kotojady i babcyjki

Joanna Bator, Ciemno, prawie noc, Wydawnictwo W.A.B. 2012

Ciemno, prawie nocZacznę od tego, co zewnętrzne: że trzecia powieść Joanny Bator ma tego samego edytora (W.A.B.), tego samego projektanta okładki (Jacek Szewczyk) i choć nie tworzy z poprzednimi trylogii, to zbyt daleko nie odbiega.

Piaskowa góra i Chmurdalia były rodzinną sagą Chmurów z wałbrzyskiego osiedla, rozszerzoną w drugim tomie o „cały boży świat”, po którym wędruje, nigdzie się na stałe nie zagnieżdżając, Dominika Chmura. Ciemno, prawie noc jest powrotem do Wałbrzycha, ponownie uzupełnionym o wycieczkę w czasie (wspomnienia i ich domykanie świeżymi ustaleniami to jeden z wątków powieści), co więcej: główna bohaterka, Alicja Tabor, to nowe wcielenie Dominiki-Odyski. Wiecznie w drodze, bez domu, zdystansowana wobec społeczności, która ją otacza, inna, osobna.

Tym, co uległo pewnej zmianie, jest narracja. Poprzednie powieści pisane były niezwykłym miksem narracji trzecioosobowej i mowy pozornie zależnej. Mówiąc po ludzku: opowiadał je ktoś, kto na pozór jest spoza opowiadanego świata, ale wchodzi w głowę i zapożycza język kolejnych bohaterów. Tym sposobem dialogi wtapiały się w ciąg opowieści narratora (niewyodrębnione graficznie), a czytelnik miał podgląd mentalnych i językowych horyzontów każdej z postaci.

W najnowszej powieści jest inaczej. Narratorem jest główna bohaterka. Dialogów dużo. Bo też pomysł na książkę (jeden z wielu, ten był dla mnie kluczem do kompozycji) polega na tym, że Alicja Tabor jest reporterką, która przyjeżdża do Wałbrzycha ze stolicy, by przeprowadzić dziennikarskie śledztwo. Rozmowa to jej żywioł, przeprowadza więc wywiady, podsłuchuje, o czym się mówi, poza tym jest obdarowywana przedziwnymi opowieściami o przeszłości, które dopuszczają do głosu postacie-duchy (zmarłą przed laty siostrę, jej narzeczonego i tu dodałabym postać z krwi i kości, Alberta Kukułkę, którego czapka-pilotka jest niczym czapka-niewidka i tyle  on jest z rzeczywistości, co z jakiejś baśni lub z legendy o Księżnej Daisy). 

Te kompozycyjne pomysły wprawiały mnie często w zdumienie. Ależ z Joanny Bator ryzykantka! Szczypałam się (czytając z wypiekami), czy to możliwe? Kto balansuje na tak cienkiej linii wiarygodności? Bo żeby spotkać człowieka, który w trzech odsłonach objaśni nam rodzinną traumę i dzieje miasta… Albo otrzymać list, który czekał na nas 30 lat… Albo wymyślić rozmowę z duchem, który podsunie nam tropy… I jeszcze, gdy grozy będzie za dużo, uaktywnić dobre opiekunki kotów, rozdające perły księżniczki … To trzeba się przeprowadzić z dzielnicy „powieść realistyczna” do dzielnicy „gotyckiej”, do „groteskowej satyry społecznej” lub nawet do „baśni współczesnej z elementami reportażu”.  Szaleństwo! Bo to wszystko się ze sobą miesza, obficie doprawione rewelacyjnymi (to bez dwóch zdań!) eksperymentami językowymi. 

Jeśli ktoś chciałby usłyszeć ode mnie krótką, jasną opinię, czy warto czytać, odpowiedź brzmi TAK! Dla mnie powieści Joanny Bator to jedno z najciekawszych zjawisk polskiej literatury XXI wieku. Każdą czytałam z fascynacją, bo zarówno podziw dla pomysłów i języka, jak i frajda czytania były po trzykroć nie do podważenia. I nie zmieni tego dopowiedzenie, że jednak ranking mojego przywiązania do tytułów ma tendencję spadającą. Najwyżej Piaskowa góra, na trzecim miejscu Ciemno, prawie noc.

