Archiwum dnia: 5 Paźdź 2012

wywiady, różne kwiaty i kwiatki

Papermint. Magazyn o książkach” nr 3 (listopad 2011) i nr 6. (czerwiec 2012)

Herbatkę piję i dochodzę do zachwianej homeostazy. Możliwe, że prawdziwa homeostaza jest rajem utraconym – zadowoli mnie stan względnej używalności strun głosowych i tradycyjnej temperatury istot stałocieplnych (36,6). Póki co mam zwiększony przydział czasu na lekturę i jak można było przewidzieć, nie sięgnęłam po Ulissesa, lecz do popularnych magazynów. Wywiady podobały mi się szczególnie. I z kilku kwiatków splotę sobie wianuszek. 

Od sasa do lasa były moje poczytania, wybiorę więc dwa przykłady, które tworzą tandem. Oba z „PAPERmintu”, którego archiwalne numery nabyłam wiedziona sentymentem do „Archipelagu”. Dostępny w księgarniach Matras: „lifestylowo-literacki magazyn skierowany dla [sic!] wszystkich tych, dla których czytanie jest trendy”. Lifestyle, trendy… tym tropem pójdę i odwołam się do reklamowanych na okładkach wywiadów z „lifestylowymi” osobowościami – o czytaniu i nieczytaniu. 

Chodzi o to (jak mniemam), by porozmawiać z kimś znanym o czytaniu, dowodząc tym samym, że można być celebrytą, a MIMO TO czytać, więcej: być obeznanym w literaturze nieprzeciętnie. Ja trafiłam na rozmowę z Andrzejem Grabowskim – tu zza pleców wynurzały się dwa wcielenia: Ferdynanda Kiepskiego i osoby współprowadzącej z Agnieszką Wolny-Hamkało program Hurtownia książek. Drugi bohater to Piotr Najsztub, mistrz wywiadu(ów)… z zawodu będący Piotrem Najsztubem, który kongenialnie sam siebie definiuje jako osobę od zawsze naznaczoną „niczym nieuzasadnioną megalomanią”. 

Dwa nokauty. Najpierw Grabowski wyznaje ze skruchą, że odkąd skończyła się emisja programu telewizyjnego, czyta dużo mniej, jest śmiertelnie zmęczony czytaniem, ma alergię. Potem Najsztub prowokuje tezą, że książki szkodzą, on ich unika, bo są niebezpieczne. Ma 50 lat i od 25 lat nie czyta. 

Uwielbiam takie sytuacje! Gdyby wyznali obaj, że czytają po nocach, rogi zaginają, prowadzą dzienniczek lektur, tobym przekartkowała magazyn. Ale tak jawna deklaracja niemocy czytelniczej, która przewrotnie prowadzi do pochwały Księgi (P.N.) lub książek wszelakich (A.G.), to jest dopiero paradoks! Strawa dla tamaryszka!

Hurtownia książek – jak i wszelkie akcje czytelnicze, programy edukacyjne etc. – największy wpływ wywarła na tych, którzy ją prowadzili, bo oni jedyni zostali do przeczytania i przemyślenia recenzowanych tomów przymuszeni. Grabowski jest rozbrajająco konserwatywny. Kiedyś czytał dużo, do dziś tamte lektury są tym, do czego się odwołuje, co tworzy zaplecze jego humanistycznej edukacji. Gombrowicz, klasyka rosyjska, pisarze-dysydenci. Niczym bohaterowie Rejsu: nie ufa temu, czego nie zna. ;) Po książki Ignacego Karpowicza czy Sylwii Chutnik dobrowolnie by nie sięgnął. Całe szczęście, że ktoś o to zadbał i zaproponował aktorowi dyskusję w telewizji. Przeczytał i się zachwycił.  Może to jest metoda? Proponować rolę znawców tematu tym, którym przydałoby się dokształcenie. 

Grabowski budzi sympatię i odrobinę zakłopotania. Z  sentymentem czytam o jego admiracji dla wykładów księdza profesora Tischnera. Z szacunkiem przyjmuję wyznanie, że szczególnie uważnie czytał książki, które mu się nie podobały, bo chciał być uczciwy i rzetelny w ich ocenie. Bawi mnie wyznanie, że biografią Steve`a Jobsa bardzo się zmęczył, gdyż stale natrafiał na różne trudne terminy, takie jak: twardy dysk, bity i bajty. No i nie wiem, co myśleć o deklaracji, że uwielbia domową bibliotekę i gromadzi z zamiłowaniem książki. Bo póki co trzyma je w kartonach, czekając na jakąś bliżej niesprecyzowaną przeprowadzkę. Strasznie go ciekawi, co też jest w podarowanych mu przez Ewy Wiśniewską czterech kartonach książek. Ale czeka z ich otwarciem na dogodny moment. Życzę, by książki nie spleśniały.

