Archiwa miesięczne: Październik 2012

nic się nie oprze

Delphine de Vigan, Nic nie oprze się nocy, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2012

Opór? Gdyby był, znikłby w okamgnieniu. Czytałam tę książkę, coraz silniej poddając się jej wpływom. Zaskoczona, że ból i melancholia mają w sobie tyle jasności, że są delikatne, płowowłose, idą lekko, choć niespiesznie, uśmiechają się i błyskotliwie żartują. Ból i melancholia skondensowane w pięknej, inteligentnej  dziewczynie, Lucile.

Nie mogłam się oderwać. A jednak niezbyt dużo byłam w stanie wyczytać na raz. Może to sprawa czerni (zapowiedzianej w motcie, powracającej), której jedna kropla – umieszczona przy palecie barw –  starczyła, by poczuć gorycz. A może to sprawa pióra Delphine de Vigan, którego atrament (w kolorze blue blue – taki mógłby być, gdyby był), zapisywał dość skondensowane emocje, które wolałam przyswajać porcjami.

Czytałam, zainspirowana tekstem Czary, który zapowiadał tę książkę w zimowym numerze „Archipelagu” (7), a niedawno został wznowiony na Jej blogu. Odsyłam, to dobre wprowadzenie, spróbuję nie dublować.

portret Lucile 

Lucile Poirie. Śliczna dziewczynka, której twarz zna cała Francja. Agencja fotograficzna nieźle płaci rodzicom, reperując domowy budżet. Rodzina Poirie jest hałaśliwie radosna, witalna, dźwigająca się z tragicznych doświadczeń niczym feniks z popiołu. Lucile dorasta w gwarze i samotności. Jest jednym z dziewięciorga dzieci Laine i Georgesa…

Lucile. Fascynująca kobieta – nieśmiała, zabawna, podziwiana i pożądana, zraniona… Nie wiadomo, kiedy „to” się zaczęło. Czy wtedy, gdy była niebezpiecznie blisko „tragicznych doświadczeń”? Czy dopiero po przetworzeniu ich w smutną, nieodwracalną refleksję, na przykład tę, którą przynosi pojawienie się adoptowanego brata „w miejsce” tego, którego zabrakło: „W ten sposób, pomimo wyjaśnień i zaprzeczeń, niejasno odkryłam, że jesteśmy wymienni. Nigdy potem, ani w miłości, ani w przyjaźni, nic nie zdołało mnie przekonać, że jest inaczej”. A może wydarzenia zewnętrzne nie mają tu nic do rzeczy, bo Lucile już taka była? Tajemnicza, nieuchwytna, samotna.

Lucile –  szalona i toksyczna, nieobliczalna. Jej ból ma moc autodestrukcji, lecz nie zamyka się w niej samej, promieniuje na córki, w których duma z pięknej i mądrej mamy miesza się ze wstydem i buntem… Choroba psychiczna, upadki i imponujące zwycięstwa. Aż po ostateczną decyzję, samobójstwo, o którym dowiadujemy się na pierwszych stronach opowieści Delphine de Vigan. 

pisanie jątrzy i leczy

Delphine jest córką Lucile i pisze biograficzną książkę o swojej matce. 

„Już sama nie wiem, skąd się wziął pomysł, żeby napisać o matce (…), wiem, jak bardzo [go] odsuwałam (…), sporządzając niekończącą się listę autorów, którzy pisali o swoich matkach, od najstarszych po tych najbardziej współczesnych, tylko po to, aby samej sobie udowodnić, jak mocno to zaminowany teren i ograny temat (…), sporządziłam spis przeszkód, na które z pewnością natrafię, porywając się na takie przedsięwzięcie”. 

Gdy bliski mężczyzna zada jej pytanie, czy na pewno musi  o  t y m  pisać – odpowie, że czuje potrzebę, by pisać i nie może pisać o czymkolwiek innym.
Nic nie oprze się nocy jest więc tyleż portretem Lucile, ile zmaganiem się i autokomentarzem dotyczącym tworzenia tego portretu. Awers i rewers, dyptyk, tekst właściwy i glossa. 

Uważam, że ten pomysł się broni. Gdy po tygodniu od lektury, sięgnęłam do niej ponownie, by przeczytać fragmenty odsłaniające warsztat pisarski i emocje piszącej, dostrzegam w nich siłę i słabość książki. Słabość, bo oderwane od zdarzeń z życia Lucile bledną, sporo w nich repetycji; zmagania z warsztatem przeplatają się z uwagami o bezsenności, impasach twórczych, bólach ciała, różnego typu ekspiacjach. Nie jest to odsłona metodyczna, raczej zapis tego, co przydarza się w kolejnych fazach pracy. Siła tkwi natomiast w tym, że odbieram te zapiski jako wiarygodne. Wierzę, że są ważnym dopełnieniem portretu Lucile, bo przecież dotyczą tego, co pozostawiła z siebie w swych dzieciach. Wierzę też, że zmagania Autorki mogą być potencjalnie odczytane jak próba radzenia sobie z własnym bólem i lękiem. Bólem utraty i lękiem, że wina lub gorycz nie opuszczą nas nigdy. Oba te „ukłucia” są mi osobiście dość bliskie. 

W komentarzach Delphine de Vigan – moim zdaniem – postawione są trzy pytania. Jak prawdziwie opisać Lucile (własną matkę)? Jak ją zrozumieć, wyjaśnić ją sobie samej? Jak ocalić siebie od traumy?

Jak ją opisać?

W fabule (zmyśleniem wypełniając luki), w przytoczonych rozmowach z tymi, którzy byli blisko (rodzeństwo!), w cytatach z tekstów Lucile, w rekonstruowaniu wspomnień swoich i siostry. Kolosalna praca, chodzenie po śladach, które parzą. A i tak niemożliwy jest sukces. To nie zarzut, przecież każdy literacki portret pozostanie szkicem. Pisanie niewiele może – „co najwyżej umożliwia stawianie pytań i przeszukiwanie pamięci”.

W gruncie rzeczy najbardziej brakuje mi jej własnego punktu widzenia, słów, które sama by dobrała, (…) znaczenia, które nadałaby wydarzeniom, szczegółów, które należałyby do niej”.

Jak zrozumieć?

Jest wśród licznych wspomnień Delphine taki obraz, gdy idą we trójkę w stronę paryskiego metra. Lucile trzyma za rękę Manon, młodszą córkę, odwraca się i uśmiecha do starszej. Jest w fazie chwilowego zneutralizowania depresyjnych cieni. Taka utrwali się w kadrze pamięci Delphine: „Lucile stała się maleńką, kruchą, posklejaną, połamaną rzeczą, której tak naprawdę nie dało się naprawić. Ze wszystkich zachowanych obrazów matki ten sprawia mi bez wątpienia największy ból”.

Co chciała zrozumieć? Początki, źródła osobowości matki. Sekrety, jeśli były i miały znaczenie. Co ciekawe – nie przepytuje mężczyzn, z którymi była związana matka, nie chcąc rozgrzebywać tego, co intymne, niekonieczne i wymagające ochrony. Wobec innych jest nieustępliwa w zadawaniu pytań, gromadzeniu okruchów. 

