zmierzch lata

Doris Lessing, Lato przed zmierzchem, Wydawnictwo W.A.B. 2008

Bo w nią wierzę. W potrzebę narracji, w przeglądanie się w opowieściach. I układanie własnych doświadczeń w historię, w narracyjną ciągłość, która nie pozwala rozsypać się elementom i daje spoiwo. Spoiwo jest obłędnie istotne, ono decyduje, jaka to będzie opowieść. Z tych samych elementów można poskładać różne fabuły – szczęśliwe i koszmarne, inspirujące i odbierające nadzieję. Fabuła nadaje tym epizodycznym drobinom kształt, barwę i ton. Dodatkowa wartość w tym, że gdy się człowiek w niej przegląda, patrzy jak w kalejdoskop, wciąż inny element może nadawać charakter całości.

Doris Lessing napisała powieść o kobiecie, Kate Brown, która w wieku czterdziestu kilku lat przeżyła niezwykłe lato. Jeśli istnieje przyspieszone dojrzewanie, to musi mieć prawo bytu również ekspresowe przekwitanie (optymistycznie byłoby stwierdzić: skok w głębszą dojrzałość). Oto dobrze sytuowana rodzina, w której mąż jest szanowanym lekarzem, żona panią domu, czwórka dzieci właśnie wkracza w dorosłe życie, najmłodszy syn jest 19-latkiem. Mieszkają w pięknym, zadbanym domu z ogrodem, na jednej z eleganckich londyńskich ulic. Mąż od dawna nie jest wiernym mężczyzną, choć wciąż jest przyjacielem. Dzieci wyfruwają z gniazda i jakby je coś napadło: marzą o zerwaniu więzów przenoszonej, nieodciętej dotąd pępowiny. A Kate myśli, że jedyne, co jeszcze może jej się przydarzyć to spokojne przejście w starość. 

Już się tłumaczę z tego wstępu na cześć opowieści. Otóż, wszystko co jest w książce Lessing można by rozpisać na punkty typowej analizy przypadku. Że oto moment progowy: „jeszcze przez chwilę młodość”, ale człowiek „nie czuje się już tak młody jak kiedyś”. Poukładany świat ma swoje prześwitujące połacie i coś jakby pustka z nich wyskakuje. Wartości, w imię których tłamsiło się coś w sobie, poświęcało się coś z siebie, znosiło się pokornie z zaciśniętymi zębami etc… zaczynają obracać się przeciwko nam. I żadna dotychczasowa rola nie pasuje. Ani żony, ani matki, ani pani domu. Jakby nagle wszystkie stroje stały się démodé

Gdybym chciała to analizować, to czuję, że banał deptałby mi po piętach. Pewna przewidywalność jest nie do uniknięcia (nawet młodszy kochanek jakby po prostu wyszedł z szafy, w której czekał na swój czas). Analiza sczezłaby w przedbiegach, ale opowieść się broni, bo w niej się można przeglądać bez ryzyka. Zawsze znajdzie się coś cholernie, boleśnie prawdziwego. 

Doris Lessing wybiera narrację wszechwiedzącą, dialogi wplata oszczędnie, ufając raczej przepowiadaniu ich niż bezpośredniemu nasłuchowi. To ściszanie głosów świata na rzecz tego, co dzieje się w głowie i sercu bohaterki. W jej ustroju emocjonalnym i intelektualnym. Mnie najbardziej ujęło to, co dotyczy sfery pogranicza: młodości – dojrzałości – starości. A najtrudniej było mi o uwagę pod koniec powieści, gdy bohaterka przegląda się w młodej dziewczynie, Maureen, która obawia się tego, w czym Kate utonęła, małżeństwa. Powieść napisana w 1973 roku wprowadza szereg uchwyconych na bieżąco socjologicznych obserwacji. Po trosze aktualnych, po trosze trącących myszką. Ale nie można zapominać, że  autorka-noblistka zna pisarski fach.

