Archiwa miesięczne: Listopad 2012

pieprz, pępowina i Paryż

Leïla Marouanne, Życie seksualne muzułmanina w ParyżuWydawnictwo Claroscuro, Warszawa 2012

Co by tu spieprzyć? 

Jest tak czasami, że czego się człowiek nie tknie, to wypaczy. Więcej: jak już mu się to zdarzy, to powinien się spodziewać serii. Ja to mam, jestem w środku, już się zaczęło, a nie wiadomo kiedy koniec. Najlepiej byłoby solidną kwarantannę przejść. Jakiś czas się nie ruszać, nie komentować głupio, nie pisać niepotrzebnych e-maili, napisać te sensowne, nie przygadywać niewinnym, nie słuchać pokornie winnych, nie brać na siebie zadań, które wykonać jestem w stanie drastycznie tnąc potrzebę snu. Kropka tylko dla interpunkcyjnego oddechu, wyliczam dalej. Trzeba by – asekuracyjnie – nie wpraszać się, gdy nie sposób stawić się na czas, nie zamawiać Kindle`a, gdy ma się głupią kartę debetową, nie „umawiać się na lekturę”, której samemu nie zdąży się wchłonąć. Nie angażować się w niezaangażowanych, dostrzegać dostrzegających, być tyle samo minut „przed”, ile zazwyczaj jestem „po”. 

Wszystkie te grzechy mam na koncie, ale żaden nie nadaje się do rozwinięcia, chyba że ten. No bo co jeszcze można spieprzyć? – co, o czym można opowiedzieć i trochę się w ten sposób zrehabilitować? W moim katalogu spieprzeń jest lektura książki lekkiej, bystrej, spostrzegawczej i sprawnie napisanej, która trwała – zamiast dwa dni – ze dwa tygodnie. I uważam, że tą metodą co nieco zamordowałam. Ok, sama książka pozostaje nietknięta (dlatego jest idealnym obiektem, który niczego mi nie zarzuci, bo stoicko zniesie każdą bylejakość). To mój odbiór się rozparcelował, więc rzutem na taśmę, po doczytaniu ostatniego zdania, próbuję go scalić i zreanimować. 

Paryż 

Czytam o Paryżu, bo skusiła mnie paryska Czara, która rekomendowała tę książkę u siebie. A ja polecam Wydawnictwo Claroscuro. Primo: za dbałość edytorską i cud-okładkę (tytuł znaczący linię kobiecego ciała, dwuznaczność i naga czytelność). Secundo: za pomysł serii „Z innej perspektywy”, obejmującej twórczość imigrantów, a więc to, co napisano w drodze do własnej tożsamości i w starciu z tym, co dominujące. Życie seksualne muzułmanina w Paryżu to powieść Leïli Marouanne, mieszkającej we Francji Algierki. Opowieść snuje czterdziestoletni Mohamed Ben Mokhtar (wersja dla swoich) a zarazem  Basile Tocquard (wersja dla świata), rozdarty między imionami, obyczajami, tym, co oferuje mu tradycja (osadzona na przedmieściach) a tym, czym kusi nowoczesność (umiejscowiona w centrum). 

Trochę zdrajca, trochę zdobywca. Wykorzeniony, ale nie do końca zasymilowany. Co z tego, że wyrugował z image`u  wszystko, co mogłoby być tropem: akcent, kręcone włosy, zbyt ciemną karnację. Wygląda jak „tubylec”, jest nieprzyzwoicie bogaty i ma ochotę używać życia na wszelkie sposoby. Być bardziej francuskim od Francuza (choć korzenie ma algierskie), być tak niezależnym i samosterownym jak arcysingiel (choć tysiące tasiemek wiąże go z rodzinnym domem), a nade wszystko: być sercołamaczem i wirtuozem erotycznych gier (pomimo braku seksualnych doświadczeń i krępującego piętna „prawiczka”). Stoi w rozkroku i jest to źródłem komizmu. Do czasu aż spoza zasłony dymnej wychodzi na wierzch tragizm rozdarcia. Jakby atrament sympatyczny, ogrzany, wykrztuszał zapis tego, co w tożsamości pierwotne.