Łatwo napotkać na recenzje tej powieści, bo pisarka ma swoich stałych czytelników, tytuł zresztą spotkał się z dobrym przyjęciem krytyków i licznymi rekomendacjami. Mój wpis nie mógłby udźwignąć pełnej analizy, bo tu warstwa na warstwie i kontrapunkty też co krok. Pójdę więc taką drogą, że w kilku zdaniach przypomnę, co tu można znaleźć i dodam kilka najmocniejszych swoich wrażeń.

Otóż:  scenerią jest smutny, szary, listopadowo-grudniowy Wałbrzych i piękny zamek Książ ze starą legendą o księżnej Daisy i jej perłach. Alicja Tabor wraca w swe rodzinne strony, by napisać reportaż o zniknięciu trojga dzieci. Dotyka ciemnych spraw, które od dawna dzieją się w tym miejscu (szerzej: na tym świecie): ktoś zabija koty, ktoś podpala starą kobietę, ludzie żyją w patologicznych relacjach, naznaczając swe dzieci traumą, z którą zmagać będą się przez lata. W dodatku w mieście pojawił się wizjoner religijny, uruchamiając fanatyzm tyleż kuriozalny, ile przypominający wydarzenia znane nam z polskich realiów. Śledztwo ujawnia makabrę, która przekonuje mnie do wyboru Autorki. Myślę, że ta historia byłaby okrutnie przytłaczająca, gdyby nie groteska i baśń. I kostium opowieści gotyckiej.

Groteska szaleje w portretowaniu mentalnych zapuszkowań. Gdy Kurwamina i inni bełkoczą coś w rodzaju: takamękazrąkmileci, mękaomękamakrwawa, kto nie skacze, ten pedałem, ciężkie czasy, w ciężkich czasach straszna męka etc.
A baśń (gorzka, piękna, wyzwalająca) pojawia się tam, gdzie mowa o kotojadach i babcyjkach, o złu i dobru, które zmagają się ze sobą w odwiecznej psychomachii – dziś nie inaczej niż dawniej. To jest podróż w przeszłość Alicji, w historię jej rodziny. I wtedy Alicja-Pancernik (racjonalna, silna, osobna) staje się Alicją-Wielbłądką, Siuśmajtką, której dane jest przeżycie katharsis. Kotojady to ci, którzy czynią zło, mogą pojawić się wszędzie, mogą przeniknąć także w nas, w umysł, w ciało… Babcyjki to moje uogólnienie, bo Babcyjka była jedna, ale podobne do niej kociary: Dzika Baśka, Makota, Kocińska, Agnes Kociałapa przywracają wiarę w dobro. I choć są lekko nierealne, to one istnieją naprawdę. Gdyby ich nie było, świat utraciłby filary i rozpadłby się na kawałki.

Dla mnie mistrzostwem świata są rozmowy Alicji z opiekunami zaginionych dzieci. Gruszkowata Barbara Mizera, kulinarna babcia Zofia, czy Poleszuk, dyrektor Domu Dziecka – to cudnie stworzone postaci. Stworzone przede wszystkim sposobem mówienia, który jest jak oczy: spojrzysz i duszę zobaczysz. 

Bardzo polubiłam główną bohaterkę. I to, że pozostaje Odyską, mimo obecności Marcina Schwartza o pięknym pępku i silnych ramionach. 

Z pewnym znużeniem czytałam symboliczną scenę zjadania trupa (skojarzyła mi się z finałem Pachnidła Süskinda, co znaczy, że przyjmuję ją jako ciekawą, ale nie działającą na moje zmęczone już emocje). Natomiast intrygującym doświadczeniem była lektura rozdziału Bluzg I. To zapis dyskusji na forum internetowym. Nie śledzę tego rodzaju głupot, nie da się, bo styl myślenia, złe emocje, płaskość i jałowe krytykanctwo odrzuciłyby mnie po pierwszym rozpoznaniu. Ale cały rozdział rozczytałam, ubawiłam się słowną nieporadnością, przeraziłam się nie na żarty, że ktoś mógłby mieć w głowie taką sieczkę. Świetne – ale, przyznaję, że rozdziałów Bluzg II i Bluzg III nie byłam w stanie czytać. Omiotłam wzrokiem. Nic nowego już nie wnosiły.

