Archiwa miesięczne: Wrzesień 2012

odtrutka

[Ktoś mi podrzucił odtrutkę. Prosiłam o to Ktosia, bo czułam, że zna mnie na tyle, że (primo) znajdzie coś, co zadziała i (secundo) wpadnie na coś, co mi do głowy by nie przyszło. Ktosiu Drogi, ucieczka Eliasza jest świetnym remedium, jest niczym szpila przekłuwająca balon. Czyli ok, toksyna się ulatnia.]

TRUCIZNA
W moim przypadku to jedno małe spięcie, za mało, by opisywać. Ale temat toksyn jest smaczny i nęcący. Podejrzewam, że księga trucicielskich przepisów nie byłaby tak pękata jak zbiór receptur kulinarnych, ale kilka zaszyfrowanych substancji miałoby duże wzięcie. Oto kilkoro podejrzanych, cieszących się zasłużoną złą sławą gagatków.

cyjanek – chyba dość popularny, ja mam na wierzchu pamięci opowieści wojenne i biały proszek noszony przy sobie na wszelki wypadek; oferta szybszej drogi do kresu, z ominięciem tortur lub lagru;
cykuta (inaczej szalej lub blekot) – najsłynniejszą jej ofiarą był Sokrates, „pachnie pietruszką i ma słodkawy smak” – muszę uważać, jestem pietruszkolubna;
arszenik (wielu kosztowało – Madame Bovary na przykład, ale i tak nie sposób przebić gości częstowanych przez dwie nobliwe damy w Arszeniku i starych koronkach),
wilcza jagoda (czyli belladonna – wyczytałam, że „renesansowe elegantki używały jej do uzyskania efektu tzw. sarnich oczu, co było dalej z tymi elegantkami – nie wiem, na wszelki wypadek mrużę własne); padł od niej wielce ostrożny Oktawian August, który miał oko na pichcenie potraw, bo przeczuwał swój los – niewiasta przechytrzyła go wstrzyknięciem trutki w figi (wiszące na osobistym drzewie Oktawiana);
tojad (truje, ale też pomaga pokonać wilkołaki!, ma śliczne, niebieskie i granatowe kwiaty), myślę, że trucizny powinny być piękne lub smaczne, więc szanuję tojada;
strychnina (nie wiem, kto się truł strychniną, ale odstrasza już sama nazwa; wiem, że padały od niej szczury);
mandragora – ma najpiękniejszą nazwę z wszystkich trucizn, brzmi jak zaklęcie, bo i była stosowana w magii; korzeń mandragory przypomina kształtem ludzką sylwetkę (i podobno krzyczy, gdy się go z ziemi wyrywa), trochę truje a trochę uzdrawia (afrodyzjak „pełną gębą”!); nie prowadzę statystyk, ale to ulubiona trucizna literackiej klasyki.

Poza tym: uwaga na grzyby. Nie naśladować muchomorzej skłonności Wojskiego!

Ktoś powie może, że co tam wilcze jagody, lulki czarne czy blekoty, kiedy to tylko ingredienty a mikstura jest substancją wciąż tajemną. Ano jest. Trzeba by spytać Marhołta, czym smarował miecz albo Izoldę, jak leczyła rany Tristana. Pociągnąć za język ojca Laurentego, może by zdradził, jak skomponował truciznę, która działa 42 godziny (pozorowana śmierć Julii), bo ta toksyna wydaje mi się ciekawsza niż banalna trucizna aptekarza zakupiona w Mantui przez Romea. Nie pomnę – czy mistrz Wilhelm z Baskerville rozszyfrował substancję, którą brat Jorge umieścił na zakazanej księdze o śmiechu (mordując tym sposobem ciekawskich mnichów z Imienia róży)? Hmm… no tak, najlepiej wziąć na spytki detektywów z mrocznych serii kryminalnych, mogą być rozeznani w temacie. 

Jeśli kogoś naszła chęć na literackie tropy, to polecam konkurs na Biblionetce (niestety, przeterminowany, odpowiedzi już ujawnione, ale to nie odbiera sensu temu, by tam zajrzeć: TU) – „Trucizna w literaturze”.

