a ja bronię anafory

Założenie jest takie: nie zabieram na blogu głosu w sprawie matury. Ani tegorocznej, ani żadnej. Czułabym się jak kundelek szczekający na księżyc. Nie żebym była aż tak nierasowa, a matura tak astronomiczna. Bynajmniej. Po prostu ilość spraw do obszczekania jest za duża, a hałas, jaki jestem w stanie wytworzyć, niewiele może zmienić. Poza tym: każdy kij ma dwa końce, a kijów ci tu dostatek. Słowem: matura – sza! Ale pytanie z  artykułu Jacka Żakowskiego w „Polityce”, chciałabym skomentować. 

Gdzie by człek ostatnio nie spojrzał, tam krytykują szkołę. Niektórzy w ogóle odmawiają jej racji bytu. Inni narzekają na staroświeckość, absurdalność, bezradność, nieużyteczność. Uczucia mam mieszane. Bo po części to prawda. I jeśli ta krytyka ma otworzyć oczy i wymusić, by zaprzestano zamiatania problemów pod dywan, to ok. A jeśli prowadzi do tego, by każdy mógł sobie pluć na wszystko, to wolę nie obserwować.  

Artykuł: „Wiecie, co to anafora? Nie wiecie! Nie załamujcie się. Pytałem redaktorów i dziennikarzy – w końcu zawodowo zajmujących się pisaniem – też nie wiedzieli. Po jaką cholerę ma to wiedzieć 325 tysięcy tegorocznych maturzystów?”

Jedno z maturalnych pytań dołączonych do artykułu o kosmosie (Świat w 44 zerach), które sprawdzało umiejętność „czytania ze zrozumieniem”, wymagało, by maturzysta określił, czy we wskazanym fragmencie użyto: metafory, porównania, apostrofy czy anafory. Ściślej: powinien zgadnąć, że „horyzont poznania” jest metaforą. Jejuńciu! To jak z kabaretu Mumio, niegdyś reklamującego telefonię komórkową… „Trudne słowo: metafora. I jeszcze trudniejsze: alegoria”. Gdzie tu jest nadmiar? 

Ja rozumiem, że to nie jest TAK życiowe jak pytanie o cenę chleba albo o to jak udzielić pierwszej pomocy rannemu w wypadku. I faktycznie nie jest to zadanie na kreatywne myślenie etc. I nie zorganizuję krucjaty w obronie anafory. Ale coś tu jest nie tak. No bo dlaczego nie mógłby maturzysta wiedzieć, czym anafora jest? No co szkodzi wiedzieć? Dlaczego pan redaktor uważa, że umiejętność rozpoznania metafory jest bzdurna? I chce chronić przed nią swoje dziecko? „(…) jestem wściekły, że moje podatki są marnowane na zaśmiecanie głów młodego pokolenia zbędnymi informacjami”. „Dlatego jako ojciec zwyczajnie sobie nie życzę, żeby mojemu dziecku za moje pieniądze zawracano głowę takimi głupotami”.

Czyli co? Zrobimy listę chwytów (środków, figur, znaków) językowych, które w redakcji „Polityki” są znane i o nie można będzie pytać, a o inne już nie? To analogicznie: sprawdźmy, jakie znają gatunki ptaszków (żeby na biologii nie pytano o rudzika, jeśli redaktor zna tylko sikorkę, bociana, srokę i wróbla). Ustalmy limity słów, pojęć i terminów, żeby cała wiedza mogła się zmieścić w kieszonkowym wydaniu poradnika dla maturzysty „Zdążysz w weekend”.

