terapeuta doradzi

Dwoje do poprawki (Hope Springs), reż. David Frankel, USA 2012

meryl & tommy lee

Sometimes to keep the magic, you need to learn a few tricks. 

Taki napis umieszczono na innym plakacie. I o to się wszystko rozbija. I tak, i nie. Konfuzja. Kilka prostych tricków, kilka porad terapeuty, trzy techniczne wskazówki… i najpierw ciało, a tuż za nim duch wskakują na właściwe tory, by na nich docierać się i modelować bez końca. Brawo dla reżysera, że nie uprościł bardziej, że to wskakiwanie jest bolesne, realne, … dobrze zagrane. 

Nie jest aż tak popkulturowo jak w typowej komedii romantycznej. Ale amerykański duch wieje z lewa na prawo i z powrotem. Małżeństwo z 30-letnim stażem. Dobre, ale wypalone. Ona by chciała coś zmienić, on jak beton. Ona zbyt nieśmiało  i niewyraźnie komunikuje, o co jej chodzi. On się niczego nie umie domyśleć, nie chce mu się o nic walczyć, pakuje się w kokon i w tej „cichej rozpaczy” zamierza chyba czekać na grób. A Meryl (czyli Kay) chce się czuć atrakcyjna, potrzebna, przytulona etc. Wiadomo, że ma rację, choć nie jest już tak młoda, jak kiedyś… Chciałaby, by on zauważył nie tylko jajka na boczku, ale i jej uśmiech, jej sukienkę. By coś zobaczył spoza tej cholernej gazety o golfie. By pogadał, zagadał, by był! No i koniecznie by ją dotknął, pocałował…i wszystko. Maksymalistka.

A Tommy Lee (czyli Arnold) przypomina mi taką scenę z Wesela Wyspiańskiego. Radczyni (pani z Krakowa) rozmawia z Panną Młodą, nie mogąc się na dziwić, o czymże to młodzi będą z sobą rozmawiać, gdy zmierzch nadejdzie, mówić się nie chce, „on wykształcony, ty bez szkół”. Riposta Młodej jest jak ping pong: „Po cóz by, prose pani, godoł, / jakby mi nie mioł nic powiedzieć, / po cóz by sobie gębę psuł?” Tommy Lee (czyli Arnold) gęby sobie nie psuje.

Oglądałam z pewną irytacją – wkurzał mnie przede wszystkim Tommy Lee Jones. Ściślej: bohater, którego gra, a że gra bezbłędnie, to i wkurzał mnie mocniej niż trzeba. To taki zabawny, stary i samonapędzający się koncept: mężczyzna i kobieta niczym dwie planety. Dwie galaktyki! Trochę nie dowierzam, że może być aż tak. Jeśli to jest realne, to kosmos! 

Meryl & Tommy Lee. Wybrałam ten film dla aktorów i o rozczarowaniu mowy nie ma. Meryl jest bardzo kobieca, nosi ładne bluzeczki, powiewne sukienki, dużo świetnej biżuterii. Na ten temat mogę oddzielny post stworzyć. Może nie wszystko bym podkradała, gdybym miała dostęp do jej szkatułki z kolczykami. Ale te fikuśne motylki z granatowym kamieniem są bardzo eleganckie i wiosenne. Super okulary, oprawki w niebieskiej tonacji. No i właśnie w tym problem, że to jest film, w którym Meryl miała do zagrania kobiecość. To niemało, ale ja jednak wolę, gdy chodzi o coś jeszcze. Nie mogę udawać, że Meryl wydaje mi się wciąż młoda. A ileż można sekundować, by światło dobrze padało, włos się twarzowo rozwiewał, a zmarszczki były tylko zmarszczkami śmiechu. 

Powie ktoś (trafnie!), że nie trzeba sekundować, bo siła w tym, że Meryl gra kobiecość niepewną siebie, świadomą swych ograniczeń. Wzrusza. A mimo to: niechby Meryl grała już coś innego. Tęsknię za taką na przykład siostrą Aloysius z Wątpliwości, gdzie bez makijażu i w habicie walczyła z przewrotnym Philipem Seymour Hoffmanem w sutannie. 