No cóż, nie wymyślę morału, choć bardzo byłby w czas. Mogę tylko wrócić do motta, które Autorka zaczerpnęła z Carlosa Ruiza Zafóna: Bóg tkwi w szczegółach, a diabeł jest wszędzie. Jak najwięcej szczegółów proszę! Niech się rozmnożą i będą tak samo mocne, jak wszystko inne. Co ja mówię! Niech będą mocniejsze!

ANEKS: Nominacja do Literackiej Nagrody Nike (za rok 2012).

Reklamy

22 thoughts on “kotojady i babcyjki

  1. the_book

    U mnie również w rankingu „Ciemno, prawie noc” na trzecim miejscu. Podobnie jak ty czytałam najnowszą powieść Bator z wypiekami na twarzy, ale jednak miałam pewne uwagi. Być może to kwestia wysoko postawionej poprzeczki po doskonałej „Piaskowej górze”. Jak myślisz Tamaryszku?

    Serdeczności :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Monia, poprzeczka rzeczywiście ustawiona była wysoko. :) Ale Ciemno, prawie noc się broni. Jest naprawdę gęste. Wyjątkowo jestem niezadowolona ze swego postu, bo nie udało mi się tylu spraw naświetlić… A i tak ujęłam tyle (niepotrzebnie), że nie zdołałam wyraziście zaznaczyć swoich zdziwień. To dowód, że nie tak łatwo skomentować tę pisarkę.
      Czytałam u M. (szwedzkie reminiscencje), że wg niej za dużo konwencji w jednym. Coś w tym jest. Ja też dziwiłam się kilkakrotnie posunięciom pisarki, które sprawiały, że raz mi się zdawało, że mam kawał dobrej prozy obyczajowej (satyrycznej, groteskowej), a raz, że czytam powieść młodzieżową (to ta gotyckość). Uważam, że najlepsze fragmenty to wspomniane przeze mnie wywiady środowiskowe i może jedna, dwie sceny na rynku wokół przemówień fanatyków. Tyle tylko, że nie lubię oceniać autora, zarzucając mu, że wybrał koncepcję, która jemu była bliższa, a mnie się wydaje dziwna. Historia zaginionych dzieci wprowadziła tyle okrucieństwa, że może lepiej zobaczyć ją w takiej właśnie konwencji. Nie tracimy nadziei, bo są babcyjki. A mrok się nie rozjaśnia, bo cały czas jest ciemno (prawie noc) i kotojady szaleją.
      No i powiedz: te Bluzgi II i III – to już nie do przebrnięcia. Choć jasnowidząca Rozalia, która zaprasza na swój blog i ten pan, co ma problem z kupą na klatce schodowej, do teraz mnie śmieszą.
      Jestem bardzo na świeżo. Ale Piaskowa góra rządzi!

  2. szwedzkiereminiscencje

    witaj renée – znakomicie to ujelas z narracja! jestem wlasnie po „piaskowej górze” i sie zabiore za pisanie o niej jat tylko troche wyzdrowieje. u mnie ranking j nastepujacy: 1.chmurdalia, 2.kobieta, 3.piaskowa góra, 4. ciemno. á propos perel to czy czytalas moze „perly ksiezniczki mai”? (maji?) to byla taka przedwojenna ksiazka, kt mi sie szalenie podobala w wieku lat ca dziesieciu. stad – niestety – perly ksiezniczki daisy wydaja mi sie wtórne

    Odpowiedz
    1. the_book

      Szwedzkie reminiscencje – „Kobieta” tak wysoko? Mam ją na półce, dostałam w prezencie, zajrzę. Na półce mam także Pamiętniki księżnej Daisy. Chciałam skonfrontować z historią z książki. Pozdrawiam serdecznie :)

    2. szwedzkiereminiscencje

      hej, the book! tak, kobieta fragmentami b mi przypasowala. to zupelnie inna forma wyrazu -nie powiesc, w kt bator j taka swietna. za to b autentyczna i ukazujaca srodowisko dla mnie blizsze niz piaskowa góra w walbrzychu. inteligentne refleksje kobiety na temat jej samej oraz jej roli w spolecznestwie. ukazuje drohe bator w budowaniu sobie swiadomosci i tozsamosci – tyle, ze na przykladzie wyimaginowanej postaci. poczucie humoru swietne, jak zawsze. minus za nackanie filozofami typu lacan, na kt mam alergie. ale poniewaz sa tam male rozdzialy, to mozna lacana z kristewa pominac (jak sie chce). polecam – jhak masz na pólce to koniecznie!!!