Jasne, że encyklopedyczna wiedza nie jest dziś tak znowu nieodzowna. I gdyby jakiś Pimko natrząsał się z kogoś swymi pytaniami i pasł się zielonością jego jak krowa na łące, to źle by było. Ale żeby nie móc zapytać? Żeby za zbyteczne uważać? Na mocy tego, że komuś się w życiu powiodło bez tej wiedzy? To takie banalne! Wierzycie w narzekania fizyka, który „niepotrzebnie” kiedyś przeczytał Gombrowicza, bo teraz nikt go o to nie pyta? Albo biadolenie humanisty, że mordowano go niemiłosiernie funkcją kwadratową lub budową pantofelka. Że uczono nas głupiej tabliczki mnożenia, a teraz to psu na budę, niepotrzebne, bo każdy kalkulator zrobi to za nas szybciej…

Przydatność wiedzy to niekoniecznie jej użyteczność. Czasem chodzi po prostu o sposób myślenia, o perspektywę, z której patrzy się na świat. O to, by wejść na stół i zobaczyć inną przestrzeń (metoda prof. Keatinga! ze Stowarzyszenia umarłych poetów). Ta zbitka literaturoznawstwa i historii literatury (która w mocno sfatygowanej postaci wysyła swoje zombi do szkół) uczy, że można nie tylko używać języka do komunikowania treści. Można to robić na różne sposoby. I to w dodatku świadomie, potrafiąc również nazwać zastosowane chwyty. I że ta językowa świadomość jest na swój sposób cenna.

A nieszczęsna anafora, której nikt ze znajomych pana Żakowskiego nie zna… Cóż to jest?
To powtórzenie tego samego słowa lub zwrotu na początku kolejnych segmentów wypowiedzi. Gdy wers po wersie zaczyna się analogicznie. Strofa po strofie, akapit po akapicie. Poezja barokowa stoi anaforą – to raz. W ogóle mowa wiązana lubi tak łączyć wyrazy, by wszelkie powtórzenia i paralelizmy (trudne słowo!) tworzyły dodatkowe sensy właśnie dzięki takiemu a nie innemu ustawieniu. 

Anafora jest starym jak świat – i dobrze znanym starożytnym mówcom – chwytem retorycznym. Bo pozwala genialnie łączyć przejrzystość kompozycyjną z perswazją. Zwłaszcza gdy w roli anafory wystąpi zgrabna, mocna, chwytliwa fraza.

Jest też środkiem mnemotechnicznym, pomagającym zapamiętać więcej, dzięki skomponowaniu treści w analogiczne bloki. Użytecznym – o dziwo!

Żakowski: „Słuszna odpowiedź na pytanie o anaforę brzmi: «puknijcie się w głowę»”. Jakie to było słowo…, to, którym się określało ludzi, znających jedyne słuszne odpowiedzi i  negujących wszystko, czego nie znają? 

W tekście Żakowskiego jest kilka bardzo mądrych obserwacji. Może tak musi być, że jak ktoś coś słusznego powie, to jakieś biologiczne prawo (którego się nie nauczyłam i teraz nie wiem!) działa tak, że dorzuca głupotę?

Przyjaciel podrzucił mi niedawno inną (filmową) wypowiedź o zmianie paradygmatu edukacji.  Polecam do namysłu. 

Reklamy

22 thoughts on “a ja bronię anafory

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Filmik jest trochę – fakt – na doczepkę. Bo zamierzałam podzielić się myślą, że i owszem, trzeba zmiany. Film jest o tym. Ale zapał podzielenia się tą nie najbardziej odkrywczą myślą ulotnił się. I został tylko filmik No ok, 11 minut, ale facet ma takie przyspieszenie, że czas wchodzi w inny wymiar. Czuje się najwyżej 5 minut. ;)

