jedna dziesiąta

Mam obsesję jednej dziesiątej. We wrześniu się odwiesza i uaktywnia. Oswajam ją, trzymam na diecie, przycinam jej gałązki – ale nie daję rady zdusić jej w zarodku. Co dalej robić: nie wiem.
Drogi Kąciku Porad, wskaż kierunek.

Bo ja się przywiązuję do słów. Megalomańsko: zwłaszcza do tych, które sama wypowiadam. Mówię, więc bym chciała być słyszana. Raz a dobrze. Żeby nie było, że ktoś pyta o to, co już powiedziane (wyznane z namaszczeniem!). Lub dopowiada, nie wiedząc, że wszedł w rolę echa. Nie wie, w czym rzecz, bo zgubił wątek. Się zamyślił. Się zapomniało mu albo umknęło.

Obsesja dotyczy słów zmarnowanych. Tych, które idą w zapomnienie. Ginąc, odbierają fundamenty innym, cudem złowionym, które i tak bez konstrukcji są jak kotylion po balu. Dociera jedna dziesiąta. Obliczenia robiłam na oko.

Najspektakularniej można to wyczuć na lekcjach. Krótko, czasem ledwie przez kilka sekund, nachodzi mnie błoga świadomość, że coś ujęłam tak, że nie ma siły nie zrozumieć, a zrozumiawszy nie zapamiętać.
I wtedy z ostatniej ławki (albo co gorsze: z pierwszej – jak w Dniu Świra) rozbudzony ciekawością głos dopytuje. Szpilka i po balonie.  Pytanie z kategorii „zacznijmy od początku albo zmieńmy temat”. Treść wysłana w kosmos.
No i masz babo plecak (jak znane przysłowie parafrazuje moja koleżanka, Lidka). Plecak wypchany sucharami.

jedna dziesiątaMam dylemat: to dużo mówić czy mniej?
Bo jeśli spojrzeć na to, co zostaje – wprost proporcjonalnie do tego, co dam. Im więcej powiem, tym bardziej wypasiona jest jedna dziesiąta. Ale gdy uwzględnić, ile idzie w przepadłe, to logika się odwraca. Tym więcej zginie, im więcej wypowiem. Dziewięć dziesiątych staje się oceanem zatracenia. Szkoda, żal, mała wielka katastrofa.

To nie jest dylemat pedagogiczny. Na tym polu najłatwiej o ilustrację. Doskwiera mi on bardziej w sferze niezadekretowanej żadnymi obowiązkami. Tu powtarzać niczego nie mam ochoty. I korci mnie, by marnotrawcom dawkować słowa jak więzienny chleb (gdzieś na Alcatraz, z siostrą Ratched na pokładzie). Do czego bym jednak doszła? Drogi Kąciku Porad, to już chyba lepiej marnotrawić wyznania, czyż nie? Szerokim gestem bogacza.

Mam kilka podejrzeń:
To się bierze z dekoncentracji. Nie jestem jedyną jej ofiarą. Co więcej: bywam cudzym oprawcą (aczkolwiek ćwiczę skupienie jakby ciut bardziej niż typ statystyczny, bo świadomie). 

To się bierze z nadmiaru bodźców i z pośpiechu. Z powierzchowności. Z egocentryzmu. 

Najgorszy wariant: z nieprzykładania wagi do słów. Cudzych czy własnych. Tu otwiera się przestrzeń zranień (chyba dość powszechnych, nie moich tylko), więc szybko ją zamknę. Wiadomo – jeśli wierzy się słowom – nagłe słów przekreślenie, zdiagnozowanie, że nie przystają do rzeczy, to unieważnienie czasu zaufania i przemiana wyobrażeń w czystą iluzję. Dywan wyrywa się spod stóp. Grunt grzęźnie.

Podejrzenia łatwo zamienić w oskarżenie globalne i zapaść na mizoandryzm i mizoginizm razem wzięte. Obsesja jednej dziesiątej sama w sobie jest na tym tle zaledwie obsesyjką. Bez właściwości Hydry. Urwie się łeb, to może nie odrośnie.