ODTRUTKA
Co najlepiej pomoże na trującą sytuację nieorganiczną? Dawka humoru. Komu potrzeba sarkazmu i ironii, ciętej riposty i miażdżącej krytyki wroga, ten poszuka zjadliwej satyry lub cynicznej analizy. Jam nie z tych, mnie pomaga środek łagodniejszy. Tym razem wsparcie nadeszło z Czech: Jaroslav Hašek, Opowieści z piwiarni. Fotka wojaka Szwejka występuje wyłącznie w roli znaku firmowego. Głęboko wierzę, że kąciki niemal każdych ust wędrują w górę na ten widok. A książka, której fragment wysłuchałam, jest zbiorem humoresek. Tyle wiem: rozdział 09. to opowieść o proroku Eliaszu, konsekwentnie stylizowana na  humor żydowski.

Stało się bowiem tak. Zaginął Eliasz, prorok. Znalazł się po stuleciach apokryf i sprawa nabrała rumieńców. Także w tym znaczeniu,  że jest odrobinę wstydliwa. Eliasz (poważny gość, bądź co bądź), po zjedzeniu salami stał się nad wyraz wyrywny. Zaatakował dzieci, które przezwiskami zdiagnozowały stan jego czupryny (ściślej jej brak, był bowiem Eliasz łysy jak kolano). Sprawa toczy się w sądzie, który ku memu zaciekawieniu usiłuje bronić Eliasza. Już nie wiem, czy to biblijny nawracacz, czy działacz społeczny, czy nauczyciel. Nasłał na dzieci niedźwiedzie i zwiał. A były to dzieci na kinematografie wychowane, więc (!) niesforne i same się proszące o rozszarpanie.

Aj waj! Jaka piękna przemowa ojca w sądzie! Stracił syna, co może i dowcipne nie jest ani trochę, ale z każdym słowem jednak coraz bardziej. Bo co to był za syyyn! Wraz z nim zniknął olbrzymi, wprost niepoliczalny majątek Żyda. Bo przekornie policzmy: syn jeden, ale miał na sobie dziewiętnaście par spodni, tyleż kamizelek i marynarek, w kieszonce każdej marynarki zegarek albo dwa. Ha! nie zgadniesz, Czytelniku, dlaczego w ciepły dzień ktoś ma na sobie tyle ciuchów. Trzeba mieć  głowę do geszeftu, by coś takiego wymyślić. A koncept jest prawie wiarygodny. „Chłopiec przepadł, gacie przepadły, marynarki przepadły, zegarki przepadły!!!”. No. Należy się odszkodowanie. Sześć ton srebra! I nie przepowiesz takiemu, że przesadza, bo naliczy więcej. 

Lekarstwo ma kilka warstw: humor jedna, aktualność druga (znikający Eliasz i popadający w przesadę Żyd), nauczka, że oniemienie to stan nasz codzienny – trzecia.

W roli odtrutki wystąpiły również spojlery. Opowiedziałam 10 minut z ponadsześciogodzinnego audiobooka. I odreagowałam zwyczajowe omijanie fabuł tekstów, o których piszę. Choć akurat streszczenie dowcipu nie mogło mi się udać. Co przyjmuję z pokorą. Leczony czuje się lepiej. ;)