Tommy Lee jako Arnold jest pierwszorzędny. W tym samym stopniu irytuje swym zachowaniem wobec Kay, co budzi sympatię w scenach z psychoterapeutą. Jest jeżem, mopsem, wilkiem o zdziwionych oczach, łapą niedźwiedzia, która świerzbi. Jeśli w zasadniczych kwestiach łatwiej mi zrozumieć Kay, to jej pomysł, by ratować małżeństwo na turnusie u zagranicznego terapeuty (terapia to oś fabularna filmu) jest tyleż naiwny, co udręczający. W niechęci do tego konceptu zamieniam się w bratnią duszę Arnolda (czyli Tommy`ego Lee).

terapeuta, czyli seks po pierwsze, drugie, trzecie

Waham się, czy uznać koncept filmu za punkt najsłabszy, czy jednak mocny… Bo z dwóch stron można na to spojrzeć.

Strona pierwsza: to jest fatalny pomysł, idiotyczny u zarania. Kto wierzy w poradniki o uzdrawianiu małżeństw? Kto jest gotów płacić grubą kasę za możliwość wygadania się na tematy, o których jednak nie rozmawia się z obcymi? Zwłaszcza, jeśli ten trzeci zabiera się za reperowanie łajby metodą przyklejania klepek. Nie ma pożycia, trzeba to naprawić. Kilka prostych tricków, by uratować magię. Horrendum! Tych dwoje utraciło łączność. Nie potrafią rozmawiać, żartować, wygłupiać się razem. Nie kłócą się nawet, nie patrzą na siebie, nie dotykają się. A tu cała para idzie w gwizdek, w mechaniczne dążenie do stosunku. Nie pojmuję.

Strona druga: nie jest aż tak bezmyślnie, jak się mogło zdawać. Może tych kilka prostych tricków potrafi przywołać magię? Nie rozmowy, do których nie mogą się przemóc i które są dialogiem na Wieży Babel, ale właśnie skoncentrowanie się na fizycznym przełamaniu barier. Na odnowieniu ciepła dotyku, które później rozprowadzane jest w rejony ducha? Najpierw ciało, a dusza podąża za nim niczym sierotka za gąskami, krok w krok? Nie pojmuję, ale niewykluczone.

Nie jest to film stulecia. Sala kinowa świeciła pustką. Ale jeśli dorzucę bonus rozmowy prowadzonej przed seansem i po nim, to bilans wypada korzystnie.

Reklamy

30 thoughts on “terapeuta doradzi

  1. ZygmuntMolikEWA

    Widzę żeś już zdrowa ze wszystkim, tamaryszku.
    Kto wierzy w poradniki o uzdrawianiu małżeństw? Tabuny, z grubą kasą.
    Seks dobry na wszystko? pewnie dlatego, że reżyser ma na imię David…
    A że ciało pierwsze rusza to prawda, najpierw trzeba rozruszać ciało. Tak twierdził Z.M.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Zastanawiam się pół dnia i nie mogę rozszyfrować aluzji z Davidem. Pierwszy nasunął mi się ten biblijny (była przecież sprawa jego zaślepienia Betszabe), ale dokąd by to prowadziło? Poddaję się.
      Ta wyrywność ciała, a raczej jego pierwszeństwo w przełamywaniu barier, to rzeczywiście ciekawe. Mniejsza o film. Coś jest na rzeczy. Ja mam skłonność do racjonalnego podchodzenia do problemów (obojętnie: zagadnień czy kłopotów). Może tak na 2/3 racjonalnie, 1/3 intuicyjnie. Z dystansem obserwuję parateatralne formy terapii czy choćby dramę jako formę uaktywniania przeżyć, wyzwalania jakichś sił. Myślę sobie: dobrze, dobrze, ale strata czasu. Krótko, zwięźle mi powiedzieć, ja przemyślę i wszystko pojmę. Tymczasem reakcje ciała uruchomić mogą jakiś dodatkowy kanał treści. Jakąś informację nieuchwytną w racjonalnej analizie. Poza tym chyba tak jest (a skoro Z.M. twierdził, że tak, to nie ma co dyskutować), że rozruszane ciało jest bardziej pojętne, wyczulone, gotowe na odbiór i komunikat. Taaaak, rozćwiczajmy się. Niekoniecznie metodą proponowaną w filmie.;)