  1. PawełW

    Ja też bronię anafory. ‚Obcinanie’ wiedzy do niezbędnego minimum krytykowano kiedy chodziłem do liceum a było to ładnych kilkadziesiąt lat temu. Byliśmy wtedy dumni, że przeciętny polski maturzysta ma wiedzę geograficzną, historyczną, matematyczną … znacznie przekraczającą to co wie o tych dziedzinach absolwent średniej szkoły amerykańskiej. Miałem okazję sam przekonać się o tym kiedy w USA w latach 80-tych Amerykanie – owszem – kojarzyli Polskę z ‚Walesa’ a nie bardzo wiedzieli gdzie znajduje się ona na mapie.
    Niestety. W ciągu ostatniej dekady na fali ‚reformy’ edukacji oznaczającej min. utworzenie gimnazjów doszło do spłaszczenia i ograniczenia wiedzy wymaganej od ucznia – maturzysty. Przykład: choćby kanon lektur. Chciałoby się zawołać ‚Widzisz i nie grzmisz’ ale będzie to wołanie na puszczy. Tak jak mówi Sir K.Robinson w swoim wykładzie o paradygmacie edukacji: ‚przeprowadzamy dzieci przez proces edukacji poddając je anestezji. Uczą się nie wiedząc po co i dla czego. Przestano uczyć przedmiotów w powiązaniu ze sobą (choćby brak rachunku różniczkowego w matematyce bez czego uczenie fizyki jest bez sensu). Uczymy fragmentów historii, kawałka geografii, niektórych ‚ptaszków’ na biologii…. I tu się wpisuje Jacek Żakowski, którego nota bene bardzo cenię, ze swoim żądaniem uproszczenia przekazywanej wiedzy. Tylko niech się potem nie dziwi, że społeczeństwo nie ma elementarnej wiedzy ekonomicznej i socjologicznej.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      „niech się potem nie dziwi…” – to jest refren memento. Bo wszystko, co robimy z „koncepcją” (niestety, cudzysłów) uczenia, odbije się echem w nie do końca przewidziany sposób. Te konsekwencje są dość poważne. Ale nie ma mądrych. Bo stare wzory już nie działają, nowe nie przekonują.
      Żakowski ma bardzo dużo racji. Zabawne, że dostało się biednej anaforce. Choć w pytaniu wcale nie o nią chodziło, lecz o metaforkę, a bez metaforycznego myślenia, przyznasz, świat się cholernie upraszcza. ;)
      Kije mają po dwa końce. Bo Żakowski twierdzi, że miejsca w pamięci jest mało, jedno wypiera drugie. Jeśli anafora zajęła miejsce czegoś istotniejszego, to może bezprawnie? To jest dziwne. Lęk, by się nie dowiedzieć czegoś, co się nie okaże przydatne.
      Mnie nie chodzi o to, czy trzeba znać anaforę czy nie. Można nie znać i żyć. Chodzi o ton. „Ja sobie nie życzę, by od mojego dziecka ktoś wymagał czegoś, czego ja nie wiem”. Bałabym się uczyć. Każdy może przyjść z podobną pretensją. Bo nie tylko pan Żakowski jest ojcem. I robi się śmiesznie.

      Niech żyje anafora! Póki jeszcze żyje. ;)

  2. kasjeusz

    Bardzo często spotykam się z zarzutem, że w szkole jest za dużo wiedzy encyklopedycznej (przydatnej, jak to zostało wspomniane w artykule, tylko na teleturniejach). Coś w tym jest. Koleżanki z klasy skarżą się, że muszą zapamiętać datę urodzenia Tuwima, przecież wystarczy w dowolnym momencie wyguglać jego nazwisko, żeby się tego dowiedzieć. Ekspertem nie jestem, ale wydaje mi się, że nauka na zasadzie ZZZ też przynosi korzyści. Na pewno nie zapamiętam wszystkich państw Afryki wraz z ich stolicami na całe życie, ale następnym razem, kiedy będę się czegoś uczyć na pamięć (odczytu, rymowanki na Dzień Babci albo nazwisk dwudziestu współpracowników w firmie), przyjdzie mi to o wiele łatwiej i szybciej.
    Zgadzam się z tym, co napisałaś: chodzi o ton. Czasami w trakcie podobnych dyskusji pojawiają się oburzone wypowiedzi obrońców szkoły („jak można nie znać x?!, poziom nauczania jest coraz niższy!, za moich czasów…). Można żyć i się rozwijać – ze znajomością anafory czy bez. :)
    Wybacz przydługi, nieskładny komentarz,
    kasjeusz