Najtrudniejszą fazę życia Lucile – gdy faszerowana lekami lub z powodu ich braku nie była sobą – Delphine zna z własnych obserwacji. Miała wtedy 10-20 lat. Tylko ile można wtedy zrozumieć? Na wierzch wypływa głównie poczucie odrzucenia, braku czułości, niepewność, niestabilność, lęk przed samobójstwem (towarzyszył Delphine od zawsze). Niewiele więcej może, gdy ma lat czterdzieści, bo tajemnica wymyka się lub otworzona podlega deformacji. Liczą się – na wagę złota, na wagę bezcennego piękna uśmiechu Lucile – wszystkie próby wykreowania portretu.

Jak ocalić siebie?

Ten temat zepchnięty jest na trzeci plan, Delphine koncentruje się na Lucile, nie pyta o siebie wprost. Ale pytanie to jest niczym główna podziemna arteria, główna żyła krwiobiegu. Posłuchajmy:

…musiałam to zrobić, nie po to, by cokolwiek zrehabilitować, uhonorować, udowodnić, odbudować, wyjawić czy naprawić, tylko żeby się do tego zbliżyć. Zarazem dla siebie samej i dla moich dzieci – na których ciąży mimo wszystko echo lęków i wyrzutów – chciałam wrócić do początku.

Piszę tę książkę, ponieważ mam dzisiaj siłę, aby się zatrzymać nad tym, co mnie przenika, a niekiedy zalewa, ponieważ chcę się dowiedzieć, co przekazuję, ponieważ chcę przestać się bać, że spotka nas coś złego, jakbyśmy żyli pod piętnem klątwy, chcę móc korzystać ze szczęścia, z energii, z radości, nie myśląc o tym, że niszczy nas coś przerażającego i że w cieniu zawsze będzie na nas czekał ból”.

Gdy mówi o „śladach, które opierają się upływowi czasu i przeczeniom”, mówi w gruncie rzeczy o bólu utraty (niedającej się niczym wypełnić) i lęku, że poczucie winy (niedopełnienia, zaniedbania, nieuważności, niedokochania) może naznaczyć nas tak, że aż okaleczy. Tego nie mogę zreferować, ale moje doświadczenie lektury potwierdza, że choć zgodnie z tytułem „nic nie oprze się nocy”, to jednak pozostaje nadzieja, że światło oddziałuje z tą samą siłą, więc również  „nic nie oprze się dniu”.

Poprę to epizodem, który mnie poruszył. Delphine sporadycznie wspomina o własnych dzieciach (Lucile była świetną babcią, one ją pamiętają, na pewno nie są wolne od aury, którą żyje rodzina). A ich reakcje genialnie łączą w sobie obie treści – tę o bólu i tę o leku (nie lęku).

„Kilka miesięcy temu, kiedy zaczynałam pisać tę książkę, mój syn (…) rozsiadł się w salonie, żeby odrobić lekcje. Miał odpowiedzieć na pytania z czytania ze zrozumieniem (…). Na dziewięćdziesiątej dziewiątej stronie podręcznika do francuskiego Lettres vives, classe de 5e, widniało następujące pytanie: Jakie szczegóły dowodzą, że matka Jana domyślała się, iż jej syn nie wyleczył się z miłości? Czy mimo to jest ona w stanie zapobiec samobójstwu? Dlaczego?

Mój syn zastanawia się przez chwilę, po czym starannie zapisuje w zeszycie pierwszą część odpowiedzi. Następnie głośno, tonem nieznoszącym sprzeciwu i obojętnym, jakby w ogóle nas to nie dotyczyło, mój syn odpowiada powoli, jednocześnie notując:
– Nie. Nikt nie jest w stanie zapobiec samobójstwu”.

Zapobiec odejściom, rozstaniom, przeróżnym decyzjom, które uruchamiają odruch niezrozumienia i buntu.

leśne warstwy (obława)

Obława, reż. Marcin Krzyształowicz, Polska 2012

Od pierwszej sceny jesteśmy w lesie, głębokim. Wysokie, srebrne pnie. Pora późnojesienna, suche liście, szarość albo sepia. Te barwy nadają ton scenie pierwszej i następnym.

Najpierw słychać dwa głosy, rozmowę o przedwojennym meczu – jeden głos neutralny, wolny od emocji, drugi – tłumiący zdenerwowanie, zniecierpliwiony, z podskórnym rozdrażnieniem lub lękiem. Mężczyźni idą w głąb lasu. Widzimy jednego z nich, jesteśmy więc w skórze tego, który idzie za nim, który rutynowo prowadzi na ustronie tych, do których strzela. Zabija za zdradę, ale to właściwie bez znaczenia „za co”, strzela, bo ma rozkaz.

Opowieść ma określony historyczny kontekst, ale jej siłą jest to, że mówi więcej o ludziach niż o historii. Tak ją odbieram i nie najistotniejsze wydają mi się komentarze, że oto wreszcie odważne, odbrązawiające, demitologizujące polskie kino o wojnie. Gdyby pójść tym torem (a nie chcę nim iść), trzeba by wspomnieć o wcześniejszych „mitorozbijaczach”, których nie brakło ani w teatrze, ani w filmie, a już na pewno nie w literaturze.

Trwa niemiecka okupacja i trwa partyzancka dywersja. Oddział AK utknął w leśnej prowizorce, ludzie są zmęczeni: głodni, zmarznięci, brudni, pokryci grubą skórą przyzwyczajenia do tego, co siermiężne, brutalne, może bez sensu. O ojczyźnie nie mówi się tu wcale. Ale przychodzą rozkazy, by wykonać wyrok na współpracujących z Niemcami. Specem od brudnej roboty jest kapral „Wydra” (Marcin Dorociński), kucharz suszy muchomory, sanitariuszka „Pestka” (Weronika Rosati) rozsiewa smutną łagodność, a wszyscy razem mają przeczucie nadciągającej obławy, czyli niechybnej porażki.

Nie cały czas jesteśmy w lesie, wyruszamy do młyna, którym zarządza Kondolewicz (Maciej Stuhr), rówieśnik i znajomy „Wydry”.  Tak się składa,  że nadszedł czas, by ukrócić jego donosy na Gestapo, a wykonanie tego wyroku wytycza główną oś fabuły filmu. Przygląda się temu – i to wcale nie biernie – żona Kondolewicza (Sonia Bohosiewicz).

Tyle można zdradzić, resztę trzeba zobaczyć. TRZEBA i WARTO.

Rany! Jak to jest opowiedziane! Jak zagrane, zmontowane, w jaki obraz zaklęte! Moim zdaniem kluczem są warstwy, sytuacje i postaci składają się z licznych warstw. I jest tak, że nie widzimy ich w przekroju, tak, by od razu oszacować skomplikowanie i składniki komplikacji. To narasta wraz z opowieścią.

Pierwsza scena leśnego marszu umiejscawia nas w skórze „Wydry”, nie patrzymy z boku, z perspektywy „niezależnego” widza. Co nie znaczy, że jesteśmy tożsami z tą postacią. Niejedno można zarzucić kapralowi, bądź co bądź jest oprawcą, nawet jeśli rozkaz wydały władze AK. Ale to jego oczy, jego rozeznanie sytuacji, jego tajemnice i zaszłości są nam udostępniane. Warstwa po warstwie. Do końca nie zabraknie paciorków, które należy nawlec na tę część opowieści, na perspektywę, którą udostępnia nam Marcin Dorociński.

