półistnienie (patrz na mnie, Klaro)

Kaja Malanowska, Patrz na mnie, Klaro, Wydawnictwo Krytyka Polityczna 2012 

Patrz na mnie, Klaro

Lekko wierzgam po tej lekturze i muszę chwycić za poręcz, bo osunąć się nie chcę. Gdyby to sobie można było zabookować, to podaję życzenie: niespełnienia, chandry, obsesje proszę ode mnie z dala. 

Tylko że takie zaklinanie naiwne trochę jest. Wiadomo: każdego czasem nachodzi nieprzyjemne wrażenie namiastek, ersatzów różnych, niedoistnień. Gdy własne życie zdaje się być pozbawione jakiejś soli, kości, mięsa czy duszy. Czego bądź, ale ten brak jest esencjonalny. I choćby był otulony nie wiem jakim spełnieniem na innych polach, nie da się uciszyć i uśpić. Losie, strzeż mnie od tego doświadczenia, a ja ze swej strony zakasuję rękawy i włączam tryb „konstruktywny”. 

Trzy hasła wywoławcze wydają mi się nie do pominięcia, by rzecz ogarnąć. Narracja, depresja, tytuł książki. I czwarte, nadrzędne: kobiety.

Narracja ma trzy wcielenia: dominuje opowiadacz bezstronny (3-osobowy), który podaje fabułę i ustala relacje, są jednak dwie wyodrębnione czcionką narracje subiektywne (personalne) prowadzone z punktu widzenia Klary. To dwie różne Klary: jedna jest blogerką, druga zagubioną obserwatorką życia swojego i najbliższej okolicy.

Klara zagubiona (ta od zapisków oznaczonych kursywą) ma dar widzenia nie tylko własnego wnętrza. Dostrzega innych „odklejonych”, niedopasowanych, niesformatowanch według obowiązujących trendów. A ponieważ Klara mieszka w takim rejonie Warszawy, który dziś modny, niegdyś był „podejrzany”, więc wśród starych mieszkańców roi się od cholerycznych panów Karolków, wysiadujących na skrzyżowaniu bezrobotnych Władeczków, od pań Iwonek i wariatek pokroju śpiewającej, kwiecistej pani Natalii. W stan podejrzenia wzięłabym raczej tych „normalnych”, co to płacą na czas, pracują po godzinach i żyją według harmonogramu. Klara za nimi nie nadąża. 

Klara-blogerka ma język eksperymentalny: łamie i wygina składnię, potrafi dowcipnie zakląć i skomentować niemrawość życia. Tak, że największa pustka i niemoc – po przetworzeniu – stają się atrakcyjne i zasługują na „lajka”. Dowcip znieczula.  „Jestem zła na świat. Bym go bez przerwy obwiniała. Za to, że nikt mnie nie lubi niesłusznie i że każdy mnie słusznie denerwuje”.

„04.01.2010 SIĘ HARTUJĘ O, ja pierdolę. O żeżż cholera, o ożż w mordę… Wybaczcie mi, proszę, wstęp nieco brutalny. Chwilowo próbuję się jakoś pozbierać. Próbuję się w świecie odnaleźć. W nim się rozeznać. I odpowiednio ulokować. Próbuję się do rzeczywistości dopasować. I z nią pogodzić. Z tą nową. I mało przyjemną. Za to prawdziwą. Rzeczywistością taką o. Jaka jest. W tym celu leżę od tygodnia. Nie zmieniam piżamy. Nie ścielę łóżka. Leżę. Patrzę. Głównie w sufit. (…) Podobno od szczęścia człowiek się psuje, a od nieszczęścia hartuje. Dziwne. Mam doświadczenia dokładnie przeciwne. Obecnie gniję. I mam nadzieję, że zbutwieję. Stęchnę. Zmurszeję jak stary grzyb. I rozpadnę się w proch”. 

„20.01.2010 ZMIANA SCENARIUSZA Zdecydowałam jednakowoż wstać. Się do porządku doprowadzić. Albo przynajmniej do pionu ustawić. Zdecydowałam zająć się namiastką istnienia. Skoro w pełni istnieć nie jest mi pisane. Zawsze to lepiej, pomyślałam, półistnieć, niż nie istnieć w ogóle. (…) Postanowiłam zostać postacią drugoplanową. (Taką żabą na przykład, co to obserwuje lwa goniącego antylopę. Albo mało interesującą muchą na tle pustynnych krajobrazów). Ewentualnie statystą w serialu telewizyjnym „Plebania”. Postanowiłam poddać się reanimacji. Się własnoręcznie uratować. I do życia powrócić„.