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Kasjeusz, no jest jak jest. Nie różowo, ale też nie żałobnie. Gdyby mniej oszołomów maczało palce w reformowaniu, może kłód byłoby mniej. A tak pozostaje nadzieja, że spotka człowiek człowieka i czegoś ich to spotkanie nauczy. Wizję ktoś mógłby mieć. Albo przynajmniej niech nie przycinają skrzydeł do samej skóry, bo wolno odrastają.
      Ton przeszkadza najbardziej. Pretensje, obraźliwe pomówienia, zgryźliwe przytyki. Szukanie winnych. A to nauczyciele leniwi, ograniczeni, anemiczni, matrycowi… A to uczniowie rozkojarzeni, matołkowaci, jakby dopiero co z jaskini wyszli. Ludzie są jacy są. Nie chcę nikogo zatruwać niepotrzebną wiedzą. Ale też nie będę nikogo uczyć gry na giełdzie, bo się na tym nie znam. To, na czym się trochę znam, jest proste jak kromka chleba i wyszukane jak – powiedzmy – trufle. Dla każdego i dla wybrańców. Cudownie zbyteczne i niezbędne jak tlen. I niedające się przekazywać według matrycy. A egzamin z tego zrobiono taki, że albo nikt mu nie chce przyznać rangi (ustny) albo można przy nim ziewać jak hipopotam (pisemny). I co teraz? Szkoda, że obie strony mają wrażenie, że uczestniczą w czymś nieudacznym. To zakłóca dobre samopoczucie.

      Z tym encyklopedyzmem to ja tego nie czuję. To zanika. Zdarza się, że uczeń sam czepia się jak brzytwy tych dziennych dat narodzin. Podejrzewam wówczas, że to maniak astrologiczny i wiele sobie wróży z tego, że Tuwim urodził się 13 września (Panna). Nie gorszy mnie, że ktoś czegoś nie wie. Ale męczy mnie nonszalanckie lekceważenie wiedzy. Fajnie jest coś wiedzieć! Co z tego, że coś tam o wszystkim piszą na Wikipedii, kiedy dużo piękniej jest wiedzę sobie układać jak bukiet z różnych kwiatków. Fajnie jest wiedzieć, co to takiego anafora. Zwłaszcza, że właśnie jej użyłam.:)

  3. kornwalia

    Filmik – bomba, zaczęłam subskrybować kanał tej organizacji pozarządowej (no, dla języka też, przyznaję, ale ciekawe rzeczy wrzucają).
    A w ogóle to chylę czoła przed Twoim postem, pięknie to napisałaś, z taką łatwością przelewasz myśli na e-papier :) W sumie się zgadzam. Edukacja to tak drażliwy temat, a jednocześnie już wręcz palący problem… Naprawdę boję się, że zmierzamy do społeczeństwa opisanego w filmie Idiokracja. Coś faktycznie trzeba zmienić. Nie wiem w sumie już jak mam reagować na luki z ogólnej wiedzy (np. że Tokio jest stolicą Japonii), bo może tak ma właśnie być a ja się czepiam. Nie będę zgrywała eksperta. Jedno jednak wydaje mi się śmieszne – te cholerne 30% na maturze :) Każdy rozumie różnicę między 30 a powiedzmy 51%. Czy to nie absurdalne, że wystarczy mieć 1/3 wiedzy ze szkoły średniej, aby zdać maturę i dostać się na studia?
    Niemniej jednak marzy mi się szkoła proponowana prze sir Robinsona, w której kwestia 30 czy 50% nie ma znaczenia. Niestety, taki model edukacji jest niemożliwie wręcz drogi, a więc dla nas jeszcze ciągle utopijny.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Sir Robinson roztacza wizję. :) To jeszcze nie koncept na szkołę. Ale wystarczy, by sobie uświadomić, w jakich ciekawych czasach żyjemy. Całkiem niechcący i bez certyfikatu, trzeba być linoskoczkiem, supermanem, akrobatą, kosmitą i grotołazem. Żeby jakoś cholernie nadążyć za współczesnością. Konieczny jest „przepływ”, zaufanie do siebie i do świata. Systemy, które chcą wszystko skatalogować i rozstrzygnąć kryterialnie, nigdy za niczym ważnym nie nadążą.
      Pozdrawiam!