    3. the_book

      Tamaryszku a ja mam jeszcze taki problem z tą książką, że być może to moja błędna interpretacja, ale wydaje mi się, że granica pomiędzy złem a dobrem jest zbyt wyraźna, że brakuje trochę wielowymiarowych postaci jak w „Piaskowej właśnie…” (wspaniała Dominika i jej mama). Może się mylę. A Bluzgi faktycznie męczące. Ale mimo wszystko w tej powieści jest ta iskra boża, która sprawa, że naprawdę Botor to najlepsze współczesna polska pisarka. Ale dobrze, że jest taka powieść jak „Ciemno, prawie noc”, oj dobrze, dla czytelników nawet bardzo. No i zabrała mi cenny ostatnio sen. Pozdrawiam serdecznie :)

  3. tamaryszek Autor wpisu

    Co do zbyt wyraźnego oddzielenia dobra od zła. To jest wpisane w konwencję. Ale nie ogarnia całej książki. Te fragmenty, które czytałam jakbym była nastoletnią dziewczyną (o Albercie i Adalbercie, o Rosemarii – Annie, o cudnej, mądrej, dowcipnej Ewie, o Dawidzie, babcyjkach i kotojadach…) są podane jak baśń (dla mnie jest tu więcej baśni niż gotyku, ale o nazwy się nie kłócę). I granice muszą być, bo zło walczy z dobrem.
    Chociaż i tu jest miejsce na szarość. Szarość jest najgroźniejsza, bo nie wiadomo, co się z niej wykluje: dzień czy noc. Słowa Marcina: „- Istnienie zmierzchu i świtu nie wyklucza jednak różnicy między dniem i nocą”. Ewa jest przecież i dobra, i zła. Ale to się w niej nie miesza, te pierwiastki są oddzielone jak w baśni.
    Można by tego uniknąć, pisząc zupełnie inną książkę. ;)

    Ja też najbardziej lubię specjalność a la Joanna Bator: bohaterów mentalnie irytujących, ale zdobywających moje serce. Bo przecież i Jadzia Chmura nieźle mnie wkurzała (a lubiłam ją nad wyraz). Tutaj odnajduję tę cechę w babci Zosi i w Dyrektorze Domu Dziecka, i nawet w tej nieumiejącej kochać swych dzieci Barbarze Mizerze. Rozpoznaję niebezpieczne ograniczenia w postrzeganiu świata: Zofia niszczy kody zakupowe, bo spisek Mossadama Huasaina!, Mizera myśli, że ją podtruwają – te włosy Chińczyków w wodzie z kranu!, a Poleszuk twierdzi, że nie każdy zasługuje na to, by go wysłuchać. Głupota, ale się przebacza, bo na jakim mchu wyrośli, tacy są. Żwirki i Muchomorki jedne. Lubie takie postaci, choć psioczę.

    Tam, gdzie groteska, tam jest już dużo czerni i głupoty niewybaczalnej. Bez niuansów. ale przecież też jakoś prawdziwie. Pytanie: czy warto było łączyć groteskę z gotycką baśnią? Ja nie wiem.

    Odpowiedz
  4. tamaryszek Autor wpisu

    Oj, Dziewczyny! Przy perłach odpadam. Jestem miłośnikiem kamieni, ale ani sześciometrowe korale Daisy, ani perły księżniczki Mai, nie działają na moją wyobraźnię. Może to kwestia jakościowa, co myślicie? Może gdyby chodziło o kyanit albo o lapis lazuli, byłoby mi błękitniej i lepiej? ;)

