gra w istnienie;)

Italo Calvino, Rycerz nieistniejący, Wydawnictwo Cyklady 1993

Rycerz nieistniejący

Pytanie zasadnicze: co może nie istnieć a być przy tym warte opisania i domagać się swojej formy? Odpowiedzi bez liku. O proszę, tu i tam jakieś pozy, foremki, wydmuszki kolorowe – a w środku miedź brzęcząca lub zgoła nic. Warto by przy okazji i siebie samego opukać, sprawdzić, czy echo odpowie, czy dźwięk będzie płaski jak po klepnięciu nabitej kłody. A jak już z grubsza ustalimy, że jesteśmy, to –  wiśta wio!, łatwo powiedzieć! – hajże na koń i co sił przed siebie!

Trafiamy na rok 1959, na perełkę z tego roku: mikropowieść Italo Calvino, Rycerz nieistniejący. Mistrz od „nieistniejących miast” i opowieści, które zimową porą nie chcą się dać skończyć, tym razem snuje arcyprawdziwą gawędę o rycerzach Karola Wielkiego, którzy paradowali konno po traktach średniowiecznej Europy. 

Dlaczego „arcyprawdziwą” skoro nieprawdopodo- bieństwo rozgrywających się tu przygód przyprawia o zawrót głowy?

Bo jeśli przyjąć kryteria Italo Calvina, to do tego sprowadza się prawda literatury: „…wartość literatury polega na możliwości mistyfikacji i w mistyfikacji właśnie tkwi prawda literatury. Falsyfikat zatem, jako mistyfikacja mistyfikacji, równa się prawdzie do drugiej potęgi” (Jeśli zimową nocą podróżny). 

Dalejże, bo już słychać tętent koni! Wprawne ucho wychwyci, że wśród nich jeden koń stąpa nad podziw lekko, jakby niósł na grzbiecie ciężar mniejszy niż pozostałe. Prawda ci to, bo choć siedzi na nim zbroja bieluśka (z czarną lamówką), nienagannie lśniąca i jakby wyprasowana, to ze środka tej zbroi wyziera nieistnienie. Ściślej: to rycerz Agilulf, którego nie ma, ale jest, bo on istnieje siłą woli i mocą wiary w święte zasady. Taki gagatek! Agilulf to rycerz idealny, jaki nigdy istnieć by nie mógł, najlepszy w bitwie, najdworniejszy, najpedantyczniejszy w każdym drobnym przejawie sztuki rycerskiej. Ideał rycerza, którego realnego bytu nie sposób udowodnić, jest zarazem gwarantem istnienia całej armii. Kiedy dzieje się coś, co sprawia, że poszczególnego rycerza (np. Rambalda) otacza woal zwątpienia – wystarczy spojrzeć na Agilulfa, a sens wszystkiego wraca na swoje miejsce. 

Takiego rycerza idealnego – zupełnie jak w szkole kujona – nikt nie lubi. Na co sobie Agilulf solennie zasłużył. Był bowiem – sięgnę po słowa ks.Tischnera – „gwoździem w dupie całego towarzystwa”.

Oto Rambald podskakuje z emocji, bo chce pomścić śmierć swego ojca, zabić mordercę Issoara – Agilulf doradza mu udanie się do Głównego Urzędu do Spraw Pojedynków, Pomst i Plam na Honorze. No a tam zamiast jednego Issoara proponują mu zabicie trzech przypadkowych majorów. 

Co jest esencją rycerskiego istnienia? Chansons de geste, chwała niezwykłych czynów! I gdy w czasie uczty dzielni wojownicy snują piękne bujdy o heroizmie, zawsze na koniec odezwie się Agilulf i coś sprostuje. Mówi Roland, że jego miecz (Durendal) jest nad miecze, a zdobył go w niezwykły sposób. Odrąbać musiał ramię wroga, wyrwać broń z zaciskającej się na nim pięści… Agilulf na to: „gwoli ścisłości muszę zauważyć…”, że było dużo zwyczajniej. Rynald przekomarza się, że jego miecz to jest dopiero! Podczas przeprawy przez Pireneje jednym machnięciem przeciął na pół smoka, a skórę te gady mają diamentowo twardą. Agilulf: „Zaraz, zaraz, ustalmy stan faktyczny: przejście przez Pireneje miało miejsce w kwietniu, a w kwietniu, każdy to wie, smoki zmieniają skórę i są miękkie jak noworodki”.