Nie do przecenienia jest lekkość, otwartość spojrzenia, brak kompleksów – jako cechy pisarstwa Marouanne.  Owszem, w Algierii książka spotkała się z cenzurą. Ale zdolność pisania o tragizmie zagubionej tożsamości z taką dozą autoironii i dystansu… to jest naprawdę coś. To nie jest rękawica rzucona w twarz cynicznej cywilizacji Zachodu. I nie jest to lament niedocenionego imigranta (Mohamed jest rekinem finansjery). Po prostu: życie seksualne muzułmanina w Paryżu. Opowieść z perspektywy pustego łóżka, które ktoś za wszelką cenę chce zaludnić, w czym przeszkadza mu głównie własna niezgrabność, błędna strategia i przesadne staranie.

Gdyby w Polsce rzucić na wokandę analogiczny temat… Źle, gdyby podjął go ktoś reprezentujący większość (każda wada imigranta urosłaby do rangi ataku). Źle, gdyby oddać głos mniejszości (zarzut panoszenia się w nieswoim świecie i domaganie nienależnych praw, kalanie własnego gniazda etc…). Vide: Pokłosie

pępowina: „moje ty oczko w głowie”

Zaczyna się tak, jak lubię. Gdy w powszedni dzień, w środku codziennych zajęć, komuś przychodzi do głowy myśl, że coś nie gra, że niby jest, a jakby go nie było. Mohamed postanawia, że od tej pory będzie bardziej – a wiadomo, jeśli chce się coś zmienić, trzeba zacząć działać inaczej niż dotąd. Na przykład wyprowadzić się od mamy, wynająć luksusowe mieszkanie i spotykać się z dziewczynami z częstotliwością odwrotnie proporcjonalną do dotychczasowej. 

Mama. Rany boskie! Życie mu oddała, oczkiem w głowie nazywa, szuka narzeczonej i się zamartwia. Budzi go z erotycznych snów, nagrywa się na automatycznej sekretarce, zaprasza na obiadki. „Moja matka jak rzep, jak lep, jak łatka”. Zdzieranie łatki to jak zdzieranie plastra, boli do czerwoności. 

Lekiem na matczyny rumianek ma być pieprz. Pieprz, pieprzność, pieprzny… Czasowniki pomijam, bo działanie jest hipotetyczne. Wyobraźnia rusza w tan. Już cała piękna płeć ściele się gęsto na ekskluzywnych kanapach w marmurowych wnętrzach. Mohamed obmyśla i wybrzydza. „Piersi pani Papinot podskakiwały jak małe gołąbki”, ale ona sama wydała mu się zbyt ironiczna i na pewno za bardzo samotna jak na jego gust. Cóż, o męska naiwności!:
„Zaznaczam, że interesowały mnie wyłącznie białe kobiety, oswojone z pigułką i prezerwatywą, wyzwolone obyczajowo i światopoglądowo, które świadomie, z radością i w dobrym samopoczuciu, bez skrupułów i wyrzutów sumienia wybierają życie bez małżeństwa”. 

Bardzo mi się podobały korepetycje z męskiej interpretacji kobiecych zachowań. Nie ma takiego gestu odmowy, rezerwy, dystansu, którego nie dałoby się wytłumaczyć zawoalowaną aprobatą. Może ona mówi „nie”, bo nie może uwierzyć w swoje szczęście, „nie spodziewała się, że taki przystojniak będzie ją uwodził i nie zrobiła sobie depilacji”, boi się, że będzie zbyt łatwa?
„W praktyce nie bardzo znałem się na kobietach. To prawda. Ale w teorii wiedziałem wystarczająco
dużo”.

Jedna tylko zdecydowanie (tak w praktyce, jak i w teorii) wymyka się jego rozpoznaniu. To „złodziejka opowieści”, Loubna Minhar. Pisarka, ktoś, kto wysysa soki ze swoich ofiar, z tych, którzy zawierzyli jej opowieść. Bo muszę dodać, że cała książka jest niczym konfesja – spowiedź Mohameda Ben Mokhtara vel Basile`a Tocquarda – czyniona „w świecie ognia i lodu. Tam, gdzie wyją wilki i milkną ludzie„.  A każda opowieść – jeśli usłyszał ją pisarz – zaczyna żyć swoim życiem, trochę stygnąc w słowach, a trochę dzięki nim pulsując. Od tego bym zaczęła, gdyby nie ten pieprz.  

pokłosie recenzenckie

Pokłosie, reż. Władysław Pasikowski, Polska 2012

naokoło

Jest przerażenie. Że też takie rzeczy się dzieją! Wbrew strategii rozsądku, wbrew miłosierdziu, bez pokory i bez woli stanięcia z prawdą czy innością twarzą w twarz. 

