wywiady, różne kwiaty i kwiatki

Papermint. Magazyn o książkach” nr 3 (listopad 2011) i nr 6. (czerwiec 2012)

Herbatkę piję i dochodzę do zachwianej homeostazy. Możliwe, że prawdziwa homeostaza jest rajem utraconym – zadowoli mnie stan względnej używalności strun głosowych i tradycyjnej temperatury istot stałocieplnych (36,6). Póki co mam zwiększony przydział czasu na lekturę i jak można było przewidzieć, nie sięgnęłam po Ulissesa, lecz do popularnych magazynów. Wywiady podobały mi się szczególnie. I z kilku kwiatków splotę sobie wianuszek. 

Od sasa do lasa były moje poczytania, wybiorę więc dwa przykłady, które tworzą tandem. Oba z „PAPERmintu”, którego archiwalne numery nabyłam wiedziona sentymentem do „Archipelagu”. Dostępny w księgarniach Matras: „lifestylowo-literacki magazyn skierowany dla [sic!] wszystkich tych, dla których czytanie jest trendy”. Lifestyle, trendy… tym tropem pójdę i odwołam się do reklamowanych na okładkach wywiadów z „lifestylowymi” osobowościami – o czytaniu i nieczytaniu. 

Chodzi o to (jak mniemam), by porozmawiać z kimś znanym o czytaniu, dowodząc tym samym, że można być celebrytą, a MIMO TO czytać, więcej: być obeznanym w literaturze nieprzeciętnie. Ja trafiłam na rozmowę z Andrzejem Grabowskim – tu zza pleców wynurzały się dwa wcielenia: Ferdynanda Kiepskiego i osoby współprowadzącej z Agnieszką Wolny-Hamkało program Hurtownia książek. Drugi bohater to Piotr Najsztub, mistrz wywiadu(ów)… z zawodu będący Piotrem Najsztubem, który kongenialnie sam siebie definiuje jako osobę od zawsze naznaczoną „niczym nieuzasadnioną megalomanią”. 

Dwa nokauty. Najpierw Grabowski wyznaje ze skruchą, że odkąd skończyła się emisja programu telewizyjnego, czyta dużo mniej, jest śmiertelnie zmęczony czytaniem, ma alergię. Potem Najsztub prowokuje tezą, że książki szkodzą, on ich unika, bo są niebezpieczne. Ma 50 lat i od 25 lat nie czyta. 

Uwielbiam takie sytuacje! Gdyby wyznali obaj, że czytają po nocach, rogi zaginają, prowadzą dzienniczek lektur, tobym przekartkowała magazyn. Ale tak jawna deklaracja niemocy czytelniczej, która przewrotnie prowadzi do pochwały Księgi (P.N.) lub książek wszelakich (A.G.), to jest dopiero paradoks! Strawa dla tamaryszka!

Hurtownia książek – jak i wszelkie akcje czytelnicze, programy edukacyjne etc. – największy wpływ wywarła na tych, którzy ją prowadzili, bo oni jedyni zostali do przeczytania i przemyślenia recenzowanych tomów przymuszeni. Grabowski jest rozbrajająco konserwatywny. Kiedyś czytał dużo, do dziś tamte lektury są tym, do czego się odwołuje, co tworzy zaplecze jego humanistycznej edukacji. Gombrowicz, klasyka rosyjska, pisarze-dysydenci. Niczym bohaterowie Rejsu: nie ufa temu, czego nie zna. ;) Po książki Ignacego Karpowicza czy Sylwii Chutnik dobrowolnie by nie sięgnął. Całe szczęście, że ktoś o to zadbał i zaproponował aktorowi dyskusję w telewizji. Przeczytał i się zachwycił.  Może to jest metoda? Proponować rolę znawców tematu tym, którym przydałoby się dokształcenie. 

