Archiwa miesięczne:

kobieta i mężczyzna

Przed północą, reż. Richard Linklater, USA 2013 
Przed północą. plakat2Wybrałam plakat bez przesłodzenia. Większość jest pełna retuszu: młodzieńcza Julie Delpy, Ethan Hawke z balejażem. W filmie wizerunek jest realistyczny i nie fałszuje upływu czasu. To mnie ujęło. Oboje są barwną, piękną, bardzo aktywną, ekspresywną parą. Ale czas nie stoi dla nich w miejscu. Gdy rozmawiają, przekomarzając się, ona zarzeka się (nie wypierając się różnych wcześniejszych miłości), że nigdy nie spała z kimś równie starym, z facetem po czterdziestce. Gdy Jesse pyta, czy gdyby cofnąć czas, wysiadłaby dziś z pociągu, by spacerować z nim nocą po Wiedniu, Celine odpowiada, że skąd?!, ze starym kozłem, w nieznanej przestrzeni?, nie ma mowy. On nie wypomina jej wieku, lecz Delpy nie jest poddawana sztuczkom: ramiona, piersi, twarz… to ciało czterdziestoletniej (pięknej!) kobiety. 

Plakat obok reklamuje, że oto niebawem ukaże się trzecia część trylogii. U góry kadr z filmu Przed wschodem słońca (Celine i Jesse mają po 23 lata, przypadkiem się spotkali, rozpoznali w sobie bratnie dusze i ciała), w środku kadr z części drugiej, Przed zachodem słońca (mają dziewięć lat więcej, spotykają się, pamiętając o tym, co było niegdyś, lecz już w innej scenerii życia, już nie tak wolni, choć jeszcze gotowi zacząć coś od nowa). U dołu brakuje kadru, bo film był in statu nascendi, ale już można by było go uzupełnić. Minęło kolejnych dziewięć lat, ukończyli czterdziestkę, są razem, mają kilkuletnie śliczne bliźniaczki, spędzają wakacje na greckiej wyspie. I rozmawiają, czyli jest jak zwykle. 

Trudno mi sobie wyobrazić, jak to jest, gdy ktoś ogląda Przed północą, nie znając wcześniejszych filmów o tych dwojgu. Ja jestem do nich bardzo przywiązana, o obu pisałam, nie zmieniam zdania, że jest to moja najukochańsza (i chyba jedyna asymilowana) wersja romantyzmu. Czy można o kobiecie i mężczyźnie powiedzieć coś prawdziwego, pozwalając im rozmawiać, przekomarzać się, wygłupiać, kłócić, uciekać w anegdotki, mijać się w rozumieniu słów, dotykać się nimi niechcący, oczyszczać nimi pole wzajemnej relacji? Nie można. Z tego powodu, że relacja nie zamyka się w słowach. I nie każdy, ściślej: mało kto, jest tak wygadany jak tych dwoje. Tym bardziej, że oni rozmawiają nie tylko słowami. Najciekawsze (arcyromantyczne!) jest to, jak się słuchają, jak przy sobie są. Lecz w gruncie rzeczy sporo jednak można tym sposobem odsłonić. Linklater robi to fenomenalnie, Julie Delpy i Ethan Hawke są nie do zastąpienia i nie do przecenienia. Dla mnie bomba!

Celine & JessePomysł jest kontynuacją, więc sporo tu rzeczy spodziewanych. Aktorzy, konwencja rozmowy, podobne poczucie humoru, te same osobowości. Wrażliwy, inteligentny mężczyzna, pisarz. Bezpruderyjna, przejęta ekologią, kobieta niezależna (spokojnie można użyć słowa „feministka”, ale omawiam je ze względu na stereotyp). W rozmowach mnóstwo aluzji do kwestii, które pamiętamy. Podobne punkty zapalne. Analogiczne koncepty. Na przykład: w Przed wschodem słońca bohaterowie odgrywali hipotetyczną rozmowę telefoniczną (ona opowiada koleżance, a on koledze o tym, co im się przytrafiło). Tu mamy hipotetyczną przyszłość: Jesse czyta list, który rzekoma 80-letnia Celine mogłaby napisać do tej obecnej, o połowę młodszej, na temat tego, co się właśnie zdarza.

