przedwojennie

Maria Barbasiewicz, Dobre maniery w przedwojennej Polsce. Savoir-vivre. Zasady. Gafy, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2012 

savoir-vivre

Jak na swobodę dzisiejszych czasów, jak na wakacyjny luz, jak na mój dystans do wszelakiego poradnictwa, ten tytuł miał ze mną pod górkę. A ja z nim. Nie ma jednak tego dziwnego, co by się nie okazało w końcu czymś akuratnym i zrozumiałym, jeśli tylko dostrzeże się podszewkę okoliczności. Atakują mnie zewsząd książki o dwudziestoleciu. Pan Koper wydał ich na pęczki i zdaje się, że zamierza jeszcze dwakroć tyle napisać. Wespół zespół z Belloną. Na ogół są to różne odsłony życia prywatnego elit. Rozpoznaję te propozycje, wybiórczo. Z wydań książkowych postawiłam na Gwiazdy Drugiej Rzeczypospolitej (wstęp mnie ostudził, bo to ledwie ułamek gwiazd, reszta w poprzednich lub w następnych tomach). A z zamaszystej (22 części) serii ilustrowanych książko-broszur Dwudziestolecie międzywojenne (rozprowadzanych w kioskach i marketach) wybrałam Kino. Teatr. Kabaret. Zawrót głowy, ktoś chyba odkrył kurę znoszącą złote jajka. Niewykluczone, że jajka są pożywne. Przy takiej fali warto nastawić się na surfing. 

Dobre maniery w przedwojennej Polsce.Tymczasem Maria Barbasiewicz i dobre maniery. Ciekawa rzecz, w duchu retro, nieco zabawna, lekko przerażająca i nade wszystko trzymająca się bon tonu, bo jakże inaczej pisać o savoir-vivrze? Czytałam e-booka, to utrudnia wertowanie i ogląd edytorski, ale wrażenie redakcyjnych asymetrii towarzyszyło mi przy lekturze chyba słusznie. Aż do bólu o kolorach otoków przy oficerskich czapkach, dużo o kelnerowaniu, rautach i balach. To znów całe sfery zamknięte w akapit (np.: bywanie w teatrze, w kinie, mogłoby być więcej o honorowych zasadach rządzących półświatkiem, choć rozgrzeszam, bo to pogranicze). Kompozycyjnie treść ujęta w rozdziały: Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna. Wzorce zachowań. Maniery wojskowe – sam szyk. Co przystoi kobiecie. Grzeczność kupiecka i nie tylko. Klasyczna elegancja sfer ziemiańskich. Za stołem. W kawiarni, w lokalu i na balu. Gafy, pojedynki, kłopoty. Z konwenansem przez życie. Dzieci i młodzież.

Tytuły adekwatne, wiadomo, co, w którym rozdziale można znaleźć. Tuż po odłożeniu książki nabrałam wielkiej ochoty na spotkanie z Boyem-Żeleńskim i Słonimskim. Kilkakroć wspomniani występowali w roli wentyla, nie oni bowiem szerzyli bon ton, a głos doradczy – „Ada, to nie wypada” – był dla nich ekshumowaniem zasad, które mogą trwać tylko poddawane nieustannej metamorfozie. 

Inna refleksja dotyczy literatury tamtych czasów, świetnie utrwalającej aurę relacji towarzyskich i obyczajowego tła. Autorka nierzadko do niej sięga. Pojawia się Żeromski (Przedwiośnie z Nawłocią), Pola Gojawiczyńska (Dziewczęta z Nowolipek i Rajska jabłoń), Iwaszkiewicz (Sława i chwała), Dołęga-Mostowicz (Kariera Nikodema Dyzmy), kelnerzy: Uniłowski (Wspólny pokój) i Worcell (Zaklęte rewiry). 

Z jednej strony obyczajowe kodeksy, poradniki i przekazywane w codziennym napominaniu zasady to kwintesencja tradycji. Świat pędzi naprzód, a one trwają, lekko korygowane, zakorzenione w jakimś przedwczoraj. Z drugiej strony – nic nie powstrzyma upływu czasu, nowych trendów, potrzeby łamania (w lepszym razie: naginania) zasad do tego, co bieżące. Obie te siły o przeciwnych wektorach są w ciągłym zwarciu i przechylają, raz jedna, raz druga, racje na swoją stronę. Podczas lektury doświadczałam tego w pigułce. Żal mi było świata, który choć nieco sztywny i lekko fałszywy, miał swoje formy i wpisany w nie szacunek do innych, czar retro i dystynkcję. Ale też nieraz pomyślałam sobie, że dajcież spokój!, ileż udręczenia, jaka niesprawiedliwość wobec panienek i kobiet samotnych!, ile wydmuszek. 