Chodzi mi o to, co dzieje się WOKÓŁ filmu. O to, ile zamieszania, rozsierdzenia, jakichś żywych ran, obruszeń i zacietrzewień. Że wraca temat antysemityzmu jakby nigdy wcześniej nie był przerabiany. Wraca (a właściwie nieprzerwanie brzęczy) pustosłowie o „prawdziwych” Polakach i tych „pozostałych”, nie dość narodowo zakręconych, a prawdopodobnie podszytych jakimś felernym, parszywym powinowactwem ze starozakonnymi. Zupełnie kuriozalna historia komentarzy pod adresem Maćka Stuhra (w filmie Pasikowskiego gra obrońcę Żydów), jego dyżurne wypowiedzi w publicystycznych programach czy na facebookowym koncie. Aż nie wierzę. Przecież to stuprocentowe stężenie absurdu. Żeby zamiast normalnie (!) oglądać film, wyciągać armaty argumentów na temat tego, czy wolno pokazać złych Polaków, skoro wiadomo, że byli też dobrzy etc. 

Gdy w komentarzach pod notką o Obławie pojawiło się powątpiewanie, czy to aby ma sens, by Polacy wciąż kisili się w wojennym sosie zamiast opowiadać coś współczesnego, pomyślałam: nie jest tak źle. Nic złego w powrotach. Dziś myślę, że jednak coś tu nie gra. Coś szwankuje w percepcji tego rodzaju filmów. Dlatego „jest przerażenie”. To, że przerażają dawne zbrodnie to oczywiste. Gorzej, gdy filmowy thriller przelewa się w realną grozę narodowych uproszczeń i błotnych emocji.

moje

Pokłosie to dobry film. Trzymający w napięciu thriller (niektórzy mówią: western). Czuje się ciarki, gdy Franek idzie lasem, a ktoś zdaje się być nieuchwytnie blisko. Gdy ni stąd ni zowąd wyrasta ściana ludzi, „przypadkowo” zwarta i szczelna. Gdy czuje się czyjś oddech za plecami i przeczuwa, jak mylna jest naiwność Józka, który sądzi, że to brat zawrócił, by dokończyć rozmowę. Gdy ciosy padają najdosłowniej i przemoc wydaje się naprawdę możliwa, choć irracjonalna.

Krótko wyliczę co podoba mi się najbardziej, unikając tworzenia „swojej” wizji filmu. Podrażniona zamieszaniem wokół Pokłosia przeczytałam kilka ważnych omówień, więc może sensowniejsze będzie wskazanie interesujących recenzenckich tropów niż tworzenie mimowolnej kompilacji. 

Jest tak: rzecz dzieje się współcześnie, we wsi Łapy (czyli gdziekolwiek). Na pierwszym planie dwaj bracia, Franek (Ireneusz Czop) i Józek (Maciej Stuhr). Starszy wrócił po dwudziestu latach z Chicago, zaniepokojony famą o konflikcie Józka z wsią, o jakimś niejasnym ostracyzmie, dziwactwie. Sądzi, że wina tkwi raczej w Józku, bada sytuację. Polska wieś, Żydów tu nie ma, ale są macewy, z których dawno temu zrobiono drogę, próg, studzienkę… Józek zbiera je i stawia na swoim polu. Wieś jest tym podirytowana. Temat Żydów po prostu nie jest w Polsce tematem neutralnym. Dziś. A tym bardziej, gdy sięgnie się w głąb, w jakąś zamierzchłą przeszłość, którą z autopsji zna ledwie kilkoro starców. I gdyby suspens miał polegać na odkryciu tego, co się stało, to byłby dość przewidywalny. Pamięć Jedwabnego nie pozwala naiwnie się zdziwić. Dość szybko wiadomo, dokąd ta droga prowadzi. Ale nie zgadzam się, że podejrzenie, które rodzi się we mnie w początkowych sekwencjach, w czymkolwiek umniejsza napięcie i przekaz.