A zatem…
Zawieszając megalomanię i czcze dąsy, powiem, że wszystko jest, jak być musi. Znaczymy ślady, które szybko się ulatniają. Skoro tak jest, więc z tym nie dyskutuję. OK, c`est la vie, panta rhei, nie szkoda róż, gdy płonie las.

Ale mogłoby być ciut inaczej. Na skalę mikro: zacznę od siebie. Chcę śladów głębszych, takich, co trwają. I słów, które się nie dewaluują. Bardzo cholernie chcę. I ćwiczę się w uważności. Dwie dziesiąte to już jest jedna piąta – i dużo lepiej brzmi.

 

Advertisements

32 thoughts on “jedna dziesiąta

  1. the_book

    Mam podobnie. Ćwiczę własną pamięć i uwagę. Ludzie się dziwią, że pamiętam potem jakiś szczegół z ich biografii. Ale to z szacunku do tej drugiej osoby i też do mnie. Pozdrawiam. Piękny tekst :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Monia, utrafiłaś w główną myśl, choć ona nie wyeksponowana. Trening uważności. Tyle można, co we własnym ogródku da się zrobić.
      Ja sobie bardzo cenię przyznawanie się do pamięci (i posiadanie tejże). Każdy ma inaczej – ten nie pamięta twarzy, tamten imion, inny w ogóle nic. Nie uogólniam. Prawo do niepamięci, jeśli nie jest, to powinno być jednym z gwarantowanych praw człowieczych. Ale pamiętanie i liczenie się ze słowem to przejaw szacunku. Tak, jak to ujęłaś. :)

    2. Bazyl

      Moja Mama zawsze powtarzała, że mam świetną pamięć do pierdół i rzeczywiście, w tej „dziedzinie”, jeszcze w czasach LO, mogłem mówić nawet o, powiedzmy, trzech czwartych. Czas i ten nadmiar bodźców, o którym pisze część komentatorów, wywiały i to. Zdziadziałem uważnie i słownie :(

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Bazyl, nie trać pamięci do pierdół! Tylko nie to! Jeśli już musisz trochę dziadzieć, to w temacie bodźców pospolitych, nudnych lub głupio sierioznych. Tu trochę można. Co prawda należę do tych, którym się zdaje, że dziadzienie jest w ogóle niepotrzebne. Ale wiem, że nie wszyscy mi przytakną. Ojtam na pewno zgłosiłby veto. Bo on lubi dziadzieć…

      Pierdoły to esencja. Wszystko inne się do nich przykleja.
      Niepokoi mnie, że uważność – taką sugestię wyczuwam – tępieje po maturze. To ja powinnam pracować z samymi żyletami, które za X lat lekko się stępią, ale wciąż będą ciąć. Tymczasem niektóre już dziś można naciskać opuszkami, nie działają.

      Poza tym: zachodzi prawidłowość – ci, co się do dziadzienia przyznają, na ogół mają krzepę. Czego życzę i w co nie wątpię. Amen. :)

  2. buksy

    jedna dziesiąta to i tak dużo. Podobno czyste słowo to 7% całego przekazu komunikacyjnego :D

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Jestem optymistką, nawet gdy się smucę. ;)
      Czyste słowo? Ależ ja gestykuluję!, chodzę jak perypatetyk!, stroję miny (jak się zapomnę) i piszę (mówiąc).
      Dalszych metod aktywizujących już nie ujawniam. Ale widać, że …wciąż za mało ekscentryzmu…;)
      A w przestrzeni międzyludzkiej (nie zawodowej) to też pewnie akcent trzeba by położyć na grę i „przeżywanie”, na emocje i ciało.
      Oż, niech to. Cosik mi się zdaje, że komunikat mi się tym sposobem całkiem przemieni.