Tu dygresyjka pannom dzisiejszym dedykowana. Otóż w Kodeksie panieńskim Mieczysława Rościszewskiego (guru w tym temacie niczym Boziewicz w kwestiach męskiego honoru) podano jasno i bezdyskusyjnie, co znaczy być dziewczęciem. „Od młodej kobiety oczekiwano skromności, uprzejmości, powstrzymywania się od niepohamowanego i ciągłego śmiechu, gustów prostych i pragnień umiarkowanych (stanowiących najlepszy środek dla osiągnięcia szczęścia), wystrzegania się gadulstwa, nie obrażania się, panowania nad sobą, nie dopuszczania do serca zazdrości i w ogóle wszelkich uczuć zawziętych (rujnujących spokój i zdrowie), wystrzegania się przesądów i fanatyzmu. Panna winna była być rozsądna, mądrze wybierać przyjaciół i dobre lektury, unikać silnych wzruszeń, szanować tajemnice”. Trzeba jednak za panią Barbasiewiczową dodać, że zróżnicowały się kobietki w tym czasie. Były niewinne dziewczęta z warkoczami i krótko strzyżone chłopczyce, pełne godności matrony i wyzwolone „gorszycielki”, urzędniczki i bywalczynie wytwornych przyjęć.

Ciekawa tendencja: pęd do nobilitacji i dorosłości. Nie można zbyt pochopnie ujednolicać, bo jednak początek drugiej dekady był wariacki, a lata trzydzieste  wróciły stonowaniem i wzmocnieniem elegancji. Jednak potrzeba poznania bon tonu, wejścia w towarzystwo, uniknięcia gaf i chęć nieodbiegania od właściwej linii – to musiało być intensywne. Na luz i nonszalancję pozwalali sobie ci, którzy reguły mieli we krwi.

Typ Nikodema Dyzmy wyżej cenił wtopienie się w wyższą sferę. Bo przypomnijmy: „Dyzma jako prezes banku wkroczył w sferę sobie nieznaną. Oszałamiające zaszczyty, jakie nań spadły, nie zmniejszyły jego ostrożności wynikającej ze świadomości braków we własnym obyciu i wykształceniu. Z początku przyjął pozę małomównego i tajemniczego, ale w końcu «wstąpił do jednej z księgarń na Świętokrzyskiej i nabył trzy dzieła: Słowniczek wyrazów obcych, Encyklopedię Powszechną oraz Bon-ton. Zwłaszcza ta ostatnia książka oddawać mu poczęła wielkie usługi»”.

Drugim przejawem  tego zjawiska jest dorosłe noszenie się młodzieży. Jedna z ostatnich fotek u Barbasiewiczowej przedstawia studentów pozujących przed pomnikiem. Dzisiejsze oko nie dowierza – wyglądają na trzydziesto-czterdziestolatków.  Gdyby pozwolić im przemówić, wrażenie trwałoby nadal („panie kolego”). Na tym tle dobitnie dociera do mnie jak bardzo ekspansywna jest dziś młodość. Jak dziwnie musiałyby brzmieć dialogi dorosłych podsłuchane przez kogoś z tamtych lat, jak dziwacznie w ich oczach wyglądalibyśmy. 

Savoir-vivre to baza wiedzy o tle społecznym, które modeluje ruchy jednostek i ten aspekt książki wydał mi się najciekawszy. Bo był to czas ludzi wyjątkowo skłonnych  podkreślać swą przynależność do środowiska. Czasem się z wielkopańska snobując, lecz niekoniecznie. Zejdźmy w rejony „szemrane”:

„Z szaconkiem, panie Feluś, do mnie trza,
Niech frajer fason zna,
Gdy okoliczność ma.

Nauczkę amantowi mogę dać, 
Jak trzeba się do rzeczy brać:
Kobietę trzeba bajerować salonowo,
Gadać naukowo, kłaniać się fachowo”.