I co z tych narracji wynika? Urozmaicenie, to na pewno. I to, że przeplatają się zapisy o różnym ciężarze, dzięki czemu jest nam raz ciężko, raz lekko, możemy złapać oddech, zaznać arytmii tych wahadłowych stanów. Najwięcej skupienia ofiarowałam i tak narracji wszechwiedzącej, ale pomysł na bloga odbieram jako kluczowy. Tym, co pomaga uciec depresji/obsesji jest jej przetwarzanie (blog, malarstwo). Nie wierzę jednak w żywotność tego przetworzenia. Dlatego ta książka jest smutna. Blog i późniejsze portrety „Tej Drugiej”, od której Klara nie może się uwolnić, więc próbuje przerzucić obsesję na karton… są jak obręcz o poszerzonej średnicy. Chwilowo dają wrażenie przestrzeni, ale horyzont jest ciasny i wcześniej czy później się zakleszcza. I tak jak Ludwik działa na brudne naczynia, a sport na leniwe ciało, tak przetwarzanie „dusznej”choroby daje skutek chwilowy, nie chroni od nawrotów. 

A na co mi takie „półistnienie”? Dlaczego żaba nie zajmie się sobą, tylko się wgapia w antylopę? Dlaczego mucha zazdrości pustynnym piaskom, zamiast nastroszyć (marne, bo marne, ale własne) skrzydełka? Jeśli „półistnienie” jest ratunkiem, to smutek zagęszcza się jak smog. Byt wirtualny czy dzieło sztuki dobre są, ale… to nie jest życie. Malanowska o tym dobrze wie. Doceniam, bo to mądrość nie a priori.

Depresja/Obsesja

Nagroda Literacka Nike

Depresja – powyższy cytat odsłania tylko jedną jej twarz. Przekonująco wybrzmiewa u Malanowskiej balast czekania, wyczekiwania na odmianę i na spotkanie ratunku. I kanciastość bycia niezauważonym, „wygumkowanym” (bo gdy nie dostrzega cię kierowca, sąsiad, kelner…, to naprawdę, ale gdy ignoruje cię kanar i Google, to już dół). 

Lecz osią fabularną są  niezrównoważone relacje Klary (w których, niestety, można się po części rozpoznać, więc trzeba się spodziewać dreszczyku emocji). Matka, Agata, Michał, Franciszek i Tamta Kobieta. Od traumy po traumę. Z chorej nadziei w rozpacz. Jeśli na dłużej zostanie ta powieść w mej pamięci, to będzie to zasługa opowieści o Agacie i Michale. Wszystkie dziewczynki i dziewczyny, nawet jeśli miały farta do relacji, zrozumieją ból odrzucenia, tępy, uparty, choć głupi ból.

Agata to koleżanka z podstawówki, psiapsiółka, oferująca bliskość i sztamę. Mała wstręciula, co raz po raz głaskanie przerywała przytykiem „– Masz głupi piórnik”, już cię nie chcę. Wybrała sobie Klarę i porzuciła. Największe marzenie: być wybranym, największa rozpacz: odrzucenie. Jest w tym doświadczeniu z dzieciństwa zapowiedź wszystkich późniejszych odrzuceń. Koniecznych, może niekiedy hartujących, przetwarzanych w dojrzałość lub stojących w gardle jak ość. U Klary zachodził ten drugi wariant. 

Relacja z Michałem to kwintesencja kobiecych urojeń o miłości. Świetnie zebranych w całość. „Znamy się od zawsze”, on stwarza ją swym spojrzeniem, wyróżnieniem, są chwile arcyporozumień i są przeszkody (on ma dziewczynę!). Ona rozumie, nie wini, kocha w nim ułomności (więc sądzi, że go nie idealizuje), gotowa jest hibernować swój stan po piramidę absurdu i mniemać, że on „czuje to samo”, by w końcu usłyszeć zdesperowane: daj mi spokój, zniknij. A Klara nie znika, ona w takich momentach ma zwyczaj „patrzeć”, wgapiać się, śledzić, uporczywie, maniakalnie doświadczać zwielokrotnionych odrzuceń i potwierdzeń swej nicości. 