wzruszenia

Roy Jacobsen, Cudowne dzieci, Dodoeditor 2012

Pierwszy odcinek przejdę okrężną drogą. Zmierzam do książki Jacobsena, jest niezwykła. Pewnie nie raz już o tym pisano (doświadczenia graniczne, przekraczanie progu dorosłości, żegnanie się z beztroskim, nieświadomym dzieciństwem). Temat ma wiele wcieleń i odsłon. Dziecięce odczuwanie. Jaskrawość dostrzeganych kompromisów, niechęć do zawodnych dorosłych. I przeżywanie jakichś dziwnych (kluczowych) wtajemniczeń, zrzucanie dziecięcej skórki. Wiele razy: w filmach, powieściach, w mediach wszystkich kategorii. Ale to w niczym nie przeszkadza, bo t a k  nie robiono tego albo nigdy, albo nie za często. Skandynawowie mają w tej materii jakiś szósty zmysł. Może generalizuję? W każdym razie – jeśli nie jest to krew plemienna, to przynajmniej rodowy gust  i smak. Jeśli nie cecha wrodzona, to może wyćwiczona na wypisach szkolnych (uczyli się od najlepszych – to owocuje). Krótko, żeby nie wyliczać innych, wspomnę o skojarzeniu, które wydaje mi się najbliższe Jacobsenowi. Jeśli uda mi się zrozumieć to podobieństwo, to samej sobie wyjaśnię, dlaczego Jacobsen jest ciekawy i inny.

Otóż: Dziewczynka – debiutancki film Szweda Fredrika Edfeldta z 2009 roku.
Co zapamiętałam (bo minęły już trzy lata od oglądu)? Nie była to opowieść powalająca niezwykłością. Świat widziany był oczyma dziesięcioletniej dziewczyny, bez jakichś offowych komentarzy, bez kokieteryjnej maski dowcipu, gonienia za spektakularnym zdarzeniem. Punktem wyjścia jest właśnie rezygnacja z oczekiwanych atrakcji. Oto rodzina wyjeżdża na wakacje. Chcą uczestniczyć w misji charytatywnej w Afryce. Dziewczynka żyła tym projektem i marzyła o nim, ale z pewnych powodów nie może wyjechać – rodzina jedzie bez niej, ją powierzając ciotce, która na pierwszy rzut oka jest z kategorii tych, które same potrzebują natychmiastowej opieki. 

Jest więc lato, czas bez ograniczeń, bo w tym wieku dwa bezkresne miesiące mogą być przedsionkiem wieczności. Trzeba sobie radzić: z poczuciem odrzucenia (pojechali bez niej!), z organizacją codziennego życia (ciotka nie ma pojęcia ani o gotowaniu, ani o zapędzaniu młodej istoty do łazienki), z hipokryzją świata dorosłych i głupawką koleżanek (ciut starszych, ale już będących po drugiej stronie linii – tam, gdzie jest mizdrzenie się, podryw, szminka i perfidia). Takie lato ma się w życiu tylko jedno. To jest ten moment przejścia. Mówią do ciebie jak do dziecka, nie przeczuwając, ile rozumiesz. A to jest krótki czas pogranicza. Już za dużo przenikliwości i sceptycyzmu, ale wciąż jeszcze egzaltacja, nadwątlona naiwność i nieporadność. Taka jest tytułowa, bezimienna Dziewczynka, i taki jest Finn z powieści Jacobsena. 

Są tu i tu podobne tropy: * lato inicjacji (jeszcze nie seksualnej, choć ten temat pojawi się, gdy Dziewczynka podpatruje koleżanki, a Finn podgląda Przejedzoną – golaskę na plaży), * zaskoczenie zmianą relacji z bliskim dotąd rodzicem (zaczynasz poddawać w wątpliwość dotychczasowe pewniki, mama staje się trochę obca i trochę bardziej prawdziwa), *doświadczenie odrzucenia (odniesione po części do siebie, po części do tych, których wykluczają jeszcze dobitniej: biedny, przedrzeźniany chłopczyk czy upośledzona lub opóźniona w rozwoju siostra).

Fenomen polega na tym, że gdy oglądam lub czytam, nie włącza mi się żaden brzęczyk, że powinny to poznać jakieś znajome dzieci albo że to taki uroczy – magiczny – sentymentalny świat arkadii, z której (jak z raju) wszystkich nas wygnano. Sedno w tym, że nie dystansuję się od dziecięcych spostrzeżeń. Jestem dorosła, ale na czas opowieści jestem w tej granicznej strefie, „pomiędzy”. Bo to mi się podoba najbardziej, że w pewnych momentach przed dziećmi otwiera się naprawdę mocna dawka prawdy o świecie. A one mierzą się z nią nie gorzej niż dorośli. Coś jest za trudne i mocno nie fair – ale nigdy nie będzie wyglądało inaczej i bardziej zrozumiale. Słowem: dla dorosłych ta książka i film.