Grabowski budzi sympatię i odrobinę zakłopotania. Z  sentymentem czytam o jego admiracji dla wykładów księdza profesora Tischnera. Z szacunkiem przyjmuję wyznanie, że szczególnie uważnie czytał książki, które mu się nie podobały, bo chciał być uczciwy i rzetelny w ich ocenie. Bawi mnie wyznanie, że biografią Steve`a Jobsa bardzo się zmęczył, gdyż stale natrafiał na różne trudne terminy, takie jak: twardy dysk, bity i bajty. No i nie wiem, co myśleć o deklaracji, że uwielbia domową bibliotekę i gromadzi z zamiłowaniem książki. Bo póki co trzyma je w kartonach, czekając na jakąś bliżej niesprecyzowaną przeprowadzkę. Strasznie go ciekawi, co też jest w podarowanych mu przez Ewy Wiśniewską czterech kartonach książek. Ale czeka z ich otwarciem na dogodny moment. Życzę, by książki nie spleśniały.

Wywiad z Najsztubem – świetny, rozegrany przez mistrza słownej szermierki. Jest prowokacja, jest nonszalancja, jest emanacja tej wspomnianej wcześniej megalomanii. I jest sobiepańskość, przekonująca inteligencja (to subiektywne, ja ulegam), która zmusza do przemyślenia kilku niepodważalnych zdawałoby się tez. 

Uśmiech, gdy N. mówi, że co prawda od ćwierćwiecza nie czyta, ale od dziecka po czas studencki pożerał książki, zna klasykę i zaległości wielkich nie ma. Że niegdyś zbierał książki, majątek tracił, antykwariaty przeszukiwał, targał tomiszcza podczas przeprowadzki, a teraz w ogóle książek nie posiada. Gdy ktoś mu podaruje, przekazuje ją dalej, komuś, kto przeczyta. Wśród ulubionych (fajnie, że można mieć ulubione, mimo nieczytania) jest Mistrz i Małgorzata i Władca Pierścieni. Najsztub jest diablo paradoksalny. Bo przeraża go nieczytający świat, widzi jego miałkość, Księgę umieszcza na piedestale ludzkich wytworów, a sam nie czyta. Przewrotność ukryta polega na prowokacji – nie czytając beletrystyki, nadal pożera słowo, najczęściej w wersji elektronicznej i spoza literackich rankingów. Dlaczegóż więc literatura piękna utraciła czytelnika? 

„Uznałem, że mam tak mało energii, życia w sobie, że nie mogę go zużywać na przeżywanie losów bohaterów książek, bo nie starczyłoby go już dla mnie. Poza tym, jako dziecko czytałem ucieczkowo, żeby przenieść się w inny świat. I to mi zostało, a nie chciałem już uciekać. Chciałem żyć swoim własnym życiem. Dlatego przestałem czytać”.

Teza, którą stawia Najsztub, wyrasta z przekonania, że zmienił się inteligencki paradygmat. Kiedyś, by przynależeć do tej grupy, trzeba było czytać książki, a one były takie same w centrum i na prowincji. Istniał w miarę jasno określony kanon, inteligencki sznyt. Tego już nie ma. Zgadzam się, coś tu się rozwaliło i to na dobre. Ale co w zamian? Jeśli można być inteligentem, nie czytając książek, to w jaki sposób można tę przynależność uzyskać, potwierdzić? Oglądając filmy? Bywając w modnych kulturowych przestrzeniach (festiwal)? Jeśli nie książka, to co? Muzyka jest od czegoś innego, nie stymuluje dyskursu, lecz emocje. Dziś najsilniej kształtują media i (w tym) społecznościowe portale, ale to nie jest żadną miarą kuźnia inteligencji. Więc?