Dobre maniery zdecydowanie nie mają jednego kroju i nie dotyczą tylko elit. Wiele obyczajowych obserwacji było dla mnie powodem do uśmiechu (czule ironicznego). I nie mam żadnego klucza, który uzasadniałby wyłuskiwanie ziaren z całości. Poza tym jednym, że moje brwi uniosły się gotycko w dwóch momentach. Gdy przeczytałam: „jeśli jesteś z pierwszą wizytą nie baw dłużej nad kwadrans”. Bo to jest niezłe szurum-burum. Wpaść, pokłonić się, zagadnąć i wyjść. Jak jakiś Struś Pędziwiatr. A drugi temat to tańce w miejscach publicznych. Z kim można, z kim nie wypada. Arcyciekawy był komentarz o korzystaniu z usług fordanserów. Otóż: zalecane. Lepszy fordancer niż mężczyzna, który może nie z tej gliny co my jest ulepiony. Dziwne, więc zacytuję: 

„A o fortancerze jeszcze tyle, że nie należy go traktować jako znajomość. Jest to tyle, co robot taneczny i nic więcej, choćby opowiadał, że jest rosyjskim księciem lub jakąś egzotyczną figurą — co prawie każdy z nich próbuje w ludzi wmawiać. A zresztą gdyby był nawet jakimś zdegradowanym gentlemanem, to z chwilą gdy pracuje na parkiecie i bierze napiwki, jego dystyngowana przeszłość nic nas nie obchodzi”. Czyli: po użyciu unieważnić.

Na koniec odkrycia lingwistyczne, bo to miniona rzeczywistość, więc i słowa, które odeszły. Wiele dotyczy strojów, niech będą z garderoby męskiej: szapoklak (składany cylinder) i szasery (spodnie z lampasami, noszone przez wojskowych, a barwa spodni i lampasów informowała o formacji). Cóż, wspomnę o tych okropnych kraszuarkach (spluwaczkach!), których istnienie trochę (ale nie całkiem) tłumaczy liczebność gruźlików odcharkujących co się da i na pewno nie tylko do kraszuarek. Na tym nie mogę skończyć, więc wspomnę o przyśpiewkach kawaleryjskich zwanych żurawiejkami (bo przelotne jak żurawie). Były też tumbaryjki, lecz żurawiejki ciekawsze. Powinny mieć chwytliwy refren, którym podkreślano charakter danego pułku. Na przykład: „Trochę chamów, trochę panów, To jest drugi pułk ułanów” lub: „Dziewiętnasty to hołota, Bo ma otok jak piechota albo: Jedzą mięso bez widelców Wszystkie pułki konnych strzelców”. Tym mało wytwornym akcentem –  mniemam, że przekłuwającym balon wyobrażeń na temat książek o savoir vivrze – rozstaję się z tym tytułem, pozostając w epoce.

Reklamy

17 thoughts on “przedwojennie

  1. ZygmuntMolikEWA

    Co cię wzięło tamaryszku, czy błękit nieba aż tak wpływa na człowieka (czytaj kobitkę-blond). W kawiarni, na balu i w lokalu? Racja, wydmuszki to są, skoro i ‚urzędniczka’ się nawet kojarzyć może..
    To już pewnie „Słowniczek” kupię, by gadać salonowo i kłaniać się – fachowo (?). Się przyda, jak nic.
    Matko kochana, co ja gadam; unieważniam; po użyciu – się rozumie..
    Co się tyczy „drugiego pułku ułanów’, nie opuścił ci on nas tak do końca, o nie!
    Ubawiłaś mnie setnie, co się ceni.
    Czyż nie na tym polega salonowo-blogowy savoir-vivre ? (bez zakreślonych, szczęśliwie, sztywnych granic)…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Tak, ździebełko „trza” się orientować, na ewentualną „okoliczność”. ;)

      Dorzucę cytacik a propos blichtru. Otóż była sobie hrabina Ciunkiewiczowa. Paryżanka. Przybyła w 1932 roku (kryzys aż piszczy!) do Krakowa i zatrzymała się w Grand Hotelu. Pech chciał, że padła ofiarą kradzieży, którą zgłosiła policji. Liczby są zmienne w treści, więc mniejsza o sumę, którą straciła w gotówce. Ale zobacz, co jej zniknęło z podręcznego bagażu. I miej w pamięci, gdy ktoś Ci będzie chciał uszczuplić Twój ekwipunek.