      Wróciłabym chętnie do korzeni. „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. :)

  3. naia

    Nadmiar bodźców, to jest chyba to! Tak dużo teraz tych słów, osaczają ze wszystkich stron, i trzeba wyławiać to co treściwe, to co ważne, ale nie zawsze się udaje i czasem umknie jakaś perełka… Zwłaszcza słowa pisanego to dotyczy i internet w tym przoduje, u mnie każdego dnia kolejne strony umierają w przeglądarce, otwarte ale porzucone, zaniedbane, bo nie ma kiedy. I boli to, ale wszystkiego ogarnąć się nie da, bo życia by nie starczyło. Bezpośredni kontakt to inna sprawa, tutaj o nadmiar bodźców trudniej, ale tu z kolei nerwy mnie często zjadają i słowa gdzieś pierzchną. Przekleństwo! Bo rzeczywiście, przykro że nie dociera, zwłaszcza gdy ważne, podkreślone, z namaszczeniem wyznane…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Naszła mnie taka mieszanina megalomanii i pokory. Paradoksalna mieszanka, mnie się takie przydarzają. Bo summa summarum na żadną krzywdę się nie żalę. Sobiepańsko sobie życzę szacunku do słów. I pokorniutko rozumiem, że dziewięć dziesiątych idzie na zatracenie, bo musi. I rozsądnie (tak mniemam) chciałabym zapalić świeczuszkę ku rozjaśnieniu, ku koncentracji na komunikatach werbalnych (i nie tylko), których nie wyłapuje się na co dzień mnóstwo.

      Gdyby się skoncentrować na tych słowach mówionych prywatnie, to jest w nich gest wyciągniętej ręki albo uśmiechu czy spojrzenia. I zmarnowanie takich sygnałów stratą jest niepowetowaną. Puszczanie mimo uszu lub nienadążanie z reakcją…
      Kamieniem nie rzucam, bom nie bez winy. A już zwłaszcza, gdy przypomnę sobie moje niedoczytania blogowe. Tu się solidaryzuję z Twoimi przeoczeniami internetowymi.
      Słusznie, że życia by nie starczyło. Ale żal.

      Zdecydowanie przydarza nam się przekleństwo nadmiaru. I jakieś biologiczne uwstecznienie percepcji.
      Naia, Ty otwierasz zupełnie nową furtkę, może najistotniejszą w tych obserwacjach. Bo to niepodjęcie kontaktu, niedokończenie rozmowy, niezauważenie…, niedosłyszenie…etc, to często z nieporadności wypływa. U mnie chyba właśnie tak.
      Pozdrawiam!

  4. ZygmuntMolikEWA

    Mnie już (szczęśliwie) i pojemność i pamięć siada. Często więc ani nie pamiętam ile i jakich grzechów przeciw uważności na słowo/człowieka co dzień popełniam. Często to zbawienne wręcz, częściej nie wybaczalne. Może choć pół na pół wychodzi ?
    Niezmiennie przecudnie piszesz tamaryszku. Do szkół bym wróciła gdybyś ty (mnie ?) uczyła :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Kokieteria i pochlebstwo w przyprawie wdzięku i zmrużonego oczka. :)
      Ewo, Twojej pamięci to bić pokłony i stawiać ją sobie za wzór. A co do ostatniego, to już ja wiem, że nikt by do szkoły po dobroci i z własnej woli nie wrócił. Podobnie jak do szpitala (nawet gdy lekarz miły).

      To, co przeoczone, dobrym duszom przedkładam ponownie, o pozostałe nie dbam. A hoj!