Powiedziałam, że powieść Jacobsena jest niezwykła, lecz i bardzo zwyczajna zarazem. Narracja oddana w nadzór 10 (czy 12)-letniemu Finnowi, epilog dodaje wszystkim około siedmiu lat. Ten szczególny rok, o którym będzie można powiedzieć np.: „rok, w którym pojawiła się Linda” – to rok 1961 „rok Muru Berlińskiego, Kennedy`ego i Gagarina”. Norwegia, Oslo, raczej uboga dzielnica, gdzie wynajmuje się pokoje lokatorom, by wiązać koniec z końcem. Naprawdę niezwykłych scen jest niewiele, ale one wzruszają, aż ciarki przechodzą po plecach. Nie dlatego, że taka groza czy niesamowitość. Po prostu staje się jasne, że takiego lata się nie zapomina, że ono naznacza. Czym? Bezradnością i buntem, odpowiedzialnością i poczuciem winy, bliskością i obcością najbliższych…

Wiem, czas by z okrężnej drogi wejść na prostą. No ale co mi zostaje do powiedzenia? Kto występuje? Finn i jego Mama (trzydziestoletnia kobieta z pęknięciem, wcale nie taka prosta jak się zdaje). Lubią słowa i wspólnie czytane książki. Przyjaciółka mamy (Marlene), bracia, tajemniczy lokator – Kristian. Oczywiście, koledzy Finna (z niepowtarzalnym w swej gamoniowatości Freddym 1) i jedna koleżanka – Tanja. I oczywiście Linda, siostrzyczka, która pojawia się pewnego dnia jak grom z jasnego nieba, z niebieską walizeczką… Gdy małą piąstkę zaciska na dwóch palcach nowej mamy, to jest to „uścisk na śmierć i życie”. A przynajmniej: wieczna będzie pamięć tego uścisku, gdy on sam zostanie siłą rozplątany.

Gdzieś tam, na marginesie, migną też trzej bezdomni: Czerwony, Niebieski i Żółty. Nadejdzie czas, to się ich usunie, zdegraduje jeszcze bardziej, zaorze ślad po szałasach. Społeczeństwo usuwa wykluczonych. Z zaskakującą determinacją. To się – rzecz jasna – zmienia. Dzisiejsza Norwegia (czytaj: świat) ma inne metody, może inaczej interpretuje odmienność i niedostosowanie. Pewne kategorie odmienności są absorbowane, a pojawiają się nowe. Coś się zmienia, choć tak naprawdę niezbyt wiele.

Kluczowe jest pytanie, jak daleko sytuuję siebie od tego, co niepopularne, z ciemną smugą, wykluczone. I zastanawiające jak blisko naznaczonych jest Finn. Kobieta po nerwowym załamaniu, ktoś, kto się boi ciemności, bo przywołuje w nim dawne lęki. Dziewczynka z cygańskiego taboru, która może jeszcze nie wie, że nigdy nie będzie jak inne dziewczynki, choć biegnie do gromady z nadzieją. Duży, nierozgarnięty chłopak, pośmiewisko wszystkich dzieciaków, słoń w składzie porcelany, który „inspirował otoczenie, żeby go wykluczało”. 