Lessing układa swą opowieść w pięć rozdziałów. Najpierw poznajemy status quo i czujemy oddech nadchodzącego lata, które ma być podobne do innych, stabilne i przewidywalne. Potem następuje strategiczny zwrot, Kate podejmuje pracę tłumaczki dla absurdalnej organizacji parającej się działalnością „na rzecz świata”. Poznaje swoją siłę, potencjał dotąd ukryty. Następnie coś przewrotnego, co okładkowe informacje zapowiadały jako pieprz opowieści, a co jest w gruncie rzeczy czymś dużo ciekawszym. Romans z młodszym mężczyzną. Tyle że pożytku z kochanka co kot napłakał, bo jak nie wymiotuje, to ma biegunkę. Ale oderwanie od znanej scenerii, obserwowanie jak z przekraczaniem progu radzą sobie inni – to jest warte wsłuchania się i potrzebne zanim wybierze się kierunek. Potem jest trochę jak u Tomasza  Manna: choroba duszy znajduje ujście w chorym ciele. A przemiana ciała jest kluczowa, zaryzykuję tezę, że to warunek sine qua non przemiany osobowości. 

Konstrukcja przejrzysta, choć cel, do którego dotrze bohaterka jest nieoczywisty, niejednoznaczny. Dokądś dociera, ale wszystko zależeć będzie od następnych liter alfabetu. Powiedzieć „A” jeszcze o niczym nie przesądza.

Jest to książka o schyłku młodości (ale, ale! to nie może być tak, że po prostu przekraczamy jakąś linię!); o roli, jaką na siebie w życiu nakładamy i o tym, że ona się wyczerpuje (ale, ale! kto mówi, że potem nie ma już nic?!); o tym, jak działa kobiecość i co się dzieje, gdy ona przestaje oddziaływać sex appealem (a my czujemy, że nie jest fair, by atrakcyjność naszej osoby sprowadzać do fizycznych fluidów). O tym jest ta książka, między innymi.

Tyle dla porządku, reszta to strefa chwytliwych słów, zapamiętań i chaotycznych impresji. Miszmasz.

*********

„Od pewnego czasu przymierzała myśli jak sukienki zdejmowane z wieszaka. Pozwalała, aby z jej ust spływały słowa i zwroty wyświechtane jak rymy kołysanek…” No tak, ponad dwadzieścia lat małżeństwa mogły/musiały (odpowiednie skreślić) pokryć autentyzm relacji rutyną. I małe ziewnięcie byłoby niczym nieodzowny tik. Lessing zaplanowała jednak ostry miraż, bo jeśli ktoś uruchomił standardowy pakiet małżeńskich wypaleń, to powinien go czym prędzej zawiesić. Kate i Michael są parą ponadprzeciętnie świadomą tego, co ich łączy i ile to jest warte. To małżeństwo jest zbudowane na rozmowach i bliskości. A mimo to… Czy tak być musi? Istnieje profilaktyka, czy trzeba sięgać po chirurgiczny skalpel, by głębszą interwencją udrożnić życie? Może cerować małe pęknięcia, wyrywać kiełkujące baobaby, gładzić rysy… zanim się zacznie jazda bez trzymanki? Zanim któreś z dwojga (czyżby częściej kobieta?) poczuje się jak lalka, z której wolno wysypują się trociny”.

Lubię ten fragment, gdy Kate po bodajże dwóch miesiącach odbiera listy od męża. Wszystko, co zrozumiała, co oddaliło ją od Michaela, pryska w okamgnieniu. Listy są dowcipne, pełne relacji o drobiazgach i choć dotyczą jego życia bez niej, są pisane w znanym obojgu stylu. 

„Leżała w łóżku znowu bardzo chora, ale pełna tęsknoty do męża, do tej zażyłości opartej na wzajemnym zrozumieniu, do ich intymności. Wydawało się jej teraz, że była dziecinna, czując kiedykolwiek urazę z powodu jego romansów: nie miały znaczenia, gdy porównało się je z faktem, że jeśli ona wyciągnęła rękę do niego lub on do niej, w geście tym zawsze było ćwierćwiecze spędzone razem”.

Kobieca potrzeba bliskości, dla której dobrowolnie infekujemy się amnezją i wbrew talentowi do myślenia według żelaznych praw logiki, wybieramy irracjonalny impuls. Myślę, że kobiety, jeśli bywają nielogiczne, to z powodu tych właśnie (logicznie uzasadnionych) priorytetów. 

*********

Dziwna sprawa, powinno mi to odpowiadać, a jednak nie bardzo. Zliczyłam piętnaście fragmentów, w których pojawia się sen o foce. Zranionej, biednej, potrzebującej morskiej wody, by ożyć. Śnienie i szukanie w snach wskazówek, metaforycznych znaków, które czasem trzeba dośnić, by ruszyć dalej. Jestem gotowa to przyjąć jako realne, terapeutyczne, intrygujące poznawczo. Mimo to fokę odesłałabym na psychoanalityczną kozetkę. Silniej przemówiły do mnie symptomy cierpiącego ciała: chudnięcie, gorączka, majaki.

