Archiwum dnia: 11 Paźdź 2012

terapeuta doradzi

Dwoje do poprawki (Hope Springs), reż. David Frankel, USA 2012

meryl & tommy lee

Sometimes to keep the magic, you need to learn a few tricks. 

Taki napis umieszczono na innym plakacie. I o to się wszystko rozbija. I tak, i nie. Konfuzja. Kilka prostych tricków, kilka porad terapeuty, trzy techniczne wskazówki… i najpierw ciało, a tuż za nim duch wskakują na właściwe tory, by na nich docierać się i modelować bez końca. Brawo dla reżysera, że nie uprościł bardziej, że to wskakiwanie jest bolesne, realne, … dobrze zagrane. 

Nie jest aż tak popkulturowo jak w typowej komedii romantycznej. Ale amerykański duch wieje z lewa na prawo i z powrotem. Małżeństwo z 30-letnim stażem. Dobre, ale wypalone. Ona by chciała coś zmienić, on jak beton. Ona zbyt nieśmiało  i niewyraźnie komunikuje, o co jej chodzi. On się niczego nie umie domyśleć, nie chce mu się o nic walczyć, pakuje się w kokon i w tej „cichej rozpaczy” zamierza chyba czekać na grób. A Meryl (czyli Kay) chce się czuć atrakcyjna, potrzebna, przytulona etc. Wiadomo, że ma rację, choć nie jest już tak młoda, jak kiedyś… Chciałaby, by on zauważył nie tylko jajka na boczku, ale i jej uśmiech, jej sukienkę. By coś zobaczył spoza tej cholernej gazety o golfie. By pogadał, zagadał, by był! No i koniecznie by ją dotknął, pocałował…i wszystko. Maksymalistka.

A Tommy Lee (czyli Arnold) przypomina mi taką scenę z Wesela Wyspiańskiego. Radczyni (pani z Krakowa) rozmawia z Panną Młodą, nie mogąc się na dziwić, o czymże to młodzi będą z sobą rozmawiać, gdy zmierzch nadejdzie, mówić się nie chce, „on wykształcony, ty bez szkół”. Riposta Młodej jest jak ping pong: „Po cóz by, prose pani, godoł, / jakby mi nie mioł nic powiedzieć, / po cóz by sobie gębę psuł?” Tommy Lee (czyli Arnold) gęby sobie nie psuje.

Oglądałam z pewną irytacją – wkurzał mnie przede wszystkim Tommy Lee Jones. Ściślej: bohater, którego gra, a że gra bezbłędnie, to i wkurzał mnie mocniej niż trzeba. To taki zabawny, stary i samonapędzający się koncept: mężczyzna i kobieta niczym dwie planety. Dwie galaktyki! Trochę nie dowierzam, że może być aż tak. Jeśli to jest realne, to kosmos! 

Meryl & Tommy Lee. Wybrałam ten film dla aktorów i o rozczarowaniu mowy nie ma. Meryl jest bardzo kobieca, nosi ładne bluzeczki, powiewne sukienki, dużo świetnej biżuterii. Na ten temat mogę oddzielny post stworzyć. Może nie wszystko bym podkradała, gdybym miała dostęp do jej szkatułki z kolczykami. Ale te fikuśne motylki z granatowym kamieniem są bardzo eleganckie i wiosenne. Super okulary, oprawki w niebieskiej tonacji. No i właśnie w tym problem, że to jest film, w którym Meryl miała do zagrania kobiecość. To niemało, ale ja jednak wolę, gdy chodzi o coś jeszcze. Nie mogę udawać, że Meryl wydaje mi się wciąż młoda. A ileż można sekundować, by światło dobrze padało, włos się twarzowo rozwiewał, a zmarszczki były tylko zmarszczkami śmiechu. 

Powie ktoś (trafnie!), że nie trzeba sekundować, bo siła w tym, że Meryl gra kobiecość niepewną siebie, świadomą swych ograniczeń. Wzrusza. A mimo to: niechby Meryl grała już coś innego. Tęsknię za taką na przykład siostrą Aloysius z Wątpliwości, gdzie bez makijażu i w habicie walczyła z przewrotnym Philipem Seymour Hoffmanem w sutannie. 

Tommy Lee jako Arnold jest pierwszorzędny. W tym samym stopniu irytuje swym zachowaniem wobec Kay, co budzi sympatię w scenach z psychoterapeutą. Jest jeżem, mopsem, wilkiem o zdziwionych oczach, łapą niedźwiedzia, która świerzbi. Jeśli w zasadniczych kwestiach łatwiej mi zrozumieć Kay, to jej pomysł, by ratować małżeństwo na turnusie u zagranicznego terapeuty (terapia to oś fabularna filmu) jest tyleż naiwny, co udręczający. W niechęci do tego konceptu zamieniam się w bratnią duszę Arnolda (czyli Tommy`ego Lee).

terapeuta, czyli seks po pierwsze, drugie, trzecie

Waham się, czy uznać koncept filmu za punkt najsłabszy, czy jednak mocny… Bo z dwóch stron można na to spojrzeć.

Strona pierwsza: to jest fatalny pomysł, idiotyczny u zarania. Kto wierzy w poradniki o uzdrawianiu małżeństw? Kto jest gotów płacić grubą kasę za możliwość wygadania się na tematy, o których jednak nie rozmawia się z obcymi? Zwłaszcza, jeśli ten trzeci zabiera się za reperowanie łajby metodą przyklejania klepek. Nie ma pożycia, trzeba to naprawić. Kilka prostych tricków, by uratować magię. Horrendum! Tych dwoje utraciło łączność. Nie potrafią rozmawiać, żartować, wygłupiać się razem. Nie kłócą się nawet, nie patrzą na siebie, nie dotykają się. A tu cała para idzie w gwizdek, w mechaniczne dążenie do stosunku. Nie pojmuję.

Strona druga: nie jest aż tak bezmyślnie, jak się mogło zdawać. Może tych kilka prostych tricków potrafi przywołać magię? Nie rozmowy, do których nie mogą się przemóc i które są dialogiem na Wieży Babel, ale właśnie skoncentrowanie się na fizycznym przełamaniu barier. Na odnowieniu ciepła dotyku, które później rozprowadzane jest w rejony ducha? Najpierw ciało, a dusza podąża za nim niczym sierotka za gąskami, krok w krok? Nie pojmuję, ale niewykluczone.

Nie jest to film stulecia. Sala kinowa świeciła pustką. Ale jeśli dorzucę bonus rozmowy prowadzonej przed seansem i po nim, to bilans wypada korzystnie.