  2. ZygmuntMolikEWA

    Ach tamaryszku, nie chciałam zajmować ci pół dnia. To proste, i gdzież mi tam do skojarzeń biblijnych… David to imię męskie, mężczyźni podobno mają inne priorytety a o seksie myślą co kilka minut.
    Specjalnie dla ciebie ‚t’ zamieszczę niebawem wypowiedź Z. na temat niezbędności rozruszania ciała. Próbowałam nawet dziś, ale coś mnie system ignoruje (czy widzi że’m blondynka?).
    Rozruszania ciała mogłoby ci nawet zmienić proporcje realności do intuicyjności!
    Ostatnio często inspirują mnie wymiany zdań z tobą. Np. ostatni mój post ma na wstępie cytat ‚z ciebie’ :) Bardzo mi on ‚pasuje’. Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ach, czyli David w znaczeniu „Adam”! Psychoterapeuta to trzecia płeć, on nie jest męski, bynajmniej.

      Bardzo mi przyjemnie wystąpić w roli motta. Czekam, co tam mi poradzisz w sprawie „rozruchu”. Może zdołam się przemóc i zastosuję.
      Podejrzewam, że choć na innych przypadkach tak to nie działa, to jednak Twój blond pukiel wywołuje reakcje obronne komputera. Oczywiście, że rozpoznaje Cię jako blondynkę. Przecież ten komputer ma na Ciebie podgląd. Nie ma żartów!

  3. maria

    To iść , czy nie iść, bo już sama nie wiem:) Może dla Meryl Streep warto, z drugiej strony ile już takich filmów widziałam, chyba wystarczy mi Twoja recenzja .
    Ostatnio oglądałam inny film o podobnej tematyce: ‚Take This Waltz’ z Michelle Williams. Trzydziestolatka z pięcioletnim małżeńskim stażem, trochę znudzona poznaje innego mężczyznę .
    I do tego mąż gotujący kurczaki na wszystkie sposoby ( pisze książkę kulinarną ). Puenta była mniej więcej taka: życie ma w sobie lukę, której nie można zapełnić, jak powiedziała jej bratowa, dla odmiany topiąca smutek w alkoholu…
    A ten film polecam zdecydowanie.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Mario, jestem organicznie niezdolna, by komuś film zdecydowanie odradzać. Bo czy ja wiem, co kogoś olśni? Niemniej jednak Dwoje do poprawki są u mnie na liście MOŻNA SOBIE DAROWAĆ. MOŻNA TEŻ BEZ BÓLU OBEJRZEĆ. Było tak, że na dwoje babka wróżyła. Albo Take This Waltz albo film z Meryl. Mam więc tytuł na oku. Choć pewnie nie w ten weekend, bo w Poznaniu, w najbliższą niedzielę jest maraton! A ja jestem od trzymania kciuków! Pozdrawiam!

  4. janek

    Mój pomysł, by pójść na ten film ongiś spalił nagle na panewce. Może to i dobrze? Miałem i mam obawy, czy by mi się podobał. Pomimo duetu wspaniałych aktorów. Bo kto wierzy w filmy o uzdrawianiu małżeństw? Kto się zaśmiewa z braku pożycia po 30, 20 , czy 10 latach? A może nawet 2 latach? ;) Poza tym i ja bym wolał Streep i TLJ w może trochę innych rolach. Bardziej mi tutaj pasują D. Keaton i J. Nicholson, a tytuł filmu powinien brzmieć: „Lepiej późno, niż za późno” :). Na domiar złego (lub dobrego) natknąłem się dzisiaj na ciekawy artykuł w Newsweek Polska, który wszystkim polecam – bardzo w temacie. M.in. dowiadujemy się ile nam tego seksu trzeba, by zdrowym być (na ciele i na umyśle): http://stylzycia.newsweek.pl/cwiczenia-z-czulosci,96593,1,1.html