      „W wykazie rzeczy utraconych znalazły się, oprócz gotówki: kolia z pereł i brylantów, kolia z sześcioma kolorowymi brylantami, broszka z czarnym brylantem, dwie broszki z żółtymi brylantami, kolia ze szmaragdów i brylantów, broszka staroświecka z brylantami, dwie broszki z brylantami, pasek brylantowy w kształcie girlandy, garnitur platynowy (bransoleta i brosza z szafirem), trzy broszki brylantowe w kształcie guzików, złota puderniczka wysadzana szafirami, broszka koralowa wysadzana brylantami, trzy sznury pereł, kolczyki z perłami i brylantami, futro sobolowe długie z ogonami, futro sobolowe krótkie, futro gronostajowe wyszywane srebrnym haftem, peleryna sobolowa niebieska, etola sobolowa, palto welurowe bordo, obszyte szynszylami, futro z brajtszwanców i szynszyli, a także kilka sukni wieczorowych, pantofelki, bielizna jedwabna, różne drobiazgi”.

  2. ZygmuntMolikEWA

    Moja droga tamaryszko, skoro na nazwisko miało się – Ciunkiewiczowa, nie wypada wręcz,
    stracić czegokolwiek ‚drobniejszego’.
    Ponieważ dama zafrapowała mnie niebywale, zerknęłam do sieci: co się okazuje ?
    1/ Ciunkiewiczowa występująca za granicą, jako hrabina, znana tam z różnych afer. natury finansowo – erotycznej, ściśle rzekłszy, awanturnica na wielką skalę.
    2/ Proces Marii Ciunkiewiczowej – oskarżonej o sfingowanie kradzieży klejnotów, futer i pieniędzy w celu wyłudzenia odszkodowania od francuskiej firmy ubezpieczeniowej przed Sądem Okręgowym w Krakowie
    Za taki ! savoir-vivre – to ja – dziękuję :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      No cóż, może jej bagaż był mniejszy niż się zdawało. Za to wyobraźnia stokroć większa. :)
      Na szczęście nie figuruje w książce jako wzór cnót, choć nie została tak jednoznacznie rozszyfrowana. Dzięki za ugruntowanie i moich podejrzeń. Lista ciuszków i klejnotów, nawet jeśli fikcyjna, wciąż daje wyobrażenie o tym, co chciało się na sobie mieć. ;)
      Aż mnie korci, by sporządzić wyimaginowany opis mojej szafy i szkatułki. :)

    2. janek

      Prosiemy bardzo o wyimaginowany opis szafy i szkatułki! To ma szansę przebić cały Savoir vivre Barbasiewiczowej! :)

    3. tamaryszek Autor wpisu

      :)) To by była duuża szafa i takaż szkatuła. ;) Na pewno mógłby się zdarzyć złoty pierścionek z niebieskim oczkiem na szczęście.

    4. janek

      Koniecznie z niebieskim oczkiem! A do tego kolczyki z błękitnymi perełkami, w srebrze (próby nie pomnę), oksydowane, na długość co najmniej 5,5 cm :)

  3. janek

    OOO, ale fajny wakacyjny wybryk! Drugi pułk ułanów odjechał (choć nie do końca, co słusznie zauważa Ewa) ale ekstraordynaryjne słowo „Savoir-vivre” pozostało i plącze mój język, o zgrozo. Instytucja ‘fortancera’ very interesująca; a nie jest wspomniane coś o fortancerkach? Dla nieśmiałych chłopców, co to lubią użyć i unieważnić? ;)
    Rozwalił mnie tytuł rozdziału: „Z konwenansem przez życie” ha ha no po prostu dziki śmiech. Ech te lata trzydzieste, które wróciły stonowaniem ;). I żal, życia żal ale nie takiego! Dajcież spokój!, udręczonym od samego czytania! :)) a wszak zalecone mam unikać silnych wzruszeń. To już fachowo i elegancko się kłaniam, bom obficie skorzystał z bazy wiedzy o tle społecznym, które modeluje ruchy jednostek (!). Idę na balkon zanucić zalotną żurawiejkę – może jakieś dziewczę rozsądne, a niegadatliwe spojrzy…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Oj, Janku, wprawiasz się w wyławianiu co zawilszych sformułowań.;) Ale one mają swój sens…ciut pokrętny.
      Co do konwenansu. Ujęły mnie wizytówki, z którymi się przychodziło w gości. Trzeba je było złożyć na tacy. I one po pierwsze: musiały być według standardu zredagowane. Po drugie (któreś tam), gdy gospodarzy się nie zastało, to zaginało się róg. Albo w ogóle się zaginało, nie pamiętam. I co innego znaczy, gdy zagniesz róg prawy czy lewy, dolny czy górny. Czy zagniesz z góry na dół, czy w drugą stronę. Zaczynam wierzyć, że bez błękitnej krwi, nie da się tego zasymilować.