Tamte rozmowy były jednak inne: wyrwane z kontekstu codziennego życia, uwodzicielskie, podszyte radością spotkania kogoś bliskiego – po raz pierwszy, ponownie. Teraz Jesse i Celine są małżeństwem, wychowują dzieci, właśnie mija ich grecki urlop, jedyne co uzasadnia sytuację długiej romantycznej rozmowy to zafundowana im przez przyjaciół noc w hotelu, we dwoje. To jest ten trudny próg, który stał przed twórcami: wiarygodnie pokazać relację, która osiadła w codzienności, ma mnóstwo przyziemnych problemów, jest mocna, ale nie może być mocna aż tak, by nie dało się jej zerwać, by znów wszystko nie stanęło na brzeżku jakiejś bolesnej niewiadomej. 

Punktem zapalnym są dzieci i praca. I przemijanie, i niespełnienie – jedno i drugie dołączone do pakietu życia zupełnie gratis i bez szans na wymiganie się od przydziału. Nie ma sentymentalnej waty, tylko trailery plują o romansie wszech czasów. Bzdura. Po prostu kobieta i mężczyzna, i tysiące ograniczeń, które mogłyby wypuścić dżina z butelki i pozwolić ulotnić się tym nieuchwytnym fluidom. Bo to jest dużo łatwiejsze, wygodniejsze, naturalne nawet. Tymczasem oni mają kilka żelaznych atutów. Błyskotliwość, swobodę wyrażania siebie, zmysł humoru i działającą na partnera atrakcyjność. 

Przejście od sceny miłosnej do ostrej kłótni jest szybsze niż zjazd na rollercosterze. Oj. Niebezpiecznie. Ręce w górę i krzyczeć. Bo wygląda to na wywrotkę. Chyba rzeczywiście kobiety szarżują mocniej. Jak coś powiedzą, to idzie w pięty. Trzeba być mądrym, cierpliwym facetem, żeby łagodnie zapewnić, po raz enty powtórzyć, na nowo zdobyć wiarygodność, próżnością się nie unieść. I rzeczywiście być przekonanym, że warto.

Faceci, którzy tak mają, są bezcenni. Mogę tylko zalecić, że to dobry kierunek. I pozostać w nadziei, że przecież dojrzałość nie jest zarezerwowana dla starych filozofów z dziesiątym krzyżykiem na karku.

A tak serio – bo ostatnie zdania lekko ubajeczniają sytuację – Przed północą to naprawdę świetny i niegłupi podgląd na kobiecość i męskość. W jednym z możliwych wcieleń.

szafa

Dziewczyna z szafy, reż. Bodo Kox, Polska 2012 

Chcę odnotować film Bodo Koksa. Po części z potrzeby własnej reanimacji (a ten film się do tego nadaje), po części dlatego, by nie pominąć, bo zdecydowanie przechodzić mimo się nie powinno. Widziałam Dziewczynę z szafy już dwa tygodnie temu. A że czas płynie względnie, więc sprostuję: jest tak, jakby to było cirke dwa miesiące temu. O czym nadmieniam, bo może nie wszystko dobrze pamiętam lub przesuwam mniej ważne przed ważniejsze. Ale gdyby nawet, to coś to musi znaczyć, więc niech będzie. 

Dziewczyna z szafy. plakat 1.Rolę odkurzacza wrażeń spełnił z nawiązką portal culture.pl, polecam info o reżyserze i wywiad z nim, dla nieznużonych również to i to

Fabuła prosta, sensy wielowarstwowe, ogląda się w stanie „pod wrażeniem”, jest świeżo, klimatycznie. Rzecz zakrojona na kilka osób, ale rozszerza się i pomieści wiele potencjalnych światów. 

Bracia: Jacek i Tomek. Żyją skazani na siebie – każdy z nich jakby podwójny – co, zależnie od perspektywy, może się wydawać obciążeniem lub błogosła- wieństwem.