*********

Uwikłanie w rolę (matki, żony, gospodyni) zapada mi w pamięć po epizodzie z przyglądaniem się spotkanym na ulicy matkom. Oczywiście, mam własne rozpoznanie i wiem, że ten obrazek wymagałby aneksu, bo jest w nim pewna tendencja. Zgrabnie ujęta.  Mianowicie: Kate przygląda się rezolutnym dwudziestolatkom pchającym wózek. Są seksowne, energiczne, pewne siebie „jak kobiety wikingów”. Rówieśniczki Kate (i ona sama) – czyli te same dziewczyny, tylko dwadzieścia lat później – nie mają już wiary w życie, zamiast niej demonstrują to, w co obrosła w tym czasie ich świadomość: „łagodność ofiar”, „bezbronną uprzejmość”, „niepewny śmiech, który brzmi, jakby miał zakończyć się płaczem”

Dwie dekady, sporo się można nauczyć, gdy życie tego wymaga: „Cierpliwość. Dyscyplina wewnętrzna. Opanowanie. Samozaparcie. Nieskazitelność moralna. Umiejętność przystosowania się do innych – to przede wszystkim. To zawsze”. Porównanie siebie, jaką pamięta, z tą, jaką się stała, wydaje jej się trudne do przyjęcia. Nie zauważyła, kiedy i jak zaszła zmiana – „miała wrażenie, że nabyła nie cnoty, ale pewną formę obłędu”

Jasne, że można się temu przyglądać przez pryzmat społecznych zniekształceń i wymuszeń. Dla mnie jednak najciekawszym filtrem wydaje się upływ czasu. Biologiczny mechanizm, fizyczna przemiana: utrata jędrności, mniejsza soczystość uśmiechu, stępiony błysk oczu. Oczywiście – ja jestem na nie. Się nie zgadzam i jeśli się mnie spyta, czy tak ma być, to z góry mówię: NIE. Nie wiem, czy ktoś może uwzględnić moje veto?

********* 

Szalenie mi się podoba to śledzenie czterdziestolatki. Kate Brown nie wyglądała na swoje lata. Była w okresie prolongowanej młodości, dla której kobiety całego świata poświęcają tyle czasu i wysiłków”. Ciemnorude włosy, jasna karnacja, uśmiechnięte oczy, szczupła sylwetka niezmienna od lat. Sypie się piasek w klepsydrze, ale przecież – no przecież! – nikt nie dostrzega pojedynczych ziarenek. I można by sobie mówić, że co tam, liczy się wyłącznie pogoda ducha, ale niepostrzeżenie zmienia się to, jak widzą nas inni. Fenomenalna walka: „a ja uważam, że jestem młoda” kontra „oczywiście, pani jest jeszcze wciąż młoda, jakby”. Kate jest sympatyczna właśnie dlatego, że po pierwsze ma świadomość gry (można ciałem komunikować energię i w pewnym stopniu można stylem bycia dodawać i odejmować sobie lat – zresztą robimy to świadomie bądź nie). Po drugie: dostrzega, że istnieje coś poza tą grą, coś najcenniejszego, czego nie da się już narzucić nikomu. Do czego innym często brak cierpliwości. Ale co trzeba przechować/odzyskać/stworzyć (odpowiednie podkreślić), by w ogóle być.

„Starzenie się jest prawie dla każdego człowieka kwestią lat, chyba że powala go nieszczęście, ziemia usuwa się spod nóg, woda zatapia miasto, bomby zabijają jego dzieci, a serce obojętnieje na życie. Najpierw jest się młodym, potem dojrzałym, ale trudno określić moment przejścia z jednego stanu w drugi. Potem jest się starym i człowiek nie zdaje sobie sprawy, kiedy to nastąpiło. Zmiany – o tak, bardzo istotne – zachodzą w nastawieniu ludzi wokół nas, lecz my prawie nie jesteśmy tego świadomi, ponieważ lody tak wolno zsuwają się w dolinę. Dla większości ludzi problem zamyka się w zdaniu: Niestety, nie jestem już tak młody jak kiedyś„.

