czekam na pretekst

Była taka intencja, w imię której w krótkim czasie nadrabiałam filmowe zaległości. Na co dzień mam poczucie umiarkowanego nasycenia, w kinie bywam często, dokarmiam się tym, czego mi trzeba, wiem, co gości na ekranach i co jest nagradzane. Jestem tak jakby up-to-date. Tak jakby, bo jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że wszystko, co hitowe, oscarowe i nagradzane mija mnie bokiem. Stąd się wzięło nadrabianie. 

Obejrzałam: Skyfall, Lot, Poradnik pozytywnego myślenia, Życie Pi, Operację Argo, Wroga numer jeden i przypomniałam sobie Bestie z południowych krain. I niczym polska Edith Piaff – wyznaję, że „niczego nie żałuję”, ale też nie ma tak, bym bez któregoś tytułu nie mogła się obejść. I o żadnym nie mam potrzeby pisać. Niepokoi mnie to, bo kto wie, czy  we mnie coś nie strzykło, czy nie zgubiłam sprężynki albo-co. Taki nietalent do mówienia o amerykańskim kinie czuję, że aż niepodobna. Więc coś powiem, żeby potwierdzić przez zaprzeczenie.

Skyfall

SKYFALL. Najlepsza jest piosenka Adele. Najbardziej odpychający – Javier Bardem. Co zamierzone, bo ten blondynek to schwartz charakter. Scena z wyjmowaniem zębów zapadła mi w pamięć. Raoul Silva, jak się okazuje, został porzucony i zdradzony. Miał się ratować cyjankiem ukrytym w zębie, ale jak go wydłubał, to mu wyżarło jamę ustną. To na mnie podziałało. Gdy Bardem wyjął szczękę, by pokazać kikutki ząbków, to mu uwierzyłam. I już się nie dam nabrać na jego zdjęcia cywilne. 

Co do meritum: świat potrzebuje zbawicieli. Nawet jeśli pani prokurator wpiera Judi Dench (M.), że jej czas się skończył, to oczywiście, że nie. Potrzebujemy starej gwardii, choćby nie wyrabiała normy na ćwiczeniach. Ważne, by czuwali, gdy zapada zmrok. A nowoczesne gadżety (np. radio) niech będą z nimi.

Operacja ArgoOPERACJA ARGO i Ben Affleck w podwójnej roli. Za kamerą i przed nią. W zasadzie: ja tę opowieść kupuję. Jest amerykańska do szpiku kości, nawet jeśli czas ekranowy wskazuje na przewagę Azji. Zdarzyło się naprawdę: w 1980 roku Tony Mendez uratował sześcioro Amerykanów (pracowników ambasady), nad którymi wisiała realna groźba unicestwienia przez reżim Chomeiniego. Zainspirował się Planetą małp, Hollywood miało okazję przetestować swoją magię i z testu wyszło jak konferansjer w przebraniu, co to zapodaje bajer, ale przesłanie ma czyste. Podobno rolę agenta FBI miał zamiast Afflecka grać Brad Pitt. Nie ma szkody. Affleck jest w stylu nieheroicznym, niepozornym, rozumiejącym. Aż dziw, że powierzeni mu nieszczęśnicy nie dowierzają Mendezowi i nie pozwalają sobie na łatwy optymizm. Scena ucieczki na lotnisku, na oczach wroga, rozgrywa się w napięciu, które potęguje improwizacja i nieobliczalność. Skoro to wszystko szczera prawda, to nie mam co grymasić, że finał jest rodem z baśni. Choć jest. I mogę tylko powtórzyć: amerykański hero zbawi świat. Trzeba mu tylko dać szansę.