Jacek (Piotr Głowacki) jest wziętym informatykiem, freelanserem, z centrum dowo- dzenia osadzonym we własnym mieszkaniu. Raz po raz myśli, że mu ciężko, że życie się nie układa, bo z całym światem mierzy się nie sam, lecz jako opiekun Tomka. Nie, nie uważa tego za balast, nie wstydzi się i nie krępuje. Po prostu Tomek namolnie udowadnia raz za razem, że na „normalne” relacje Jacek nie ma co liczyć: uciekną dziewczyny, przejdą koło nosa zawodowe szanse, mobilność i wariactwa są w szufladzie z etykietą „niedostępne”. Jacek to trzydziestokilkuletni „luzak”, ano luzak, bo spontaniczną, roztrzepaną ekspresją i poczuciem humoru (ciepło-cynicznym) rozpina gorset sytuacji. Dzięki temu nie jest outsiderem, lecz facetem-magnesem. Choć, rzecz jasna, nie każdego przyciąga, bo taka na przykład Magda-sąsiadka zdecydowanie woli mniej gadatliwych.

Dziewczyna z szafy. Jacek (Piotr Głowacki).Tomek, czyli „introwertyk na maksa” mówi rzeczywiście niewiele. Poza jednym dramatycznym zdaniem, którego nie sposób zapomnieć, zdarza mu się cytować zasłyszane telewizyjne kwestie. Co nikomu nie wychodzi na dobre, bo Tomek od telewizji „dziczeje” (a kto nie?). Jest, z pozoru, niesamodzielny. Uwięziony w ciele – jakieś autystyczne zastygnięcia, ticki, ograniczona koordynacja ruchów. Czy było tak zawsze (sugestia zespołu sawanta, analogie do Rain Mana – podważone niezdolnością  do arytmetycznych sztuczek), czy jest to następstwem choroby, o której dowiadujemy się w trakcie opowieści? Niedużo o Tomku wiemy, ale on właśnie jest potencjalnie najbogatszy. Wszyscy dość zgodnie przyklaskują, że rewelacyjną kreację stworzył Wojtek Mecwaldowski. Jego bohater wymaga nadzoru, dlatego tak istotne okażą się dwie sąsiadki, którym bywa „podrzucany”, gdy Jacek załatwia sprawy zawodowe. Ale świat wewnętrzny Tomka na żaden nadzór sobie nie pozwoli, raz po raz znajdzie swą ekspresję w malarstwie lub muzyce, niekiedy w uporze stukania do drzwi Magdy i regularnie w śledzeniu zeppelinów, olbrzymich sunących niebem sterowców, wyglądających jak wieloryby. Siła sugestii narzuca ich obecność oczom widza.

Dziewczyna z szafy. Magda i Wojtek MecwaldowskiSąsiadki Jacka i Tomka są skrajnie różne: jedna różańcowa (więc klimaty zgoła na granicy dewocji, wredności, kiczu), druga depresyjna (stąd ta szafa, w której pomieszkuje) i zielarska – zielone listki okalające ją na plakacie zapewniają odloty w barwny, soczysty, palmiarniany raj. 

Szary korytarz, betonowe osiedle, cała ta prowizorka życia, którą rozsadzają szurnięte wizje (w każdej głowie inne, surrealistycznie uobecnione mają równe prawo bytu co materialna pospolitość) są groteskowo skontrapunktowane w scenie z tv.

Nieszczęsna telewizja! Nie dość, że od niej Tomek dziczeje i miewa napady (odgrywa, co zobaczy). Nie dość. Bo my też jesteśmy jak z telewizyjnej ramówki. „Pokazać ci telewizję? Chodź” – mówi Magda i wygląda przez okno na multiprogramową ofertę rozgrywającą się we wnętrzach mieszkań z naprzeciwka. Tu „pieski preriowe”  wiją familijne gniazdko, tam „mrówki” wirują stadnie w rytm imprezowej przygrywki, tu seks, tam nokaut. Symultaniczny teatr, ale właśnie bardziej telewizja, bo przyprawy są trywialne i katharsis jakby nie dopuszczona do mikrofonu.

Niezły debiut Bodo Koksa. Debiut – nie debiut, bo to mistrz kina offowego. Gdy słucham rozmowy z nim (autoironicznej, bez nadęcia, z tendencją do pomniejszania swych umiejętności), to wierzę, że jest odwrotnie niż mówi: „byłem największym amatorem na planie”. W Dziewczynie z szafy udało się wiele rzeczy: obsada, gra aktorska, scenografia i zdjęcia, scenariusz i dialogi. Zakończenie – sugestywne i niedopowiedziane mimo wszystko. Dla mnie najcenniejsza jest równowaga, trafienie w punkt między czymś serio a na niby, dramatem a komedią, realizmem i surrealizmem. Trafienie w taki punkt, gdzie zbiegają się w prostej historii ważne tematy: samotność, potrzeba bliskości, konieczność rozstania, ograniczenia i wolność.