  5. janek

    Ja to bym najchętniej podpisał się pod Ewą słowem: amen … i na tym zakończył :). Ale skojarzyłem, że często znajomi dziwili się, że ja jakieś szczegóły pamiętam, gdzie oni nawet tych mniej szczegółowych nic a nic. I tu zacząłbym obrastać w piórka, gdyby nie to, że dzisiaj jakoś ta moja uważność bardziej wybiórcza: pamięta co chce (nawet, gdy ja nie chcę:)) i lubi.
    Zasada 1/10 istnieje, Tamaryszku, a Ty świetnie to opisałaś i nazwałaś. Ja, z oszczędności (a może lenistwa?), wolę mówić mniej. Ale i to, z reguły, nie popłaca. Rady nie ma ale damy radę! ;)
    Niezmiennie przecudnie …

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Strategia, żeby mniej jest bardzo kusząca. I ona dostaje jakąś procentową nadwyżkę. Bo nie dość, że dziewięć dziesiątych jest w tym przypadku niższe, to jeszcze zachodzi funkcja naddana: atrakcja towaru unikalnego. ;)

      Janku, jak Cię znam, a przecież czytam nie od dziś, to uważność i wyczucie masz niesamowite. Chwytasz w lot i czytasz między wierszami. Jeśli więc Ci kilka piórek wyrośnie, to się należą. ;)

      Zasada istnieje. Mówi się trudno i żyje się dalej. Się panie częstują. Wiśta wio! Absolutnie.

      :)

  6. Holly

    Obejrzałam ostatnio znakomity polski film w reżyserii Karabasza z roku 1979 „Wędrujący cień”. W jednej z głównych ról cudowna Hanna Kulina- młodziutka nauczycielka chemii, ucząca w szkole wieczorowej. Podczas wizytacji zadaje uczniom pytania-na sali cisza…grobowa cisza. -No jak to możliwe, przecież wczoraj mówiliśmy na ten temat dwie godziny…Film polecam a przypomniałam sobie o nim, czytając Twój tekst. Jedna dziesiąta to i tak dużo-uważam, bez względu na to, do kogo się mówi. Miej wzgląd na bliźnich, nie wszyscy oni tacy sami…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Od razu przeszukałam domową filmotekę: mam Karabasza (10 dokumentów), ale nie ten tytuł. Może się zdarzy.
      :) „jak to możliwe…”, oj, jakie to naiwne zdziwienie, jakie świeże. Moje jest odgrzewane, bo ja to wszystko już po prostu wiem. Ja już mam swoją „teorię jednej dziesiątej” (optymistyczną według Buksy, pesymistyczną według Ojtama, który mierzy w jedną drugą).
      Jak najbardziej wezmę to sobie do serca. Bez śrubowania oczekiwań i zawyżania poprzeczek. Ci bliźni mogliby być jednak silniej różnorodni w tę bardziej interesującą stronę (zawyżającą procent). Nie zaszkodziłoby. ;)

  7. Ojtam

    Chcąc zmienić zasadę 1/10 na powiedzmy 1/2, musielibyśmy mówić tylko : a) mądrze, b) interesująco, c) wtedy, gdy panuje cisza, d) tylko do tych, którzy chcą słuchać, e) do tych, co są w stanie zrozumieć, co się mówi. To se ne da panie Havranku.
    A co do pamięci, to… eeee… ten tego…. ………zapomniałem :(

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ostre warunki, aż niehalo startować. :)
      Krecik mógłby westchnąć, „ach, jo…”.
      Moje są dużo mniej wygórowane. Zwłaszcza, że ja tę zasadę przenoszę na codzienne obserwacje w realiach nieuszkolnionych.

      Oż, Ojtam, o la la! Nietęgo z tą pamięcią. Istne sito. Notuj.;)