LotLOT. Denzel, Denzel Washington!, on to potrafi rozpieprzyć scenariusz i poskładać go podług własnych reguł. Tak się przynajmniej zdaje, gdy niepokorny pilot, cudowny wybawiciel niemal setki dusz, roznosi na kawałki zawodowy ethos, fruwa z promilami, idzie w zaparte, serwuje sobie końskie dawki, po czym trzeźwieje od koki. Na dzień dobry mit mamy roztrzaskany. Cały środek filmu to niemal  instruktaż z upadków człowieka nałogu. Bez niespodzianek, choć gra bezbłędna:  jak zechce, to rzuci, AA nie dla niego, czepialscy nie mają racji, a exżona i roszczeniowy syn robią za krzyż pański, coby udręczyć biedaka do cna. Walka z głupotą świata i walka z samym sobą. Scena w sądzie, po której spodziewamy się brudnego kłamstwa, okazuje się właśnie tą, którą chciałabym zobaczyć raz jeszcze. Pada pytanie: „Czy w pana opinii znalezione butelki zostały opróżnione przez Katerinę M.?” [stewardessę, która nie przeżyła wypadku]. Brzydko kłamać, ale już wiemy, że to dla kapitana Whipa „naturalne”. A tu proszę: „W mojej opinii co?” Wiem, że psuję suspens tym, którzy nie widzieli. Ale tu właśnie następuje ładny efekt przekroczenia kreski. O jeden most za daleko. Dalej nie można. Bo mniejsza o zasady, które dawno zszargane, mniejsza o rację, logikę i pragmatyzm. Po prostu czasem robi się coś takiego, co może nas pogrążyć (a często ocala), tylko dlatego, że jakaś sprężynka jest już naciągnięta do granic i po prostu musi odsprężynkować na powrót. I to jest w takim stopniu świetnie, w jakim nieświetne jest zakończenie. Szkoda, że nikt w Ameryce nie wpadł na pomysł… Niemożliwe! Szkoda, że jeśli wpadł, to nie miał siły przebicia – ktoś, kto by cenzurował heroiczne zakończenia. Kto by wycinał padające w finale zdania typu: „Kim jesteś?” oraz wszelkie bębenki, wygrywające triumfalne tony zbawcom, wybawicielom, agentom ostatniego ratunku, herosom po przejściach.

Życie PiJa tu mogę nie mieć racji. Ale cóż. I tak powstrzymuję swą opinię o Richardzie Parkerze – tygrysie bengalskim z Życia Pi, dzięki któremu powinnam uwierzyć w Boga. Owszem, zrobiły na mnie wrażenie rzesze surykatek, ale przypowieściowa formuła, choć prowadzi do jakiegoś zbawienia, zawiesza się dla mnie na drodze krzyżowej: nie mogę przez nią przebrnąć. Może to dlatego, że nie czytałam Yanna Mantela i nie docieram do głębi? Może za dużo amerykańskich filmów w krótkim czasie? Za dużo pozytywnego myślenia? 

Reklamy

23 thoughts on “czekam na pretekst

  1. kornwalia

    Wreszcie coś widziałam :)
    Skyfall dla mnie był zbiorem bardzo ładnych, szybko przewijanych obrazków bez znaczenia, nie poczułam żadnych emocji. Zawiodłam się. No i zabili tak szybko – sama wiesz kogo! Skandal i granda :) Ale Bardem oczywista był bardzo pozytywny.
    Lot – całkowicie się zgadzam, zakończenie zepsuło efekt. W sumie scenariusz prosty ja budowa cepa, ale jednak Denzel podrasował to swoją grą, że chciało się oglądać.
    Pozostałych nie widziałam, Życia Pi zwłaszcza nie chcę oglądać po trailerze już, bo książka jest dla mnie cudowna, mocno filozoficzna, a w filmie została sprowadzona do żarówiastych obrazków w 3D coby ludziska mogli gębusie rozdziawić w kinie i tyle. Takie jest w każdym razie moje wrażenie i ja dziękuję, postoję.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      No, musiałam się zastanowić, kogo zabili tak szybko, bo przecież właśnie wszyscy tam byli kuloodporni. Ale zgadłam, że chodzi o tę panią z kieliszkiem na głowie. ;) Co do powieści Mantela, to chyba nie jest mi pisana. Ty doceniasz, Ojtam coś mówi o głębi, ale ja już straciłam naiwną wiarę w gościa, który nosi imię po basenie. Może w prozie jego eklektyzm z czegoś wynika. W filmie było wszystkiego za dużo. I tylko surykatki mają rozgrzeszenie. Za dużo wody i tygrysa. Za dużo metafor. Za dużo zbolałej i współczującej miny tego pana, który słucha zwierzeń. Kilka razy chciałam go uszczypnąć, żeby nie był taki miniasty. Jestem już, niestety, lost reader.