Dziewczyna z szafy. Magda i szeryf. Różańska & LubosPominęłam jedną istotną postać: dzielnicowego zagranego przez Eryka Lubosa. Bo on mi jest najbliższy. Jeśli dla braci obciążeniem jest ich podwójność (ostatecznie przecież będąca wielkim darem), dla Magdy jej lęk przed życiem, dla Kwiatkowskiej wszystko, co inaczej sformatowane, to dzielnicowy jest nosicielem garbu tęsknoty. Wszyscy są w jakimś stopniu samotni. Ale dzielnicowy uparcie i beznadziejnie (więc i śmiesznie, żeby nie było za dużo wzruszeń) próbuje przebić się przez mur. Stuk-puka do drzwi Magdy i wydobywa ją z szafy. Choć nie jemu jest pisane wyciągnąć ją na dobre. Gdy pyta, chyba kilkakrotnie: „Pójdziesz ze mną na piwo?”, to tak jakby stawiał w tej grze serce. I co on może, że w rojeniach Magdy wygląda jak esesman? Jego rola to pytać i być gdzieś w pobliżu. I to go chyba ocala, na lepszy happy end nie liczmy. Jest przecież jeszcze jedno urojenie, w którym Magda widzi w dzielnicowym szeryfa. I kowboj z niego jak się patrzy! Kapelusz, peleryna, odznaka i kabura. I koń zamiast radiowozu. 

Film ma potencjał reanimacji. Wiem, co mówię.

upał

Upał, reż. Kazimierz Kutz, Polska 1964 

Wspaniale, że tyle ostatnio nowych okazji do oglądania starych filmów. 

Upał W poznańskim kinie MUZA trwa czerwiec z klasyką według Tomasza Raczka (z tej okazji widziałam wczoraj Upał), a dziś wyczytałam o udostępnieniu 60 tytułów – legalnie! – on-line. (Tutaj i Tu). O zasłużonej TVP Kultura tylko napomknę. 

UPAŁ – wariacja na temat Kabaretu Starszych Panów, z tym wszystkim, co w jego niegdysiejszych telewizyjnych odsłonach stanowiło spécialité de la maison. Więc: humor, lekkość, absurd i wdzięk. Więc: oni dwaj – starsi (ho, ho! po czterdziestce!) panowie, Przybora i Wasowski. Więc: aktorzy, którzy czują tę specyficzną vis comica. I jeszcze – coś a la kurz minionych lat – złoty pył, który pozwala czemuś dawnemu zastygnąć i trwać. 

W filmie jest taka postać (pomocnik ambasadora) która przeróżne zaproszenia, bileciki czy noty posypuje dziwną mgiełką. To może o tę mgiełkę mi chodzi?

Byli sobie dwaj panowie, wcale nie starzy… Odwiedził ich premier i zlecił misję. Niechby popilnowali miasta, a on odskoczy, odpocznie, zniknie z oczu. Tym samym sugerując, że czujny wzrok dwóch panów byłby wskazany i zbawienny. Zaczyna się więc korowód postaci i zdarzeń, w które wplątują się „misjonarze”, fortunnie albo nie. Z oczywistym happy endem na „end”.

Co nieco dzieje się w plenerze, lecz większość w atelier. Świetne, bo niedzisiejsze. Cudne jest to, że wszyscy są tu tak samo ważni, nie ma głównego wątku. Postaci sobie po prostu są i nie schodzą z planu w imię jakiejś grubszej linii fabularnej. Kręcą się, uwijają aż trafią na moment, by się wynurzyć, rozegrać swoje, odejść i po chwili wrócić z tym samym lub podobnym. 

Jest na przykład taki, ni przypiął ni przyłatał, mężczyzna z delegacją. Krok zawiany, wzrok rozbiegany, w ręce torba, z której wyzierają butelki – widać, że wagabunda pierwszego sortu. Ale: szacuneczek do prawa trzeba mieć, więc chodzi i truje, coby mu ktoś podbił tę delegację, która się o dwudziestej kończy. W tej roli Jerzy Bielenia.