Raz: czytanie nie ma mocy kryterium. Dwa: czytanie zostało zastąpione przez pisanie. Nie pierwszy raz to słyszę, więc nie eureka, ale zacytuję kilka pobudzających wyobraźnię komentarzy. Druga teza jest dla Najsztuba bolesna i zapowiada degrengoladę. Zgadzam się, tym samym unikając jednoznacznego zajęcia stanowiska „za” lub „przeciw” Najsztubowym przemyśleniom. Bo jestem trochę na tak, a trochę na nie i może na tym polega siła przewrotności Najsztuba. Wkurza, podważa wartości, bez namaszczenia rozbija piedestały, ale potem się smuci, więc jest po stronie tego, co obalił.

„O dziwo, czytanie książek zostało zastąpione przez ich pisanie! Teraz wszyscy piszą. Biorąc pod uwagę standardy poważnej i dobrej literatury, to mamy setki tysięcy grafomanów. (…) Jeszcze w latach 70. i 80. musiało być w człowieku coś zwariowanego i kardynalnego, żeby odważył się tworzyć. Dziś to jak gotowanie makaronu. W młodych ludziach nie ma przekonania, że tworząc, czyli na przykład pisząc, przekraczają jakiś Rubikon. Nie, oni to robią, ponieważ wszyscy tak robią – uważają, że albo wyjdzie, albo nie. Nie ma tego, co w moim pokoleniu, że tworzenie to pewien rodzaj nabożeństwa człowieczeństwa”. 

„Zanosi się na to, że już niedługo będziemy żyli w społeczeństwie, w którym są sami pisarze, dziennikarze, poeci, blogerzy, z których coraz mniej będzie wcześniej czytało prawdziwą literaturę. Więc nie będą wiedzieli, że są grafomanami”. 

Ja sobie przypisuję tę właściwość, że zdążyłam trochę przeczytać przed założeniem bloga. A nawet nadal poczytuję.
Nie do wszystkich zaskoczeń z „Papermintu” czuję miętę, bo jednak warto byłoby się zdecydować i jednakowo pisać nazwisko Bułhakowa, najlepiej przez „samo ha”. Chyba że… doszło tu do interwencji diabelskiej szajki, która namieszała w ortografii. [nr 3]

Reklamy

16 thoughts on “wywiady, różne kwiaty i kwiatki

  1. ZygmuntMolikEWA

    tamaryszku, zamieściłam właśnie link powyższego wpisu – na blogu ‚Notatki Coolturalne’.
    Strasznie się tam wielki tłum czytających naradza i boksuje z rozpaczą, nad upadkiem czytelnictwa w kraju. Co ja się tam czy tu będę wymądrzać kiedy zgadzam się i z obydwu Panami i z Tobą :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Dlaczego z Panami? Tam głosów krocie. Dyskusja nad poprawą Rzeczypospolitej Czytającej rozgorzała i chyba trochę pierwotna gorycz zyskała pokrzepienie. Jeszcze ze spokojem poczytam, a tutaj link zamieszczę, bo może ktoś ciekaw: blog Kasi Eire. Moje szkolne obserwacje nie są katastroficzne, czasami budujące, czasami nie – na pewno tak zwany „współczesny świat” nie działa stymulująco. Czytają ci, którzy chcą czegoś więcej albo ci, których tak wychowano.

      Mnie inne obserwacje poniosły. Całkiem serio zadaję pytanie o nieczytanie inteligencji. To znaczy: nieczytanie beletrystyki, bo przecież literaturę fachową czytać trzeba. Ten konserwatyzm Grabowskiego mnie zastanawia (nie oceniam, choć odrobinę byłam uszczypliwa). Czy życie w kręgu znanej klasyki i obojętność na nowe (u A.G. przełamana, dla ścisłości) to jest ok czy nie? Albo ten pęd do pisania – może dobry, może zgubny? Ja sama przyłapuję się na tym, że kiedyś myślałam, czytając. A teraz ostrogą jest pisanie, wtedy dopiero wszystko wskakuje mi na swoje miejsce. Ale nigdy, przenigdy nie miałam tej nonszalanckiej pewności siebie, że można tak po prostu napisać książkę. Tylko dlatego, że istnieje możliwość pisania.
      W wywiadzie z Grabowskim jest taki incydent. aktor mówi, że w młodości spotykał na ulicy Kantora, że był na spotkaniu z Kosińskim (chyba poza salą, bo był tłok), że pił wódkę z Wojaczkiem. A dziennikarz podsuwa mu myśl, by o tym książkę napisał. No idiotyczne!