    2. kornwalia

      Wizja, ale mogę sobie to wyobrazić, na metodyce i obserwacji rozmawialiśmy o tym, czyli o sztuczności podziałów dzieci na klasy, o standaryzowanych egzaminach. Na papierze indywidualne podejście, a potem prezydent miasta zwiększa liczebność klas. Chaos wynika nie tylko z braku wiary, że można inaczej, ale po prostu z braku pieniędzy i nierozumienia, że akurat na to warto je przeznaczyć.

    3. tamaryszek Autor wpisu

      O pieniądzach po dżentelmeńsku milczę. One powinny być adekwatne. Gdyby to było „A”, to do „Z” nie dojdziemy nigdy. ;)

  4. ZygmuntMolikEWA

    Frazeologicznie rzecz ujmując; zjedzenie wszystkich rozumów może być mało strawne. To o tych co piszą o maturach jako o przeżytku, to o tych którzy wszystko chcą zmieniać, choć sensu w tym niewiele, to o tych, którzy sądzą, że na wszystko są proste recepty. Trochę się dziwię, że p. Żakowski (znienacka) okazał się wielbicielem leków bez recepty. Czy zdaje sobie sprawę, że wprzódy warto zapytać lekarza lub farmaceuty, bo każdy lek…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      „…gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża twojemu życiu lub zdrowiu” Uwielbiam takie zgrane płyty, takie zdania, które każdy po pierwszej frazie sam może dokończyć. ;) Żakowski nie w ciemię bity, trochę nas prowokuje. A trochę manipuluje. Znienacka, potwierdzam. Na co dzień sympatyzuję. ;)

      No bo też nikt nie bierze serio ewentualnych reperkusji. Struty organizm szaleje i sporo trwa nim przejdzie detoks.A pokusa wysmażania cudownych (w teorii) recept jest nieodparta.

  5. ZygmuntMolikEWA

    Melduję, zapoznałam się z tekstem źródłowym w „Polityce” (nie u ciebie, sypnęłam groszem!) jest o czym myśleć…Jeden z wniosków? nie edukuję się, dla pewności. Albo mi starczy co mam, albo nie…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ewo, szczęściaro :) Tyle już wiesz, że żaden edukacyjny eksperyment nie zamydli Ci oczu. Jest o czym myśleć ;) Ale – jak to cudownie, gdy nie trzeba zamartwiać się systemem, a można sobie dreptać (tańczyć, podskakiwać, wykręcać piruety lub stawiać drobne kroczki) na własnej ścieżce. Pozdrawiam!

    1. tamaryszek Autor wpisu

      La-di-da, dzięki za braterskie (siostrzane?) wsparcie. Czyli: lekturę, aprobatę, komentarz (z nadwyżką szczypty uznania):) Nic dodać, nic ująć. :)