      Mówisz, że już wyśpiewujesz żurawiejki…Nie jest ci to elegancki sposób na podryw. W ogóle „podryw” jest słowem nie z tej epoki. Ówczesne samotne panny po prostu nie mogły nikogo poznać, bo wszyscy prawie byli na cenzurowanym. Choćby z tej racji, że byli płci odmiennej i nazwiska niezidentyfikowanego. Bo żeby się przedstawić, już trzeba było być znanym. ;)

      Ale dla Ciebie mam cytat o kwiatach. Dotyczy okresu narzeczeństwa, już to sobie jakoś przerób adekwatnie do sytuacji. Kwiaty kobiecie dawać trzeba, często, bez okazji, z gestem. Lecz z wyczuciem. „Kawaler przysyła jej bukiety bardzo często, a kolor kwiatów dobiera tak, ażeby z początku były jasne, stopniowo ciemniejsze, a w wigilię ślubu purpurowe”.

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Zróbmy naradę, może ktoś coś dorzuci. Po ślubie (wg savoir vivre`u można by już w ogóle zaprzestać) trzeba zrobić rozeznanie, czy żona jest typem mocno pragmatycznym, czy tylko trochę. Od tego uzależnić częstotliwość. A na pytanie co konkretnie i w jakiej barwie – sugerowałabym, że należy sklasyfikować żoniny gust. Egzotyczny? Gatunkowy? – są amatorki tylko róż/goździków/lilii. Polny? – tu wcale nie tylko chabry, maki i stokrotki, ale cały ogrodowy miks.
      Róże są niebezpieczne, bo skoro purpura już była, to każdy bledszy odcień będzie znaczący. Chociaż herbaciany jest chyba bezpieczny, wszak herbatka na wspólne latka działa dobrze.

  4. janek

    Ej, Ty to potrafisz tak wymącić, wyzakręcać i uzależnić, że zawnioskować chyba należy wóz, pełen kwiatów i kolorów, żeby każdy gust, typ, przypadek zaspokoić. To sąsiad się nie ucieszy, a ja pozostanę, tak na wszelki wypadek w błogim, wolnym stanie! :).

    Odpowiedz
  5. szwedzkiereminiscencje

    ja jednak po stronie iwaszkiewicza (wyszlo troche á la proust), boya i slonimskiego. mimo oficerów i kupców w rodzinie ,-)

    a do surfowania potrzebna nie tyle fala, co wiatr. przynajmniej do kite surfingu. dzisiaj rano odbylam wlasnie druga lekcje!

    pozdr przedwakacyjnie \ m

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Wiem, sama bym zgadła. Zwłaszcza gdy pojawia się Sława i chwała – pamiętam, że do niej wracasz. :)
      To jeszcze Irenkę Krzywicką dorzućmy. Co prawda jeszcze nie było mi dane przeczytać Wyznań gorszycielki, ale wydaje mi się, że to „swój chłop”, że tak powiem, mając na myśli, że swoja babka. Frazeologizmy są genderowo naznaczone. ;)

      Jak to przedwakacyjnie, skoro już po drugiej lekcji surfowania? Jeśli tak wyglądają przedwakacje, to po co komu wakacje?
      Pozdrawiam serdecznie!

    2. szwedzkiereminiscencje

      renée, wrócilam niedawno z pracy – czyli wszystko sie zgadza! tylko ze rano sie kitowalam, a odpracowac swoje i tak musialam. zostaly mi tylko jeszcze dwa dni – i potem dwa tygodnie laby. a surfowac moge, poniewaz mieszkam nad morzem. COS musi rekompensowac wieczne wiatry i wilgoc ;-)

      rzecz jasna krzywicka niezbedna! wspomnienia gorszycielki widzialam w ksiegarni podczas pobytu w krakowie i na pewno jeszcze calej nie wykupili. nadal nie wiem JAK mozna zyc bez slawy, chwaly oraz gorszycielki?

      ide sie obmywac z wody morskiej, gdyz w pracy nie zdazylam wziac prysznica

      milego wieczoru! \ m

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s