  2. kornwalia

    Dziwi mnie to wrzucanie blogerów do jednego w wora z „piszącymi”. Bo przecież ja u siebie jakieś idiotyzmy bez znaczenia piszę, ale ja nie „piszę” .Jest pisanie i „pisanie”, i to drugie jest właśnie dla mnie „rodzajem nabożeństwa człowieczeństwa”. Do licha, nie jesteśmy pisarzami, nie jesteśmy nawet dziennikarzami, żadnej większej wartości swojej pisaninie nie przypisuję i wcale nie uważam, że każdy może „pisać”.
    A jeśli chodzi o przewrotność Najsztuba, to wiesz, nie zrobiło to na mnie dobrego wrażenia. Jeśli dla niego beletrystyka jest ucieczką od własnego życia, to szanuję jego spojrzenie, ale jest jeszcze cały wachlarz literatury non-fiction i ona też poszerza nasze horyzonty, ciągnie za uszy gdzieś wyżej. To właśnie nią zaczytują się intelektualiści, co zauważyłam czytając wywiady ze znanymi i mądrymi (np. książkę Łopieńskiej). Jak rozumiem ich nie unika, więc skąd ten raban? Dla mnie to nie problem jeśli ktoś już nie sięga po literaturę piękną, choć oczywiście najlepiej, żeby jakiś tam kanon był tej osobie znany już wcześniej.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Kornwalio, podzielam to rozróżnienie, choć nie wiem, czy jesteśmy „typowe statystycznie”. Zjawisko pisania-i-nieczytania nie jest wyssane z palca. I nieświadomość własnej grafomanii jest całkiem realna. Ale czy zła? Tak, jeśli komuś w głowie przewraca. Nie, jeśli pisanie ma funkcję terapeutyczną. A bardzo często ma. I wielu osobom mogłabym taką terapię rekomendować. Byle nie zacierać różnic.
      Najsztub ma swoje strategie. Mogę podważać ich słuszność, ale błyskotliwość doceniam. I zdecydowanie obstawiam diagnozę, że ich siłą jest wewnętrzna sprzeczność, która pozwala kontestować i dostrzegać głupotę tych, którzy kontestują podstawowe wartości. Ten wywiad jest symptomatyczny. Najsztub to wentyl polskiego myślenia. Ale żaden drogowskaz.

      Bingo. Dla mnie czytanie ucieczkowe to nieporozumienie jakieś. Ma swoją nazwę: bovaryzm. Rozczarowanie życiem, szukanie zastępczej narracji etc. Rzadko tak czytam, czasem nawet tęsknię za naiwnym utożsamieniem z bohaterem literackim, ale – jejku! – od czasów Ani z Zielonego Wzgórza zdarza mi się tylko częściowa identyfikacja.;) Zbyt mocno siedzę w roli czytającej, by się zamieniać z bohaterem miejscami.

      Ja jeszcze dodałabym do Twojej uwagi, że warto jednak „wcześniej” poznać kanon, pytanie – co z niego zostaje po latach niezaglądania? Wczoraj z Czarą wymieniałyśmy uwagi, że niewiele się pamięta z klasyki czytanej przedwcześnie lub po prostu po kilku latach od przeczytania. Może taka jest uroda Najsztuba, że przeczytał wszystko do 25 roku życia i teraz stać go na labę?
      Co do reportażu to nie mam rozeznania. Myślę, że czyta. W ogóle: podejrzewam, że więcej tu deklaracji nieczytania niż rzeczywistej kontestacji. Choć jeśli mieszka w domu bez książek, to moja wyobraźnia stawia opór. ;)