Wywiad z Najsztubem – świetny, rozegrany przez mistrza słownej szermierki. Jest prowokacja, jest nonszalancja, jest emanacja tej wspomnianej wcześniej megalomanii. I jest sobiepańskość, przekonująca inteligencja (to subiektywne, ja ulegam), która zmusza do przemyślenia kilku niepodważalnych zdawałoby się tez. 

Uśmiech, gdy N. mówi, że co prawda od ćwierćwiecza nie czyta, ale od dziecka po czas studencki pożerał książki, zna klasykę i zaległości wielkich nie ma. Że niegdyś zbierał książki, majątek tracił, antykwariaty przeszukiwał, targał tomiszcza podczas przeprowadzki, a teraz w ogóle książek nie posiada. Gdy ktoś mu podaruje, przekazuje ją dalej, komuś, kto przeczyta. Wśród ulubionych (fajnie, że można mieć ulubione, mimo nieczytania) jest Mistrz i Małgorzata i Władca Pierścieni. Najsztub jest diablo paradoksalny. Bo przeraża go nieczytający świat, widzi jego miałkość, Księgę umieszcza na piedestale ludzkich wytworów, a sam nie czyta. Przewrotność ukryta polega na prowokacji – nie czytając beletrystyki, nadal pożera słowo, najczęściej w wersji elektronicznej i spoza literackich rankingów. Dlaczegóż więc literatura piękna utraciła czytelnika? 

„Uznałem, że mam tak mało energii, życia w sobie, że nie mogę go zużywać na przeżywanie losów bohaterów książek, bo nie starczyłoby go już dla mnie. Poza tym, jako dziecko czytałem ucieczkowo, żeby przenieść się w inny świat. I to mi zostało, a nie chciałem już uciekać. Chciałem żyć swoim własnym życiem. Dlatego przestałem czytać”.

Teza, którą stawia Najsztub, wyrasta z przekonania, że zmienił się inteligencki paradygmat. Kiedyś, by przynależeć do tej grupy, trzeba było czytać książki, a one były takie same w centrum i na prowincji. Istniał w miarę jasno określony kanon, inteligencki sznyt. Tego już nie ma. Zgadzam się, coś tu się rozwaliło i to na dobre. Ale co w zamian? Jeśli można być inteligentem, nie czytając książek, to w jaki sposób można tę przynależność uzyskać, potwierdzić? Oglądając filmy? Bywając w modnych kulturowych przestrzeniach (festiwal)? Jeśli nie książka, to co? Muzyka jest od czegoś innego, nie stymuluje dyskursu, lecz emocje. Dziś najsilniej kształtują media i (w tym) społecznościowe portale, ale to nie jest żadną miarą kuźnia inteligencji. Więc?

Raz: czytanie nie ma mocy kryterium. Dwa: czytanie zostało zastąpione przez pisanie. Nie pierwszy raz to słyszę, więc nie eureka, ale zacytuję kilka pobudzających wyobraźnię komentarzy. Druga teza jest dla Najsztuba bolesna i zapowiada degrengoladę. Zgadzam się, tym samym unikając jednoznacznego zajęcia stanowiska „za” lub „przeciw” Najsztubowym przemyśleniom. Bo jestem trochę na tak, a trochę na nie i może na tym polega siła przewrotności Najsztuba. Wkurza, podważa wartości, bez namaszczenia rozbija piedestały, ale potem się smuci, więc jest po stronie tego, co obalił.

„O dziwo, czytanie książek zostało zastąpione przez ich pisanie! Teraz wszyscy piszą. Biorąc pod uwagę standardy poważnej i dobrej literatury, to mamy setki tysięcy grafomanów. (…) Jeszcze w latach 70. i 80. musiało być w człowieku coś zwariowanego i kardynalnego, żeby odważył się tworzyć. Dziś to jak gotowanie makaronu. W młodych ludziach nie ma przekonania, że tworząc, czyli na przykład pisząc, przekraczają jakiś Rubikon. Nie, oni to robią, ponieważ wszyscy tak robią – uważają, że albo wyjdzie, albo nie. Nie ma tego, co w moim pokoleniu, że tworzenie to pewien rodzaj nabożeństwa człowieczeństwa”. 

„Zanosi się na to, że już niedługo będziemy żyli w społeczeństwie, w którym są sami pisarze, dziennikarze, poeci, blogerzy, z których coraz mniej będzie wcześniej czytało prawdziwą literaturę. Więc nie będą wiedzieli, że są grafomanami”. 

Ja sobie przypisuję tę właściwość, że zdążyłam trochę przeczytać przed założeniem bloga. A nawet nadal poczytuję.
Nie do wszystkich zaskoczeń z „Papermintu” czuję miętę, bo jednak warto byłoby się zdecydować i jednakowo pisać nazwisko Bułhakowa, najlepiej przez „samo ha”. Chyba że… doszło tu do interwencji diabelskiej szajki, która namieszała w ortografii. [nr 3]