Mój ulubiony cytat z powieści Jacobsena to ten:

„Linda była nie z tego świata, ja też miałem to kiedyś zrozumieć. Była Marsjanką, która przybyła na Ziemię, aby mówić językami do pogan, mówić po francusku do Norwegów i po rosyjsku do Amerykanów. Była przeznaczeniem, pięknem i katastrofą. Ułamkiem wszystkiego. Odbiciem mamy i mamy dzieciństwem. Jeszcze raz od początku. Śladem tego, co nigdy nie mija. Bóg prawdopodobnie miał w tym jakiś tajny plan – ale jaki?” (s.169)

Jeśli mój tekst był w zamierzeniu szukaniem tego, co wspólne w opowieści o Dziewczynce i w historii Finna i Lindy, to coraz mniej podobieństw widzę na koniec. Więc raczej fiasko. Chyba, że chwycić się tej myśli o słabości, której nagle doświadczasz i możesz się od niej albo odciąć, albo kurczowo chwycić – i tylko z tą słabością iść dalej. Słabość może obrosnąć dziwną mocą – taką, jakiej nigdy nie znajdzie ten, kto szuka nieskażonej niczym siły.

****

Powieść Jacobsena pięknie wydał Dodoeditor, a w radiowej dwójce można było posłuchać fragmentów. Wciąż można. Nie wiem tylko, czy to są moje ulubione fragmenty. TUTAJ.

elena, od kuchni

Elena, reż. Andriej Zwiagincew, Rosja 2011

„nie mówię , o czym są moje filmy”

Nie tylko nie mówi, ale wręcz denerwują go pytania o temat. Bo to nie o to chodzi. Film nie jest ilustracją problemu, nie ma przypisanej tezy, przesłania, żadnego wniosku, do którego (wg zaprojektowanej percepcji) oglądający powinien dojść. Zwiagincew twierdzi, że  punktem wyjścia jest sytuacja. Dalej następuje jej rozwój, szukanie sposobów, by wyrazić  przekonująco to, co mogłoby być. Co tacy a nie inni ludzie, w takiej, nie innej, przestrzeni, poddani określonym bodźcom… mogliby zrobić.

Taka na przykład Elena. Na plakacie upozowana na Matkę Boską, wnuczek w ramionach niczym Dzieciątko. Łagodna twarz, opiekuńczy gest. A film potrafi naprawdę nieźle rozjuszyć. Mój seans zostawił mnie z myślami, że „głupie te ludzie, chodzą i brudzą”. Ślepi rodzice, matki w szczególności (naiwne do granic). A dzieci to już wyraźnie przekraczają granice. Wiem, że nie wszystkie, ale po tym filmie rozlał się we mnie sceptycyzm. I niechęć taka do poświęcania się, i ochota, by wykopać tych wszystkich leniwców z tapczana, piwo zarekwirować, nie wiem, no… szpilą żgać. Opiekuńczość ogłosić ósmym grzechem głównym i wystrzegać się, bo do zatracenia prowadzi. Siebie można zatracić tym sposobem i wszystkie wartości, z przyzwoitością na czele.

Nie mogę streszczać, bo skoro sam Zwiagincew mówi, że nie mówi o temacie, to gdzież ja bym mogła… Tylko trochę. Elena jest żoną Vladimira, a Vladimir ma pieniądze i duży piękny dom. Mają po 50, 60 lat. Są od kilku lat małżeństwem, ale wywodzą się z różnych światów. On biznesmen, trochę może cyniczny, ale bardzo trzeźwo myślący. Ona pielęgniarka, przejęta bezrobotnym synem i jego pokraczną rodziną. Elena i Vladimir. Kochają się, czy są ze sobą, bo to się opłaca? Wszystkie zapowiedzi tego filmu podkreślają, że ich więź to interesowny układ. Pukam, sprawdzam: nie wydaje mi się – ja cały czas miałam ufność, że jest coś prawdziwego w tym związku.

Jak by nie było, dzieci zawsze staną jakoś w poprzek relacji rodziców. Vladimir ma córkę pyskatą i bezczelną (ale kto wie, może po prostu szczerą i sceptyczną). A Elena… Elena ma syna-lenia, Siergieja, jego bezładną żonę Tanię i dzieci, w tym jednego delikwenta, któremu koniecznie trzeba kupić miejsce na studiach, bo (osioł jeden!) nie uczył się i sam sobie nie poradzi. I tym pytaniem zamknę opowieść: czy Vladimir pomoże nienażartym dzieciom Eleny, czy też nie? Jeśli jesteś człowiekiem, który jeszcze filmu nie widział – proszę, zgadnij.