    2. ZygmuntMolikEWA

      Panowie z tej strony, a nie ze strony Kasi Eire:
      – P.N. – „uznałem, że mam tak mało energii, życia w sobie…” u siebie diagnozuję jakieś podobne jak w całym akapicie, stany.
      – A.G. – też mnie ‚ciekawi’ co jest w książkach, których nie przeczytałam lub nie jestem w stanie czytać – choć brzmi to prześmiewczo.
      – „t” – „zdążyłam trochę przeczytać przed założeniem bloga, a nawet dalej poczytuję”. I jeszcze; mnie też lepiej ‚wskakuje’ gdy piszę, choć… efekty mojej pisaniny prawdopodobnie na to nie wskazują.
      No i czytam Ciebie „t”, czy to mało?

    3. tamaryszek Autor wpisu

      :) Otóż, otóż… Panowie trochę bulwersują, a trochę trafiają w sedno. Kluczową sprawą jest nadmiar możliwości. Nie chodzi nawet o konkurencyjne dla czytania czynności, ale o nieogarnialną wręcz ofertę lekturową. Kiedyś polowało się na książki warte czytania, dziś one są na wyciągnięcie ręki. Tyle cudnych rekomendacji na blogach, że po prostu trzeba sobie uświadomić swoje ograniczenia. I tak więcej trzeba odrzucić niż wchłonąć. Myślę, że to wzmacnia argumentację tych, którzy wiedzą, że nie nadążą nigdy, zawsze będą na tyłach, z zaległościami. To demotywuje. Ale tylko tych, którzy kierują się potrzebą bycia up to date. Kto dla przyjemności czyta, robi to niewzruszenie i niezmiennie.

      Moje czytanie nie jest szczególnie zachłanne, nigdy nie było. Czytam zawsze, ale nie tyle, ile potrafią przeczytać książkowe blogerki. Liczba stu książek rocznie (co jest chyba normą dla czytelniczych blogów, że nie wspomnę o nierzadkim zjawisku czytania po dwakroć, trzykroć więcej) jest dla mnie nieosiągalna.
      Chyba że uwzględnić lekturowe przekartkowania rzeczy znanych (na których pracuję) i literaturę fachową, po którą sięgam często, lecz w rozdziałowych porcjach, i gdyby wliczyć czytanie blogów (będących jednak czasem kawałkami niezłej prozy non fiction)… w tej opcji czytam dużo. A Najsztub zapewne jeszcze więcej.;)

      Ja się ogromnie cieszę, że mnie czytasz. :))) Odkąd zrozumiałam, że tamaryszek nie może być przewodnikiem po książkowych nowościach, ani regularnym i metodycznym przewodnikiem po klasyce, to dziwię się, że istnieją motywacje, by tu regularnie zaglądać. Od biedy o filmach piszę dość aktualnie. Ale też nie przyklejam ocen ni gwiazdek. Wielka Kultura obsadzona w roli pretekstu.
      Ale to wcale nie jest mało. Ech, nieskromnie powiem: kto czyta tamaryszka, to już coś czyta. ;)
      Kto czyta Blog o Zygmuncie Moliku, ten czasu nie traci, wręcz: czas odzyskuje. Kto czyta Twoje komentarze, uczy się zwiewnej, nie do przecenienia sztuki lekkości słowa i wdzięku.
      Więc każdy, kto czyta, zyskuje.

