

12 thoughts on “dziesiątka ze wskazaniem na trzy (NH)

  1. Ewa

    Nie skorzystałam z przyzwolenia na wybiórczość. I nie żałuję.
    Bo nie tylko to – o czym, ale przede wszystkim – jak to wszystko napisałaś tamaryszku – warte było wyłączenia wszelkich elektrycznych, odwracających uwagę od tekstu – szumów.
    Co ty gadać; lubię twoje spojrzenia i wybory, lubię giętkie pióro – sama przyjemność; sama przyjemność czytać (starając się zrozumieć :)) i oglądać wybrane zdjęcia.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Dzięki, jesteś mocnym zawodnikiem! Coś tam odsłaniam, większość zakryta, komentarze do nieznanego obiektu wymagają naprawdę cierpliwości (i jeszcze sześciu innych cnót). Chociaż nie wiem, czy cnót jest aż tyle, może były tylko trzy cnoty (a dziesięć przykazań i siedem grzechów głównych). Ale wszystkie trzy masz w zanadrzu. Pozdrawiam!

  2. maria

    37 filmów w 10 dni, to ci dopiero praca ( nie w kij dmuchał:)), prawie ekstremalne wyzwanie. Musisz być silna psychicznie. Mnie by się wszystko pomieszało: fikcja z rzeczywistością, sen z jawą, marzenia z faktami itd…Po takich filmach jak Wstyd, Nietykalni, czy Polisse potrzebowałam kilkunastu dni, żeby się uspokoić. W mediach mówiono jeszcze o filmie ‚W drodze’ jako o wydarzeniu roku , ale nie wiem , czy na NH był pokazywany.
    Jak się czujesz po takiej dawce sztuki? Pozdrawiam.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Wiem, wiem, wygląda to na zalążek obłędu. Ale festiwal ma swoje prawa, których poza tym kręgiem (również po wyjściu z kręgu) się nie zrozumie. Gdzie bym tam oglądała „normalnie” dwa filmy dziennie, albo w ogóle co dzień jakiś film? Ja nie łykam tak żarłocznie ani książek, ani filmów. Tylko jak nadejdzie czas karnawału.
      Gdy ma się na szyi smycz z karnetem i obczajony program (a dobry tydzień go sobie studiowałam i wybierałam swoją czterdziestkę spośród ponad czterystu), to nie chce się tracić okazji. Oczywiście, że są chwile na przerwę, np. po Miłości nie miałam ochoty już na nic, ale póki sił starcza, głód się nie nasyca.

      Jest coś, co się na takim oglądaniu traci. Nie mieszają mi się filmy i na ogół dobrze pamiętam to, co zauważyłam podczas seansu. Ale gdybym pozwoliła, by film się we mnie rozrósł i uleżał, dostrzegłabym więcej.
      Jest też coś, co się na takim oglądaniu zyskuje. Nigdzie nie ogląda się tak dobrze i uważnie filmów nowohoryzontowych jak we Wrocławiu. Mam na myśli wszelkie typy kina autorskiego, slow cinema, awangardy i eksperymenty. One naprawdę wymagają takiej specjalnej percepcji, o którą łatwiej mi podczas festiwalu niż na co dzień. A najciekawsze jest to, że mam w ofercie tak różne filmy, że poszerza mi się wyobrażenie o tym, czym może być kino, jak różnie je można odbierać i doświadczać. Bo dla jasności dodam, że choć nie ma we Wrocławiu – z założenia -typowego mainstreamu (komercji), to zdarza się wiele obrazów wcale nie niszowych, które podbiją szeroką widownię. Np. Siostra twojej siostry (komedia romantyczna, tyle że naprawdę dowcipna), czy Mój rower (film rodzinny, tyle że z jazzmanem w roli głównej). Więc to się wszystko cudnie miesza. Czasem to, co tradycyjne jest super, a to, co takie oryginalne – zwyczajnie przekombinowane.
      I walor duży: olbrzymie sale kinowe podczas seansu wypełnia cisza na widowni, nie ma popcornu i żadnego mlaskania.