I tu nie chodzi o Agatę, Michała, męża Franciszka czy kogo bądź. Chodzi o to, że nadchodzi moment, gdy nasz głód jest tak silny, że musimy coś pożreć, na kimś się zawiesić, ubzdurać sobie, że zmaterializowało nam się szczęście, którego z rąk nie wypuścimy, dozgonnie. Bez niego nas nie ma. Zazwyczaj, może zawsze, osoba, od której uzależniamy własne być albo nie być, jest dość przypadkowa i wymienna. Nie byłoby Michała, byłby Jaś lub Piotruś. Pewny jest tylko nasz głód, sugeruje Malanowska. A ja się z nią zgadzam.

Patrz na mnie, Klaro, wewnętrzny mus
Ten wątek wybija się na pierwszy plan, lecz we mnie nie zdobył sojuszniczki. Emocjonalnie nużył mnie i rodził dystans. Gdyby jednak pominąć postać Tej Kobiety, tytuł nie wybrzmiałby w pełni. Ona pojawia się znienacka. Nudne małżeńskie życie z niemrawym , niekochanym Franciszkiem nagle nabiera wartości. Nikt nie lubi tracić. W tej grze nawet Franciszek staje się gwarantem sensu. „Tamta” jest domniemaną rywalką. Sprawczynią kolejnego odrzucenia (znów: domniemanego!), którego Klara nie umie znieść. Klara ma w sobie dziwne, chore receptory, które z odrzuceń czynią centrum życiowych doświadczeń. Niegdyś Agata, później Michał, teraz „Ona” odczują, czym jest świdrująca, nachalna, domagająca się uwagi i dostrzeżenia obecność Klary. 

Depresja/obsesja walczy w tej powieści o prymat z drugim tematem: podglądactwem, podkradaniem osobowości, namierzaniem ludzi w ekshibcjonistycznym fejsbukowym świecie. 

Koło się zamyka. Można przetworzyć depresję/obsesję w sztukę. Skutecznie, lecz nietrwale. Wcześniej czy później znów odezwie się głód, potrzeba bycia wybranym, pokochanym, stworzonym czyjąś obecnością. Nie chcę tak ex cathedra się wymądrzać, lecz przecież tak wygłodzonych istot nikt nie nakarmi. Trzeba nasycić się sobą i siebie samego nie odrzucać. Na początek. 

Zamykając tę książkę miałam ochotę pogadać z facetem. Może to mit, że mężczyzna czuje inaczej, ale duchota babskich relacji (pominęłam uzależnienie Klary od matki i tejże matki od swojej matki…) domaga się otwarcia okna.

Zajrzałam tym razem przed napisaniem notki na kilka stron. I najbliższe jest mi to, co napisali Buksy i Ignacy Karpowicz. Odsyłam. Powieść nominowana do Nagrody Literackiej Nike (za rok 2012). Przeczytać było warto.

Reklamy

17 thoughts on “półistnienie (patrz na mnie, Klaro)

  1. janek

    A co tu tak pusto?! I to wciąż. Trza zapełnić lukę. Ale tylko tym, że książkę na pewno kupię do zbiorów i oby Bóg dał, żebym miał czas przeczytać ;). Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Wciąż? Cóż, może na wieki wieków. Dzięki za zajawkę. Pamiętasz? W Rejsie jest taka kwestia: „Hmm, hmm…. Na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząć pierwszy….Dziękuję”. [Wizualizacja] :D

      Dobrze mi zrobiło poskładanie sobie wrażeń w coś w miarę do ogarnięcia. Bo książka dobra. Świetnie się czyta. W drugiej połowie lekko nuży, ale nie zniechęca i odłożyć nie sposób. A jednak coś nie przylega do mnie na całej szerokości, coś się odkleja.
      Niby dobrze wiem, że literatura wcale nie musi być konstruktywna (bardziej się chwali tę od stanów „rozwalających”) i że doświadczenie niedoistnienia jest egzystencjalnie nośne. Ale jakby nie było z tą depresją, nie mogę przed nią na kolana. Z całym szacunkiem.