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Artykuł przeczytałam, ciekawy (w polskiej prasie jesienią jakaś eksplozja seksualnych tematów!). Więcej, rzutuje na mój odbiór filmu. Jeśli tak wielu utożsamia się z problemem i ogląda impas relacji Kay-Arnold niczym swoją twarz w lustrze – to znaczy, że bardzo potrzebny to film. To jedno. Drugie: użyteczny, instruktażowy, uświadamiający… to nie jest to, czego oczekuję od kina w pierwszej kolejności. Czyli: nie mój ulubiony.
      Mam jakieś swoje „życiowe” obserwacje, ale gdy oglądałam Dwoje do poprawki, rozpoznawałam je raczej w postawie Kay. Dostrzegam jej kobiece racje i potrzeby, ale widzę też błędy. W Arnoldzie rozpoznaję męską introwertyczność, albo brak zapotrzebowania na czułość, albo niezdolność przyznania się do tego braku. Ale najbardziej mnie intryguje – Arnoldowy czy męski – eskapizm. Ucieczkowość. Brak inicjatywy. Coś nie wyszło, przygasło, coś nie idzie jak po maśle: głowa w piasek, jak struś. A cerowaniem (związku) ma się zająć kobieta. I artykuł to potwierdza. Niedobrze :(

      Czyli nie wybierasz się, Janku? Po prawdzie, najlepsze momenty są w trailerze.

  5. Ojtam

    Ewo – skoro mężczyźni myślą o seksie co kilka minut, to nic dziwnego, że wieczorem są tak zmęczeni, że nie mają ochoty już na nic. Wszak od dawna wiadomo, że praca umysłowa potrafi być bardziej męcząca, niż fedrowanie na przodku!
    Z artykułu zapodanego przez janka wynika, że organizowanie weekendowych spotkań ratujących związki może być niezłym biznesem. 1200 par rocznie, to daje 25 par tygodniowo. Mógłbym poprowadzić jakiś ośrodek agroturystyczny, w którym prowadzone byłyby takie zajęcia dla bezseksownych i nieprzytulanych par. 25 x [70zł (nocleg) + 80zł (całodzienne wyżywienie) + ok 30zł (dodatkowe napoje – wino, kawa – kupowane w mojej agroturystycznej kawiarence) ] to jakieś 4,5 tys zł/tydzień. Nawet odejmując koszty (30 – 40%) to zostaje całkiem niezła sumka. Wówczas dopiero można powiedzieć, że seks wcale nie jest przereklamowany, bo można z niego (lub jego braku) całkiem nieźle żyć ;)
    A wracając do filmu, to faktycznie jak pisze t: MOŻNA SOBIE DAROWAĆ. MOŻNA TEŻ BEZ BÓLU OBEJRZEĆ. Z naciskiem na to drugie. A nuż ktoś coś dla siebie w filmie znajdzie i kolejny związek uratowany?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Łebski pomysł, Ojtam! Ty to masz zmysł do interesu. Potrzebujesz barmanki? Mogłabym obserwacje zza lady przeprowadzać. Razem z Ewą (bo czuję, że jest chętna, skoro o kawiarenkę pyta).
      Jak w filmie. Tam też całe miasteczko żyło z kieszeni turystów przyjeżdżających na terapię. Księgarnie, piekarnie, restauracje i pub. Nawet muzeum. ;)

      Moim zdaniem rola jelenia przypada terapeucie. On jeden nie mógłby przełączyć kanału na muzykę rozrywkową. Ale może nie lubi.
      A propos początku komentarza: zawsze sądziłam, że mężczyźni to myśliwi, dużo „rozmyślający”.
      Szykuj biznesplan!
      Co do filmu. Dla mnie newralgicznym momentem jest powrót z terapii do domu. Chyba najtrudniejszy dla obojga. Po kilku dobrze postawionych krokach, nagle zimny prysznic i stare koleiny. Nie mogłam uwierzyć, że próbują zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Ale wrócić odmienionym na tyle, by przemeblowywać według recept, sprawdzanych gdzieś daleko, nie tu na starych śmieciach – to dopiero test na osobowość. :))