    Odpowiedz
    1. szwedzkiereminiscencje

      ty sie, zajac, smiej ;-) a przy okazji sprawdzilam sobie kto zacz popelnil byl te perly majowe/maine. no i odkrylam marie buyno-arctowa, nastepna z zapomnianych. bo po wojnie juz na cenzurze – a tyle przed wojna napisala! mówie ci, super ksiazka byla

  5. czara

    Rzeczywiście promocja tej książki jest ogromna. Otwieram gazetę, a tam omówienia „Ciemno”, włączam radio, a tam lektury „Ciemno”, wchodzę na blogi a tam recenzje.. i dobrze tylko, że w mojej lodówce całkiem jasno ;)
    A poważnie mówiąc, przeczytałam z ciekawością, choć do lektury się nie rzucę (no chyba, że mi wpadnie w ręce, ale z tym wpadaniem to tu gdzie jestem to nie jest wcale takie oczywiste). Zaintrygowało mnie co piszesz o „kompozycyjnym ryzyku”. Mnie w „Piaskowej Górze” już niektóre rozwiązania fabularne wydawały się na granicy. Ciekawi mnie jak pani Bator to „poszyła” tym razem.
    Hm… może jednak się rzucę? ;)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ech, promocja… Może i dobrze, ale we mnie uruchamia mechanizm obronny. Gdy wszyscy o jednym piszą, to na ogół najmniej o tym wiem, bo wszystko jednakowo omijam. Recenzji Bator też niewiele przeczytałam. Z tym, że nadrobię lekturę wpisów na zaprzyjaźnionych blogach, bo jestem ciekawa, a odkąd przeczytałam książkę, mogę już zmierzyć się z cudzymi opiniami.

      Co do miszmaszu, wciąż nie mam zdania i już chyba go sobie nie wyrobię. Do pewnego momentu wydawało mi się, że Autorka sięga po pomysły za łatwe jak na nią (i jak na temat). Jest tajemnica – więc jest bohater, który przy herbatce opowiada nam zamierzchłe dzieje i tajemnica się wyjaśnia etc. Ale może tak jest dobrze? Może to równowaga dla groteskowych Kurwamin i Łabędzi? Powieść jest trochę jak patchwork. To może rodzić veto. Im dalej mi do czasu lektury, tym mniej umiem sobie zracjonalizować potrzebę tego dualizmu: tu dobro, tam zło; tu groteska, tam baśń, tu karykaturalna chciwość, tam anielska cierpliwość. No niech tam. Ale czytało się świetnie!

    2. czara

      I może o to chodzi? :) Nie chciałam wbić szpili, że niby śpiewasz w dużym chórze (choć w sumie nic w tym złego). W końcu to Ty mnie zainteresowałaś kiedyś Piaskową Górą więc i teraz bez Twojego tekstu brak by mi było pełniejszego obrazu. A z każdą Twoją wątpliwością mam większą ochotę sięgnąć po ten tytuł, jakoś rysy bardziej do mnie przemawiają niż idealna gładkość, jak w reklamie ;)

    3. czara

      Tamaryszku, wracam, jak często do naszej rozmowy, ponieważ po przeczytaniu (oczywiście z wypiekami, a jakby) Ciemno.., choć minęło już sporo czasu, nie potrafię zrozumieć, skąd te dobre recenzje dla tej książki. Pożyczam ją na prawo i lewo, z ciekawością i trochę pociesza mnie, kiedy i inni są na nie. Moje zarzuty są dokładnie takie jak Twoje – tylko u Ciebie się to zrównoważa, u mnie przekreśla. Hm… Głupio tak, skoro pani Bator tak uznana,no.

    4. tamaryszek Autor wpisu

      Czaro Droga,
      we Francji nie ma klimatu na Bator. Tak domniemywam, bo i Holly biadoliła na Ciemno… Chodziło o pewien brud – ponad miarę i potrzebę. Mnie ubrudzenie nie przeszkadza, nawet nie bardzo je widzę (poza bluzgami). Jeśli miałabym wskazać coś, co mnie dystansuje, to raczej ta gra konwencją i zasłanianie się nią przy płyciznach. Ułatwianie sobie zadania. Z dystansu patrząc(bo czytałam jakiś czas temu), główną przeszkodą są dla mnie rozwiązania baśniowe – to, że czyjś list czy zwierzenie rozwiązuje całą fabułę na tip top. Oczywiście, wiem, że to rzecz konwencji. Ale za dużo spraw ma w tym swoje uzasadnienie.