Ale najwspanialsze jest to, że jednocześnie (nie równolegle, bez odgraniczenia, bez sygnalizowania przejść!) opowieść odsłania warstwy kolejnych postaci: „Pestki”, Kondolewicza, Kondolewiczowej. Szaleją retrospekcje, coś już się wydarzyło, lecz po chwili znów jesteśmy w czasie, który poprzedza rozegraną na naszych oczach scenę.

Każde z czworga bohaterów ma przypisany wyjściowy image: cyniczny leśny kat, ofiarna sanitariuszka, małoduszny donosiciel, żona, którą przeraża zdrada męża. Okaże się, że etykiety odpadną, znajdą swój rewers. I znów trzeba dodać, że nie będzie to symetria odwrócona, lecz taka z przesunięciem. Trzeba poskładać puzzle. Teraz, gdy film wspominam, historia wydaje mi się niesamowicie spójna, mistrzowsko spleciona, cztery odrębne losy przekładają się jak pasma w warkoczu, a wzór jest regularny i czytelny. Ale gdy oglądasz, nie wiesz, do czego każde z nich jest zdolne i dlaczego.

Kto zdradza? Wszyscy. I wszyscy są zarazem – na ludzką miarę – wierni jakimś swoim pragnieniom, pamięci, może nawet wartościom, chociaż wydawać by się mogło, że „odbrązawiający” film dąży do zdemaskowania fałszu czy pustki. A jednak pod zdradą czai się czysta nuta. I tym tłumaczę mój odbiór, obojętny na historyczne tło i polityczne uwikłania. Najdobitniej oddziaływały na mnie te sceny, w których ujawniał się potencjał odwróconego wizerunku. Miłosierny gest i ciężar winy, którą uświadamia sobie „Wydra”. Ból niekochania, marzenie o spełnionej miłości, czy choćby o seksualnym zaspokojeniu, nieosiągalnym dla Kondolewicza. Odkrywanie w sobie wstrętu, niechęci, wrogości do człowieka, z którym się sypia – to spodnia część wizerunku Kondolewiczowej. Może trzeba sprostować, że nie są to uczucia, które można by określić jako „czystą nutę”. Ale uświadamianie sobie ich grozy, poczucie winy czy wyznanie grzechu („chciałam, by umarł”) ma w sobie jasny rys katharsis. „Pestka”, której wizerunek był stworzony z poświęcenia i oddania, odkryje – wraz z odsłoną kolejnych warstw – głębię i ludzki mrok, winę po uruchomieniu niechcianego zła. 

Aktorzy. Drugi istotny argument za tym, by zobaczyć Obławę. Krótkie wywiady umieszczone na FilmWebie podkreślają zadowolenie, że trafił się do zagrania taki materiał. Dobry scenariusz i tak wykreowane postaci, że chce się nimi być. Jak mówi Dorociński: „żeby tylko tego nie spaprać, żeby zrobić tak, jak jest napisane”.

Mam w pamięci okruchy, które budowały role. Wąchanie chleba, gest Dorocińskiego, w którym jest więcej niż głód jedzenia, bo pragnienie zapachu, normalności. Albo te rozmowy o bolących zębach, które budują jego zaloty do sanitariuszki. Kilka humorystycznych zachowań odegranych przez Dorocińskiego ma w sobie vis comica może nawet silniejszą niż wyraźniej zakrojone na komizm pogawędki Kondolewicza przy wódce. Oj, a scena, w której obaj zasypiają: jeden na baczność, a drugi z chrapiącą głową na stole – świetna. Oczy Soni Bohosiewicz, czujnie czekające aż zaśnie u jej boku mąż. Oczy, które usiłują patrzeć bez wstrętu, ale nie udaje jej się go w sobie zatrzymać. A Kondolewicz (Stuhr) odczytuje dystans, bo nie jest tak małoduszny, jak mógłby być. Minimalizm zbudowany na warstwach zgranych z sobą gestów, spojrzeń, przemilczeń. Wszystkiego jest w sam raz. 

 

 

terapeuta doradzi

Dwoje do poprawki (Hope Springs), reż. David Frankel, USA 2012

meryl & tommy lee

Sometimes to keep the magic, you need to learn a few tricks. 

Taki napis umieszczono na innym plakacie. I o to się wszystko rozbija. I tak, i nie. Konfuzja. Kilka prostych tricków, kilka porad terapeuty, trzy techniczne wskazówki… i najpierw ciało, a tuż za nim duch wskakują na właściwe tory, by na nich docierać się i modelować bez końca. Brawo dla reżysera, że nie uprościł bardziej, że to wskakiwanie jest bolesne, realne, … dobrze zagrane. 

Nie jest aż tak popkulturowo jak w typowej komedii romantycznej. Ale amerykański duch wieje z lewa na prawo i z powrotem. Małżeństwo z 30-letnim stażem. Dobre, ale wypalone. Ona by chciała coś zmienić, on jak beton. Ona zbyt nieśmiało  i niewyraźnie komunikuje, o co jej chodzi. On się niczego nie umie domyśleć, nie chce mu się o nic walczyć, pakuje się w kokon i w tej „cichej rozpaczy” zamierza chyba czekać na grób. A Meryl (czyli Kay) chce się czuć atrakcyjna, potrzebna, przytulona etc. Wiadomo, że ma rację, choć nie jest już tak młoda, jak kiedyś… Chciałaby, by on zauważył nie tylko jajka na boczku, ale i jej uśmiech, jej sukienkę. By coś zobaczył spoza tej cholernej gazety o golfie. By pogadał, zagadał, by był! No i koniecznie by ją dotknął, pocałował…i wszystko. Maksymalistka.

A Tommy Lee (czyli Arnold) przypomina mi taką scenę z Wesela Wyspiańskiego. Radczyni (pani z Krakowa) rozmawia z Panną Młodą, nie mogąc się na dziwić, o czymże to młodzi będą z sobą rozmawiać, gdy zmierzch nadejdzie, mówić się nie chce, „on wykształcony, ty bez szkół”. Riposta Młodej jest jak ping pong: „Po cóz by, prose pani, godoł, / jakby mi nie mioł nic powiedzieć, / po cóz by sobie gębę psuł?” Tommy Lee (czyli Arnold) gęby sobie nie psuje.

Oglądałam z pewną irytacją – wkurzał mnie przede wszystkim Tommy Lee Jones. Ściślej: bohater, którego gra, a że gra bezbłędnie, to i wkurzał mnie mocniej niż trzeba. To taki zabawny, stary i samonapędzający się koncept: mężczyzna i kobieta niczym dwie planety. Dwie galaktyki! Trochę nie dowierzam, że może być aż tak. Jeśli to jest realne, to kosmos! 