  3. czara

    Wiesz Tamaryszku, a ja mam wrażenie, że ten paradoks Najsztuba nie jest jego własny, to jest paradoks naszych czasów. To bardzo modne, po pierwsze, biadolić, że czytelnictwo upada, a z drugiej strony obserwuję nasilający się trend CHWALENIA SIĘ, że nie czytuje się fikcji. Zwłaszcza wśród mężczyzn, zwłaszcza wśród mężczyzn żyjących z pisania! Jako pierwszy zaskoczył mnie kilka lat temu Hanif Kureishi, który chełpił się, że czyta tylko non-fiction. I dodał jeszcze, że fikcję czytują już TYLKO kobiety. Czyli takie fuj, zniewieściałe zajęcie… Mam znajomego dramatopisarza, który również nie czytuje, bo lubi tylko fikcję „w trzech wymiarach”, na scenie lub ekranie…
    Cóż, trendy trendami, a ja wracam do przerwanej lektury powieści (a fe!), a potem pewnie popełnię jakiś grafomański wpis na blogu. A gdyby to było przez przypadek o Bułhakowie, to obiecuję, że nawet Behemot napiszę przez samo h ;-)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :)) Ja pamiętam taką definicję grafomana, w której tym, co ma wartość przesądzającą jest radość pisania, taka jakaś potrzeba niedająca się kontrolować i poskromić. Kto to ma, ten grafoman. Prawdziwy twórca cierpi, męczy się, właściwie nie chce pisać, ale albo musi, bo już mu wydawnictwo dało zaliczkę, albo został namaszczony, by być akuszerem rodzącej się w nim idei. Nie mam wątpliwości, w której grupie samą siebie odnajdę. Oczywiście, piszę, bo lubię, za friko (=grafoman upadły). Tyle że nie teksty, lecz preteksty.

      A propos Twoich uwag o trendzie na non fiction, na łączenie beletrystyki z babskim czytaniem… no tak właśnie jest. Choć wygłaszanie tego rodzaju opinii jest strasznie infantylne.
      Źródłem nieporozumień jest (m.in.) uznanie, że fikcja to ucieczka od rzeczywistości. Może wśród czytających ta kategoria jest szersza niż mnie się zdaje? Niech sobie będzie. Czyta się z różnych powodów, jeśli komuś służy ucieczka, niech sobie odetchnie w innym świecie.

      Jeśli ktoś mądrze opowiada, to opowieść jest jak lustro. I nic jej nie zastąpi. Zresztą szukamy opowieści jak opętani, jedni bardziej w książkach, drudzy (albo ci sami) w filmach, jeszcze inni w serialach, magazynach kolorowych, w ploteczkach u sąsiadki. No potrzeba ludzka taka jest i to jest pierwotne i nieśmiertelne zarazem. Klucz w tym, co i jak się czyta, słucha, ogląda.
      Proza non fiction też się na narracji opiera. Cenię ją bardzo. I znów naiwne jest przeciwstawianie jej fikcji. Ale to, że ktoś ma takie czy inne czytelnicze preferencje – to rozumiem doskonale. Byleby zbyt ciężkiej ideologii do tego nie dorabiał.

      Będę czyhać na Twoją szarżę z „h” i „ch”. A Ktoś mówi, że na przykład herbatę z cukrem należy pisać przez „ce-ha”, dla odróżnienia od gorzkiej. ;)

  4. kornwalia

    Wiesz, jak się czyta wielkie Dzieła w wieku kilkunastu lat, to w faktycznie jest to jeszcze trochę po omacku, czasem można jeszcze poczuć jakieś specyficzne wrażenie, choć na pewno nie jesteśmy w stanie przyswoić sobie wszystkiego, wiem to po sobie. Jednak te książki czytane później – zostają w nas, te które nas zachwyciły i szczęściem należą do kanonu. Bo bez nich na serio trudno obracać się w kulturze, póki co w każdym razie. Wiesz, rozumiem, że nie wszystko musi nas powalać na kolana (bo i ja ledwo posmakowałam niektórych autorów), tylko dlatego, że zostało uznane x lat wcześniej za diament, ale nie znać/nie kojarzyć ich chociaż i być upartym w swej ignorancji (nie będę znać, bo szkoda czasu), to już insza inszość. Sam ma w tym temacie sporo własnych wątpliwości, ale ostatnio w Trójce usłyszałam brytyjską nastolatkę, która na dźwięki 1 hitu The Beatles stwierdziła, że nie wie kto to śpiewa, że nie da rady tego wysłuchać nawet do końca, że nudne to jakieś… [sama ich nie słucham, no ale kurczę, że by ich nie znać?!] I stąd kolejny wniosek – kanon będzie nam chyba potrzebny do momentu, gdy jej pokolenie będzie staruszkami i oni nie będą się już odwoływali do jakichś kulturalnych guru, bo ich sami za bardzo znać nie będą. Może być więc tak, że 100 lat nikomu już nic nie powie rzucone w rozmowie imię Fausta czy w artykule wzmianka o walce z wiatrakami. Ale jego tego nie dożyję :) Może też nie będzie tak źle, może się wszystko obroni jednak? (wybacz, bo zboczyłam z tematu!] Więc jeszcze dodam, lepiej, żeby chociaż kanon poznać za młodu, mieć śladowe po nim wspomnienia, a potem szpanować – nie czytam już beletrystyki, niż w ogóle go nie znać i nie umieć rozkodowywać otaczającej nas kultury.