Pozwolę sobie zaprezentować kilkoro innych mieszkańców miasteczka, których upał nie skłonił do emigracji.

Upał. BarbarkaPani Barbarka (Barbara Krafftówna), kasjerka z baru mlecznego, co to kocha się w niej trzech mężczyzn, dzięki czemu Barbarka awansuje do roli strategicznego węzła fabularnego. Węzeł ma głos wysoki, uśmiech słodki, serce ofiarne. Kocha się w niej Kornel, sprzedawca z domu mody „Romeo i Julia” (dlatego co dzień ma rowerową kraksę przed oknem jej baru). Kocha się ambasador, co składa dwuznaczne propozycje (że da gitarę, jeśli ona zapłaci „dewizami”). No, szczęście wielkie, że w chwili strategicznej ambasadorowi wróciła pamięć o żonie i dziatkach. Kocha się w niej również, jako jedyny z wzajemnością, robotnik Albin (Wiesław Gołas), prototyp wszystkich urokliwych acz mało skutecznych pracowników drogowych. Albin ma to do siebie, że chce mieć gitarę. A im lepiej wie, że nie ma głosu (udowodnione na ekranie), z tym większym przekonaniem upatruje szczęścia w zdobyciu gitary Super Orfeo, bo to taka, co się stroi automatycznie. 

Ambasador (Wiesław Michnikowski) z pierogiem na głowie, o nim trzeba więcej! Nikt nie wie, skąd przyjechał (jego kraj jest potężnym eksporterem wody), wszyscy wcześniej czy później się dowiedzą, że ambasador ma anse, bo nikt go na dworcu nie powitał – nawet mała dziewczynka z kwiatami albo kulawy pies. Wystosował więc notę dyplomatyczną, której konsekwencje mogą być groźne. Myślą sobie dwaj panowie… A kto to wie, gdzie jego kraj…? Może trzeba będzie tam armię przetransportować…, jak kraj mały, to raczej wyspę do bitwy wynająć…, za pół wyspy zapłacić. Koszta ogromne. Trzeba przekonać, by notę wycofał. Ekscelencja nie będzie taki, ekscelencja wycofa notę… Może się uda, ale bez pomocy Barbarki, Grzanki i Drużyny Przeciwudarowej na czele z blond Kaliną Jędrusik, czyli Zuzanną, nie dałoby rady.

Upał. ZuzannaNo to niech będzie ta drużyna: dziewczyny jak maliny, cud-miód, już widok leczy. A który pan nie chciałby być przywitany całusem od każdej z pań? Może już nie każdy chciałby wysłuchiwać zwielokrotnionej biografii… Choć opowieść córki spawacza na gorąco i drobnej inteligentki warta była uwagi. Tatuś pijał i bijał mamusię. Ale mamusia była tak drobna inteligentka, że tatuś nie trafiał.… Tu również wspomnieć warto o wymianie uwag między dwoma panami, gdy przechodzą między śpiącymi na podłodze pannami: – Patrz na nogi! – A myślisz, że wypada? – Na swoje nogi.

Upał. GrzankaUpał to taki film, który trzeba zobaczyć ze względu na Grzankę. Grzankę, czyli Miss Upału. To jedyna aktorska rola Anny Górnej (scenarzystki i reżyserki). Oj, Grzanka to była kobieta urody niezwykłej! Nie przejdzie obok takiej mężczyzna, który by nie zawrócił z drogi, nie podążył jej tropem, nie merdał, nie maślił oczu i nie marzył. Nie ma takiego. A ona w powabnych sukniach, oplatających ciało w sposób podkreślający, idzie świadoma swej urody i niemogąca zrozumieć: dlaczego mężczyźni widzą we mnie ciało, a nie to, że jestem gorącą patriotką? Grzanka tylko czeka, by patriotyzm udowodnić. Jak się nadarza ambasador, stawia mu ultimatum: wycofa złą notę lub będzie miał na sumieniu jej śmierć. Chce się Grzanka utopić niczym Wanda, co nie chciała Niemca. Wiśta wio, łatwo powiedzieć! Utop się, jak tu upał i wody w rzece mało!