A ja do kuchni, gdzie miejsce kobiety. Patriarchalne społeczeństwo rosyjskie taką właśnie alternatywę przed kobietą stawia: do kuchni albo do kuchni. Długo się na Elenę wybierałam i umykała moim łowom. Aż zakupiłam na dvd wraz z dołączonym półgodzinnym wywiadem z reżyserem, Andriejem Zwiagincewem. I taka kuchnia mi odpowiada. Odsłona reżyserskiej roboty, opowieść o tym, skąd się wzięły niektóre sceny, dlaczego coś wycięto, a co innego dokręcono. Mogę trochę kuchennych kruczków odsłonić.

Sprawa pierwsza: rytm. Taki, który oddaje życie. Można by dyskutować, czy to, że wg Zwiagincewa ludzie za dużo do sobie nie mówią i raczej obok siebie milczą, telewizor włączają, snują się (po kuchni czy gdzie bądź), to prawda czy nie. Ale w jego filmach słowa padają świadomie oszczędnie. Bo „mówi się” często samą obecnością, ciałem, rytmem. Na to zwracano uwagę, przy kręceniu filmu. Szukano pulsu. Nagrywano duble, aż trafiono na rytm, który może poprowadzić opowieść dalej.

Sprawa druga: przestrzeń. Ona mówi głośno i jednoznacznie. Luksusowe mieszkanie Vladimira – puste, bezproblemowo dostatnie, z perspektywą. I mała klitka, w której gnieździ się rodzina Sierioży. Przestrzeń opowiada. Trick pierwszej sekwencji: jedno długie ujęcie i seria krótkich, ale ujmujących puste mieszkanie! Przestrzeń przebija się na pierwszy plan, dopuszczając ludzi do głosu dopiero po 9 minutach. Ciekawie odsłania Zwiagnicew swój namysł nad zakończeniem filmu. Miało po prostu zgasnąć światło i (po podłączeniu) licznik prądu miał tykać jak oszalały, nabijając kolejne kilowaty. Tymczasem wygrał pomysł oparty na rytmie, na przemieszczaniu się między klitką a apartamentem. Opowieść zatacza krąg.

Cenne dla mnie było skomentowanie sceny w cerkwi. Nie odczytałam aluzji przed objaśnieniem. Rozważano usunięcie tego fragmentu. Współscenarzysta widział w nim niepotrzebną dygresję do spraw wiary, które dla bohaterów nie są na co dzień zasadnicze. Vladimir jest ateistą, Elena też wygląda na zagubioną w cerkwi – nie wie, przed którym świętym zapalić świeczkę. A jednak scena jest ważna. Podbija problem zła w przebraniu dobra. Wprowadza motyw „dobrych intencji”, czystości, niewytrzymującej później próby. Tym bardziej ma ona sens, gdy zestawić ją z sugerowanym przez Zwiagincewa epizodem z Dostojewskiego. 

(Podaję za reżyserem). W Braciach Karamazow Iwan Fiodorowicz ma sen, w którym rozmawia z diabłem. Diabeł jest zmęczony. 

– Iwanie Fiodorowiczu, gdyby pan wiedział, jaki jestem zmęczony od tych wszystkich kłopotów i trosk. Jestem tak zmęczony tym wszystkim, że mam tylko jedno marzenie, takie malutkie.  Żeby wcielić się w otyłą, siedmiopudową kupcową, która wchodzi do cerkwi, zapala świeczkę i jest święcie przekonana, że wiedzie poczciwe życie.

Bezrefleksyjne „dobro”, z diabłem pod skórą.

Jeśli nawet uznać, że przypisywanie filmowi tematu, o którym opowiada, jest przyklejaniem etykietki, to jednak tu jest ukryty ładunek. Sednem tej opowieści jest refleksja nad dobrem i złem. Albo: uświadomienie sobie, że ta refleksja jest „przeżytkiem”, że coś ją unieważnia, neutralizuje. Coś? – głupota, pazerność, zawiść, życie wśród pozorów?