Meryl & Tommy Lee. Wybrałam ten film dla aktorów i o rozczarowaniu mowy nie ma. Meryl jest bardzo kobieca, nosi ładne bluzeczki, powiewne sukienki, dużo świetnej biżuterii. Na ten temat mogę oddzielny post stworzyć. Może nie wszystko bym podkradała, gdybym miała dostęp do jej szkatułki z kolczykami. Ale te fikuśne motylki z granatowym kamieniem są bardzo eleganckie i wiosenne. Super okulary, oprawki w niebieskiej tonacji. No i właśnie w tym problem, że to jest film, w którym Meryl miała do zagrania kobiecość. To niemało, ale ja jednak wolę, gdy chodzi o coś jeszcze. Nie mogę udawać, że Meryl wydaje mi się wciąż młoda. A ileż można sekundować, by światło dobrze padało, włos się twarzowo rozwiewał, a zmarszczki były tylko zmarszczkami śmiechu. 

Powie ktoś (trafnie!), że nie trzeba sekundować, bo siła w tym, że Meryl gra kobiecość niepewną siebie, świadomą swych ograniczeń. Wzrusza. A mimo to: niechby Meryl grała już coś innego. Tęsknię za taką na przykład siostrą Aloysius z Wątpliwości, gdzie bez makijażu i w habicie walczyła z przewrotnym Philipem Seymour Hoffmanem w sutannie. 

Tommy Lee jako Arnold jest pierwszorzędny. W tym samym stopniu irytuje swym zachowaniem wobec Kay, co budzi sympatię w scenach z psychoterapeutą. Jest jeżem, mopsem, wilkiem o zdziwionych oczach, łapą niedźwiedzia, która świerzbi. Jeśli w zasadniczych kwestiach łatwiej mi zrozumieć Kay, to jej pomysł, by ratować małżeństwo na turnusie u zagranicznego terapeuty (terapia to oś fabularna filmu) jest tyleż naiwny, co udręczający. W niechęci do tego konceptu zamieniam się w bratnią duszę Arnolda (czyli Tommy`ego Lee).

terapeuta, czyli seks po pierwsze, drugie, trzecie

Waham się, czy uznać koncept filmu za punkt najsłabszy, czy jednak mocny… Bo z dwóch stron można na to spojrzeć.

Strona pierwsza: to jest fatalny pomysł, idiotyczny u zarania. Kto wierzy w poradniki o uzdrawianiu małżeństw? Kto jest gotów płacić grubą kasę za możliwość wygadania się na tematy, o których jednak nie rozmawia się z obcymi? Zwłaszcza, jeśli ten trzeci zabiera się za reperowanie łajby metodą przyklejania klepek. Nie ma pożycia, trzeba to naprawić. Kilka prostych tricków, by uratować magię. Horrendum! Tych dwoje utraciło łączność. Nie potrafią rozmawiać, żartować, wygłupiać się razem. Nie kłócą się nawet, nie patrzą na siebie, nie dotykają się. A tu cała para idzie w gwizdek, w mechaniczne dążenie do stosunku. Nie pojmuję.

Strona druga: nie jest aż tak bezmyślnie, jak się mogło zdawać. Może tych kilka prostych tricków potrafi przywołać magię? Nie rozmowy, do których nie mogą się przemóc i które są dialogiem na Wieży Babel, ale właśnie skoncentrowanie się na fizycznym przełamaniu barier. Na odnowieniu ciepła dotyku, które później rozprowadzane jest w rejony ducha? Najpierw ciało, a dusza podąża za nim niczym sierotka za gąskami, krok w krok? Nie pojmuję, ale niewykluczone.

Nie jest to film stulecia. Sala kinowa świeciła pustką. Ale jeśli dorzucę bonus rozmowy prowadzonej przed seansem i po nim, to bilans wypada korzystnie.

przez szkiełko

Grzegorz Miecugow, Szkiełko i wokół. Rozmawia Violetta Ozminkowski, Wydawnictwo Czerwone i Czarne 2012

Muszę na wstępie zrobić założenie. Jak w matematyce, gdy przeprowadzamy dowód i ustalamy dziedzinę – np. że nasze „x” należy do zbioru liczb rzeczywistych albo wymiernych etc. Tym samym zastrzegam sobie pewne pole rozważań, poza które nie wychodzę, bo tam moje spostrzeżenia mogą nie obowiązywać.

Założenie: do Grzegorza Miecugowa mam stosunek neutralny. Kojarzę go od zawsze, bo ma charakterystyczną twarz i rozpoznawalny głos. Nie śledzę jego poczynań (nie odbieram stacji TVN 24), a jego poglądy polityczne (jeśli jest dobrym dziennikarzem, to powinny być mocno ukryte) są mi tak samo obojętne jak to, czy w szkolnej stołówce będzie jutro pomidorowa czy kapuśniak – bo nie jadam. 

Przeczytałam wywiad-rzekę i poddałam się nastrojom. Najpierw uniósł mnie duch anegdoty. Później refleksji nad tym, jak to jest, że niektórym tak sprzyja wiatr i niesie ich (niby przypadkiem) tam, gdzie niejeden chciałby być. Wreszcie – powiało filozofią, spojrzenie na kosmos, uogólnione konkluzje na temat naszego hic et nunc, poczułam grozę nieogarniania celu, do którego zmierzamy. I to jest całkiem dużo jak na książkę w miękkiej okładce, bez pretensji do czegokolwiek, lekką, inteligentną, bez megalomanii.

Rzecz utkana z biografii, ale Miecugow jakby usuwa się w cień, dając pierwszeństwo ciekawym czasom i podglądowi znanych miejsc. Tym właśnie uzasadnia swoją zgodę na propozycję wywiadu: był w wielu kluczowych miejscach, a działo się to w znaczących czasach. I tak: najpierw Kraków (jest synem znanego dziennikarza i mieszkał na Krupniczej – w tym słynnym domu literatów), później Warszawa. Radio i telewizja, trochę prasa, trochę szkoła dziennikarska. Słynna radiowa Trójka, której szefuje przez 4 lata, narodziny komercyjnej stacji tv (z ambicjami, które później się rozwiały), tworzenie pierwszego w Polsce całodobowego kanału informacyjnego. Człowiek, który specjalizuje się w rozmowach – dumą napawa go program „Inny punkt widzenia”, ale prowadzi też (lepiej lub gorzej) „Szkiełko i oko”, gdzie rozmawia się spontanicznie i zależnie od impulsu widzów. 

Pierwsze: anegdotki

Dwie ulubione: o Szymborskiej i o wiadrze. 1) Było to w pamiętnym roku 1996, w roku katastrofy sztokholmskiej, która odmieniła los Poetki, czyniąc ją na wieki noblistką. Pani Wisława odpoczywa w Zakopanem. Na wieść o Noblu rygluje drzwi i chroni się przed nagabującymi jak może. Miecugow ma dyżur w telewizyjnym studio i chce namówić ją na rozmowę. Dzwoni. Recepcjonistka jak lwica chroni prywatności Szymborskiej. Miecugow prosi o przekazanie Poetce swego nazwiska. I rzeczywiście, to zadziałało. Byli sąsiadami na Krupniczej. Gorąca linia, będzie rozmowa, Miecugow podkręca głośniki, by koledzy słyszeli ustalenia co do ewentualnej rozmowy na wizji. Pani Wisława zaczyna prosto i zwyczajnie: – Grzesiu, a pamiętasz, jak mi nasikałeś na kanapę? – Pani Wisławo, nie pamiętam, ale czy może Pani… Mogła.