      Jak się czuję „po”? Jutro wyjeżdżam na Lubelszczyznę i będę chodzić do upadłego.
      To zwykły przypadek, że będę w Kazimierzu, gdzie rozegra się końcówka festiwalu Dwa Brzegi, a potem pojadę do Zwierzyńca, gdzie akurat wtedy będzie Letnia Akademia Filmowa. Potem wrócę do Poznania, a tam Jan A.P.Kaczmarek organizuje 2.edycję festiwalu filmowego Transatlantyk. To są zbiegi okoliczności. Ja od kina chcę odpocząć.:)

      ps. W drodze Waltera Sellesa widziałam jako przedostatni film – i może zmęczenie albo co innego sprawiło, że mnie nie uwiódł. Oglądało się dobrze.

  3. Logos Amicus

    Silna i chyba jednak głodna ;)

    Dziękuję za ciekawe sprawozdanie. Mam nadzieję, że przynajmniej niektóre z tych obrazów znajdą się kiedyś w moim zasięgu. Zwłaszcza „Miłość” ;)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Na pewno niektóre dotrą. I napiszesz o nich swoje długie eseje. A ja, jeśli jeszcze będę pamiętać, coś tam dopowiem.;)
      Miłość jest piękna. Trochę rzeczywiście może przeszkadzać to, że zazwyczaj zbiera pochwały, więc pióro świerzbi, by się do czegoś przyczepić. Ale nie ma potrzeby, choć na pewno jest możliwość. Gdzieś zasłyszałam w kuluarach festiwalowych, że film mało „atrakcyjny”, bo też ludzie oczekują nie wiadomo jakich fajerwerków. A mistrzostwo polega na prostocie. Na tym, że nie ma emocjonalnego szantażu, ani podbijania wzruszeń, ani werbalnego uzasadniania tego, co w środku. Tradycyjna opowieść, ale ile smaczków, ile kunsztu. Naprawdę: aktorzy pierwsza klasa. I rewelacyjne poprowadzenie historii.
      Teraz na przykład jest mi żal, że nie pamiętam zbyt dobrze obrazów, które wisiały na ścianach mieszkania. Jakieś pejzaże, były zbliżenia i nastrój, który płynął z tych płócien miał znaczenie. W ogóle: chciałabym zapamiętać z tego filmu wszystko, a udało się zatrzymać tylko część.
      Pozdrawiam!
      Dzięki za uważną lekturę. Mam świadomość, że trudniej się czyta o czymś, czego się jeszcze nie widziało.:)

  4. tamaryszek Autor wpisu

    A propos pytania Wiecznie Zaczytanej (FB) o film Marina Abramović: artystka obecna:
    – to festiwalowy przebój, miał aż cztery seanse, a miejsca w wyścigu na rezerwacje (karnetowicze) i bilety w kasie upłynniały się magicznie szybko;
    – warto, postać niezwykła; mnie podobało się głównie to, co zdawało mi się jakąś rysą, słabością,; gdy widziałam, że płaci cenę za swą determinację – bo w to akurat wierzę. Sam performance miał w sobie coś, co budziło mój sceptycyzm;
    – otóż istota rzeczy to portret artystki-performerki, niezwykle eksperymentującej z ciałem, której zaproponowano wystawę w nowojorskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej MoMA; jest więc okazja, by obejrzeć dawne działania (tu odgrywane przez przysposobionych przez Marinę artystów) i zobaczyć najświeższy [trwający przez 3 miesiące, codziennie od 9.00 do 17.00!!!], który zwabił tłumy.
    – Marina siedzi na krześle (w długiej czerwonej lub granatowej lub białej sukni) i dosiadają się do niej ludzie, face to face (olbrzymie kolejki, zbiorowy trans jakiś), patrzą sobie w oczy, przez chwilę nie istnieje nic, tylko to spotkanie, bez słów.
    – Jestem pod wrażeniem tego minimalizmu sztuki (a zarazem czegoś maksymalnie pochłaniającego, sprawiającego, że sztuka staje się samym artystą, jego obecnością), ale nie wiem, czy sama chciałabym tego doświadczyć. I nie wiem, dlaczego mnie to nie porywa.