*********

Bardzo mi się podoba scena w teatrze, gdy Kate ogląda tę samą sztukę, na której była dwa miesiące wcześniej. Odbiór jest diametralnie różny – inaczej widziała ten spektakl subtelna kobieta, przeczuwająca aluzje do takich jak ona, inaczej przeżywa go „wariatka”, która zrobiła krok dalej niż bohaterka sztuki, Natasza Pietrowna z Miesiąca na wsi Turgieniewa. A wciąż chodzi o to, że w opowieściach można i należy się przeglądać, bo prawie zawsze są trochę o nas. 

Reklamy

16 thoughts on “zmierzch lata

  1. Ojtam

    „Jest to książka o schyłku młodości…” – no to już mnie pocieszyłaś. Kate jako czterdziestolatka zaczyna przechodzić z etapu młodości do etapu dojrzałości? Jestem na TAK ;) Bo to mogłoby oznaczać, że następne czterdzieści lat to będzie dojrzałość ( z której można czerpać garściami i nadal żyć ciekawie), a po nich dopiero łagodne przejście w starość.
    Ciekawe, że przy życiowych przemianach u kobiet zawsze musi być ktoś trzeci – kochanek. Mężczyźnie wystarczyłoby zapuścić włosy (lub odwrotnie – ściąć kitkę), kupić Harleya, ubrać skórzaną kurtkę i pognać przed siebie na spotkanie z losem.
    Ale, ale, czy dobrze rozumiem, że to raczej kobieca literatura? Ewentualnie dla facetów, którzy chcą poznać bliżej kobiecy punkt widzenia?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Prawda jest taka, że gdybym miała w głowie dobrze poukładane (i wiedziałaby, co myślę) tobym nie pisała tak dużo, tylko prosto do mety. A ja dopiero po napisaniu i przeczytaniu komentarzy doznaję iluminacji.
      Dobre pytanie. „Kobieca” literatura budzi określone skojarzenia i raczej nisko szybuje. A Lessing pisze dobrze, wnikliwie. Niekiedy przypisuje jej się feministyczny skręt, na co sama parska śmiechem. Ale powieść jest babska do trzewi. W ostatnim rozdziale zdawało mi się, że we mnie za mało kobiecości i trochę nie nadążam. Bo ja nigdy nie przeżywałam sennych koszmarów o klatce, w której ktoś mnie zamyka (małżeństwo) i nie ratowałam foki. Jaka klatka? Przecież cały czas ma się jakiś wpływ na ustawianie busoli. Niewola przychodzi, gdy człowiek tępieje. A to się zdarza w różnorodnych konfiguracjach. Drugorzędne było dla mnie to, co uwarunkowane społecznie. Bo to ewoluuje. Mnie interesowały w tej opowieści ograniczenia, które wynikają z nas (upływ czasu, indywidualna skłonność do zapadania się w roli, do poświęcania się etc.). Wyobrażam sobie, że są faceci, którzy pomyślą, że to dzielenie włosa na ośmioro (!). Ale dla znawców tematu powinna to być smaczna przekąska.

      Niestety, błądzisz, myśląc, że druga czterdziestka będzie docieraniem do majaczącej na horyzoncie dojrzałości. Młodość płynnie przechodzi w dojrzałość, potem niepostrzeżenie coś się osuwa. Jedziesz Harleyem z prędkością światła a autostopowicz mówi do ciebie per dziadku. I powiewająca kitka nie pomoże. Kate w pewnym momencie wynajmuje mieszkanie jako współlokatorka, a młodzi patrzą na nią (wychudzoną, z siwymi odrostami) jak na starą kobietę. Ona tu nie ma nic do gadania. Taksometr w oczach bliźnich jest nieugięty. Inna rzecz, że można z tego nie robić dramatu i słuchać się siebie.