  8. liritio

    Ja to już w ogóle z ludźmi nie rozmawiam… Trochę teraz żartuję, trochę nie. Drażni brak uwagi, drażni ograniczenie konwersacji do czekania na swoją kolej do mówienia, Liritio kilka takich osób ma, do których mówi, reszty przeważnie słucha.
    Ale rozumiem Cię, szczególnie kiedy „Krótko, czasem ledwie przez kilka sekund, nachodzi mnie błoga świadomość, że coś ujęłam tak, że nie ma siły nie zrozumieć, a zrozumiawszy nie zapamiętać.”, a potem czołem o stół, że jednak towarzystwo jakby głuche. Z drugiej strony można próbować, pracę zaczynać od siebie, doskonalić charakter, trenować skupienie i pamięć, wszystko pięknie. I tylko w gorsze dni mieć wątpliwości, po co to wszystko i gdzie moja bezludna wyspa.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Wyspa Bezludna! Na dziś i jutro byłaby dla mnie w sam raz. Ależ rozbudziłaś tęsknotę. :)
      Liritio wysłuchująca? A to ciekawa strategia. Nie żeby pokorna, nieśmiała czy znudzona, ale słuchająca niespiesznie, zdystansowana i tkwiąca mocno w swoim. Tak to sobie wyobrażam.
      Czoło w stół. Jakoś dziwnie zapomniałam wypróbować. Postukam. :)

  9. la-di-da

    Ja na Twoją uważność patrzę z podziwem. Słowa, które i tutaj są dokładnie wyważone, wybrane rozmyślnie, nieprzypadkowe. I uczę się. Dobrze się uczyć w ten sposób :).
    Pozdrawiam!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Mądry z wszystkiego się uczy.:) Wow, muszę jakoś oswoić komplement, bo duży bardzo. Myślę, że mi wystarczy na cały weekend, by utrzymać szczęśliwy nastrój, niezależnie od deszczu czy chmur. Później można słać następne. Lekko tylko kontrolując, by mi sodówka nie uderzyła.
      Pozdrawiam!

  10. czara

    Kiedyś przyjeżdżał do nas na uczelnię tak ciekawy profesor z Anglii. Powiedział nam, że jeśli po półtoragodzinnym wykładzie, jesteśmy w stanie mówić na przedstawiony temat około pięciu minut, to to jest bardzo dobry wynik. Niech ktoś teraz lepszy z matematyki niż ja, liczy jak to się ma do 1/10. ;)
    To jest bardzo ciekawy temat. Ale skomplikowany. Wiem, że w sytuacji szkolnej, którą opisujesz jest trochę inaczej, ale gdybyśmy mieli pamiętać każde 100% z tego co się nam mówi, to czyż to nie byłaby prosta droga do przeciążenia?
    Z drugiej strony – pytanie „kto mówi, co mówi i do kogo mówi” (to też pamiętam z profesora) trzeba uzupełnić o „jak mówi”? Domyślam się, że Ty sztukę aktywizowania masz opanowaną, ale z własnego doświadczenia wiem, że to robi ogromną różnicę. Ostatnio ktoś mi zwrócił uwagę na prosty fakt: podobno kiedy silę się na jakiś dowcip, robię to z pełną powagą. Co jeśli jestem w towarzystwie dwóch, trzech osób, niegłupich nie szkodzi. Ale kiedy mówię do powiedzmy 40, zauważyłam, że to śmieszy tylko ciągle dwie, trzy! Zaczęłam więc sama chichotać już PRZED opowiadaniem żartu, poruszam większość publiki. A żart ten sam…
    A co do Twojego pytania: mówić, mówić jak najwięcej! Kto chce (ja) to skorzysta.

    Odpowiedz
  11. czara

    PS A swoją drogą, to już było jakieś parę dobrych lat temu, ale nie pamiętam nawet jaki był temat wykładów tego Anglika, zapamiętałam jedynie te „pięć minut” ;)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Metoda na opowiadanie dowcipów wielce obiecująca.;) To dopiero temat! Ale rozśmieszyć czterdzieścioro to trzeba być zawodowym komikiem. Tacy to umieją łączyć przekaz ironii z kiwającym uszkiem i oddziałują globalnie. ;)

      Szkoła to jest takie miejsce, gdzie codziennie dostajesz feed back. Marne szanse, by trwać w błogostanie, w przekonaniu, że jest się skutecznym i ciekawym. Można trwać, ale to wymaga impregnacji arcypewnością siebie. Gdyby ktoś chciał się ćwiczyć w docieraniu do ludzi, to tutaj najlepsza okazja. Mówi się, że”ktoś zjadł na czymś zęby”, gdy długo coś robi albo konsekwentnie coś ćwiczy. No, mam szansę być bezzębna… I nigdy się nie dowiem, czy zdarzyło mi się powiedzieć coś, co przetrwa (jak memento Anglika).