Patriotka jak się uprze, wszystko może. Wchodzi do wanny (wciąż w tej super obcisłej kreacji) i kurki odkręca… No, pech, czyli PRL-owska norma: woda nie leci. W zamian władze puszczają muzykę klasyczną z motywem wody. Ale to nie topi. Woda wraca, lecz brudna. W brudnej wodzie, stety-niestety, nawet Grzanka nie chce się topić. Zwłaszcza, że alternatywnych sposobów jest bez liku. Można się – ponoć – utopić wodą mineralną, jeśli się zatka nos i nabierze wystarczająco duży haust. 

Last but not least: Jarema Stępowski w pięciu wcieleniach. Wspomnę o trzech. Primo: żołnierz, który zgubił swój pluton. Wprowadzono bowiem gumowe podeszwy, co nie stukają. I odeszli mu kamraci w siną dal, po cichu. Secundo: kioskarz, co rekomenduje gazetę jako środek wachlujący. Tertio: jako wartownik, któremu coś wpada w oko i na tym czymś zbudowany jest całkiem zręczny gag.

Czar starego kabaretu i kina. Bardziej jednak kabaretu. Do zobaczenia również na You Tubie.

ANEKS

Link do filmu na You Tubie płata figle, więc podaję kierunek na fragmenty: Śpiewanki z Upału (tudzież kilka scen) oraz fragment z Brygadą Antyudarową.

półistnienie (patrz na mnie, Klaro)

Kaja Malanowska, Patrz na mnie, Klaro, Wydawnictwo Krytyka Polityczna 2012 

Patrz na mnie, Klaro

Lekko wierzgam po tej lekturze i muszę chwycić za poręcz, bo osunąć się nie chcę. Gdyby to sobie można było zabookować, to podaję życzenie: niespełnienia, chandry, obsesje proszę ode mnie z dala. 

Tylko że takie zaklinanie naiwne trochę jest. Wiadomo: każdego czasem nachodzi nieprzyjemne wrażenie namiastek, ersatzów różnych, niedoistnień. Gdy własne życie zdaje się być pozbawione jakiejś soli, kości, mięsa czy duszy. Czego bądź, ale ten brak jest esencjonalny. I choćby był otulony nie wiem jakim spełnieniem na innych polach, nie da się uciszyć i uśpić. Losie, strzeż mnie od tego doświadczenia, a ja ze swej strony zakasuję rękawy i włączam tryb „konstruktywny”. 

Trzy hasła wywoławcze wydają mi się nie do pominięcia, by rzecz ogarnąć. Narracja, depresja, tytuł książki. I czwarte, nadrzędne: kobiety.

Narracja ma trzy wcielenia: dominuje opowiadacz bezstronny (3-osobowy), który podaje fabułę i ustala relacje, są jednak dwie wyodrębnione czcionką narracje subiektywne (personalne) prowadzone z punktu widzenia Klary. To dwie różne Klary: jedna jest blogerką, druga zagubioną obserwatorką życia swojego i najbliższej okolicy.

Klara zagubiona (ta od zapisków oznaczonych kursywą) ma dar widzenia nie tylko własnego wnętrza. Dostrzega innych „odklejonych”, niedopasowanych, niesformatowanch według obowiązujących trendów. A ponieważ Klara mieszka w takim rejonie Warszawy, który dziś modny, niegdyś był „podejrzany”, więc wśród starych mieszkańców roi się od cholerycznych panów Karolków, wysiadujących na skrzyżowaniu bezrobotnych Władeczków, od pań Iwonek i wariatek pokroju śpiewającej, kwiecistej pani Natalii. W stan podejrzenia wzięłabym raczej tych „normalnych”, co to płacą na czas, pracują po godzinach i żyją według harmonogramu. Klara za nimi nie nadąża. 

Klara-blogerka ma język eksperymentalny: łamie i wygina składnię, potrafi dowcipnie zakląć i skomentować niemrawość życia. Tak, że największa pustka i niemoc – po przetworzeniu – stają się atrakcyjne i zasługują na „lajka”. Dowcip znieczula.  „Jestem zła na świat. Bym go bez przerwy obwiniała. Za to, że nikt mnie nie lubi niesłusznie i że każdy mnie słusznie denerwuje”.