      Pozdrawiam. Zakup i niech Ci Bóg pozwoli przeczytać. ;)

  2. janek

    Hmn… właśnie 2 dni temu oglądałem wersję cyfrową super Rejsu, to wiem, o co biega. Ciekawy zbieg okoliczności. Ale Ren, kiedy czytam, że „doświadczenie niedoistnienia jest egzystencjalnie nośne” to z wrażenia mam ochotę dać głos paszczowy zwierzęcia domowego, hodowlanego, jakim jest … koń :). Może tak cichutko, mogę?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :D
      …że bełkot? Chodziło z grubsza o to, że stany przeróżnych wewnętrznych roztrzaskań są traktowane w literaturze w sposób uprzywilejowany. A osobniki pogodnie zrównoważone rodzą podejrzenia (że niedojrzałe ciele-mele). Czyż nie?

      Możesz. Odgłos paszczowy ma na mojej stronie pozycję uprzywilejowaną, co być może niebawem udowodnię. :)

  3. janek

    Ależ tak! Ciele-mele. Teraz zrozumiałem! ;)
    Niekoniecznie musisz udowadniać. Ale … możesz :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Rozumiem, że chodzi raczej o udowodnienie własnej ciele-melowatości… Wychodzi sama między wierszami; chce się zobaczyć, to jest.
      Tymczasem mam stosowny cytat z Malanowskiej na to, że aby tworzyć, trzeba mieć lekko (lub ciężko) rozdygotaną psychikę.
      Patrz na mnie, Klaro ma dużo takich przymrużonych trafień. „Kolega jest znanym pisarzem. I ma z tego powodu neurozy. Albo odwrotnie”. ;)

  4. janek

    Oooo! mi się znaczek zmienił?! Jakiś dziwnie zmienny i niedookreślony jestem. Nie muszę nic z tym robić. Ale … mogę :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Jak podejmiesz męską decyzję co do adresu mailowego, to znaczek się ustabilizuje. Możesz. Ale nie musisz. I tak jesteś w twarzowym niebieskim. ;)

  5. ZygmuntMolikEWA

    O matkokochana, tamaryszku, Te części ‚blogowe’ bardzo mi pasują. Sama mogłabym tak pisać, gdybym jednak z publicznością nie liczyła się (czasami). Dla pewności 1/ piżamę zmieniam jednak regularnie.
    Jeśli wierzyć statystykom i mędrcom różnym już niebawem świat w przeważającej większości pogrąży się w depresjach i schizofreniach różnych, więc twoje wołanie o brak doświadczeń tego typu rozleje się nie bacząc na przeszkody topograficzne.
    Dla pewności 2/ osobiście uważam się za osobnika pogodnie-zrównoważonego. Gore mi! przyjdzie mi zatem, za Jankiem, zaryczeć, czy co tam…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Mogłabyś! Nie powiem, że nie wygrałabyś w tej konkurencji. Potrafisz nagiąć składnię i słowo do melodii, jaką tam sobie skomponujesz. Oczywiście, wiadomych słów nie nadużywasz. I do piżamy nie przywiązujesz się przesadnie. Tu jest głęboka różnica, Osobniku Optymistyczny. :)

      Co do odgłosów paszczowych… Może już nas wystarczy, by założyć chór kameralny? Na trzy głosy. W odgłosach nie trzeba chyba być nadto akuratnym i trzymać się linii (melodycznej)? Ogłaszam nabór i apel o stosownego dyrygenta. :)

      Próbka z Kai Malanowskiej:
      „Wszystkim się tu wydaje, że coś ich jeszcze czeka. Wszyscy szukają zdarzeń wielkich i uczuć jak fajerwerki, jak koncert Rolling Stones i jeszcze jak film z Marlonem Brando. Pozostawiają za sobą zapach mdły i niedobry, błękitnoszary zapach fikcji, jak sfermentowany owoc. Pani Iwonka jest inna, ona chce tylko tego, co właśnie jest tu i teraz. I za to ją podziwiam. Pani Iwonka chodzi prosto i bez złudzeń, jak słowa: „gol”, „ul” albo „dom”, łatwe do wymówienia. Jak słowa krótkie i twarde, konkretne słowa, na których można się oprzeć”.

      Mam pewne podejrzenia, że nie utożsamiam się z panią Iwonką, ale ona nie jest bez racji, oj nie.