Podoba mi się:
1) Konwencja gatunku i gra figurami odwrotnymi. Czyli opowieść o osaczeniu, samosądzie, potrzasku. I czytelne, interesująco rozegrane symetrie. Kontrastowe postaci, sytuacje, archetypy chwilami wydają się lustrzane. Jakby zamieniają się miejscami. Archetyp niewinnej ofiary (Jezusa) i zdrajcy (Judasza), dociekliwość – asekuracja, ofiara – kat.

[Nie daje mi spokoju wyczytana informacja o zmianie zakończenia. Komentarz o Judaszu wycięto. Szczegóły w dopisku do recenzji Tokarskiej-Bakir.]

2) To, że Józek nie jest facetem z misją, sam nie wie, po co to robi. Nie może inaczej. Ale nie ubiera tego w wielkie słowa, trzyma się  swojej perspektywy. Jest uparty jak osioł, więc do kozła ofiarnego stąd już tylko krok.

3) Antropologiczny kontekst opowieści, który moim zdaniem przebija temat relacji polsko-żydowskich. Dzięki temu naprawdę porusza wyobraźnię, również  tych, którzy już czytali Grossa, już rozmyślali nad dwuznacznością (ściślej: dwubiegunowością postaw świętych i potworów), którzy czują się poza bezpośrednio nazwanym antagonizmem. Potrzeba znalezienia kozła ofiarnego, naznaczanie wykluczonych, konsolidacja grupy mającej określonego wroga, zmowa milczenia, tabu etc.

4) Podoba mi się gra aktorska. Pomimo braku zrozumienia do nieustannego prania białej koszuli (jedynej posiadanej przez amerykańskiego brata) i zakładania  jej do każdej brudnej roboty. Nie mieści mi się w głowie, że brat nie pożyczyłby mu jakiejś flaneli. Ale to są zarzuty co do małych uchybień scenariuszowych, które dowcipnie wychwycił Jakub Socha („nie umawia się kombajnu na czwartą rano…”).

recenzencko

Wiem, że Pokłosie jest gęsto komentowane i że ja ledwie wycinek przeczytałam. Podzielę się tym, co jednak – moim zdaniem – naprawdę warto przeczytać. Dwa teksty z „Dwutygodnika”, jeden z „Kina”, jeden z „Gazety Wyborczej”. Nazwiska odsyłają do stron z tekstami recenzji.

Jakub Socha pisał o filmie w kontekście majowego festiwalu polskiego kina w Gdyni. Proroctwo ostatniego akapitu właśnie się ziściło:
„Jednak Pokłosie to coś więcej niż film. Na pewno będziemy mogli się o tym przekonać w momencie, gdy wejdzie do kin. Oj, rozpęta się burza, niektórzy Pasikowskiemu nie darują, czym jeszcze bardziej potwierdzą, że tego typu film, który w sposób tak otwarty i mocny pokazuje polskie zbrodnie na ludności żydowskiej, był i ciągle jest niezbędny. O ilu naszych filmach można to samo powiedzieć?” Recenzja rozpościera się na trzech filarach, bo według Sochy tyle jest właśnie fundamentów Pokłosia: gatunek, melancholia i obowiązek. Melancholia… tak zdiagnozowana została reżyserska perspektywa: spojrzenie melancholika, który żyje w poczuciu, że jedyne, co można, to nie pogarszać sprawy. Bo przewidywał recenzent (trafnie!), że Pasikowski nie będzie się mierzyć z dyskutantami, rozdrabniaczami włosa na czworo i „urażonymi w swych uczuciach” mitomanami. Szkoda, że wszystko to spada na barki Stuhra.

Joannę Tokarską-Bakir czytałam, wiedząc, że świeżutko wydała (oceniane jako wydarzenie) Okrzyki pogromowe, zna więc temat podskórnie i potrafi ocenić obraz, nie zatrzymując się na powierzchni. To moja ulubiona recenzja. Autorka ma ucho do dialogów, cytuje je garściami i pokazuje, ile pereł, ile zagęszczonych treści jest w lekko rzuconych słowach. Ot, choćby „dialogi kibiców” albo wolne od jednoznaczności komentarze starszego brata. Na pytanie, czy film popularny (bo kino Pasikowskiego utrzymane jest w konwencji kina gatunkowego, bez artystowskich ambicji) może być mądry – odpowiada, że może. Więcej: „nazwanie rzeczy po imieniu, (…) jest jak tracheotomia dla kraju, który się dusi”.