  6. PawełW

    Podzielam pogląd Ojtama – „MOŻNA SOBIE DAROWAĆ. MOŻNA TEŻ BEZ BÓLU OBEJRZEĆ. Z naciskiem na to drugie. A nuż ktoś coś dla siebie w filmie znajdzie i kolejny związek uratowany?” ale bez wiary w to ostatnie stwierdzenie. Dla mnie ‚Dwoje..’ to kolejny opis ekshibicjonizmu amerykańskiego, którego sztandarowym przedstawicielem jest ‚American Beauty’. Oni lubią publicznie i w świetle reflektorów zaglądać sobie w dekolt i rozporki. I są z tego dumni. Dlatego nie widziałem w tym filmie żadnej rady dla upadających związków. Co nie oznacza, że bez emocji go obejrzałem. Wręcz przeciwnie. Bardzo lubię i Meryl Streep i Tommie L. Jonesa a kreacje jakie stworzyli przemawiały autentycznością. Ale co z tego? Używając przenośni – nie było to dzieło na miarę Rembranta ale porządnie odmalowane mieszkanie.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Paweł, metafora malarska jest dla filmu druzgocąca. :))
      Chyba mamy dość zgodny odbiór. Jeszcze – po przeczytaniu artykułu – pomyślałam, że może eksperci mają rację, samo się nie naprawi, trzeba szukać pomocy etc. Poza tym: terapeuta ma doświadczenie i dystans, który co nieco ułatwia. Ale niechęć do wybebeszania swych problemów i poddania się trickom (nieco infantylnym) jest silna… to wymaga mocnego wietrzenia umysłu. Amerykanom przychodzi łatwiej, wspierają ich nawyki, rodzaj ekspresji, wiara w to, co umieściłam w motcie. Kilka prostych tricków może odmienić twoje życie. Smile.
      Jeśli podchodzi się do problemu bardziej „neurastenicznie”, to te recepty zadziałać nie mogą.

  7. ZygmuntMolikEWA

    Ojtam, praca umysłowa potrafi być męcząca…zaświadczam bo obserwuję; gdy mi się (czasem) umysł włączy! Pomysł na ten quasi sex-biznes – zachwycający. Gdzie ta kawiarenka?

    Odpowiedz
  8. buksy

    Dla mnie wielki zawód. Nudny film o nudnych ludziach. Jemu zasadniczo się nie chce, zwisa mu i powiewa cały ten związek, ale jak go znajomy w pracy nastraszył, że jak się nie postara to będzie musiał sam sobie rano jajka przysmażać, to się decyduje dogodzić żonie. Wszystko szło dobrze, dopóki nie spojrzał na nią za blisko w pełnym świetle. Jak się pozastanawiał, to poszedł po rozum do głowy i następnym razem działał w ciemnościach ;). To wystarczyło żeby babeczka smażyła dalej ze śpiewem na ustach. 30 lat x360 dni x2 jajka, to daje 21 600 sadzonych do zrobienia przez cały okres trwania małżeństwa. I tak się lekko koleś wykpił ;).
    A tak na poważnie filmu absolutnie nie polecam, dziwiłam się bardzo, że Meryl Streep zdecydowała się na występ w gniocie o marnych dialogach, kiepskich scenach, bohaterach płaskich jak pasek boczku kładzionego na patelnie. Kit i kicz w amerykański papierek z portretem Freuda zawinięty.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :))) Buksy, Twoja krytyka świetnie uzupełnia zasygnalizowane przeze mnie nienasycone potrzeby kinomana. I ma takie stężenie, że ja beztrosko mogę się już nie znęcać. Bo – rzecz jasna – pean bez krytyki byłby tu niemożliwy. Pean w ogóle nie wchodzi w grę. Ale docenić kilka spraw naprawdę można.
      Mam dwa progi, trudne do przeskoczenia, więc je omijam.
      Pierwszy: ja to nie Kay. Ani wiekowo, ani sytuacyjnie, ani -najważniejsze!- charakterologicznie. O ile w ogóle bym smażyła facetowi jajka, to na pewno nie przez tydzień (30 lat!!!) i nie mógłby ich jeść przy gazecie o golfie.;) A serio (bo jednak bohater, z którym się nie utożsamiam lub „nudny” wcale mi nie przeszkadza, lubię „nudne” kino!) – pierwszy próg to izolacja tych dwojga od świata, w którym żyją. Więc zniekształcenia i luki są oczywistością. Drugi próg jest natury artystycznej: to jest kino gatunkowe i kryteria, które są mi najbliższe tutaj nie obowiązują.
      Gdybym sobie wyobraziła podobny temat rozpracowany w filmie „festiwalowym”, to: 1) nie byłoby znanych aktorów, 2) w kąt poszłaby tradycyjna dramaturgia (co to nakazuje, w którym momencie powinien pojawić się zwrot akcji itp), byłoby dużo nicniedziania, niemówienia, epizodów, których rola jest niejasna etc, 3) na pewno nie byłoby finału, ale pod koniec robiłoby się raczej ciężej niż lżej, 4) byłoby coś, czego nie mogę przewidzieć, a co nie pozwalałoby mi później spać.