2) Ta historia zdarzyła się wcześniej. W powietrzu wisiała rewolucja. Coś się stać miało i niebawem się stało. Był koniec lat 70. Miecugow pracuje w radiu, razem z Kasandrą, panią Solecką.

„W kraju już było czuć pewien rodzaj dziwnego marazmu. Pewnego dnia pani Solecka powiedziała mi: «Panie Grzegorzu, idą straszne czasy, zobaczy pan, że za chwileczkę niczego nie będzie w sklepach, nawet wiadra». Dopadła mnie taka absurdalna wizja, że nawet wiadra nie będzie można kupić…”

Drugie: wiatr w żagle

Dlaczego właśnie Miecugowem tak kieruje Palec Boży (?!), że Mrożek stawia mu kolację w Paryżu (G.M. był wówczas studentem), Iredyński zaprasza do domu i udziela rad, jak pisać słuchowiska, Szymborska nie odmawia, Lem udziela odpowiedzi na pytanie, czy wierzy w Boga, a prezes Walter namaszcza zaufaniem. Jasne, że wyżej wymienione fuksy są różnej wartości dla różnych ludzi. Niemniej jednak… takie sytuacje to ja poproszę: idzie Miecugow warszawską ulicą, jest bez pracy, koleżanka pyta go „co i jak”, on mówi, że „nijak” i słyszy: „To przyjdź do nas, do radia, akurat rozglądamy się za nowymi głosami”

I teraz właśnie przypomnę poczynione założenie, że nie wnikam w roztrząsanie tego, co mi niedostępne. Bo może raz był to czysty przypadek, raz czyjaś rekomendacja, innym razem czyjaś wpływowość lub uległość. A co mi tam. Mnie interesuje taki fenomen, który w Miecugowie dostrzegam. Bycie podatnym na ruch wiatru, ustawianie żagli tak, by wiatr nas niósł. Drugorzędną sprawą jest sam talent, inteligencja, super umiejętności. Miecugow u początku swej radiowej kariery miał duże problemy z uzyskaniem karty radiowca (dykcja), żadnego pojęcia o montażu, lęk przed wystąpieniem na żywo. Okoliczności wyposażyły go w doświadczenie, dały pewność i odwagę tworzenia.

Ale myślę, że kluczowe są dwie cechy: otwarcie na nowe doświadczenia i własna inicjatywa. Bohater książki ma na swym koncie sporo ugrzęźnięć, co to by się nie zdarzyły, gdyby trzymał się sztampy. Choćby epizod ciężkiej fizycznej harówki na saksach w Wiedniu albo zupełnie z czapy – prowadzenie Big Brothera. Do kategorii „własnej inicjatywy”, czyli działań spoza głównego zawodowego nurtu, wrzucam pisanie radiowych monologów, słuchowisk, wydanie powieści (Przypadek – maj 2012). Te cechy to są napędzacze szczęśliwego trafu. Kto nie strzela, ten nie trafia.

Trzecie: filozoficzne zwątpienia 

Oszołomiły mnie dywagacje kosmiczne. Fascynacja ks. Michałem Hellerem – jeśli to komuś coś mówi. Ja co prawda nie potrafię na tym poziomie dyskutować, ale szacunek dla Hellera mam i stawiam go w jednym rzędzie z Tischnerem jako niezależną, głęboką, filozoficzną, a więc niezwykle rzadko spotykaną siłę umysłu w polskim kościele. I to że kojarzę, ustawia mnie w jakiejś niszy, do wielu innych nisz nie należę. Istnieją już tylko nisze, luźno rozrzucone zbiory ludzi posługujących się określonym kodem czy kanonem. Może niech Miecugow wyjaśni:

„Mamy coraz mniej wspólnej przestrzeni, w której możemy się dogadać. Myślę, że to się dzieje w całej naszej cywilizacji. Jeszcze dwadzieścia lat temu oglądaliśmy to samo, czytaliśmy podobne książki. Kiedy teraz mówię kolegom, że się cieszę, bo mam szansę porozmawiać z księdzem Michałem Hellerem, to okazuje się, że co drugi z nich nie słyszał o Hellerze. A z kolei kiedy pada nazwisko Lady Gagi, ja im mówię, że nie kojarzę jej z twarzy. Znam tylko zbitkę słowną: Lady Gaga. Moi studenci nic nie wiedzą o Zbyszku Cybulskim, nie wiedzą, kim była Brigitte Bardot. Oni się urodzili w 1991 roku. Skąd mają ją znać? W tym rozpadającym się starym świecie zostaje coraz mniej miejsca na tradycję, na ciągłość. Nie mówię jednak, że to źle, że stary świat się rozpada. Młodzi żyją w coraz bardziej pokawałkowanej rzeczywistości, w której jednak potrafią się zwołać, jak coś im zagraża”. 

W prasie najgłośniej komentowano to, że Miecugow bez pardonu mówi o stabloidyzowanym widzu, który domaga się papki, więc ją dostaje. Jajko było najpierw czy kura? Telewizja wychowała sobie widza, serwując tanią rozrywkę, czy widz pilotem zagłosował na te programy, które go bawią i „rozrywają”? Takie i inne rozmyślania zagęszczają się w ostatnich rozdziałach, więc gdy kończę lekturę, lekkość anegdot jest już wspomnieniem i myślę, że  w dziwną stronę świat zmierza. I nie da się kijem rzeki zawrócić, ale może warto spróbować jakiegoś niezależnego albo przynajmniej świadomego dryfu lekko pod prąd?

wywiady, różne kwiaty i kwiatki

Papermint. Magazyn o książkach” nr 3 (listopad 2011) i nr 6. (czerwiec 2012)

Herbatkę piję i dochodzę do zachwianej homeostazy. Możliwe, że prawdziwa homeostaza jest rajem utraconym – zadowoli mnie stan względnej używalności strun głosowych i tradycyjnej temperatury istot stałocieplnych (36,6). Póki co mam zwiększony przydział czasu na lekturę i jak można było przewidzieć, nie sięgnęłam po Ulissesa, lecz do popularnych magazynów. Wywiady podobały mi się szczególnie. I z kilku kwiatków splotę sobie wianuszek. 

Od sasa do lasa były moje poczytania, wybiorę więc dwa przykłady, które tworzą tandem. Oba z „PAPERmintu”, którego archiwalne numery nabyłam wiedziona sentymentem do „Archipelagu”. Dostępny w księgarniach Matras: „lifestylowo-literacki magazyn skierowany dla [sic!] wszystkich tych, dla których czytanie jest trendy”. Lifestyle, trendy… tym tropem pójdę i odwołam się do reklamowanych na okładkach wywiadów z „lifestylowymi” osobowościami – o czytaniu i nieczytaniu. 