  2. ZygmuntMolikEWA

    Narracji nam potrzeba. Sama prowadzę z sobą narracje i fabuła mi się co i rusz zmienia.
    Nawet fakty naginają się prawie dowolnie, w każdym razie ich interpretacja.
    Czy mityczna czterdziestka jest schyłkiem kobiecej młodości? Z tego co pamiętam, co widzę wokół – nie. Właściwie dopiero wówczas młodość jest tym czym powinna; gdy pozwolimy sobie na nią. Bywamy ‚starzy’ od dziecka i młodzi mimo kalendarza. Nawet zewnętrzność bywa różna w zależności od genów, warunków i… bliskości drogerii.
    „Łagodność ofiar, bezbronna uprzejmość, wysypujące się trociny” to może zdarzyć się zawsze lub nigdy. Wiek, płeć i okoliczności – drugorzędne, wszystko siedzi w naszych głowach. Jedno jest pewne, wytworny anturaż okolicznych przecznic nie wiele tu zmienia.
    Lato (nawet) przed zmierzchem to wciąż jednak lato.A zmierzch to taka miła chwila dnia, daje nadzieję na odpoczynek. Nawet od dzielenia włosa na czworo :-)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Młodość a młodość. Ta prawdziwa, wewnętrzna (pogoda ducha, optymizm), ta energetyczna, z błyskotliwym umysłem i wolą działania, a nawet z dobrym poczuciem siebie w swoim ciele – taka się tak łatwo nie kończy. Chyba że jakiś krach, ciach, nóż tnie tuż przy ustach… Nie, ja jestem daleka od biadolenia, od stawiania jakichkolwiek cezur i nie jestem ślepa na wdzięk, który nie liczy się z metryką. Co więcej, wydaje mi się, że kobiety dłużej zachowują witalność, gdy nie przywiązują się za bardzo do swego image`u z czasu matury. Drogeria! Genialny wynalazek! No tak, nic się nie zmienia… Tylko kremy coraz droższe…:)

      Ewo, Ty to potrafisz spuentować dylemat gorączkującej kobiety.:) Jest coś z dzielenia włosa w tej opowieści. Ale raz na jakiś czas warto go sobie rozczłonkować i sprawdzić wytrzymałość.
      A swoją drogą: włosy są tu akurat nie bez znaczenia. Najpierw rude i gęste, potem z siwym przedziałkiem. I problem miary kosmicznej: farbować czy nie?

  3. szwedzkiereminiscencje

    a u mnie juz jesien – i to taka niefotogeniczna, niezlota, niepolska. widze, ze cie ksiazka zdecydowanie ruszyla, skoro tyle o nie napisalas?

    sama mam nie do konca sprecyzowany stosunek do pani lessing. b spodobala mi sie jako osoba kiedy sfilmowano ja w momencie zawiadomienia o literackim noblu. zupelnie jej to nie ruszylo i ten dystans wtedy mi sie spodobal. pomyslalam sobie, ze oto osoba, kt ma dobrze skonstruowana hierarchie wartosci

    mam jeszcze uwage „techniczna” co do kobiecej potrzeby bliskosci. kobiety na pewno tez, ale i mezczyzni potrzebe bliskosci miewaja – choc moze nie zawsze do konca sa w stanie ja zwerbalizowac. to w koncu wdowcy odchodza wczesniej niz wdowy – i nie chodzi tu zapewne tylko o brak „kobiecej reki” czyli obslugi

    tytul sobie zanotowalam na liste „to do”

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      M., no napisałam, bo jest tak, jak wyjaśniłam w re-komentarzu do Ojtama. Żeby sobie poukładać. Lessing też muszę sprawdzić. Nie znam jej gruntownie. Piąte dziecko zrobiło na mnie duże wrażenie, Lato przed zmierzchem zainspirowało, uruchamiam jeszcze jedno podejście: Znów ta miłość.
      No popatrz, dziś po raz drugi słyszę diagnozę męskiej tęsknoty za bliskością. Ja się wstrzymuję od głosu.
      Głowę daję, że jeśli sięgniesz po opowieść o Kate Brown, to będziesz polemizować, gładko nie przełkniesz. I bardzo by mnie to ciekawiło. Bo i ja znalazłam w niej fragmenty, które przyjmuję po prostu jak ułamek układanki i takie, które sobie zaznaczyłam, do których chętnie powrócę. I to nie tylko dlatego, że takie celne w refleksji, ale podobają mi się sytuacje.