      A skoro mamy kino gatunków (coś a la komedia romantyczna – ale mocno przełamana!), to doceniam: 1) Meryl i Tommy`ego L., 2) to, że w sumie ten terapeutyczny trick jest trochę obśmiany (psychiatra sztywniak-bohaterowie z niego żartują), 3) kilka scen, kiedy to, że im nie wychodzi nie jest śmieszne, lecz smutne (np. tę scenę, która Ciebie chyba irytuje: gdy Kay tłumaczy sobie impas Arniego tym, że zobaczył jej twarz etc.), 4) jeszcze kilka scen (np. ta w pubie, gdy mieszkańcy miasteczka zapytani, kto nie uprawia seksu, podnoszą jeden po drugim łapkę w górę, tym samym upuszczając powietrza z problemu Kay), 5) pisałam w odp dla Ojtama, że powrót do domu i brak zmian jest dobrze rozegrany.

      Jestem na nie jeśli chodzi o zakończenie. Akceptuję je wyłącznie jako senną wizję, real byłby słodki jak beza (lubię bezy niemetaforyczne). Ćwiczenia z bananem to żenada. Scena w kinie… Jejku.
      Teraz sobie uświadomiłam, że w najciekawszych momentach się nie śmiałam, bo to nie było do śmiechu.
      Buksy, ale dlaczego zawód? Oczekiwania chyba nie mogły być zbyt wielkie…?

    2. tamaryszek Autor wpisu

      Buksy! Sypnęłaś się o 302 jaja sadzone!
      30 (lat) x 2 (jajka) x 365 (dni + 1 dzień w roku przestępnym) = 21 902 jaja sadzone. Cholesteron musiał tęgo narosnąć…

  9. PawełW

    Ren,
    ” Amerykanom przychodzi łatwiej, wspierają ich nawyki, rodzaj ekspresji, wiara w to, co umieściłam w motcie. Kilka prostych tricków może odmienić twoje życie.”
    Ale jak to mówią ‚życie to nie jest bajka’. Nie da się go naprawić jak zepsutego samochodu: cyk na podnośnik i jedziemy dalej. W „Dwojgu..” zabrakło mi głębszej analizy. Jakiejś Myśli. Tam od stwierdzenia ‚jest źle’ do ‚będzie dobrze’ jest krótka i prosta droga. Dobrze to ujął Buksy: mały wysiłek i nadal będą rano jajka sadzone. Tylko będą to wyłącznie jajka. Relacja, związek został gdzieś po drodze między kuchenką a stołem.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ja też zawsze żartuję z tych „prostych tricków”, bo życie wydaje mi się bardziej skomplikowane i nieobliczalne. Czasami jednak przyłapuję się na tym, że przeginam w drugą stronę i wiara w kilka technicznych posunięć bardzo by mi się przydała. Ale tu abstrahuję od głównego problemu Kay i Arnolda. Myślę o prostych strategiach rozwiązujących rzeczy trudne. One istnieją. Trzeba tylko zejść do poziomu „czystej” prostoty, naturalności. To niekoniecznie to samo, co tricki psychoterapeuty.