Chodzi o to (jak mniemam), by porozmawiać z kimś znanym o czytaniu, dowodząc tym samym, że można być celebrytą, a MIMO TO czytać, więcej: być obeznanym w literaturze nieprzeciętnie. Ja trafiłam na rozmowę z Andrzejem Grabowskim – tu zza pleców wynurzały się dwa wcielenia: Ferdynanda Kiepskiego i osoby współprowadzącej z Agnieszką Wolny-Hamkało program Hurtownia książek. Drugi bohater to Piotr Najsztub, mistrz wywiadu(ów)… z zawodu będący Piotrem Najsztubem, który kongenialnie sam siebie definiuje jako osobę od zawsze naznaczoną „niczym nieuzasadnioną megalomanią”. 

Dwa nokauty. Najpierw Grabowski wyznaje ze skruchą, że odkąd skończyła się emisja programu telewizyjnego, czyta dużo mniej, jest śmiertelnie zmęczony czytaniem, ma alergię. Potem Najsztub prowokuje tezą, że książki szkodzą, on ich unika, bo są niebezpieczne. Ma 50 lat i od 25 lat nie czyta. 

Uwielbiam takie sytuacje! Gdyby wyznali obaj, że czytają po nocach, rogi zaginają, prowadzą dzienniczek lektur, tobym przekartkowała magazyn. Ale tak jawna deklaracja niemocy czytelniczej, która przewrotnie prowadzi do pochwały Księgi (P.N.) lub książek wszelakich (A.G.), to jest dopiero paradoks! Strawa dla tamaryszka!

Hurtownia książek – jak i wszelkie akcje czytelnicze, programy edukacyjne etc. – największy wpływ wywarła na tych, którzy ją prowadzili, bo oni jedyni zostali do przeczytania i przemyślenia recenzowanych tomów przymuszeni. Grabowski jest rozbrajająco konserwatywny. Kiedyś czytał dużo, do dziś tamte lektury są tym, do czego się odwołuje, co tworzy zaplecze jego humanistycznej edukacji. Gombrowicz, klasyka rosyjska, pisarze-dysydenci. Niczym bohaterowie Rejsu: nie ufa temu, czego nie zna. ;) Po książki Ignacego Karpowicza czy Sylwii Chutnik dobrowolnie by nie sięgnął. Całe szczęście, że ktoś o to zadbał i zaproponował aktorowi dyskusję w telewizji. Przeczytał i się zachwycił.  Może to jest metoda? Proponować rolę znawców tematu tym, którym przydałoby się dokształcenie. 

Grabowski budzi sympatię i odrobinę zakłopotania. Z  sentymentem czytam o jego admiracji dla wykładów księdza profesora Tischnera. Z szacunkiem przyjmuję wyznanie, że szczególnie uważnie czytał książki, które mu się nie podobały, bo chciał być uczciwy i rzetelny w ich ocenie. Bawi mnie wyznanie, że biografią Steve`a Jobsa bardzo się zmęczył, gdyż stale natrafiał na różne trudne terminy, takie jak: twardy dysk, bity i bajty. No i nie wiem, co myśleć o deklaracji, że uwielbia domową bibliotekę i gromadzi z zamiłowaniem książki. Bo póki co trzyma je w kartonach, czekając na jakąś bliżej niesprecyzowaną przeprowadzkę. Strasznie go ciekawi, co też jest w podarowanych mu przez Ewy Wiśniewską czterech kartonach książek. Ale czeka z ich otwarciem na dogodny moment. Życzę, by książki nie spleśniały.

Wywiad z Najsztubem – świetny, rozegrany przez mistrza słownej szermierki. Jest prowokacja, jest nonszalancja, jest emanacja tej wspomnianej wcześniej megalomanii. I jest sobiepańskość, przekonująca inteligencja (to subiektywne, ja ulegam), która zmusza do przemyślenia kilku niepodważalnych zdawałoby się tez. 

Uśmiech, gdy N. mówi, że co prawda od ćwierćwiecza nie czyta, ale od dziecka po czas studencki pożerał książki, zna klasykę i zaległości wielkich nie ma. Że niegdyś zbierał książki, majątek tracił, antykwariaty przeszukiwał, targał tomiszcza podczas przeprowadzki, a teraz w ogóle książek nie posiada. Gdy ktoś mu podaruje, przekazuje ją dalej, komuś, kto przeczyta. Wśród ulubionych (fajnie, że można mieć ulubione, mimo nieczytania) jest Mistrz i Małgorzata i Władca Pierścieni. Najsztub jest diablo paradoksalny. Bo przeraża go nieczytający świat, widzi jego miałkość, Księgę umieszcza na piedestale ludzkich wytworów, a sam nie czyta. Przewrotność ukryta polega na prowokacji – nie czytając beletrystyki, nadal pożera słowo, najczęściej w wersji elektronicznej i spoza literackich rankingów. Dlaczegóż więc literatura piękna utraciła czytelnika? 

„Uznałem, że mam tak mało energii, życia w sobie, że nie mogę go zużywać na przeżywanie losów bohaterów książek, bo nie starczyłoby go już dla mnie. Poza tym, jako dziecko czytałem ucieczkowo, żeby przenieść się w inny świat. I to mi zostało, a nie chciałem już uciekać. Chciałem żyć swoim własnym życiem. Dlatego przestałem czytać”.

Teza, którą stawia Najsztub, wyrasta z przekonania, że zmienił się inteligencki paradygmat. Kiedyś, by przynależeć do tej grupy, trzeba było czytać książki, a one były takie same w centrum i na prowincji. Istniał w miarę jasno określony kanon, inteligencki sznyt. Tego już nie ma. Zgadzam się, coś tu się rozwaliło i to na dobre. Ale co w zamian? Jeśli można być inteligentem, nie czytając książek, to w jaki sposób można tę przynależność uzyskać, potwierdzić? Oglądając filmy? Bywając w modnych kulturowych przestrzeniach (festiwal)? Jeśli nie książka, to co? Muzyka jest od czegoś innego, nie stymuluje dyskursu, lecz emocje. Dziś najsilniej kształtują media i (w tym) społecznościowe portale, ale to nie jest żadną miarą kuźnia inteligencji. Więc?

Raz: czytanie nie ma mocy kryterium. Dwa: czytanie zostało zastąpione przez pisanie. Nie pierwszy raz to słyszę, więc nie eureka, ale zacytuję kilka pobudzających wyobraźnię komentarzy. Druga teza jest dla Najsztuba bolesna i zapowiada degrengoladę. Zgadzam się, tym samym unikając jednoznacznego zajęcia stanowiska „za” lub „przeciw” Najsztubowym przemyśleniom. Bo jestem trochę na tak, a trochę na nie i może na tym polega siła przewrotności Najsztuba. Wkurza, podważa wartości, bez namaszczenia rozbija piedestały, ale potem się smuci, więc jest po stronie tego, co obalił.

„O dziwo, czytanie książek zostało zastąpione przez ich pisanie! Teraz wszyscy piszą. Biorąc pod uwagę standardy poważnej i dobrej literatury, to mamy setki tysięcy grafomanów. (…) Jeszcze w latach 70. i 80. musiało być w człowieku coś zwariowanego i kardynalnego, żeby odważył się tworzyć. Dziś to jak gotowanie makaronu. W młodych ludziach nie ma przekonania, że tworząc, czyli na przykład pisząc, przekraczają jakiś Rubikon. Nie, oni to robią, ponieważ wszyscy tak robią – uważają, że albo wyjdzie, albo nie. Nie ma tego, co w moim pokoleniu, że tworzenie to pewien rodzaj nabożeństwa człowieczeństwa”. 