      Przekreślać? Nie! koniecznie dać szansę. Co prawda Wyspa Łza nie pomogła otrzepać skrzydeł. Ale też oczekiwania wobec JB urosły niepomiernie. I ciut współczuję jej, że wciąż na nowo musi udowadniać, że umie pisać. A z drugiej strony… może tak właśnie jest, że każdego dnia potwierdzamy, że potrafmy robić to, co wybraliśmy. Więc nie ma kuponów do odcięcia.

  6. katasia_k

    Tamaryszku, mnie również Piaskowa góra podobała się bardziej od Chmurdalii. Do tej ostatniej powieści zniechęciły mnie właśnie przewaga bajek nad realizmem i niewiarygodne sploty okoliczności. Dlatego też wydaje mi się, że raczej nie skuszę się na lekturę nowego dzieła Bator, choć po Piaskowej Górze zakochałam się w tej autorce i postanowiłam sobie przeczytać wszystko, co napisała.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Tym sposobem wałbrzyska saga pozostaje nienaruszona naleciałościami. Bo też prawda, że tu nie ma ani Jadzi, ani Grażynki. Rozumiem to wstrzymywanie się. Sama tak trochę stoję w rozkroku: sięgnąć po Kobietę, czy zostawić na „kiedyś, później”. I szala się przeważa na tę drugą opcję.
      Niemniej zakończę morałem, że Ciemno, prawie noc jest warte czasu, który skradnie czytelnikowi. :)

  7. 52tygodnieczytania

    Pakoś mi z Joanna Bator nie po drodze, ale w końcu nadarzyła się okazja. Książka w zasięgu, po rodzinie, ale czytając Twoją recenzję, doszłam do wniosku, że emocjonalnie tego chyba nie dźwignę. Może zacznę spokojnie (?) od „Piaskowej Góry” a później pomyślę?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Dlaczego? To jest absolutnie do udźwignięcia. Jest różnorodnie. Czasem czyta się jak powieść młodzieżową. Zwłaszcza te retrospektywne opowieści. To znów jak karykaturę kuriozalnych fanatyzmów społecznych. Mądra książka. Gatunkowy miks.
      A Piaskowa góra, która mi jest najbliższa, nie koniecznie jest lżejsza, oj, nie. Ostatnio Naia pisała, że piasek kojarzy jej się ze szlamem i mierzili ją bohaterowie. I w ogóle: z bohaterami Bator jest tak, że niektórych wkurzają ich ograniczenia i ciasnota horyzontów. Ja należę do tej drugiej grupy (to się tak po połowie rozkłada), która lubi te zakałapućkane postacie, irytuje się, ale widzi, że choć lusterko coś zniekształca, to odbicie ma wiele prawdy.
      Polecam Bator, zaczynaj od tego, co pod ręką. :)

  8. Winduru

    Porównania z innymi tworami Joanny Bator, przyznaję, nie mam, ale „Ciemno,prawie noc” zachęciło mnie do tej autorki. Groteska i balansowanie na granicy realności w tej powieści przyjemnie kojarzy mi się z „Mistrzem i Małgorzatą”. Znajduje się też w niej jedyny słuszny rodzaj reportażu ze snu – strumień świadomości ;) A słowa „kotojad” i „kociumke” weszły do mojego codziennego języka.

    Zgodzisz się z mottem z początku książki, o Bogu i diable?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Na Bułhakowa nie wpadłam. Dlaczego? W pierwszym odruchu: u Bator mniej humoru. Ale humor (groteskowy) przecież jest, tylko że osad jakiś cięższy, węglany, wałbrzyski…
      Motto jest przewrotne (i z tego powodu je lubię). Awans diabła, który z domeny szczegółów awansował na wszędobylskiego i Boga nabywającego specjalizacji w szczegółach. Wieloznaczne. Może zła więcej. A może siła (Bóg) objawia się w działaniach mniej spektakularnych, choć ostatecznie triumfujących?
      Skoro różne sensy, to nie powiem, czy się zgadzam. – po części. ;)
      Pozdrawiam, Winduru. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s