      A tak naprawdę wcale nie o szkole chciałam… Grunt prywatny doskwiera bardziej. Ale tak, raczej mówić i dawać. Szerokim gestem utracjusza. :)

    2. czara

      Ach, grunt prywatny… No tak, to jest inna sprawa. Czasem jak coś opowiadam ludziom, zawodowo że tak powiem, kiedy oni martwią się niewiele zapamiętają, zawsze im mówię, że to nie szkodzi, chodzi o to, żeby po prostu miło się im słuchało. Ale ja nie jestem w szkole. Co innego w rozmowach prywatnych… Tu słabiej czuję problem. Też bym strzelała – dekoncentracja, nadmiar bodźców albo… egocentryzm? ;) (Tak, „ego” to u mnie ostatnio częste słowo). Z drugiej strony, ja też mam tak, że zapamiętuję mnóstwo szczegółów z tego co ludzie mi opowiadają, co jest dla nich często sympatyczne i przyjmowane nawet ze zdziwieniem, kiedy po paru miesiącach potrafię swobodnie nawiązać do dawnej konwersacji. Ale z drugiej strony nie wiem czy to zasługa tego, że często oni mnie po prostu interesują, czy z powodu nadrozwiniętej pamięci autobiograficznej? Ja po prostu często pamiętam to co dla innych nieistotne, kto w co był ubrany, w co ja byłam ubrana, a co kto powiedział w 23 minucie… ;) Gorzej z nazwiskami i datami, tu jestem jak dziecko we mgle, coś za coś.
      Ale tu przychodzimy po coś więcej niż jedna dziesiąta, jeśli Cię to pocieszy.

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Powiem krótko: dziś mięczak górą. Niech go dunder świśnie! Chyba za mało uważnie słuchałam wczoraj samej siebie.;)

    4. czara

      Tamaryszku, kazdy suchar czasem rozmieka, nie ma sily… Ale na pewno juz dochodzisz do ulubionej konsystencji, czy sie myle.

    5. tamaryszek Autor wpisu

      Sama nie wiem: być sucharem czy rozmiękłą bułką? To be or not to be? A kysz! (to do duńskiego mięczaka, którego konsekwentnie resetuję). ;)

    6. czara

      Drozdzowka? Jagodzianka? :) Ja juz przywyklam do Dunczyka, rozsiadl sie na dobre, ale Tobie zycze powodzenia!

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ależ nie każdy Hamlet w szmatach… Jeśli masz pod ręką renesansowe pończochy i kaftan z bufiastym rękawem, szubę i beret… to śmiało możesz do nas dołączyć. Choć ja cały czas „kyszę” i przeganiam. Albo może masz, Janku, jakąś kryzę krochmaloną… Tak mi się wyobraźnia otworzyła, że ośmielę się poprosić: gdybyś Janku wskoczył w strój Hamleta, strzelił sobie fotkę i nadesłał, to mógłby być przyczynek do rozbrojenia hamletycznej powagi.
      Oto inspiracja (sekstet hamletyczny):

  12. janek

    Że też się ośmieliłaś prosić! Już sama prośba i wyobrażenie jej efektu tak mnie rozbroiły … że prawie rozebrały. I oto zobacz (wyobraź sobie): książę jest nagi! ;). Nie mam szuby ani kryzy krochmalonej, co najwyżej pończochy. Jest szansa, że jeżeli w nich samych się pokażę kaftan zaraz mi ktoś dostarczy. Ale byłby to widok zbyt daleki od Twoich inspiracji, Tamaryszku :).
    Dobrej nocy!

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s