  6. Mila

    Tym tekstem p. Żakowski ostatecznie utwierdził mnie w przekonaniu, że nadaje się do wszystkiego z wyjątkiem dziennikarstwa. Nie czujecie tego absurdu – dziennikarz, który z założenia powinien być humanistą, człowiekiem o szerokich horyzontach i dużej wiedzy bez cienia żenady przyznaje, że nie zna tak podstawowych pojęć z teorii literatury (zresztą, jak wynika z artykułu, nie tylko on). I zamiast cichaczem się dokształcić, on i jego koledzy chwalą się swoją niewiedzą, jakby była powodem do dumy? Świat się przewraca.
    Cóż z tego, że dzisiaj wszystko można w ciągu minuty znaleźć w internetowej wyszukiwarce? Każdy, kto ma maturę (lub studia wyższe) powinien być wykształcony na tyle dobrze, żeby orientować się w świecie bez tejże wyszukiwarki i poprowadzić dziesięciominutową, interesującą rozmowę bez ciągłego odwoływania się go Google.
    Uważam, że największych korekt nie potrzebuje szkoła i podstawa programowa (chociaż one też wołają o pomstę do nieba; od uczniów wymaga się za mało, a nie za dużo, jak wynika z powyższego artykułu), tylko nasza dzisiejsza mentalność, w myśl której nie ma potrzeby nadmiernie się przeciążać, a która jest umacniana przez wykształciuchów typu pan Żakowski.
    Kiedy ludzie wreszcie zrozumieją, że same „umiejętności” nie są nic warte bez wiedzy – najczystszej, w bólach przyswojonej wiedzy?
    Dlaczego zakładamy, że wszyscy muszą zdawać maturę? Niech do szkoły ogólnokształcącej idzie 5 procent najlepszych, którzy są w stanie sobie przyswoić stolice państw afrykańskich, definicję anafory, historię wojen północnych i rachunek różniczkowy, a reszta – przykro mi, sayonara, szkoły zawodowe powinny czekać.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Mila,
      nie, no za mocno brzmi to podważenie kompetencji Żakowskiego. Ja tę wypowiedź osadzam w kontekście innych, wśród których zdarzały mu się wpadki, ale ich poziom, rzetelność i inteligentny krój sprawiają, że traktuję autora serio. I cenię.

      Przyznanie się do nieznajomości elementarnych słów mogłoby być zabawne. Ale – faktycznie – nie jest. Bo dziś „wszyscy” mają łatwość wyznawania, że czegoś tam nie wiedzą i że się wcale nie wstydzą. Otóż, nie jest wstydem nie wiedzieć i się do tego przyznać. Ale afiszować się swą niewiedzą to już (w mojej percepcji) jest odrobinę poniżej poprzeczki wyznaczającej dobry smak.
      Niektóre absurdy wchłaniamy przez skórę. Ja już sobie nie zadaję pytań w rodzaju: dlaczego każdy ma mieć maturę (za moment wszyscy będą mieć doktoraty). Niekoniecznie tu chodzi o powszechną mądrość. Powody są dużo bardziej merkantylne lub asekuranckie. Moje zdziwienie w tym temacie wygasło. Raczej „kombinuję”, jak przekazać (wskazać, objaśnić) treści, które dawniej chwytano w locie, nawet na poziomie abstrakcji, a dziś potrzeba interaktywnych fajerwerków. Mnie to bawi, uczy, czasem wytrąca z równowagi. Ale kto powiedział, że równowaga jest wartością? ;)
      Pełna zgoda, gdy mówisz, że warto wiedzieć dużo, że żadna wyklikana odpowiedź nie zastąpi indywidualnego rozeznania. Mam nadzieję (lekko nadwątloną), że w dziedzinach, które nas pasjonują pozostaniemy zachłannie głodni wiedzy i zdolni przyswajać gargantuiczne porcje. ;)

      Pozdrawiam! Przepraszam za opóźnienie w odpowiedzi (to ten maj!).

  7. Mila

    Właściwie to rzucam tu samymi truizmami, ale krew jasna mnie zalewa, kiedy czytam taki artykuły, usprawiedliwiające głupotę, brak wiedzy i obycia.

    Odpowiedz
  8. grendella

    Och, dopiero teraz nadrabiam zaległości blogowe, a tu taki tekst! I ja bronię anafory! I jeszcze na dodatek życzę sobie, by studentowi nie mylił się Romantyzm z Renesansem. I to bez zaglądania do wikipedii. Takie mam staromodne wymagania i tyle.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Hej, Grendello! Wyższa szkoła jazdy! Przecież obie epoki są na „r”. I jeszcze powiedz, że byłoby Ci miło, gdyby ktoś wiedział, że to są całkiem różne pojęcia: parafraza, peryfraza, pareneza, parenteza, parantela i paralela. :))
      Głowa boli, a Kabaret Mumio dorzuca jeszcze „kopytko”. Hej, pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s