„Między tym, co się dzieje na wojnie, a tym, co się później opowiada, jak świat światem zachodziły pewne różnice, ale w życiu wojownika nie ma znaczenia, czy jakiś fakt zdarzył się naprawdę, czy nie; przecież sama twoja osoba, twoja siła, twój nieodmienny sposób postępowania stanowią gwarancję, że jeśli nawet jakaś rzecz trochę inny miała przebieg, to przecież mogła mieć właśnie taki i może mieć w przyszłości, jeżeli zaistnieje podobna okazja”. Prawda? Coś istniało lub nie istniało, to rzecz względna.

Nic dziwnego, że główna intryga osnuta jest wokół tego, jak zdemaskowany Agilulf musiał udowodnić, że jego własne deklaracje są ścisłe i rzetelne. Znalazł się śmiałek, który zaprzeczył, jakoby Sorfonia, której dziewictwo Agilulf uratował, zdobywając tym samym pas rycerski, wcale wówczas nie była dziewicą (ma mocny dowód: jest jej synem). Rycerz nieistniejący nie poddaje się. On jest jak Bond, James Bond, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Zamierza znaleźć po 15 latach Sorfonię, wierząc, że wciąż jest dziewicą. „- Nawet nasze pancerze z kutego żelaza nie trwają tak długo!” – uzmysławia Agilulfowi jego mrzonki jeden z rycerzy. A jednak…

Tu dodam, porzucając poprzedni wątek, że również dziewice nie lubiły idealnego rycerza. Bo co się nadarzyło, że gwałt już już miał się dokonać, adrenalina skakała w górę i urozmaicała codzienną zwykłość, to ku ogólnemu niesmakowi „przyplątała się biała zbroja w poszukiwaniu rycerskiej chwały i przepędziła zbójców”. 

Ech, przygody… Niejedną mogłabym tu odsłonić, lecz nie wypada zdradzać zbyt wiele.

***

Może jeszcze słówko o średniowiecznych mniszkach, które wydają się być dziewczynami o nad wyraz ciekawej egzystencji. Jedna z nich w ramach pokuty spisuje dzieje rycerskie. I raz po raz westchnie sobie, że co ona tam wie o bitwach czy o miłości…, taka mniszka cnotliwa, niepozorna i skromna… Co wie o wojnach? No widziała grabież, wisielców, trupy po bitwie, gwałty, pożary, kazirodztwa, najazdy i tych pięć czy sześć bitew obserwowanych bezpośrednio z celi. Tyle wie, co wie. A o miłości? 

„Nie twierdzę, że nigdy o niej nie słyszałam; w klasztorze, po to właśnie, by ustrzec się od pokus, rozmawia się czasem o tych sprawach – w granicach nader mglistego o nich pojęcia – a zdarza się to zwłaszcza, ilekroć któraś z nas, nieboraczek, przez brak doświadczenia zachodzi w ciążę albo też porwana przez jakiegoś gwałtownika, który się Boga nie boi, wraca po jakimś czasie i opowiada nam dokładnie o wszystkim, co ją spotkało. A zatem o miłości, tak jak o wojnie, opowiem tyle, ile sobie potrafię wyobrazić: sztuka pisania wszelakich historii na tym właśnie polega, by z tej odrobiny, jaką się z życia zrozumiało, umieć wysnuć całą resztę; ale po zapisaniu karty wraca się znów do zwyczajnego życia i dopiero wówczas się spostrzega, że wiedziało się tyle, co nic”. Mniszki są rewelacyjne!

Ale tu przejść bym chciała do esencji tej książeczki, która utrzymana w postmodernistycznym duchu, parodiuje, melanżuje, przeinacza to, co znane, uprawia metaliteraturę (jak w ostatnim zdaniu powyższego cytatu), bo w rzeczy samej nie tyle opowieść, co jej tworzenie rajcuje tu autora (i czytelnika) najbardziej. Między tym, co było, a tym, co się zdaje, granica jest cieniutka jak  płatek. Zaistnieje to, co zapisane.  A co się zapisze? Tego nie wie nikt. Nawet ręka pisząca dziwi się kształtom liter. 

„Karta książki tylko wtedy jest coś warta, jeśli możesz ją odwrócić i dojrzeć za nią życie, które napiera gwałtem i miesza wszystkie karty. Pióro biegnie popychane samą radosną siłą, która każe ci uganiać się po drogach świata. Rozdział, który zaczynasz nie wiedząc jeszcze, o czym będzie opowiadał, jest jak zakręt drogi za furtą klasztorną: nie wiesz, czy ujrzysz za nim czyhającego smoka, czy gromadę zbójców, zaczarowaną wyspę czy nową miłość”.