Tadeusz Sobolewski pisze o katharsis, o sile oczyszczenia przepowiedzianej w Pokłosiu. Widzi ją w niejednoznacznym podziale na katów i ofiary, w tym zdziwieniu i postawieniu sobie pytania: „jak mogliśmy być katami, skoro sami jesteśmy ofiarami?”. Katharsis jest możliwe wtedy, gdy role katów i ofiar się przeplatają, lecz nie zacierają. Bo sednem jest uświadomienie sobie zła. Jak mówi stary (dobry) ksiądz, przebaczenie możliwe jest wtedy, gdy budzi się sumienie.

A ks.Andrzej Luter w mądrym tekście, który uruchamia kontekst religijny, obecny w tle wydarzeń sprzed lat i tych współczesnych, wyznaje: „Obrzędy religijne bez Boga to jedna z najgorszych perwersji człowieka”. Film Pasikowskiego ma wiele scen, które można potraktować jak reflektor rozświetlający cały film. Luter podkreśla, że kulminacyjny charakter ma konfesyjna scena spotkania braci ze starym Malinowskim. Rewelacyjnie zagrana przez Roberta Rogalskiego, scena, której się nie zapomina. Wyznanie naznaczające oskarżycieli winą, zamykające im usta przepowiednią, że są prawdy nikomu nie przynoszące wyzwolenia – więc czy warto ich szukać i je ogłaszać? W rozmowach braci padają słowa, których nie powinno się lekceważyć:

„Tyle rzeczy jest nie w porządku na tym świecie” – mówi [Józek] do brata. – „Ale jakoś z tym żyjemy, bo inaczej się nie da. Ale ja sobie myślę, że są rzeczy bardziej nie w porządku niż inne”. I późniejsza odpowiedź Franka: „Ten świat jest kurewski i my tego nie poprawimy. Ale przynajmniej nie przykładajmy do tego ręki”. Tymi słowami kończę, choć nie one mają największe natężenie w końcowych sekwencjach filmu. Może nawet ostatnia scena nadaje im ironiczną i naiwną tonację. 

listopadowe błyski

Melancholia, nostalgia, depresyjka dobre są o każdej porze roku, ale wszystkie trzy – niczym wiedźmy – lubią siadać na listopadowych gałęziach i mamrotać wanitatywne zaklęcia. Przemijamy…, no przemijamy. Mijamy, płyniemy, zmieniamy się, zostawiamy coś za sobą (albo kogoś). Coś już nie wróci. Choćby nie wiem jak zaciskać palce na gałązkach, nie da się uschniętych liści namówić na zieleń. 

Nic a nic? Nawet refrenem, że jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy…? Umieramy, odpowiadają, po troszeczku, konsekwentnie i nieodwołalnie. Aż głuche echo zabrzmiało mi w piersiach i zmusiło, by ciężko westchnąć. I tym sposobem – gdy dla równowagi nabrałam tchu – nadmiar powietrza rozrzedził mi czarne ptaszyska nad głową. 

Kto odchodzi, ten odchodzi, ale są tacy, którzy właśnie o tej porze mają zwyczaj się dobijać do intensywniejszego istnienia. Ja na przykład. Bo na przekór – to raz. Bo na pamiątkę – to dwa.

Lat temu tyle a tyle (ogromnie dużo w skali motylej i prawie nic w oczach gwiazd) pierwszy raz rozejrzałam się wokół i zaczęłam sobie żyć. Piąty dzień listopada, była 15.02 (albo 05), chyba wtorek. Więc tak w godzinach nieobjętych mozołem pracy. Mam nadzieję, że nie padało, ale nikt nie może sobie tego przypomnieć na bank. Czekał już na mnie szykowny granatowy wózek. Rodzeństwa jeszcze nie było. W ogóle – pionier był ze mnie na kilku frontach: mama została mamą, tata tatą, babcia babcią, dziadek dziadkiem (i nabroił tego dnia z wrażenia), druga para babcia-dziadek była już namaszczona swoją rolą. Zaczęli się martwić, że przyciśnięta dłoń do czoła zostawiła ślad, który długo nie znikał. Ale zniknął, wcześniej niż byłam w stanie go zidentyfikować i objąć własną obserwacją. Tym samym tropem podążyło wiele innych moich uroczych cech z wczesnego i średniego dzieciństwa. Dołeczki w policzkach, pierścienie we włosach, zapotrzebowanie na wierszyki etc.