  4. buksy

    Czytałam wtedy, kiedy Lessing była właśnie świeżo upieczoną noblistką (dałam nawet notkę na „znikniętym” blogu). Potem dopiero odkryłam, że książka już była w domu, kupiona przez kogoś pewnie ze 20 lat temu. kiedy o Lessing nie mówił i nie myślał nikt ;). Jeśli o treść chodzi, to owszem, jest tam kilka cennych spostrzeżeń (kobieta jako wiecznie kojąca matka pocieszycielka, ten schemat mamy i w niego wpadamy do dziś) ale ogólnie cala historia mnie zawiodła, zwłaszcza puenta, Foka faktycznie, tylko do oceanu niedorzeczności się nadaje, a tak ma rolę nadprogramowego grzyba w barszcz.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Buksy, czyli co do foki, obie jesteśmy niewzruszone. Gdy odłożyłam książkę, moje zdziwienie narasta. Czy coś dobrego mogło z tego wyrosnąć? Już pierwszy fragment zapalił mi lampki w głowie: oho, to będzie miało przełożenie na życie Kate. W końcu po to opowiada się w literaturze sny. Było więc zbyt oczywiście. Chyba że uznać panią Lessing za pionierkę Psychologii Procesu (i odkryć Arnolda Mindelli), która poznawanie siebie zaczyna od snów i symptomów cielesnych.

      To że stara (książka tym razem, nie kobieta) to jednak walor. Nie ma aluzji do aktualnych trendów, a mimo to zwierciadło działa. Lektura warta czasu, a swoje prywatne rozpoznanie pisarki spuentuję po kolejnej książce.
      Pozdrawiam! Tym serdeczniej, im więcej mi narosło zaległości (to tak ogólnie: blogosfera się toczy, a ja mam zastój poznawczy), ale wiem, że z wakacji już wróciłaś. :)

  5. czara

    U mnie stoi na półce, nawet w oryginale, ale czeka w kolejce, bo jakoś mi no… temat nie po drodze. Może to niektórych książek trzeba dorosnąć?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :)))
      Tak, wszystko w swoim czasie. To dlatego gimnazjaliści czytają Starego człowieka i morze a licealiści o dylematach czterdziestosześcioletniego kupca, który zakochał się w niewłaściwej pannie. ;) Może powinno się to skorygować. A może nie, bo lekturowy odpływ ma to do siebie, że całkiem ciekawie czytać coś z perspektywy kogoś, kto ma za sobą/przed sobą to, czym żyje literacka postać. No, ale to doskonale wiesz. A wena czytelnicza ma swoje prawa. Niech Lessing cicho stoi na półce i czeka. :)

  6. czara

    No dobrze, ośmieszyłam się zupełnie, niech Ci będzie. Czterdziestosześcioletni kupiec jest jeszcze ciekawy, z tego co kojarzę to licealiści bardziej męczą się z pamiętnikiem starego subiekta ;-) A poważnie, to śmiejesz się, ale ja lubiłam w liceum ambitne lektury. I do wszystkich muszę wracać teraz, bo jednak poziom mojej chłonności i przyswajalności głębi był nie wystarczający… Same czarne a właściwie białe dziury…
    A co do Lessing, to może zamiast od kobiet dojrzałych zacznę od piątych dzieci? ;-)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Też mam problem z książkami, które czytałam dzieckiem będąc. Zwłaszcza z klasyką bywa dziwnie: niby zaliczona, ale w głowie jeden wielki żółty ser z dziurami.
      Nie wiem, czy polecać Ci akurat Piąte dziecko.Tak, bo dobre i krótkie. Ale gdy sobie przypomnę Twój sceptycyzm co do dzieci jako takich (wyłamują się spod tego spojrzenia dzieci obczajone), to boję się, że przyczynię się do jakiejś dzieciofobii.:)
      O ośmieszeniu nie ma mowy. Rzeczywiście czym innym jest czytać powieść, w której bohaterowie są w różnym wieku i raz po raz koncentrować się na sześćdziesięciolatce, piętnastolatku, trzydziestolatkach etc, a czym innym wejść w głowę postaci, która zawłaszcza perspektywę oglądu. A tak jest w tym przypadku. Więc trzeba mieć ochotę.