      Buksy też narzekała na psychologiczne braki. A ja myślę, że gra aktorska to rekompensuje. Bo tu nie było ambicji, by psychologicznie (z podtekstami, motywacją społeczno-kulturowo-biologiczno-psychiczną) rzecz ująć, ale „prawdziwie”. Długo by tłumaczyć różnicę, wiesz, o co chodzi. Aktorstwo jest wiarygodne (i dlatego wkurzające).

  10. buksy

    tamaryszku: ktoś mi naopowiadał ze to „fajny film”, a tymczasem było jak obydwie widziałyśmy. Jeśli jajka chodzi to umyślnie odpuściłam te 5 dni w roku, mając nadzieje ze przynajmniej tyle przerwy miała bohaterka od rutyny ;).

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      O, bardzo inspirujące. Czytałam niedawno taką poradę, żeby dążyć do celu małymi kroczkami. Np. ćwiczyć pięć minut dłużej, zjeść jedną skibkę mniej, przeczytać dwie strony więcej, nauczyć się pięciu słów w obcym języku etc. Albo… odpuścić sobie pięć dni w roku i nie usmażyć jajek. Jeśli się odpowiednio długo żyje, to uzbiera się spora liczba. Ale efekt tak osiągniętego sukcesu nie wydaje się szczytem marzeń. Tak w przypadku perypetii Kay (Meryl) jak i w ww. przypadkach. ;)

    2. PawełW

      Tamaryszku
      „Czasami jednak przyłapuję się na tym, że przeginam w drugą stronę i wiara w kilka technicznych posunięć bardzo by mi się przydała. Ale tu abstrahuję od głównego problemu Kay i Arnolda. Myślę o prostych strategiach rozwiązujących rzeczy trudne. One istnieją. Trzeba tylko zejść do poziomu “czystej” prostoty, naturalności. To niekoniecznie to samo, co tricki psychoterapeuty.”
      Masz rację. Z jednym zastrzeżeniem: trzeba chcieć. W przypadku Kay i Arnolda chęci nie ma. Nie ma tak Naprawdę. Ona najchętniej poszukała by Kogoś a Jemu… to ‚zwisa’. Niestety dla obojga.

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Ale jednak, mimo wszystko, nie da się wrzucić ich obojga do jednej beczki. Ok, to jest określony format postaci. Ona zdecydowanie CHCE odmiany, „prawdziwego małżeństwa” jakim jej związek niegdyś był. (Cokolwiek Buksy powie o liczbie jaj!). Tu sporo nieporadności i wątpliwy koncept zaufania psychoterapeucie (niech mi psycholodzy wybaczą…). Ale Kay CHCE, a Arnold rzeczywiście niekoniecznie, chyba że samo by się stało. Można by się posprzeczać, czy to jest sprawiedliwe ujęcie, czy nie nazbyt wykarykaturza mężczyznę. Niemniej: nie jest to historia dwojga obcych sobie ludzi (obcych świadomie).