„Zanosi się na to, że już niedługo będziemy żyli w społeczeństwie, w którym są sami pisarze, dziennikarze, poeci, blogerzy, z których coraz mniej będzie wcześniej czytało prawdziwą literaturę. Więc nie będą wiedzieli, że są grafomanami”. 

Ja sobie przypisuję tę właściwość, że zdążyłam trochę przeczytać przed założeniem bloga. A nawet nadal poczytuję.
Nie do wszystkich zaskoczeń z „Papermintu” czuję miętę, bo jednak warto byłoby się zdecydować i jednakowo pisać nazwisko Bułhakowa, najlepiej przez „samo ha”. Chyba że… doszło tu do interwencji diabelskiej szajki, która namieszała w ortografii. [nr 3]

zmierzch lata

Doris Lessing, Lato przed zmierzchem, Wydawnictwo W.A.B. 2008

Bo w nią wierzę. W potrzebę narracji, w przeglądanie się w opowieściach. I układanie własnych doświadczeń w historię, w narracyjną ciągłość, która nie pozwala rozsypać się elementom i daje spoiwo. Spoiwo jest obłędnie istotne, ono decyduje, jaka to będzie opowieść. Z tych samych elementów można poskładać różne fabuły – szczęśliwe i koszmarne, inspirujące i odbierające nadzieję. Fabuła nadaje tym epizodycznym drobinom kształt, barwę i ton. Dodatkowa wartość w tym, że gdy się człowiek w niej przegląda, patrzy jak w kalejdoskop, wciąż inny element może nadawać charakter całości.

Doris Lessing napisała powieść o kobiecie, Kate Brown, która w wieku czterdziestu kilku lat przeżyła niezwykłe lato. Jeśli istnieje przyspieszone dojrzewanie, to musi mieć prawo bytu również ekspresowe przekwitanie (optymistycznie byłoby stwierdzić: skok w głębszą dojrzałość). Oto dobrze sytuowana rodzina, w której mąż jest szanowanym lekarzem, żona panią domu, czwórka dzieci właśnie wkracza w dorosłe życie, najmłodszy syn jest 19-latkiem. Mieszkają w pięknym, zadbanym domu z ogrodem, na jednej z eleganckich londyńskich ulic. Mąż od dawna nie jest wiernym mężczyzną, choć wciąż jest przyjacielem. Dzieci wyfruwają z gniazda i jakby je coś napadło: marzą o zerwaniu więzów przenoszonej, nieodciętej dotąd pępowiny. A Kate myśli, że jedyne, co jeszcze może jej się przydarzyć to spokojne przejście w starość. 

Już się tłumaczę z tego wstępu na cześć opowieści. Otóż, wszystko co jest w książce Lessing można by rozpisać na punkty typowej analizy przypadku. Że oto moment progowy: „jeszcze przez chwilę młodość”, ale człowiek „nie czuje się już tak młody jak kiedyś”. Poukładany świat ma swoje prześwitujące połacie i coś jakby pustka z nich wyskakuje. Wartości, w imię których tłamsiło się coś w sobie, poświęcało się coś z siebie, znosiło się pokornie z zaciśniętymi zębami etc… zaczynają obracać się przeciwko nam. I żadna dotychczasowa rola nie pasuje. Ani żony, ani matki, ani pani domu. Jakby nagle wszystkie stroje stały się démodé

Gdybym chciała to analizować, to czuję, że banał deptałby mi po piętach. Pewna przewidywalność jest nie do uniknięcia (nawet młodszy kochanek jakby po prostu wyszedł z szafy, w której czekał na swój czas). Analiza sczezłaby w przedbiegach, ale opowieść się broni, bo w niej się można przeglądać bez ryzyka. Zawsze znajdzie się coś cholernie, boleśnie prawdziwego. 

Doris Lessing wybiera narrację wszechwiedzącą, dialogi wplata oszczędnie, ufając raczej przepowiadaniu ich niż bezpośredniemu nasłuchowi. To ściszanie głosów świata na rzecz tego, co dzieje się w głowie i sercu bohaterki. W jej ustroju emocjonalnym i intelektualnym. Mnie najbardziej ujęło to, co dotyczy sfery pogranicza: młodości – dojrzałości – starości. A najtrudniej było mi o uwagę pod koniec powieści, gdy bohaterka przegląda się w młodej dziewczynie, Maureen, która obawia się tego, w czym Kate utonęła, małżeństwa. Powieść napisana w 1973 roku wprowadza szereg uchwyconych na bieżąco socjologicznych obserwacji. Po trosze aktualnych, po trosze trącących myszką. Ale nie można zapominać, że  autorka-noblistka zna pisarski fach.

Lessing układa swą opowieść w pięć rozdziałów. Najpierw poznajemy status quo i czujemy oddech nadchodzącego lata, które ma być podobne do innych, stabilne i przewidywalne. Potem następuje strategiczny zwrot, Kate podejmuje pracę tłumaczki dla absurdalnej organizacji parającej się działalnością „na rzecz świata”. Poznaje swoją siłę, potencjał dotąd ukryty. Następnie coś przewrotnego, co okładkowe informacje zapowiadały jako pieprz opowieści, a co jest w gruncie rzeczy czymś dużo ciekawszym. Romans z młodszym mężczyzną. Tyle że pożytku z kochanka co kot napłakał, bo jak nie wymiotuje, to ma biegunkę. Ale oderwanie od znanej scenerii, obserwowanie jak z przekraczaniem progu radzą sobie inni – to jest warte wsłuchania się i potrzebne zanim wybierze się kierunek. Potem jest trochę jak u Tomasza  Manna: choroba duszy znajduje ujście w chorym ciele. A przemiana ciała jest kluczowa, zaryzykuję tezę, że to warunek sine qua non przemiany osobowości. 

Konstrukcja przejrzysta, choć cel, do którego dotrze bohaterka jest nieoczywisty, niejednoznaczny. Dokądś dociera, ale wszystko zależeć będzie od następnych liter alfabetu. Powiedzieć „A” jeszcze o niczym nie przesądza.

Jest to książka o schyłku młodości (ale, ale! to nie może być tak, że po prostu przekraczamy jakąś linię!); o roli, jaką na siebie w życiu nakładamy i o tym, że ona się wyczerpuje (ale, ale! kto mówi, że potem nie ma już nic?!); o tym, jak działa kobiecość i co się dzieje, gdy ona przestaje oddziaływać sex appealem (a my czujemy, że nie jest fair, by atrakcyjność naszej osoby sprowadzać do fizycznych fluidów). O tym jest ta książka, między innymi.

Tyle dla porządku, reszta to strefa chwytliwych słów, zapamiętań i chaotycznych impresji. Miszmasz.