  2. janek

    :))) Ta odrobina sarkazmu jest niezbędna jak pieprz w rosole. Lubię. Ja nie słyszałem, by można było grzeszyć nadmiarem pozytywnego myślenia. A jeśli nawet? To zawsze jakiś pretekst … choćby do spowiedzi ;).
    Bardem? Ja boję się na niego patrzeć nawet w cywilu! ;) No ale twardziel i zdaje się, że jest z samą Penelope Cruz! Tak,świat potrzebuje zbawicieli, a ja potrzebuję też i takiego kina. Do obejrzenia tylko w kinie! ;)
    Jakoś nie lubię Afflecka. Jako aktora przynajmniej. Dużo bardziej przekonuje mnie jego przyjaciel Damon. Ale może jako reżyser? Filmu jeszcze nie widziałem. Godne podziwu: pokonał Spielberga!
    Zazdroszczę częstego w kinie bywania i … razem z Tobą czekam na pretekst ;).

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Do tego typu rosołków trzeba by sypać pieprz szuflami. ;) Oj, można grzeszyć pozytywnym myśleniem, oj, można. Ojtam podrzuca czarny humor i dziką Pollyannę. Ja mam ochotę roznieść na bagnetach happy endy. Żądam niejasnych zakończeń! Niech mi się zrobi niepewnie, niech coś się we mnie wyrywa do pomocy zamiast tego usypiającego błogostanu. Nieufność mi się nastroiła na główną falę nadającą. Nie poradzę.
      Co do Penelopy, to najwidoczniej nabrała się na uzębienie. Chyba że potrafi kochać mimo kikutków. Ależ z tego Bardema aktor i udawacz. Ech.

    1. igorimorswin

      Szto eto „kwadratowa kropka”?

      Zabawna scena I:
      Protagonista recenzuje „Pożegnanie z bronią”. Po tej scenie pomyślałem „jejku jej, to będzie bardzo zabawny film”. Oj jaki srogi był mój zawód.

      Zabawna scena nr II:
      Konkurs taneczny.

      „WTF ” to taki skrót, którego używają niekulturalni blogerzy kulturalni :)

      Pozdrawiam
      -Igor

      PS Nie widziałem trailerów tego filmu, ergo – należy je uniewinnić :)

    2. tamaryszek Autor wpisu

      W trailerze był Hemingway i jogging, i chyba jakieś urywki z ćwiczeń tanecznych. Ja się do żadnej sceny nie przywiązałam. Zabawny był ten małolat, który uparł się na wywiad z wariatem. Niezła komedia romantyczna, można rzec: z ducha szekspirowska (bo wiele hałasu o nic). Kwadratowa, czyli taka kropka x kropka. ;)

  3. la-di-da

    Ja dokładnie rozumiem Twoje czekanie na pretekst. Bo u mnie jest tak, że czasem napisać potrzebuję i potrafię, a czasem nie potrzebuję, nie chcę, nie umiem. Nie zawsze świadczy to o wartości filmu (wartości dla mnie, oczywiście, nie tej „obiektywnej”). Lubię, jak chociaż jedna myśl, jedno zdanie w filmie, jeden gest, jedna scena wyzwala u mnie myśli, które można zamknąć w tekst. O kinie hollywoodzkim pisze mi się trudno, choć o Skyfall jakoś mi się udało, bo ku memu zdziwieniu podobał mi się. Poradnik widziałam i do dziś nie potrafię powiedzieć czegokolwiek. Wszystko już powiedziano, a ja nie mam nic prawdziwie swojego do dodania póki co. Lot – niezły, acz mógłby być lepszy. I tyle, no :).
    Wesołych świąt :)).