  11. czara

    Przecież to już sam plakat zaprasza: człowieku, zostań w domu, pod kocem w deszczowy dzień, zaparz sobie herbaty i poczytaj dobrą książkę. Ewentualnie odpal jakiś film, jeden z tych, które czekają w kolejce, tylko nie idź do na film, gdzie słowo „oscar” pada dwa razy, nie wiadomo dlaczego, wiadomo po co ;)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Dzisiaj siedzę pod kocem (choć nie ma deszczu), herbatę piję i wsiąkam w Nic nie oprze się nocy. Duże wrażenie. Świetne!
      A że wybrałam się do kina na Meryl i Tommy`ego Lee, to nie żałuję. Nie był to Lot nad kukułczym gniazdem, ani Stalker, ani Ukryte, ani Tajemnica Brokeback Mountaine… to inna rzecz. Warto się przyjrzeć aktorom. Streep grała dobrze, mimo scenariusza, co należy do jej specjalności. Fenomen jakiś. Czy nie podobnie było z Żelazną Damą? Owszem, inna tematyka, ale bez wiarygodnej Streep na nic by się zdała cała logistyka. :)

    2. czara

      Cieszę się, że mamy podobne zdanie! A jak tłumaczenie? Nic nie zgrzyta. Tak łatwo zarżnąć dobrą książkę…
      A Meryl Streep cóż… dla niej można znieść wiele, to fakt!

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Trochę jestem w szoku, bo „książka o własnej matce”, a tu części poświęcone „rekonstrukcji” jej życia są porywające fabularnie, a te o trudzie pisania i refleksji nad nim, to z kolei smaczki metaliterackie. Nic nie zgrzyta. Nawet okładka jest arcymiła w dotyku, z płótna (czy sukna?). Mam za sobą dopiero 1/4 i wolno bardzo czytam. :)

  12. la-di-da

    Bardzo mi się podoba Twój tekst. I kiedy czytam o tym, że Meryl gra kobiecość, przypomina mi się to świetnie zagrane „pęknięcie” w perfekcyjnej, idealnej postaci z filmu „Diabeł ubiera się u Prady”. Ta nagle zagubiona, zapłakana businesswoman w szlafroku, ze zmarszczkami, bez makijażu. To naprawdę było coś.
    Tutaj Tommy Lee Jones jest naprawdę mocny. Właśnie dlatego, że jego postać tak mocno wkurza. No i duet stanowią świetny.
    Pozdrawiam!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      La-di-da,
      przeczytałam Twoją recenzję Dwojga do poprawki. Stawiasz pytanie, które i mnie zakiełkowało: jak to możliwe, że tych dwoje boi się swoich ciał i bliskości, dotyku? Że zbliżenie jest niczym „druga inicjacja”? W pierwszym odruchu nie dowierzałam. Ale wierzę, dzięki aktorom, bo ta sztywność nie jest sztuczna.
      Co do stylu, w jakim Meryl wkracza w kobiecość (jak ją wypełnia, demaskuje, przeobraża etc… zależnie od filmu), to nie ma sobie równych. Wspominasz Pradę…, ja uwielbiam Meryl z melodramatu Co się wydarzyło w Madison County. Jak już wspomniano w powyższych komentarzach – zadziwiające, że ona sięga po tak różne produkcje. jest rewelacyjna w filmach ambitnych, ale nie zarzeka się udziału w czymś, co trzyma się schematu (który potrafi rozsadzić). To jest aktorka, której niewiele może zaszkodzić. ;)

  13. la-di-da

    Tamaryszku, wydaje mi się, że jest coś w tej teorii. Że można „zapomnieć”, jak się pragnie. Jak się dotykać, jak okazywać sobie uczucia. I też miałam tak, jak Ty – na początku nie wierzyłam, że może to pójść tak daleko. A oglądając dalej jakoś zaczynałam wierzyć. Dzięki aktorom głównie – racja :).
    Co do Meryl – rozsadzanie schematu to bardzo słuszne stwierdzenie. Ona nawet w roli epizodycznej wchodzi, gra i ja po prostu jestem uwiedziona ;). Mam na myśli na przykład film „Wieczór”. Oj, długo bym mogła o niej.
    Pozdrawiam serdecznie!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      A Wieczoru to nie znam, ale i tak na pęczki by wyliczać to, co zapamiętane. Lubię. A jednak (choć piszę z uchylonym kapeluszem), nie jest moim ulubionym typem. Nie da się wyjaśnić, bo jestem jej wierna i wobec niej ufna. A mimo to… może już za długo ją znam? Może czekam na prawdziwy nokaut? :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s