*********

„Od pewnego czasu przymierzała myśli jak sukienki zdejmowane z wieszaka. Pozwalała, aby z jej ust spływały słowa i zwroty wyświechtane jak rymy kołysanek…” No tak, ponad dwadzieścia lat małżeństwa mogły/musiały (odpowiednie skreślić) pokryć autentyzm relacji rutyną. I małe ziewnięcie byłoby niczym nieodzowny tik. Lessing zaplanowała jednak ostry miraż, bo jeśli ktoś uruchomił standardowy pakiet małżeńskich wypaleń, to powinien go czym prędzej zawiesić. Kate i Michael są parą ponadprzeciętnie świadomą tego, co ich łączy i ile to jest warte. To małżeństwo jest zbudowane na rozmowach i bliskości. A mimo to… Czy tak być musi? Istnieje profilaktyka, czy trzeba sięgać po chirurgiczny skalpel, by głębszą interwencją udrożnić życie? Może cerować małe pęknięcia, wyrywać kiełkujące baobaby, gładzić rysy… zanim się zacznie jazda bez trzymanki? Zanim któreś z dwojga (czyżby częściej kobieta?) poczuje się jak lalka, z której wolno wysypują się trociny”.

Lubię ten fragment, gdy Kate po bodajże dwóch miesiącach odbiera listy od męża. Wszystko, co zrozumiała, co oddaliło ją od Michaela, pryska w okamgnieniu. Listy są dowcipne, pełne relacji o drobiazgach i choć dotyczą jego życia bez niej, są pisane w znanym obojgu stylu. 

„Leżała w łóżku znowu bardzo chora, ale pełna tęsknoty do męża, do tej zażyłości opartej na wzajemnym zrozumieniu, do ich intymności. Wydawało się jej teraz, że była dziecinna, czując kiedykolwiek urazę z powodu jego romansów: nie miały znaczenia, gdy porównało się je z faktem, że jeśli ona wyciągnęła rękę do niego lub on do niej, w geście tym zawsze było ćwierćwiecze spędzone razem”.

Kobieca potrzeba bliskości, dla której dobrowolnie infekujemy się amnezją i wbrew talentowi do myślenia według żelaznych praw logiki, wybieramy irracjonalny impuls. Myślę, że kobiety, jeśli bywają nielogiczne, to z powodu tych właśnie (logicznie uzasadnionych) priorytetów. 

*********

Dziwna sprawa, powinno mi to odpowiadać, a jednak nie bardzo. Zliczyłam piętnaście fragmentów, w których pojawia się sen o foce. Zranionej, biednej, potrzebującej morskiej wody, by ożyć. Śnienie i szukanie w snach wskazówek, metaforycznych znaków, które czasem trzeba dośnić, by ruszyć dalej. Jestem gotowa to przyjąć jako realne, terapeutyczne, intrygujące poznawczo. Mimo to fokę odesłałabym na psychoanalityczną kozetkę. Silniej przemówiły do mnie symptomy cierpiącego ciała: chudnięcie, gorączka, majaki.

*********

Uwikłanie w rolę (matki, żony, gospodyni) zapada mi w pamięć po epizodzie z przyglądaniem się spotkanym na ulicy matkom. Oczywiście, mam własne rozpoznanie i wiem, że ten obrazek wymagałby aneksu, bo jest w nim pewna tendencja. Zgrabnie ujęta.  Mianowicie: Kate przygląda się rezolutnym dwudziestolatkom pchającym wózek. Są seksowne, energiczne, pewne siebie „jak kobiety wikingów”. Rówieśniczki Kate (i ona sama) – czyli te same dziewczyny, tylko dwadzieścia lat później – nie mają już wiary w życie, zamiast niej demonstrują to, w co obrosła w tym czasie ich świadomość: „łagodność ofiar”, „bezbronną uprzejmość”, „niepewny śmiech, który brzmi, jakby miał zakończyć się płaczem”

Dwie dekady, sporo się można nauczyć, gdy życie tego wymaga: „Cierpliwość. Dyscyplina wewnętrzna. Opanowanie. Samozaparcie. Nieskazitelność moralna. Umiejętność przystosowania się do innych – to przede wszystkim. To zawsze”. Porównanie siebie, jaką pamięta, z tą, jaką się stała, wydaje jej się trudne do przyjęcia. Nie zauważyła, kiedy i jak zaszła zmiana – „miała wrażenie, że nabyła nie cnoty, ale pewną formę obłędu”

Jasne, że można się temu przyglądać przez pryzmat społecznych zniekształceń i wymuszeń. Dla mnie jednak najciekawszym filtrem wydaje się upływ czasu. Biologiczny mechanizm, fizyczna przemiana: utrata jędrności, mniejsza soczystość uśmiechu, stępiony błysk oczu. Oczywiście – ja jestem na nie. Się nie zgadzam i jeśli się mnie spyta, czy tak ma być, to z góry mówię: NIE. Nie wiem, czy ktoś może uwzględnić moje veto?

********* 

Szalenie mi się podoba to śledzenie czterdziestolatki. Kate Brown nie wyglądała na swoje lata. Była w okresie prolongowanej młodości, dla której kobiety całego świata poświęcają tyle czasu i wysiłków”. Ciemnorude włosy, jasna karnacja, uśmiechnięte oczy, szczupła sylwetka niezmienna od lat. Sypie się piasek w klepsydrze, ale przecież – no przecież! – nikt nie dostrzega pojedynczych ziarenek. I można by sobie mówić, że co tam, liczy się wyłącznie pogoda ducha, ale niepostrzeżenie zmienia się to, jak widzą nas inni. Fenomenalna walka: „a ja uważam, że jestem młoda” kontra „oczywiście, pani jest jeszcze wciąż młoda, jakby”. Kate jest sympatyczna właśnie dlatego, że po pierwsze ma świadomość gry (można ciałem komunikować energię i w pewnym stopniu można stylem bycia dodawać i odejmować sobie lat – zresztą robimy to świadomie bądź nie). Po drugie: dostrzega, że istnieje coś poza tą grą, coś najcenniejszego, czego nie da się już narzucić nikomu. Do czego innym często brak cierpliwości. Ale co trzeba przechować/odzyskać/stworzyć (odpowiednie podkreślić), by w ogóle być.

„Starzenie się jest prawie dla każdego człowieka kwestią lat, chyba że powala go nieszczęście, ziemia usuwa się spod nóg, woda zatapia miasto, bomby zabijają jego dzieci, a serce obojętnieje na życie. Najpierw jest się młodym, potem dojrzałym, ale trudno określić moment przejścia z jednego stanu w drugi. Potem jest się starym i człowiek nie zdaje sobie sprawy, kiedy to nastąpiło. Zmiany – o tak, bardzo istotne – zachodzą w nastawieniu ludzi wokół nas, lecz my prawie nie jesteśmy tego świadomi, ponieważ lody tak wolno zsuwają się w dolinę. Dla większości ludzi problem zamyka się w zdaniu: Niestety, nie jestem już tak młody jak kiedyś„.

*********

Bardzo mi się podoba scena w teatrze, gdy Kate ogląda tę samą sztukę, na której była dwa miesiące wcześniej. Odbiór jest diametralnie różny – inaczej widziała ten spektakl subtelna kobieta, przeczuwająca aluzje do takich jak ona, inaczej przeżywa go „wariatka”, która zrobiła krok dalej niż bohaterka sztuki, Natasza Pietrowna z Miesiąca na wsi Turgieniewa. A wciąż chodzi o to, że w opowieściach można i należy się przeglądać, bo prawie zawsze są trochę o nas.