  6. janek

    No, całe szczęście, że dodałaś, że się nie utożsamiasz ;). Bo właśnie chciałem zaprotestować, antyiwonkowy chór skroić i zaryczeć (a Ewa mam nadzieję zawtóruje, bo wszak sztuką się zajmuje), że NIEEEEEE. NIE, dla gola, ula i domu nawet, gdy tylko „tu i teraz”. Tu i teraz? Bez fikcji? Bez marzeń, mrzonek, fantazji? No proszę cię, iwonko malinowska! Proszę cię przestań, bo ja cię nie podziwiam. Idę obejrzeć film z boskim Brando!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Zapędziłeś się, bo Iwonka powinna zostać bez nazwiska. Nie może tak nagle awansować na autorkę jak jest ekspedientką w świecie przez autorkę wymyślonym. „Tu i teraz” brzmi jakby było wykastrowane z marzeń. Ale ten sfermentowany niebieski posmak gonienia za wiatrem to może sporo biedy napytać. Bo jak sobie człowiek narobi apetytu na Rolling Stonesów, Marlona Brando i Księcia z Bajki to nic poniżej poprzeczki nie ma szans. I tyle cudów zwykłych można przegapić. Ech, nie ma lekko… ;)

  7. liritio

    Jestem złośliwa, złańcuszkowałam Cię. Ale możesz mnie zignorować :)

    Przymierzałam się dwa razy do Malanowskiej, raz do Klary, raz do „drobnych szaleństw dnia codziennego”. Ale jednak nie mogę, stresuję się, wykręca mnie, ona dobrze pisze, bez bzdur. I przez to, że pisze prawdę, mnie się zbytnio kojarzy, przypomina i drażni, temat znam za dobrze, chociaż nie w pierwszej osobie. Stąd wykręty wnętrzności.
    Jest to trochę dziwne, czytanie Plath mnie nie rozbija, a Malanowska tak. Niezrozumiałe, ale nikt nie powiedział, że ja muszę znowu wszystko rozumieć, szczególnie na własny temat.
    Chociaż może ta Malanowska to jeszcze inny problem, jak sama napisałaś „(…)duchota babskich relacji (pominęłam uzależnienie Klary od matki i tejże matki od swojej matki…) domaga się otwarcia okna.” Owej duchoty nie trawię również. Nie znam, nie lubię, unikam. W książkach, w życiu, ogólnie całościowo. Nawet kameralne „Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya” mnie przyprawiały o irytujące latanie powieki.

    A cuda zwykłe to piękna sprawa, ale o Brando na pewno milej się marzy ;)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Co do łańcuszka, Liritio, pamiętliwa jestem i wiem, że nie pierwszy to już raz! o jejku jejku, niech Cię, no niech Cię, że też oż, kurczę, wow!
      Nie mogę Cię zignorować, bo jak? Lecz prolongatę po znajomości sama sobie daję, z Twoim, jak mniemam, błogosławieństwem. Mój rok urodzenia dla kina był jeszcze lepszy niż Twój, choć notkę stworzyłaś pierwszorzędną i tu bym się już nie ścigała. ;)

      Z ciekawością odczytuję Twój komentarz do Malanowskiej. No, jeśli wykręca, to nawet rozumiem i nie staję w szranki w obronie tezy przeciwnej. Ale uderza mnie, że przyznajesz jej wiarygodność. Bo i ja też. Subiektywne to, ale najlepszym miernikiem czyjejś wiarygodności pozostaje nasza intuicja. Na końcu świeże powietrze było mi potrzebne, ale nie można powiedzieć, by tekst był depresyjnie przytłaczający. To ogrywanie nastrojów jest bezbłędne. Dowcip, ucieczka, przetwarzanie… A jednak – choć można w niejednym się rozpoznać, to w niczym tak do końca się pokrzepić. Nie może być inaczej.

      Ba! Brando!Wiadomo!Marzenia o facetach z charyzmą to zupełnie inny film! :) Nic tego nie przebije:(

    2. liritio

      Oj, od razu pamiętliwa :) też odpłacasz mi się co jakiś czas, więc również staram się jak mogę :)
      Miernikiem wiarygodności nasza intuicja? No tak, ale też jakieś własne zaplecze i doświadczenie. Aczkolwiek łatwiej o obiektywnie konkretne doświadczenie kiedy mówimy o całkowaniu, gorzej jest w aspektach emocji i funkcjonowania. No ale Malanowska wydaje się konkretna, nie z palca wyssana, przemyślana. I dobrze, a że ja akurat nie przeczytam to ten… Bywa, Muminki sobie poczytam :)

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Liritio, lubię Cię. Ale dlaczego nie podejrzewałam Cię o Muminki? A jednak dobry wybór. Chyba że da radę jedno i drugie, to nie wybierać. ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s