Żeby nie było wątpliwości: written by tamaryszek istniejący ;)

Advertisements

8 thoughts on “gra w istnienie;)

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Nie zażegnuj się. Bycie mniszką jest jak jazda rollercoster. Bez trzymanki! I nic straconego: Bradamanta była najpierw rycerką, z błękitną narzutką. Zakochał się w niej Rambald, gdy zobaczył jak robiła siusiu nad strumyczkiem. (Naprawdę, to nie ja to wymyśliłam!). Ci rycerze! Te pałętające się nie w czas białe puste zbroje! Wiele się musiało zdarzyć, by taka Bradamanta została w końcu szczęśliwą mniszką. Docelowo to całkiem niezła meta. ;)
      Nie, coś pomyliłam. Ona w ostatniej scenie zrzuca habit. No widzisz, mniszki to są równe babki.

    2. tamaryszek Autor wpisu

      Z rycerzami trzeba uważać. Zwłaszcza z tymi nieistniejącymi. Poznasz po białej zbroi. :) Ja tuż przed snem mam zagwozdkę: czy rycerz śpiący to rycerz nieistniejący? I z tym dylematem zasypiam.

  1. ZygmuntMolikEWA

    Tamaryszku, obawiam się, że rozpropagowywując te zgubne myśli, dajesz różnym przeciwnikom politycznym zasiadającym po naszych sejmach i sejmikach, groźne narzędzie do ręki. Jak to tak: „w życiu wojownika nie ma znaczenia, czy jakiś fakt zdarzył się naprawdę”…

    Że też wszyscy dzielni mężowie tak tych dziewic, wyłącznie, szukają. Nie szukają przecie po to się napatrzeć. A już by bronić… nie wierzę. To jedna z tych rzeczy które nie istnieją, a są?
    Wierzę natomiast, że w ciążę zajść można przez brak doświadczenia.
    Na szczęście, ‚zaistnieje to co zapisane’. A ponieważ po noworodkach raczej nikt nie pisze, łacno ustrzec się ciąży będącej wynikiem braku doświadczenia.
    Tamaryszku, kolejne przecudnie opisane czytadło, aż miło się robi na serduchu.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ewo, jeśli pusta zbroja i inne przymioty zakutych rycerzy z czymś się per analogiam kojarzą, to widocznie coś w tym jest, ale ja kropki nad „i” nie stawiam. Z dziewicami sympatyzuję.;)
      A skoro juz tyle o tej książce nagadałam, to i najlepsze zdradzę. Najbardziej mi się podoba tandem: Agilulf – Gurdulu. Pierwszy, jak wiadomo, był białą zbroją, która istniała siła woli. Miał ideę siebie, a brakło mu czegoś, co ją po ludzku wypełni.
      Drugi zaś – to jest świetne! – był cielesny, że aż kipiało, ale co chwilę gubił tożsamość. Wołają go „- Gurdulu!”, on nie reaguje. A powie ktoś przypadkiem „ser” lub „strumień”, a Gurdulu się zgłasza: „jestem!”. Je zupę… i nagle coś mu w głowie przeskakuje i zaczyna pakować się do miski, jakby on był zupą a talerz miał go zjeść. I tak dalej. To jest arcyciekawy przypadek. Że można istnieć, nie wiedząc, że (i kim) się jest.
      Pozdrawiam!

  2. katasia_k

    Tamaryszku, dziękuję za przypomnienie tej uroczej książeczki. Wolę chyba Calvino z Jeśli zimową nocą podróżny, ale Rycerz nieistniejący również bardzo mi się kiedyś podobał, Cieszę się, że Tobie również.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :) Tak, z rozpędu kupiłam Wykłady amerykańskie Calvina. Imponuje mi jego literackie „znawstwo”. On i Umberto Eco, tyle, że pan Italo C. lepiej się czyta. Ale ta świadomość konwencji, aluzje, gra z czytelnikiem… świetne. To gwarantuje, że nie ugrzęźnie się na mieliźnie braku inwencji. Inna rzecz, że gdy się zagra w kilka takich gier, to chętnie by się człowiek zanurzył w reportaż, w jakąś historię namacalną, bez zakrętasów.
      Rycerz… był przyjemnością. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s