„04.01.2010 SIĘ HARTUJĘ O, ja pierdolę. O żeżż cholera, o ożż w mordę… Wybaczcie mi, proszę, wstęp nieco brutalny. Chwilowo próbuję się jakoś pozbierać. Próbuję się w świecie odnaleźć. W nim się rozeznać. I odpowiednio ulokować. Próbuję się do rzeczywistości dopasować. I z nią pogodzić. Z tą nową. I mało przyjemną. Za to prawdziwą. Rzeczywistością taką o. Jaka jest. W tym celu leżę od tygodnia. Nie zmieniam piżamy. Nie ścielę łóżka. Leżę. Patrzę. Głównie w sufit. (…) Podobno od szczęścia człowiek się psuje, a od nieszczęścia hartuje. Dziwne. Mam doświadczenia dokładnie przeciwne. Obecnie gniję. I mam nadzieję, że zbutwieję. Stęchnę. Zmurszeję jak stary grzyb. I rozpadnę się w proch”. 

„20.01.2010 ZMIANA SCENARIUSZA Zdecydowałam jednakowoż wstać. Się do porządku doprowadzić. Albo przynajmniej do pionu ustawić. Zdecydowałam zająć się namiastką istnienia. Skoro w pełni istnieć nie jest mi pisane. Zawsze to lepiej, pomyślałam, półistnieć, niż nie istnieć w ogóle. (…) Postanowiłam zostać postacią drugoplanową. (Taką żabą na przykład, co to obserwuje lwa goniącego antylopę. Albo mało interesującą muchą na tle pustynnych krajobrazów). Ewentualnie statystą w serialu telewizyjnym „Plebania”. Postanowiłam poddać się reanimacji. Się własnoręcznie uratować. I do życia powrócić„.

I co z tych narracji wynika? Urozmaicenie, to na pewno. I to, że przeplatają się zapisy o różnym ciężarze, dzięki czemu jest nam raz ciężko, raz lekko, możemy złapać oddech, zaznać arytmii tych wahadłowych stanów. Najwięcej skupienia ofiarowałam i tak narracji wszechwiedzącej, ale pomysł na bloga odbieram jako kluczowy. Tym, co pomaga uciec depresji/obsesji jest jej przetwarzanie (blog, malarstwo). Nie wierzę jednak w żywotność tego przetworzenia. Dlatego ta książka jest smutna. Blog i późniejsze portrety „Tej Drugiej”, od której Klara nie może się uwolnić, więc próbuje przerzucić obsesję na karton… są jak obręcz o poszerzonej średnicy. Chwilowo dają wrażenie przestrzeni, ale horyzont jest ciasny i wcześniej czy później się zakleszcza. I tak jak Ludwik działa na brudne naczynia, a sport na leniwe ciało, tak przetwarzanie „dusznej”choroby daje skutek chwilowy, nie chroni od nawrotów. 

A na co mi takie „półistnienie”? Dlaczego żaba nie zajmie się sobą, tylko się wgapia w antylopę? Dlaczego mucha zazdrości pustynnym piaskom, zamiast nastroszyć (marne, bo marne, ale własne) skrzydełka? Jeśli „półistnienie” jest ratunkiem, to smutek zagęszcza się jak smog. Byt wirtualny czy dzieło sztuki dobre są, ale… to nie jest życie. Malanowska o tym dobrze wie. Doceniam, bo to mądrość nie a priori.

Depresja/Obsesja

Nagroda Literacka Nike

Depresja – powyższy cytat odsłania tylko jedną jej twarz. Przekonująco wybrzmiewa u Malanowskiej balast czekania, wyczekiwania na odmianę i na spotkanie ratunku. I kanciastość bycia niezauważonym, „wygumkowanym” (bo gdy nie dostrzega cię kierowca, sąsiad, kelner…, to naprawdę, ale gdy ignoruje cię kanar i Google, to już dół). 

Lecz osią fabularną są  niezrównoważone relacje Klary (w których, niestety, można się po części rozpoznać, więc trzeba się spodziewać dreszczyku emocji). Matka, Agata, Michał, Franciszek i Tamta Kobieta. Od traumy po traumę. Z chorej nadziei w rozpacz. Jeśli na dłużej zostanie ta powieść w mej pamięci, to będzie to zasługa opowieści o Agacie i Michale. Wszystkie dziewczynki i dziewczyny, nawet jeśli miały farta do relacji, zrozumieją ból odrzucenia, tępy, uparty, choć głupi ból.