  7. janek

    Ren, Twój blog to rzadki przykład, że można komentować wpisy nie czytając/oglądając rzeczy, których one dotyczą. Podziwiam umiejętność i wysiłek, nieustannie.
    Przedstawię swój „męski” punkt widzenia, choć daleki byłbym od zbyt szybkiej klasyfikacji rodzajowej literatury. Bo któraż to ta kobieca literatura? I gdzie jest ta męska?
    Upływ czasu i przemiana człowieka w związku z tym to temat fascynujący. Generalnie zgadzam się z tym, co zasugerowała Ewa: to od nas, naszej samoświadomości zależy jak ta przemiana będzie przebiegać. Nie unikniemy oczywiście opinii i ocen otoczenia. Nawet będziemy ich ciekawi być może. Nawet będziemy być może łasi (cóż, ja lubię, gdy młody człowiek nie traktuje mnie tylko i wyłącznie w kategorii „dziadka”:)). Akceptacja przemian psychicznych i fizycznych, zwłaszcza niektórych, jest bardzo trudna – wiem to po sobie. Ale bez tej akceptacji to przechodzenie w dojrzałość, jak to ładnie zostało nazwane, czyli po prostu starzenie się, będzie utrapieniem. Dla mnie tym utrapieniem jest coraz gorsza kondycja fizyczna i problemy z pamięcią, chociażby :). Się nie zgadzam na to, too. I się intensywnie zastanawiam, co zrobić, by „lato przed zmierzchem pozostało latem”. Bez podparcia brody i namysłu się nie obejdzie.
    Świetny ten cytat, gdy leżała w łóżku chora i myślała m.in. o tym „że jeśli ona wyciągnęła rękę do niego lub on do niej, w geście tym zawsze było ćwierćwiecze spędzone razem”. W tym cytacie być może jest zawarta cała kwintesencja związku małżeńskiego, długiego, dodajmy.
    I rzeczywiście Ren : kobieca potrzeba bliskości nie jest znów tak bardzo odległa od męskiej. I nie chodzi chyba o to, że „nie jesteśmy do końca w stanie jej zwerbalizować” – po prostu dużo rzadziej mamy ochotę to robić :).
    Jak napisałem, temat fascynujący i żywy, bo cały czas się dzieje i naprawdę nie warto by stał na półce nawet w oryginale (wiadomo do kogo piję:)), bo inaczej doślemy to piąte dziecko i dopiero będzie problem!
    Przepraszam za to zbyt długie dzielenie włosa na czworo – niestety, nie jestem już tak młody jak kiedyś.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Po pierwsze: order za przerzucanie mostów między męskim/żeńskim punktem widzenia/odczuwania i tęsknoty wszelakiej.

      Po drugie: tak, cytat z ćwierćwieczem wpisanym w każdy gest jest kwintesencją małżeństwa; czymś nie do zastąpienia przez żadną „nową” relację, choćby małżeństwo szwankowało a nowe wydawało się strzałem w dziesiątkę. Chociaż możliwe są też przypadki, że między ludźmi, którzy przeżyli z sobą taki szmat czasu, w tle każdego słowa czy gestu pobrzmiewa nie bliskość, lecz lęk czy irytacja. A w książce ta sytuacja nie jest finałem, Kate wciąż się waha i szuka.

      Po trzecie: jest coś w tym „namyśle”, o którym wspominasz. Tu doprecyzuję, że „starzenie się” jest bardzo niechcianym słowem i chyba za bardzo obciążonym, by o nim mówić bez negatywnych konotacji. A tu nie chodzi o starość (rany! 40 lat to nie wiek matuzalema), lecz o … (brak słów)…o wyzbywanie się przywiązania do młodzieńczości. Tak, „młodzieńczość” się traci. Właściwie dość wcześnie, ale nie podam cezury, by kija w mrowisko nie wsadzać. Wystarczy wejść w grono 15-latków, gdy samemu ma się powyżej 20., a zrozumie człowiek, że tylko wspomnienie mu zostało po młodzieńczym trądziku (i nie tylko). Przykład pokazuje, że utrata ma swe przykre i wygodne strony. A namysł jest potrzebny, bo chroni przed chodzeniem w zbyt krótkich spodenkach.

      Ha, ha! Wszyscy jesteśmy dziś mniej młodzi niż wczoraj. I młodsi niż będziemy jutro.;)

  8. szwedzkiereminiscencje

    mysle, ze masz zdecydowana racje w odpowiedzi na post ojtam. duchem mozna sie czuc mlodo – i miec swietne kontakty z mlodymi ludzmi. jednak cialo mdle i nie za wszystkimi zachciankami nadaza. absolutnie nie warto odkladac zadnych przyjemnosci na pózniej – bo pózniej albo nas nie bedzie, albo juz nie mentalnie czy tez fizycznie nie podolamy!

    Odpowiedz
  9. Pingback: zapraszamy na kawiarniany (konkurs rzecz jasna) « więcej niz pierwsza czytanka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s