    Odpowiedz
    1. czara

      Tak się z Tobą zgadzam, że aż bez sensu odpowiadać ;-) Ale skuszę się. Też wczoraj uderzyło mnie to co Najsztub opowiada o eskapistycznej roli literatury pięknej. To może być jedna z jej funkcji, ale myślę, że z tego się wyrasta. Bo rzeczywiście, jeśli szukamy ucieczki to chyba często lepiej spełni się film, angażuje więcej zmysłów i zwłaszcza w kinie po prostu się narzuca, nie zostawiając miejsca na inne bodźce.
      Zgadzam się też co do funkcji „lustra” ale jest też coś, co dla mnie jest bardzo ważne. To piękno słowa. I tutaj też się zgadzam – występuje zarówno w literaturze non- i fiction i też ten podział uważam za sztuczny. Ale jednak literatura piękna, jak sama jej nazwa wskazuje, stawia tu większe wymagania…
      Podsumowując, jeśli dla Najsztubowi lektura jego (ulubionej!) Mistrza i Małgorzaty przyniosła jedynie dreszczyk emocji przy „przeżywaniu losów” diabelskiej ekipy, to chyba… powinien do niej koniecznie wrócić, teraz, kiedy czasy studenckie ma za sobą. A potem nie oddawać dalej, tylko postawić na półce i wrócić po raz kolejny i kolejny.
      Jeśli akurat znajdzie na to czas, między kolejnym „tok szołem”. Bo ewidentnie tok szoły wysysają z niego życie, skoro „ma go tak mało w sobie”…

    2. tamaryszek Autor wpisu

      :))) Czaro, ja też myślę, że bez sensu odpowiadać, bo mądrze mówisz i co tu dodać? Ale dla przyjemności konwersacji – odpowiem.;)
      Jasne! Gdzie się tyle dzieje w języku co w literaturze pięknej?! Bo przecież piękno słowa, o którym piszesz, to również jego zawadiackość, wyczucie czasu, wygibańce usiłujące nadążyć za tym, czego gramatycznie poprawny język nie uchwyci, no i oczywiście to jest ta piękna prostota, której potrzeba, by się obmyć z nowomowy wszelakiej.
      Aż nabrałam ochoty, by czym prędzej przejść od publicystyki po jakąś sążnistą powieść!

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Kornwalio, ja tu tak sobie kiwam głową potakująco. Więc tylko w kilku kwestiach dopowiem.
      Nigdy nie myślę „niemożliwe!”, gdy olśniewa mnie czyjaś ignorancja. Bo jeśli stoi przede mną istota, której coś (dla mnie) oczywistego z niczym się nie kojarzy, to widocznie jest to możliwe. Żywy dwunożny dowód, że można nie wiedzieć. Jeśli młody, to może kiedyś się dowie, a może nie, bo się nie zanosi. Sądzę, że nie trzeba czekać aż jakieś pokolenie zniknie za horyzontem. Wszystko dzieje się na naszych oczach. Totalne przewartościowanie kanonu i kodu kulturowego. Ratunek w tym, że można o tym nie rozmyślać co dzień. I zaufać, że nowa jakość może mieć jakieś mocne strony. Choć się nie zanosi. ;)