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Teraz się tak złożyło, że wyczekiwałam pretekstu, ale i nie dosypiałam ze zmęczenia. I mam blogowe zaległości czytelnicze (na wszystkich frontach). Zajrzę na Twój komentarz do Bonda. Bo cóż: Bond jest Bond. Ja nie wybrzydzam na Hollywood. Gdy mam skowronkowy nastrój, to kocham Hollywood i błogosławię za każdy trafnie zainwestowany cent. I na pewno o każdym hicie można pisać i mądrze, i głęboko, i z jajem. Ale mnie coś nie ukłuł zestaw, który sobie zapodałam. Może jaja czekają już na Wielkanoc? Też świątecznie pozdrawiam! :)

  4. Ojtam

    Kornwalio, skoro czytałaś Życie Pi, to film Cię rozczaruje. Odarł książkę z całej tej głębokiej treści i zostawił kolorową powłoczkę.

    Janek, jednak można mieć nadmiar pozytywnego myślenia. A przez to nabawić się efektu Pollyanny i widząc gościa, któremu właśnie tramwaj obciął nogi zawołać: Ojej, jaka szkoda, ale przynajmniej będzie pan mógł teraz sobie dłużej posiedzieć.

    t. to całe amerykańskie (w domyśle hollywoodzkie, hitowe) kino jest dla Amerykanów. Owszem, potrafią kręcić takie, co to poruszą, jednak większość, to jakieś sequele, remaki i rebooty. Amerykański hero, ładna dziewczyna i zły świat. Taki film to jak pralinka, dobra i smaczna – jedzona po jednej, po kilku już mdli i człowiek tęskni za pachnącym chlebem ;)
    PS. albo dziadziejemy….?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ameryka potrafi wszystko. Sam wiesz. To jak z pejzażem – tylko wyruszyć w trasę, a przed oczami śmiga różnorodność. Co do ww.filmów: mogą sobie być. Różne stworzenia Boże są na świecie, duże, małe, kwadratowe i okrągłe. Co się czepiać Bonda, że jest Bondem…? Pralinka cudna rzecz.
      Ale żeby w oscarowym zestawie wszystko szło pod jedną komendę, to naprawdę gruba przesada. Tak się nasyciłam, że na Lincolna zabrakło we mnie pojemności.

      Hej, kto dziadzieje, ten dziadzieje. Ja jeszcze gram w zielone! Wiosna idzie! Kaziu, zakochaj się! (nawet jeśli nie trafiłam z imieniem);)

    2. kornwalia

      Życia Pi nie będę oglądać, dla mnie nie ma sensu ekranizowanie tej książki. Mam tylko nadzieję, że nie cytowali jej w filmie, bo wtedy Tamaryszek chyba faktycznie nigdy po nią sięgnie (a byłoby szkoda).

    1. czara

      Ach tak? To zażyczę sobie (pre)tekst o Lęku wysokości! Widziałam w zeszłym tygodniu na niewygodnym krzesełku w czymś a la dom kultury (Dom Stowarzyszeń), na własnym zresztą komputerze, który uratował gospodarzy przed klapą i … chciałabym jeszcze raz to przeżyć, oczami znaczy piórem Tamaryszka!

    2. czara

      Fiu, fiu, tu rzeczywiście kompleksowa obsługa, nawet jeśli danie odgrzewane, nic nie traci na jakości! Dostałam dokładnie, co chciałam, a oczekiwania miałam wysokie.
      I tylko mi wstyd, że jako stały bywalec, nie pamiętałam! Została mi w pamięć Ki, to mam na swoją obronę (ale niestety nie widziałam, może kiedyś indziej, na innym niewygodnym krzesełku;)

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Leć na Lot! :) Ale Kornwalia nie od rzeczy mówi, mówiąc, że film ma konstrukcję prostą jak budowa cepa. Sprawdzić trzeba dwa nazwiska: D.W. i R.Z. (Robert Zemeckis, ten od Forresta). Ewo, a toś mnie wzięła z zaskakującej strony – żeby zareagować akurat na instruktaż upadków człowieka nałogu? Kobieta wolna i niezłomnie ulegająca tylko tym nałogom, które nie mają złych stron. ;)

    2. tamaryszek Autor wpisu

      Robią, robią. Nawet nie napomknęłam, zadziałała autocenzura. Bo ja mam fobię śmierci w przestworzach. Odpukać w niemalowane.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s