Nie dam rady zrekonstruować, nad czym rozmyślałam, przyciskając małą piąstkę do czoła. Coś sobie może do głowy chciałam włożyć, żeby po latach pamiętać. Masz ci los! – daremnie! Mam nadzieję, że nie miałam przedwczesnych olśnień o tym, ile na tym świecie jest spraw nie do pojęcia. Bo byłoby mi samej siebie żal. Domyślam się, że orszak muz stanął nad moim łóżeczkiem. I ktoś go, cholera, musiał przepłoszyć, bo nie wyrosłam na lśniący diament wielokaratowy. Coś tam mi się zagubiło w tłumaczeniu z anielskiego na ziemskie…

Jakby nie było: listopadowy look (wtedy na pewno nie szastano tak anglicyzmami!) był pierwszym, w który weszłam, więc późnojesienne widoczki nie mogły (i do dziś nie mogą) kojarzyć mi się źle. Wokół mnie nie było co prawda roztoczańskich lasów, ani połonin, gdzie by feeria kolorów zagrała intensywnością. Ale: żółtych brzóz (bardziej podatnych na tańce z wiatrem niż te zielone) było na pewno na pęki. I astry, zwłaszcza marcinki, te drobniutkie, i owoce dzikiej róży, i ciemna zieleń upartych sosen.

Co jeszcze (oprócz mnie) przychodzi jesienią? Nie mówmy o grzybach, śliwkach, złotych liściach, bo w listopadzie są już passe. Ale jabłka? Mój Pan z warzywniaka właśnie teraz wystawia piękne cortlandy red, co do których nie można mieć zastrzeżeń, pycha. Przychodzi czas rozpościerania parasoli. Można sobie zanucić Parasolki z Cherbourga. Ja nucę. Znam dwie osoby, które lubią chodzić w kaloszach – teraz właśnie mogą. Chyba. O ile w kaloszach nie jest zimno. Można przyjechać do Poznania na świętomarcińskie rogale (tradycyjnie jedenastego, ale handlowcy ćwiczą  już od dobrych kilku tygodni). Stara prawda mówi: wszystko można, jak się chce.

Różne rzeczy mogą się o tej porze spełnić. No a wieczorową porą (także w listopadzie) powinien przyjść brunet. Tylko po co?

 

Można sobie wespół zespół (z tym brunetem) lub samotnie pograć w scrabble lub poukładać haiku. Albo przeczytać, bo tyle świetnych już powstało. Cytuję za wydaniem zredagowanym przez Czesława Miłosza.

Idę z rzeką
Woda myśli za mnie.   (Bob Boldman)

Po prostu będąc,
Jestem tutaj –
W śnieżycy.       (Issa)

Chorując w podróży – 
Nad suchym wrzosowiskiem
Wędrują sny.                                               (Basho)

Nad łódką
Brzuchy
Dzikich gęsi.                                                   (Kikaku)

 

Oby temu,
Który tej nocy przynosi kwiaty,
Świecił księżyc.           (Kikaku)

Gdyby natomiast do Kogoś z Was przyszedł krasnoludek z niebieską brodą i narzekał, że jesień jest po to, by ją przeczekać, przespać, pobiadolić – to proszę nie wierzyć! To stary symulant bez czci i wstydu, który ludziom mąci w głowach, sprawia, że lęgną się w nich teorie spiskowe albo depresyjne tumiwisizmy. Przegnać drania! Podobno bardzo nie lubi pietruszki, to można ją pokroić i obserwować. Obywatel ten lubi chadzać w tamaryszkowych rękawiczkach. I to już jest o jeden most za daleko, tu się przebrała miarka. Denuncjuję go publicznie, zanim mi wstydu narobi.

A zdjęcia są z dzisiejszego spaceru.
Fotki powiększają się po kliknięciu. Po to, by silniej emanować.;)