Agata to koleżanka z podstawówki, psiapsiółka, oferująca bliskość i sztamę. Mała wstręciula, co raz po raz głaskanie przerywała przytykiem „– Masz głupi piórnik”, już cię nie chcę. Wybrała sobie Klarę i porzuciła. Największe marzenie: być wybranym, największa rozpacz: odrzucenie. Jest w tym doświadczeniu z dzieciństwa zapowiedź wszystkich późniejszych odrzuceń. Koniecznych, może niekiedy hartujących, przetwarzanych w dojrzałość lub stojących w gardle jak ość. U Klary zachodził ten drugi wariant. 

Relacja z Michałem to kwintesencja kobiecych urojeń o miłości. Świetnie zebranych w całość. „Znamy się od zawsze”, on stwarza ją swym spojrzeniem, wyróżnieniem, są chwile arcyporozumień i są przeszkody (on ma dziewczynę!). Ona rozumie, nie wini, kocha w nim ułomności (więc sądzi, że go nie idealizuje), gotowa jest hibernować swój stan po piramidę absurdu i mniemać, że on „czuje to samo”, by w końcu usłyszeć zdesperowane: daj mi spokój, zniknij. A Klara nie znika, ona w takich momentach ma zwyczaj „patrzeć”, wgapiać się, śledzić, uporczywie, maniakalnie doświadczać zwielokrotnionych odrzuceń i potwierdzeń swej nicości. 

I tu nie chodzi o Agatę, Michała, męża Franciszka czy kogo bądź. Chodzi o to, że nadchodzi moment, gdy nasz głód jest tak silny, że musimy coś pożreć, na kimś się zawiesić, ubzdurać sobie, że zmaterializowało nam się szczęście, którego z rąk nie wypuścimy, dozgonnie. Bez niego nas nie ma. Zazwyczaj, może zawsze, osoba, od której uzależniamy własne być albo nie być, jest dość przypadkowa i wymienna. Nie byłoby Michała, byłby Jaś lub Piotruś. Pewny jest tylko nasz głód, sugeruje Malanowska. A ja się z nią zgadzam.

Patrz na mnie, Klaro, wewnętrzny mus
Ten wątek wybija się na pierwszy plan, lecz we mnie nie zdobył sojuszniczki. Emocjonalnie nużył mnie i rodził dystans. Gdyby jednak pominąć postać Tej Kobiety, tytuł nie wybrzmiałby w pełni. Ona pojawia się znienacka. Nudne małżeńskie życie z niemrawym , niekochanym Franciszkiem nagle nabiera wartości. Nikt nie lubi tracić. W tej grze nawet Franciszek staje się gwarantem sensu. „Tamta” jest domniemaną rywalką. Sprawczynią kolejnego odrzucenia (znów: domniemanego!), którego Klara nie umie znieść. Klara ma w sobie dziwne, chore receptory, które z odrzuceń czynią centrum życiowych doświadczeń. Niegdyś Agata, później Michał, teraz „Ona” odczują, czym jest świdrująca, nachalna, domagająca się uwagi i dostrzeżenia obecność Klary. 

Depresja/obsesja walczy w tej powieści o prymat z drugim tematem: podglądactwem, podkradaniem osobowości, namierzaniem ludzi w ekshibcjonistycznym fejsbukowym świecie. 

Koło się zamyka. Można przetworzyć depresję/obsesję w sztukę. Skutecznie, lecz nietrwale. Wcześniej czy później znów odezwie się głód, potrzeba bycia wybranym, pokochanym, stworzonym czyjąś obecnością. Nie chcę tak ex cathedra się wymądrzać, lecz przecież tak wygłodzonych istot nikt nie nakarmi. Trzeba nasycić się sobą i siebie samego nie odrzucać. Na początek. 

Zamykając tę książkę miałam ochotę pogadać z facetem. Może to mit, że mężczyzna czuje inaczej, ale duchota babskich relacji (pominęłam uzależnienie Klary od matki i tejże matki od swojej matki…) domaga się otwarcia okna.

Zajrzałam tym razem przed napisaniem notki na kilka stron. I najbliższe jest mi to, co napisali Buksy i Ignacy Karpowicz. Odsyłam. Powieść nominowana do Nagrody Literackiej Nike (za rok 2012). Przeczytać było warto.