    Zaczytana, bardzo Ci polecam nowohoryzontową stronę: TUTAJ.
    A z niej można przejść (lewy górny róg) do zwiastuna i do świetnej dyskusji na Forum
    (osobny link: TUTAJ)

    Odpowiedz
  5. czara

    Z całej tej serii widziałam tylko „Holly motors”. Jak zwykle czuję się pod prąd – tyle zachwytów nad tym filmem z prawej i lewej, a mnie on po prostu zmęczył i odrzucił. Przykro być zamkniętym na eksperymenty i cinefilskie aluzje, ale cóż… Tak naprawdę podobała mi się tylko jedna scenka – ojciec z córką. Tylko w tej miałam wrażenie, że ten film wreszcie przynajmniej otarł się o życie i wyszedł poza czystą konwencję. Ale to moje prywatne zdanie i mam wrażenie, że bardzo odosobnione.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Zostawiam na boku i peany krytyków, i fakt, że jednak w Cannes nie obdarowano go nagrodami.
      Bo rzeczywiście: Carax daje się albo połknąć w całości, albo są problemy i wyciąga się dla siebie tylko małe kawałki.
      Ja z natury jestem miłośniczką opowieści. Raczej opowieści jako takiej niż misternej/szalonej formy. Ale 37 opowieści wystąpiłoby w roli tyluż gwoździ do trumny, gdybym za każdym razem po prostu otrzymywała zwartą, tradycyjnie podaną historię. Z przyjemnością poddałam się tej karuzeli Caraxa (Caraksa?). A ten kawałek bandycki? Gdy zabija mechanika samochodowego, potem go za siebie przebiera i nie nadąża z przebraniem siebie za niego, więc leżą takie dwa sobowtóry… Albo ten melodramatyczny kawałek z Kylie Minogue! Zresztą historia Piękna i Potwór (z Evą Mendes) albo ten z umierającym wujkiem też są dobre. Jasne że i ten z ojcem i córką. W ogóle – ja oglądałam, myśląc, jak to jednak film różni się od literatury. Owszem, tu i tu można eksperymentować, ale obraz i ta synteza bodźców są bardzo specyficzne.
      A początek mi się wyświetlił na nowo dopiero w połowie filmu, gdy się zorientowałam na dobre, o co chodzi (nie czytałam przed filmem recenzji).

  6. maria

    Przypadek, nie przypadek :) Ile takich filmów o przypadkach i nie przypadkach już było:) Tak fajnie napisałaś o tej specjalnej percepcji podczas festiwalu. Pewnie tak jest, kiedy można sobie pozwolić na tę szczególną uważną obecność, są tylko filmy i nic więcej. Ciekawe doświadczenie. Może kiedyś też się zdecyduję na taki karnawał. Póki co będę wyczekiwała tej ‚Miłości’ i innych filmów.
    Życzę więc miłego odpoczywania.

    Odpowiedz
  7. Ewa

    Ha, tak się wszyscy ekscytujecie filmowymi lipcowymi/gorącymi dniami w ciemnych/mrocznych/chłodnych (jednak/na szczęście?) – salach kinowych…
    ‚Percepcja’ w czasie kolejnych festiwali zdaje się cnotą.
    Ja tam sobie bezrefleksyjnie/radośnie korzystam/odpoczywam zapominając, że wymyślono kino.
    Choć wolałabym (oczywiście) wnieść coś twórczego w dyskusje – jako donatorka postu :)

    Odpowiedz
  8. tamaryszek Autor wpisu

    Na wszystko jest czas pod słońcem: jest czas karnawału i czas postu, czas siedzenia i czas chodzenia, czas …
    Koniecznie, jeśli festiwal nie pochłonie całego urlopu, to warto spróbować. Bo jeśli cały, to już ryzyko powrotu do pracy z podkrążonymi oczyma i na blado. ;)

    Ewo, po festiwalu to można sobie udawać, że się nic o istnieniu kina nie wie. Ale czas odsłonić publicznie karty i wyznać, że cudnie ugościłaś dwie festiwalowiczki. Z tego co wiem, bo może pokątnie było ich więcej.;) A te terkotały o filmach, więc nie ma, że nie ma kina. Jest, jest. :)

    Pozdrawiam!

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s