      Tak, parafrazując filmowy tytuł (a propos czytania kanonu w dzieciństwie): Lepiej dawno niż dawniej albo wcale.;)

  5. janek

    Ależ typki czytelnicze wzięłaś pod lupę! Z dwojga złego wybieram Najsztuba. Bo jednak coś czyta i sporo już na pewno przeczytał. Ta poza na nie czytanie literatury jest u niego zamierzona ; jest to jakaś idea. Grabowski zaś to przecież człowiek kultury! Trochę niskiej, trochę wysokiej, ale jednak. I nie czyta! Oj, Andrzeju, kiepsko! :)
    Czy można sobie wyobrazić Holoubka, Zapasiewicza, Łomnickiego, Komorowską, Polony mających alergię na czytanie?? Pazurę mogę sobie wyobrazić :).
    Jak zaufać takiemu aktorowi? Nie czytającemu nic poza własnymi kwestiami aktorskimi?

    Ciekawie zawiązały się problemy: grafomanii, „pisać każdy może”, ucieczki w fiction … ale sobie odpuszczam ;).
    Natomiast postuluję, by czytanie dobrych blogów kulturalnych, literackich wliczono do badań nad czytelnictwem. To nie żart. Na ten przykład: „ kto czyta tamaryszka, to już coś czyta”! – pełna zgoda.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      „Oj, Andrzeju, kiepsko!” – ;) Chyba się dobrałam do skóry panu A.G., i to bezprawnie. Sprostuję, żeby nie krzywdzić. Najpierw Grabowski czytał jak najęty, noce zarywał, bladym świtem wstawał, by dokończyć na czas… Bo rzeczywiście był „najęty” do prowadzenia programu o czytaniu. I to go tak straszliwie zmęczyło, że musiał (albo wciąż jeszcze musi…?) odreagować. Ale czyta chyba coś ciągle. W ogóle: oba wywiady są utrzymane w tonacji pochwalnej wobec książki. W ogólnym zarysie nie gorszą.

      A natknęłam się jeszcze (w numerze 6. „Papermintu”) na wywiad z szefem Biblioteki Narodowej, panem Tomaszem Makowskim. I kilka kwiatków stąd do mego wianka dorzucam. Np. to, że na mocy zobowiązania do przekazania 2 egzemplarzy każdej książki/czasopisma do zasobów BN, w zbiorach tych są niesamowite różności, z którymi nie bardzo wiadomo, co robić. Choćby zabawki dodawane jako gadżety do prasy albo dzieła pornograficzne albo (i to mój ulubiony biblioteczny rekwizyt!) pępowina pewnego XIX-wiecznego publicysty! Żal coś takiego wyrzucić, więc jest. A ja jednak myślę, że bibliotekarze mają naturę Ryjka z Krainy Muminków, który zbierał i gromadził wszystkie bezcenne (w sensie dosłownym czasem) przedmioty. Ja mogłabym robić za wiosenną miotłę. Bez ceregieli przewietrzyłabym te zbiory. A co Ty na to? :))

  6. janek

    Hola! Dobrze, ze do wiosny jeszcze trochę czasu, zanim przybędziesz z miotłą, lub na miotle ;). Nie mów, że znowu tak bez skrupułów przewietrzasz. Nie znam polonisty (a znam ich sporo), który nie byłby zasypany książkami i innymi bibelotami o strukturze papieru!
    Zaś jak chodzi o księgozbiory biblioteczne to wielu przydałoby się wietrzenie – tu jestem za ustawiczną selekcją! :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Cóż, mam pod ręką zadrukowany papier, to prawda. I nie wyobrażam sobie, żeby nie. Ale na urodziny, co to już za miesiąc, kupuję sobie Kindle.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s